5 kwietnia 2015

Sam, reż. J. Nelson

Sam (I am Sam)
reż. J. Nelson • USA, 2001
Od dawna marzyłam o tym, by obejrzeć Sama - film, który w obsadzie ma nominowanego za tę rolę do Oscara mojego ukochanego Seana Penna, doskonałą Michelle Pfeiffer oraz - siedmioletnią wówczas - uwielbianą przeze mnie Dakotę Fanning. Przed seansem nie wiedziałam zupełnie nic o fabule, jednak I am Sam ujął mnie od pierwszej sekundy. Nie mogło być jednak inaczej, bo to piękna, poruszająca historia, która nierozerwalnie łączy się z twórczością moich największych idoli.

Bywa, że proste, nieco przelukrowane kino przemawia do odbiorcy najbardziej. Bo widz potrzebuje czasem zwyczajnych życiowych historii, uroczego przekazu, prostych emocji i wzruszeń. Sam jest opowieścią, która być może nie miałaby racji bytu w realnym świecie, ale nie o to chodzi, by wszędzie szukać surowych reguł i nachalnej logiki. Czasem wystarczy po prostu pięknie opowiedziana historia, której przekaz jest jasny: "miłość, to wszystko, czego nam trzeba".

Źródło: filmweb.pl

Sam Dawson to opóźniony umysłowo mężczyzna, który z wielkim oddaniem wychowuje córeczkę, Lucy Diamond (tak, tak, skojarzenie z Lucy in the Sky with Diamonds jest jak najbardziej słuszne). W wyniku serii niefortunnych zdarzeń rodziną tą zaczyna interesować się opieka społeczna. A kiedy badania udowadniają, że Sam jest na tym samym poziomie umysłowym, co jego siedmioletnia córka, rozpoczyna się poruszająca batalia o prawa do opieki nad dziewczynką. Grupa umysłowo chorych kolegów, żyjąca w zamknięciu sąsiadka i walcząca z własnymi problemami prawniczka, Rita, mają pomóc Samowi w sądowej walce. Ale czy w takich przypadkach da się cokolwiek zdziałać? Film tak naprawdę nie odpowiada na to pytanie - decyzja należy do widza...

Sam nie jest typowym wyciskaczem łez. Nie ma to być film epatujący cierpieniem, bólem i żalami o niesprawiedliwość losu, ponieważ tak naprawdę ocieka on ciepłem i humorem. Tematyka jest poważna, postaci niezwykle wyraziste, a jednak trudno nie uśmiechnąć się na widok Sama i jego losów.

Aktorsko produkcja wypada doskonale. Wspaniale prezentują się wszystkie trzy pierwszoplanowe postaci odgrywane przez Penna, Pfeiffer oraz Fanning. Każdy z tej trójki wyróżnia się na ekranie i nie daje o sobie zapomnieć. To najpewniej zasługa nie tylko dobrego aktorstwa i znakomitego wcielenia w narzucone role, ale także autentyczności i uroku samej historii.

W I am Sam podniesione są niezwykle ważkie kwestie: co jest istotą rodzicielstwa?, czy ludziom upośledzonym można powierzyć wychowanie dzieci?, jak wybrać to, co dla nich najlepsze? Sam mówi o tym, co w życiu najważniejsze i nawet jeśli sam przekaz jest dość cukierkowy - Love is All You Need, to tak naprawdę trudno zarzucić cokolwiek temu filmowi. Taki był najpewniej zamysł reżyserki - by opowiedzieć nam bajkę. Bajkę o życiu i o tolerancji. Bajkę, której nie zapomnimy...

Moja ocena: 9/10
Film obejrzany w ramach wyzwania '1000 filmów'.

5 komentarzy:

  1. Kiedyś w telewizji leciał ten film, oglądałam fragmentami i naprawdę niektóre momenty bawią do łez. Muszę kiedyś obejrzeć w całości ten film :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam. Coś pięknego, wzruszającego, poruszającego. Nie można się nie wzruszyć, zastygnąć na moment. Także polecam każdemu. A Sean Penn- wybitny.

    OdpowiedzUsuń
  3. To jeden z moich ulubionych filmów.
    Należy do tych, które można oglądać wielokrotnie i za każdym razem tak samo wzrusza i bawi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam, że chciałam obejrzeć, jak niedawno leciał w telewizji, ale przegapiłam seans. Na pewno jednak obejrzę, bo takie historie zdecydowanie do mnie trafiają.

    OdpowiedzUsuń