• Nie jestem kobietą, nie jestem kibicem ani blogerem. Jestem MATKĄ!

    W dniu, w którym wydałam na świat Zofię, przestałam być tym, kim byłam. Nie jestem blogerem, nie jestem absolwentką polonistyki, nie jestem częstochowianką, ani nawet kobietą. Jestem matką. Tylko. Wyłącznie. Nikim więcej – matką. Kiedy kobieta przyjmuje na siebie rolę rodzicielki, momentalnie traci wszelkie inne statusy społeczne. Nie definiuje jej już kolor włosów (co za ulga dla blondynek), nieważne jest jej wykształcenie czy pochodzenie, nie liczą się zainteresowania. Teraz grupowana jest w jedną całość z innymi matkami. A matki bywają przecież różne. Ja po porodzie nie zaczęłam marchewki nazywać marcheweczką, masła masełkiem a smoczka – o, zgrozo! – dydusiem czy innym nynusiem. Na pytanie, co u mnie, nie odpowiadam, że “Zofii wyszedł czwarty ząb” albo że “Zofia zaczęła stawiać pierwsze kroki”. Nie robię ułomnej z siebie, ze swoich rozmówców, ani dziecka. Nie sprowadzam sensu swej egzystencji wyłącznie do potomstwa i dalej żyję…

  • “Jakby nóg nie rozkładała, toby siadać nie musiała”

    Miałam jakieś czternaście lat, kiedy powyższy cytat dobiegł moich uszu w jednym z częstochowskich autobusów. Mocny osąd z ust starszego człowieka, czyż nie? A wszystko dlatego, że ktoś raczył zwrócić mu uwagę, by łaskawie pozbył się z siedzenia swych wypchanych zakupami reklamówek i zwolnił miejsce dla stojącej obok ciężarnej. Nic to. Staruch (no przepraszam, inaczej nazwać go nie mogę) rzucił chamskim tekstem w eter, wlepił ślepia w okno i zamknął usta wszystkim dookoła. Bo jak tu zareagować na takiego? Kłóć się, to cię zruga. Wyciągnij pięści, a wylądujesz w kryminale. Wszyscy zatem milczą, twarz ciężarnej z zielonej robi się bordowa, a autobus mknie dalej przez świat… Ustąp miejsca ciężarnej! Kultura wymaga, by kobiecie w ciąży ustąpić miejsca w kolejce, w tramwaju, u lekarza. Bo może taka się źle czuć czy nie mieć sił, a nawet jeśli nie to – to już…