businesswoman

Czy da się połączyć pracę w domu z opieką nad dzieckiem?

Jak dobrze wiecie, pracuję w domu i czasami spotykam się z zarzutami, że nie mam normalnej roboty. Nie pomogło nawet to, że z umów o dzieło przerzuciłam się na własną działalność, w ramach której m.in. prowadzę dział promocji sporej grupy wydawniczej – dla niektórych takie coś wciąż jest objawem “próżniactwa” i dowodem na to, że jest się mężową “utrzymanką”. Nic to, że możemy osiągać podobne dochody – praca w domu to nie praca i kropka.

Po drugiej stronie barykady – na szczęście! – stoją osoby, które wyrażają podziw, że jestem w stanie łączyć pracę z wychowaniem córki. Często pytana jestem o to, jak organizuję sobie codzienność i jak sobie z tym wszystkim radzę, tym bardziej, że mój świat obejmuje trochę więcej dziedzin niż “dom” i “praca” – regularnie czytam, oglądam mnóstwo seriali, chodzę do kina, jeżdżę z rodziną na wycieczki czy uczę się języków. Jaki system stosuję, że udaje się to wszystko pogodzić? O tym przeczytacie poniżej.

Parę słów na początek

Na początek zwrócę uwagę na istotną kwestię – moja córka ma obecnie cztery lata. Do pracy wróciłam, gdy miała 10 miesięcy. Dziś nasza codzienność wygląda zupełnie inaczej niż w czasach, gdy była malutka. Wiąże się to przede wszystkim z tym, jak się zmienia, ile uwagi potrzebuje i ile czasu przeznacza na sen.

Niezmienne od lat jest jedno – że wszystkie swoje działania dostosowuję do trybu pracy męża. Kiedy on pracuje na pierwsze zmiany – ja najintensywniej pracuję popołudniami. Kiedy na drugie zmiany – najwięcej uwagi poświęcam pracy z samego rana. Kiedy ma nocki – znów stawiam na popołudnia. Jeżeli jest taka konieczność, pracuję kilka godzin także wieczorami, gdy młoda zaśnie, ale staram się to ograniczać do niezbędnego minimum. Bo w całym tym systemie “jak łączyć pracę z opieką nad dzieckiem” często zapomina się o tym, że uwagi wymaga nie tylko potomstwo, ale także partner. Kiedy pracuje się zbyt intensywnie można bowiem przegapić nie tylko ważne momenty w życiu dziecka, ale też cenne chwile z bliską osobą.

My każdego dnia staramy się zrobić coś razem – szczerze pogadać, zrobić wypasioną kolację, obejrzeć ulubiony serial czy wyjść na spacer. Niby drobnostki, a jednak dają poczucie bliskości, bo nawet czytanie książki wydaje się przyjemniejsze, gdy ukochana osoba leży obok i robi coś swojego.

Jakie jest moje dziecko?

Daleka jestem od idealizowania Zośki, ale nie da się ukryć, że gdyby była innym dzieckiem, moja praca w domu wyglądałaby zgoła inaczej. Po pierwsze – bardzo ładnie śpi. Przez pierwsze dwa lata spała dwie godziny w południe i przesypiała całe noce (od 19 do 7 minimum). Obecnie zasypia koło 20, wstaje między 7 a 8. Nie śpi już za dnia, ale gdy była młodsza, tę dwugodzinną lukę mogłam wykorzystać na wstawienie obiadu i wypełnienie jakiegoś zawodowego zadania. Teraz często gotujemy wspólnie – Zosia lubi liczyć ziemniaki, podawać warzywa do krojenia czy wrzucać przyprawy do zupy, wie, z jakich składników robi się placki czy kluski i chętnie wycina ciasteczka. Kuchnia wydaje się być jej ulubionym miejscem, bo nawet jeśli robię coś na szybko sama, prosi o przyniesienie jej krzesełka, by mogła patrzeć, co robi mama.

Druga sprawa – Zosia ma coś z taty i lubi spędzać czas sama ze sobą. Choć wspólna zabawa sprawia jej mnóstwo frajdy – im jest starsza, tym ta frajda jest większa – to kiedy robię coś ważnego – np. odbieram pilny telefon, przygotowuję prezentację czy zmywam – młoda spokojnie jest w stanie znaleźć sobie zajęcie. Urządza teatrzyk, bawi się z psem, układa puzzle albo tańczy. To bardzo cenne, bo dzieci muszą mieć możliwość nabrania samodzielności i użycia wyobraźni. To nie jest zdrowe, gdy rodzic nieustannie narzuca, w jaki sposób powinno funkcjonować, bawić się i spędzać każdą minutę życia.

Przy całej tej samodzielności Zosia miała kilkumiesięczny etap, kiedy nie odstępowała mnie na krok i nie pomagało nawet to, że tata wymyślał jej fajne zajęcia. Wtedy odpuszczałam, nie pracowałam w jej obecności i poświęcałam jej tyle uwagi, ile potrzebowała. Ten etap minął, ale obecnie zaczyna się na nowo – tyle że w stosunku do nas obojga. Zosia chce spędzać z rodzicami jak najwięcej czasu i znów staramy się to uszanować, tym bardziej, że za kilka miesięcy pójdzie do przedszkola, więc będziemy spędzać wspólnie dużo mniej czasu, a do tego pojawią się takie tygodnie, gdy tatę będzie widziała tylko podczas śniadania.

Jaki jest nasz dom?

Jeżeli znacie tekst O tym, dlaczego mąż nie pomaga mi ani w domu, ani przy dziecku, to wiecie, że w naszym domu sprzątanie, gotowanie czy opieka nad dzieckiem są dzielone na dwoje. Oczywiście ja gotuję dużo częściej i spędzam z młodą więcej czasu, a i sprzątania mam na co dzień trochę więcej (bo po prostu spędzam w domu całą dobę), ale nie ma tak, że mąż nie jest w stanie ugotować obiadu, gdy ja akurat pracuję. Bywa, że dostaję zlecenia weekendowe, które zajmują mi po 14-16 godzin na dobę i choć robię sobie wtedy przerwy na krótki spacer z rodziną, chwilę zabawy z córką czy zjedzenie obiadu, to na Marcina spada większość obowiązków. Na szczęście coś takiego zdarza się raz na parę miesięcy, więc weekendy spędzamy z reguły bardziej na luzie.

Jestem przekonana, że gdyby nie to, że mamy zdrowy, partnerski układ, to na pewno nie byłabym w stanie ani pracować, ani w ogóle normalnie funkcjonować. Kiedy słyszę żale koleżanek, że ich faceci nie zajmują się dziećmi, nie potrafią zmyć po sobie talerza ani tym bardziej zrobić sobie najzwyklejszej kanapki, zastanawiam się, co w ich wychowaniu poszło nie tak. Prawdopodobnie ich rodzice pielęgnowali układ, w którym matka wyręcza wszystkich we wszystkim, więc goście nawet nie zdają sobie sprawy, że w XXI wieku dorosły facet powinien być już nieco bardziej rozwinięty niż trzylatek. Nie obrażając trzylatków – bo większość tych, których znam, czerpie frajdę z wyciągania naczyń ze zmywarki i asystowania podczas wieszania prania.
 
domowe biuro 

W jaki sposób się organizować?

Zacznę od banału – dobra organizacja czasu to postawa. Nie interesuje mnie, czy ktoś uznaje to pojęcie za mit – bo i z takimi opiniami się stykam. Jeżeli bierzecie na siebie za dużo, to oczywiście nie da się tego w żaden sposób zorganizować, bo doba nie jest z gumy, a i organizm człowieka jest w stanie znieść tylko określoną dawkę aktywności. Wiem natomiast jedno – jeżeli nie nauczycie się organizacji, to czas będzie przepływał Wam przez palce i w żaden sposób nie wykorzystacie tego, co jest Wam dane.

Tym, co pomaga mi na co dzień jest – po pierwsze – korzystanie z wolnowaru, dzięki któremu nie muszę stać w garach, a posiłki są gotowe na dowolnie wybraną przeze mnie godzinę. Jeżeli chcecie poznać bliżej to urządzenie, zapraszam do lektury: Wolnowar – najlepsza inwestycja mojego życia. Poza tym każdego dnia korzystam z metody Bullet Journal, o której przeczytacie we wpisach:

Raz w miesiącu robię takie rzeczy, jak:
1) Wypełnienie kalendarza w BuJo najważniejszymi wydarzeniami (uroczystości rodzinne, terminy dokonywania opłat, wizyty u lekarza itd.).
2) Wypełnienie pliku z budżetem domowym od Michała Szafrańskiego, dzięki któremu doskonale radzimy sobie z ogarnianiem domowych finansów.

Raz w tygodniu:
1) Rozpisuję tygodniowe menu – szczególnie w temacie obiadów. Śniadania i kolacje to na tyle proste posiłki, że możemy sobie codziennie między nimi manewrować, natomiast obiady dobrze jest planować w wyprzedzeniem – po pierwsze ułatwia to komponowanie listy zakupów, po drugie – pozwala lepiej wykorzystać posiadane składniki i jakąś część jednego dania wykorzystać kolejnego dnia.
2) Robię duże zakupy z zapasami mleka, jogurtów, mrożonek, serów, jajek itd. Raz na dwa-trzy tygodnie te zapasy są większe, bo obejmują także makarony, mąki, krojone pomidory, kasze, warzywa w puszce i inne długoterminowe produkty, z których w każdej chwili można coś wyczarować.
3) Planuję w Bullet Journalu najważniejsze wydarzenia tygodnia – wyjścia, wyjazdy, spotkania.
4) Odpowiadam na tysiące maili, na które nie mam czasu odpowiadać każdego dnia.

Od czasu do czasu:
1) Opróżniam skrzynkę mailową ze spamu i zbędnych wiadomości.
2) Zapisuję, które produkty nam się kończą, by przy tworzeniu listy zakupów – tak, na zakupy zawsze chodzę z listą – nie przetrzepywać wszystkich szafek i nie zastanawiać się, czego brakuje.

Codziennie:
1) Rozpisuję w Bullet Journalu listę zadań do wykonania następnego dnia. Od drobnostek w stylu: “zrobić pranie” po poważne kwestie, jak “zapłacić ZUS” czy “zlecić wysyłkę książek”.

Tego typu działania pomagają mi w codziennym ogarnianiu rzeczywistości, dzięki czemu jestem w stanie wycisnąć z siebie więcej i o niczym nie zapominam. Paradoksem jest to, że im więcej mam na głowie, tym lepiej się organizuję i tym efektywniejsza jestem. Przy zbyt małej liczbie obowiązków wszystko zaczyna się rozmywać i więcej czasu poświęcam na myślenie o tym, że mam dużo czasu niż na właściwą pracę.

To jak wygląda to łączenie pracy z wychowaniem?

Zacznę od małej uwagi – my robimy wszystko sami. Nigdy nie korzystaliśmy z usług niani, pomocy domowej czy “babci na każde zawołanie”, ale jeżeli tylko Was na to stać, to zatrudnijcie kogoś np. do sprzątania czy prasowania. To też jest element dobrej organizacji – kiedy umie się odpowiednio delegować zadania. Nie musimy być perfekcyjni, możemy zatrudnić kogoś, kto nas wyręczy, kto zrobi to dobrze i kto da nam czas na to, byśmy zajęli się tym, co naprawdę nas interesuje.

A jeżeli Wasz partner nie spędza 24 godzin na dobę w kopalni, to spokojnie może wypełniać jakąś część obowiązków domowych. Nie może być tak, że wszystko spada na kobietę, która jedną ręką odpowiada na służbowe maile, a drugą buja dziecko, gdy w tym czasie facet leży i czeka na podanie kawy pod nos. Dzieci też nie wymagają tego, by siedzieć przy nich nieustannie. Mogą układać puzzle w zasięgu naszego wzroku, mogą obejrzeć bajkę, pobawić się ciastoliną, ułożyć wieżę z klocków czy rysować. Oczywiście, wolałabym, żeby w tej chwili Zośka zamiast oglądać “Psi Patrol” bawiła się ze mną w sposób kreatywny, ale to nie zawsze jest możliwe. Za chwilę spędzimy ze sobą trzy godziny bardziej produktywnie, ale ostatnią godzinę musiała spędzić beze mnie. Czy to źle? Ktoś powie, że straciłam godzinę z życia dziecka, ale ja odpowiem na to, że zyskałam godzinę dla swojego rozwoju. Nie jestem i nie będę Matką Polką, która robi z siebie cierpiętnicę rezygnującą z siebie w imię macierzyństwa, bo widzę, jak fatalnie się to kończy. Stawiam na zdrowy balans pomiędzy byciem dla świata i byciem dla samej siebie. Oczywiście, priorytetem zawsze będzie dla mnie rodzina, ale nawet ona nie przesłoni mi nigdy reszty świata.

Pamiętajcie o tym, by zawsze to równoważyć. Można jednocześnie być dobrą partnerką, mamą, gospodynią domową i businesswoman. Nie zawsze wszystko się uda, nie zawsze będzie idealnie – bo jesteśmy tylko ludźmi, nie robotami. Ale nie dajcie sobie podciąć skrzydeł. Jeżeli chcecie (albo po prostu musicie) łączyć pracę z wychowaniem, to ja – na pewno nie jako jedyna osoba na świecie – mówię Wam, że się da. Nie jest to łatwe, wymaga zaangażowania całej rodziny i zmiany przyzwyczajeń, ale to nieprawda, że pracy z opieką nad dzieckiem połączyć się nie da albo że zawsze ktoś/coś na tym ucierpi. Wszystko zależy od nas. Nie nastawiajcie się jednak na to, że będziecie spokojnie siedzieć przy biurku z kawusią pod ręką i niespiesznie stukać w klawisze (no, chyba że oddelegujecie gdzieś partnera i dziecko). Ale tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba – każdy rodzic wie, jak to z maluchami w domu bywa.

Powodzenia!

Przeczytaj również:

Spodobał Ci się ten wpis? Polub Kreatywę na Facebooku:

14 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *