8 października 2016

Klaudyna i szkoła - jaką byłam uczennicą i dlaczego nauczyciele mieli ze mną przewalone?

szkoła deska

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się Dzień Edukacji Narodowej, postanowiłam, że z tej okazji kontynuować będę cykl wpisów wspomnieniowych i tym razem opowiem Wam o tym, jaką byłam uczennicą, ile znaczyła dla mnie szkoła i dlaczego niektórzy mogli mnie wpisać na czarną listę najgorszych uczniów w historii, mimo że uczyłam się całkiem nieźle. Zapraszam do lektury!

Mówili, że będę adwokatem...

...bo wtrącałam się we wszystko! Wykłócałam się o lepsze oceny dla koleżanek, sterczałam nauczycielom za głowami, gdy sprawdzali kartkówki i dyskutowałam z ich ocenami. Nigdy nie umiałam się podporządkować i zawsze musiałam się mieszać. Nie zliczę, ile razy usłyszałam tekst: "ty to Klaudyna adwokatem zostaniesz". Lubiłam dbać o interesy innych i do dziś mi to pozostało - wolę w pierwszej kolejności zrobić coś dla innych, a dopiero na końcu przypominam sobie o własnych potrzebach. W gimnazjum spotkała mnie nawet za to kara - podczas tzw. "badania wyników" z chemii rozwiązałam testy kilku osobom, a swojego już nie dokończyłam, przez co skończyłam z dwóją po pół roku intensywnych korepetycji. Ale i tak było warto!

Wuefiści musieli mnie nie znosić

Choć od dziecka interesowałam się sportem, grałam w piłkę i lubiłam się ruszać, ze wszystkimi wuefistami łączyły mnie naprawdę dziwne relacje i na ich lekcjach zawsze dostawałam jakiegoś odpału. Nigdy nie skakałam przez kozła i przez skrzynię, nigdy nie zgadzałam się na udział w biegach długodystansowych. Jeżeli mieliśmy za zadanie przebiec 600 metrów, po prostu udawałam, że mdleję i tego omdlewania uczyłam też koleżanki. Organizowałam też strajki przeciwko obowiązkowemu bieganiu i pikietowałam z transparentami zrobionymi z kartek z zeszytu.

W czasach gimnazjum, kiedy dziewczętom kazano grać w siatkówkę, konsekwentnie urywałam się do grupy chłopaków, którzy grali w nogę. Przeklinałam przy tym jak opętana, co wybitnie śmieszyło ich wuefistę.

Tak bardzo nienawidziłam koszykówki, że po prostu stawałam gdzieś z boku, kiedy wyższe dziewczyny dobrze się bawiły. Wuefistka, pani Kasia, miała wówczas zwyczaj drzeć się na mnie: "Klaudyna, ruszaj się", więc zaczynałam tańczyć w miejscu z miną mówiącą "no co? Przecież się ruszam!".

Pani Kasia to w ogóle miała ze mną przewalone, bo wymyślałam prześmiewcze piosenki na jej temat i wdawałam się w głupie dyskusje. Co ciekawe, miałam nawet okazję być u niej w domu i myślę, że mimo tego wszystkiego na swój sposób musiała mnie lubić.

A wspomniana we wstępie "czarna lista" też związana jest z nauczycielką wuefu, tyle że z podstawówki. Dobrze pamiętała mojego brata-gagatka i kiedyś mnie do niego porównała. Kiedy opowiedziałam o tym tacie, usłyszałam w odpowiedzi: "na pewno jesteście u niej na czarnej liście najgorszych rodzeństw w historii szkoły". To mogła być prawda!

schoolgirl

Klasa, za którą tęsknię najbardziej...

...to bezapelacyjnie moja ekipa z podstawówki! Kocham tych ludzi, bo w większości wychowywaliśmy się na jednym osiedlu i łączyło nas dużo więcej niż szkolna ławka. Jeździliśmy do szkoły jednym autobusem, spędzaliśmy tam wspólnie czas, potem razem wracaliśmy i jeszcze popołudniami widywaliśmy się pod blokiem. Nawet jeśli w gimnazjum częściowo nas rozdzielono, kontakt pozostał. Do dziś zresztą najczęściej rozmawiam z ludźmi z podstawówki, podczas gdy z ekipą z liceum mam kontakt zerowy - oczywiście z wyjątkiem mojej najbliższej przyjaciółki, którą poznałam właśnie w LO i kilku pojedynczych osób, z którymi mam okazję czasem pomówić, głównie za pośrednictwem facebooka.

Myślę, że sentyment to znajomych z podstawówki wiąże się też z tym, że był to pierwszy etap edukacji i jednocześnie etap najdłuższy. Jeśli miałabym kiedykolwiek przenieść się w przeszłość, z pewnością byłoby to kolorowe dzieciństwo, a dzieciństwo to właśnie podstawówka.

Ulubieni nauczyciele

Tak naprawdę o wielu nauczycielach już zapomniałam i kojarzę tylko wybranych. Pierwsze miejsce w sercu zawsze zajmować będą pani Ania i pani Danuta, które były moimi wychowawczyniami właśnie we wspomnianej wyżej podstawówce. I o ile pani Ania z czasów wczesnoszkolnych raczej nie pamięta mnie bardziej niż pozostałych swoich uczniów, o tyle pani Danusia miała już styczność z moim charakterkiem. Nigdy niemiła dla niej nie byłam, bo złe oblicze pokazywałam wyłącznie w gimnazjum, ale doskonale pamiętam, że za karę byłam sadzana w pierwszej ławce - najpierw z najbardziej niegrzecznym chłopakiem, Mariuszem, a potem z najgrzeczniejszym - Piotrkiem. Myślę sobie, że to wszystko musiało być większą karą dla nich niż dla mnie, nawet jeśli bardzo się lubiliśmy.

Dobrze wspominam też matematyczkę z gimnazjum. Mam w pamiętnikach zanotowane wszystkie nasze śmieszne dialogi i widzę, że jej sposobem na niepokorną uczennicę było dołączanie się do tej głupawki. Niezła taktyka!

W kwestiach mniej poważnych fajnie będę też wspominać panią Agnieszkę, która uczyła mnie historii w liceum i jej kolegę, który uczył nas geografii. Co to był za duet! Ludzie jednocześnie niepoważni i poważni, myślę, że nie było wśród uczniów osoby, która by ich nie lubiła, bo takich ludzi nie da się nie lubić.

A w kwestiach poważnych to na pewno ważną osobą będzie dla mnie zawsze pani Ariona, która w liceum uczyła mnie polskiego. O ile już w gimnazjum i podstawówce wygrywałam konkursy literackie, o tyle dopiero ona zachęcała mnie do tego, by naprawdę się w tym zakresie rozwijać i zawsze będę jej za to dziękować.

szkoła tablica zegar

Dwie strony medalu...

Nigdy nie byłam niewidoczna. Bardzo angażowałam się w życie szkoły - organizowałam dyskoteki, projektowałam gazetki, pisałam scenariusze dla występów, uczestniczyłam w każdej możliwej akcji i działałam w kołach zainteresowań. Wygrywałam konkursy, reprezentowałam szkołę w międzyszkolnych zawodach i zebrałam pokaźny stos dyplomów ze wszystkich lat.

Z drugiej jednak strony postawić należy Klaudynę z czasów gimnazjum. Wszyscy byliśmy wtedy totalnymi dzikusami - doprowadzaliśmy do łez katechetkę, załamywaliśmy wychowawczynię, regularnie byliśmy za coś karani. W drugiej klasie częściej jeździłam autobusami po mieście niż pojawiałam się w szkole. Lądowałam u pedagoga, a mama w gabinecie dyrektorki. Nie byłam z żadnego przedmiotu zagrożona, ale średnia była bliska trói, a nie czwórce z plusem jak dawniej.

Dzisiejsze nastolatki za takie wybryki, jakie my mieliśmy wówczas na koncie, lądują w zakładach zamkniętych i nie kończą szkoły, a do tego są pośmiewiskiem facebooka. Pozostaje mi cieszyć się, że ten najtrudniejszy okres mojego życia przypadał na czasy, kiedy niczego nie nagrywano komórkami i że trafiłam na nauczycieli, którzy cierpliwie znosili głupotę uczniów.

Klasa maturalna.

Nie chciałabym znów być zbuntowaną nastolatką, nie chciałabym być tym pyskatym brzydalem, który wszystkim podskakiwał, ale cieszę się, jaką drogą potoczyło się moje życie, bo wszystkie wzloty i upadki czegoś nas uczą. Nie marzę o tym, by cofać się do dalekiej przeszłości, ale za to bardzo chciałabym któregoś dnia spotkać się w jednym miejscu z wszystkimi ludźmi, z którymi chodziłam do szkoły. Zarówno spotkanie z ekipą z LO, z gimnazjum, jak i z podstawówki byłoby z pewnością piękną sprawą. Szkoda, że zlotów absolwentów się u nas nie praktykuje - z pewnością w każdym możliwym brałabym udział.

A jakimi Wy byliście uczniami? Dobrze wspominacie czasy szkolne?

Przeczytaj również:

17 komentarzy:

  1. Byłam zupełnie inna. W podstawówce byłam typem księżniczki, która nie tolerowała zachowania swoich niedojrzałych koleżanek, miałam prawo wyjść z lekcji, jesli na niej było zbyt głośno i rozbolała mnie głowa. Byłam wzorową uczennicą, to nauczyciele mnie rozumieli, że rówieśnicy o zupełnie innych aspiracjach mnie nie odpowiadali. Zdecydowanie lepiej dogadywałam się z chłopakami niż dziewczynami, co mi pozostało do dziś.
    W każdym razie do podstawówki ma duży uraz i za nic w świecie nie chciałabym do niej wrócić, błogosławię to, że powstały gimnazja. Tam było sporo lepiej, jednak najlepiej wspominam liceum, kiedy byłam całkiem wyluzowana, nawet niektórzy nauczyciele stwierdzili, że coraz mniej przypominam tę spokojną dziewczynę z 1 klasy. Ale to wynikało z tego, że trafiłam na naprawdę fajnych ludzi, którzy lubili się bawić, a nie pokazywać wszystkim wokół jacy to oni już dorośli (miarą tego miały być papierosy, alkohol i seks). Najbardziej zyskałam, kiedy podczas jednej imprezy pokazałam, że moja niechęć do alkoholu nie wyklucza dobrej zabawy. W praktyce wyszlo, że ja na trzeźwo lepiej i dłużej się bawiłam niż oni nawaleni. I to właśnie z ludźmi z liceum lubię utrzymywać kontakt.
    Ambicja i rzetelne przygotowanie do zajęć i egzamin - to nie zmieniło się do dziś. Podobnie jak niechęć do WF-u, wymyślałam mnóstwo powodów by uniknąć wielu ćwieczeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, to miałam i do dziś mam tak jak Ty - doskonale bawię się bez alkoholu i zazwsze wszystkich tym zadziwiam. Podobnie było z paleniem - niby największy buntownik w towarzystwie, a jednak papierocha do ust bym nie wzięła ;)

      Usuń
  2. Świetny wpis, miło się czytało :)

    U mnie wyglądało to mniej więcej tak - podstawówka - najlepsza w nauce i w sporcie, ułożona i spokojna, gimnazjum - najlepsza we wszystkim, co było możliwe, grzeczniutka aż za bardzo, liceum - świetna w nauce, popularna w szkole i "ulubienica" nauczycieli, angażowałam się we wszystko - przedstawienia, spektakle, zawody sportowe etc., a nauczycieli zawsze mówili, że najpierw mnie słychać, a później dopiero widać. Często doprowadzałam ich do rozpaczy swoimi wybrykami, no ale ponieważ byłam świetna w nauce, to zawsze przymykali na to oko. :) Wspaniale wspominam szkolne czasy <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cudownie! Nie ma nic gorszego niż złe wspomnienia ze szkoły - w końcu spędzamy tam kawał życia, w dodatku przy świadkach ;)

      Usuń
  3. Prawda jest taka, ze nauczyciele po latach najlepiej pamietają właśnie tych uczniów, którzy mieli zawsze dużo do powiedzenia. Niestety teraz we znaki bardziej dają się rodzice, którzy nie pozwalają rozwiązywać konfliktów przez same dzieci lub przy udziale nauczyciela, ale bronią do upadłego swoje dziecko, które na ogół nie jest aniołkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, dziś szkoła wygląda zupełnie inaczej - wtedy i uczniowie inaczej się zachowywali, i ich rodzice. Coż, kolejny smutny znak czasów.

      Usuń
  4. Taki zjazd z podstawówki to byłaby ciekawa sprawa- przyznaję ;).
    I hi5 adwokacie! Mi też tak mówili albo że dziennikarz bo wszedzie pełno i nonstop gadam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, o dziennikarzu też słyszałam! :) Chociaż adwokata nic nie przebije ;)

      Usuń
  5. Bardzo ciekawie opisałaś siebie :) Jak ja sobie przypomnę, jaka byłam kiedyś to uhuhhu! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też robię takie "uhuhhu", kiedy myślę o sobie ;)

      Usuń
  6. hah, super pomysł na wpis, mogę odgapić? :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja również byłam niesforną uczennicą a dziś..dziś jestem nauczycielem ;-)
    Kilka dni temu spotkałam na ulicy moją ukochaną wychowawczynię ze szkoły podstawowej- uwielbiałam ją :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak fajnie! To teraz masz już dwie perspektywy :) Kiedyś też marzyłam o byciu nauczycielem :)

      Usuń
  8. Ja zawsze byłam pilną i wzorową uczennicą. Jednak też miałam swoje za uczami. Chociaz jak się raz zbuduje u nauczycieli opinię grzecznej dziewczynki to późiej w trudnych sytłacjach jest dużo prościej.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń