do zrobienia przed smiercia

Dwa lata temu opowiedziałam Wam o 268 rzeczach, które chciałabym zrobić przed śmiercią. Niecały rok później pokusiłam się o małą aktualizację i pokazałam Wam jak mi idzie wypełnianie listy. Dziś przyszła pora na kolejną aktualizację i parę smutnych wniosków.

Zacznę od wniosków: idzie mi słabo. Stworzyłam listę pełną wielkich marzeń i małych celów, ale niewiele z nich udaje mi się zrealizować. Dziesięć kolejnych punktów, o realizacji których Wam dzisiaj opowiem, to raczej drobnostki, które wydarzyły się przypadkiem, a nie były świadomym działaniem realizowanym z myślą o liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią. W związku z tym postanowiłam, że w następnych dwunastu miesiącach powinnam zacząć skupiać się na tym, czego pragnę i rzeczywiście próbować to osiągnąć.

Przejrzałam listę raz jeszcze i nie znalazłam na niej żadnego punktu do usunięcia (okej, chciałabym uniknąć tego badania pieprzyków, no ale…) – to wciąż są moje cele, to wciąż są marzenia, które chcę spełnić. To mnie cieszy, bo choć mijają lata, ja wciąż jestem wierna tym pragnieniom, które zajmują moje myśli już od dawna i jestem pełna wiary, że uda mi się je zrealizować. Szczególnie te, które mogę spełnić bez ogromnych nakładów finansowych, bo nie da się ukryć, że są na liście punkty, których przy obecnych zarobkach nie zrealizuję nigdy i które mogą do końca życia być tylko mrzonkami.

Składam więc przed Wami obietnicę, że do końca przyszłego roku zrealizuję co najmniej 25 punktów z listy. Wy trzymajcie mnie za słowo, a ja Wam teraz opowiem, jakie cele z listy odhaczyłam od sierpnia zeszłego roku.

Zjeść samotnie w restauracji (czerwiec 2017)

Jeżeli czytacie mnie już dłuższy czas, wiecie, że zawsze miałam potworny problem z tym, by robić coś samodzielnie. Od dziecka potrzebowałam asysty koleżanek, by gdziekolwiek się ruszyć, w dorosłym życiu zaczęłam polegać na mężu w kwestii załatwiania ważnych spraw. Przy okazji ostatniej aktualizacji listy opowiadałam Wam, jak z ciężkim sercem wypełniłam punkt o samotnym pójściu do kina, które ostatecznie nie okazało się tak trudne, jak się spodziewałam, ale samotne wyjście do restauracji wydawało mi się zadaniem dla mnie niewykonalnym. Wiecie, w ciemnym kinie samotna jednostka nie zwraca tak wielkiej uwagi, jak osoba samotnie jedząca posiłek w knajpie.

Przełamałam się spontanicznie.

śniadanie cc0

Pamiętam, że załatwiałam wtedy pierwsze sprawy związane z moją firmą. Pomyślałam sobie: “Dziewczyno, odbębniłaś sama skarbówkę i ZUS, naprawdę braknie ci odwagi, by zjeść wśród ludzi?”. I poszłam. Ale lokal wybrałam nieprzypadkowo – częstochowskie Boulangerie to miejsce, jakie możecie kojarzyć z francuskich filmów. Jasne wnętrze, miły klimat, aromat świeżo wypiekanych produktów, ludzie przybywający tłumnie po smakowite kanapki, sałatki i desery. Wielokrotnie byłam tam z rodziną i zawsze wychodziłam zachwycona.

Tamtego czerwcowego dnia nie było jednak łatwo. Kiedy zbliżała się moja kolej na złożenie zamówienia, wpadłam w lekką panikę i postanowiłam, że zamówię koktajl na wynos. Wiecie – szybka sprawa, wchodzę, zamawiam i wychodzę. Teraz wydaje mi się to potwornie śmieszne, ale wtedy toczyłam wewnętrzną walkę z samą sobą i naprawdę byłam pewna, że znowu przegram. Ale wygrałam. Odważnie zamówiłam jajecznicę z kurkami, wybrałam miejsce przy wysokim blacie wśród innych ludzi i spokojnie przez kwadrans czytałam książkę, a potem rozkoszowałam się przepysznym śniadaniem.

Samotne wyjście do restauracji może się niektórym wydawać błahostką, ale wtedy jeszcze nie pożegnałam się z kompleksami, wtedy jeszcze nie było końca brzyduli, a odwagi w tłumie dopiero zaczynałam się uczyć. Teraz stawiam dużo odważniejsze kroki, a tamta wizyta w przyjaznym, klimatycznym Boulangarie była do tego wstępem. Teraz samodzielność nie jest dla mnie już tak przerażająca, ba, nawet na fitness i siłownię się zapisałam, nie bacząc na to, że nie ma mnie kto za rączkę prowadzać. Można? Można.

Spróbować Tai Chi (lipiec 2017)

Tai Chi Chuan jest starochińską sztuką walki, mającą w sobie elementy relaksacji i medytacji. Z fascynacją obserwowałam nagrania z grupowych sesji z całego świata, podczas których ludzie zdawali się dosłownie pływać w powietrzu podczas wykonywania poszczególnych sekwencji. Widząc to, już dawno sama zapragnęłam spróbować Tai Chi i nareszcie udało mi się spełnić to pragnienie. A miało to miejsce w minione wakacje.

Na naukę Tai Chi poświęciłam samotne lipcowe wieczory, kiedy młoda już spała, a mąż wciąż był hen daleko w pracy. Na kanale Kino Świat VOD znalazłam szczegółowe instrukcje dla początkujących – Tai Chi dla początkujących – i przepadłam. Tai Chi cudownie relaksuje, sprawia, że człowiek jak nigdy świadom jest każdej cząstki swojego ciała i pozwala dostrzec piękno medytacji.

Mimo że w moim mieście dostępne są zajęcia Tai Chi, nie mogę sobie na nie pozwolić czasowo (mają na to wpływ bardzo późne godziny zajęć), ale sama filozofia tej sztuki skłoniła mnie do zapisania się na jogę. Od miesiąca trenuję pod okiem profesjonalnej instruktorki i jestem zachwycona tym, jak wspaniale tego typu umiarkowana aktywność fizyczna potrafi wpływać na ciało i umysł. Polecam każdemu.

Wybrać się na koncert do filharmonii (wrzesień 2017)

Kiedy dodawałam ten punkt do listy, pierwotnie myślałam o tym, aby wybrać się na typowy koncert orkiestrowy. To, w jakim celu ostatecznie trafiłam do częstochowskiej filharmonii nie było może typowe, ale był to taki koncert, którego nie zapomnę do końca życia. Dwa tygodnie temu wzięliśmy bowiem całą rodziną udział w koncercie z cyklu Filharmonia Malucha i było to pierwsze tak poważne wyjście w życiu Zosi, a jednocześnie coś dla nas niepowtarzalnego.

plakat filharmonia malucha

Jeżeli macie dzieci, a taka impreza odbywa się w Waszej okolicy – nie wahajcie się. My namyślaliśmy się nad nią dobry rok i dopiero teraz odważyliśmy się wreszcie wziąć w niej udział. Wystarczyła minuta koncertu, abyśmy oboje z Marcinem popłakali się ze wzruszenia. To, jak młoda zareagowała na widok tego, co działo się na scenie, było niesamowite. Jestem pewna, że nigdy w życiu nie widziałam jej aż tak szczęśliwej. A skoro była turboszczęśliwa siedząc wśród publiczności, wyobraźcie sobie, co się z nią działo, gdy dzieciaki zostały zaproszone na scenę. Muzycy rozpoczęli utwór, a nasze dziecko już zawojowało środek sceny. Obserwowanie jej tam było najpiękniejszym doświadczeniem mojego życia i wiem, że Marcin czuł to samo, bo po prostu oboje mieliśmy oczy wypełnione łzami wzruszenia.

Koncerty z cyklu Filharmonia Malucha pozwalają na oswajanie dzieci ze zjawiskami dotąd zarezerwowanymi dla starszych i uczenie ich, jak powinny się zachować w takich miejscach, ale ponieważ po pierwszym utworze wędrują one na scenę (w parze z jednym z opiekunów), tak naprawdę najważniejszym punktem wydarzenia okazuje się obcowanie z muzyką, bliskość z instrumentami i udział w muzycznych zabawach. Maluchy przekonują się, że ten świat może być fascynujący i że nawet w tak poważnym miejscu można się wspaniale bawić, a przy okazji otrzymują sporą porcję wiedzy. To cudowne doświadczenie i żałuję, że tak długo wahaliśmy się z zabraniem młodej do filharmonii. Kolejnych koncertów z cyklu na pewno nie przegapimy.

Zjeść sushi (listopad 2016)

Od dobrych dziesięciu lat obiecuję sobie, że spróbujemy sushi. Ilekroć pojawialiśmy się w większych miastach, mówiliśmy sobie: “Spróbujmy!”, po czym odpuszczaliśmy, w obawie, że źle zniesiemy kontakt z surową rybą i wakacyjny wyjazd albo podróż powrotna okażą się koszmarkami. W wypełnieniu tego punktu znów pomógł więc przypadek.

Sushi było jednym z elementów poczęstunku na weselu mojej przyjaciółki Sandry. Nie wiem, jakiego rodzaju tego dania spróbowaliśmy, bo opcje były aż trzy i każda zawierała inne składniki, ale dwie z nich naprawdę mnie zachwyciły. Jestem pewna, że jeszcze nieraz sushi spróbuję, bo podobno nawet w Częstochowie można znaleźć teraz dobre. I mimo że ten punkt z listy mam już z głowy, kto powiedział, że nie mogłabym go odhaczać wielokrotnie?

Zrobić czipsy ziemniaczane (grudzień 2016)

W zeszłym roku sprawiliśmy sobie frytownicę. Nie była to najbardziej trafna decyzja naszego życia – bo choć sprzęt jest fajny, to skłania nas do niezdrowego jedzenia – ale dzięki niemu mogłam zacząć robić naprawdę dobre czipsy metodą domową. W jaki sposób? W taki sam, jaki podpowiada Pascal Brodnicki na swoim – naprawdę świetnym! – kanale:

Efekt jest naprawdę smakowity. Czipsy są tańsze i zdrowsze niż w wersji kupnej, a smakują naprawdę wybornie. I rzeczywiście są tak chrupiące, mniam!

Przez rok co miesiąc wpłacać datki na rzecz ratowania zwierząt

Od czerwca zeszłego roku jestem członkiem Klubu WWF, regularnie wspieram również zwierzaki z dlaschroniska.pl, o których opowiadałam we wpisie Jak pomóc zwierzętom bez wychodzenia z domu? Nie są to rzeczy wielkie, bo milionów na koncie nie posiadam, ale wychodzę z założenia, że drobne wsparcie każdego z nas ostatecznie składa się w ogromną całość.

Razem możemy więcej, to proste. Jeżeli i Wy zdajecie sobie sprawę, że zwierzęta same sobie nie mogą pomóc, róbcie cokolwiek możecie, byle dać im wsparcie. Już samo klikanie w Pustą Miskę jest czymś więcej niż niczym, a form pomocy jest ogrom, wystarczy tylko chcieć się zaangażować.

Wypić filiżankę kawy (czerwiec 2017)
Spróbować owocu, którego nigdy nie jadłam (maj 2017)
Zrobić masło czekoladowe (kwiecień 2017)
Zrobić własne lody (sierpień 2016)

O tych czterech punktach opowiem w skrócie, bo nie są to jakieś specjalnie złożone historie. Idąc chronologicznie: w sierpniu zeszłego roku zaczęłam robić własne lody, korzystając z gotowych foremek i prostych receptur w stylu: “zmieszaj jogurt z owocami i zamróź”. W tym roku zaopatrzyłam się w książkę Zdrowe lody. 75 łatwych przepisów, która pozwala przełamać rutynę i podpowiada naprawdę wspaniałe sposoby na domowe lody. Polecam!

W kwietniu tego roku zrobiłam masło czekoladowe. Pierwotnie miało być to coś na kształt Nutelli z przepisu Kocham Gotować, ale ostatecznie zdecydowałam się na zrobienie kremu z orzechów z dodatkiem kakao. Wyszło niezłe, ale bez szału.

W maju pierwszy raz w życiu jadłam figi. Nie było to przyjemne doświadczenie i raczej go nie powtórzę.

Za to od czerwca jestem pijaczką kawy. Wzbraniałam się przed tym przez całe swoje życie, aż w końcu odpuściłam i przygotowałam swój pierwszy kubek w życiu. W lipcu dzięki jednemu z paneli do zarabiania na ankietach otrzymałam do testów ekspres do kawy, który został już ze mną na stałe i bez którego nie wyobrażam sobie życia. Złapałam więc w tym roku nowy nałóg, ale bez obaw, kawę pijam raptem kilka razy w tygodniu i raczej nieprędko stanę się człowiekiem, który serwuje sobie małą czarną zamiast śniadania, obiadu i kolacji. Przyznać się – kto z Was tak robi, co?

kawa i książka

Dziesięć kolejnych punktów z listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią mam już za sobą. Wierzę, że dotrzymam słowa i rzeczywiście do końca 2018 roku wypełnię co najmniej 25 kolejnych, w tym ten najważniejszy – znajdujący się na samym szczycie. Bo, wierzcie mi, na pierwszym miejscu listy znajduje się największe marzenie mojego życia i ustaliłam już z Marcinem, że zrobimy wszystko, abym mogła je wkrótce spełnić. Trzymajcie kciuki, nie będzie łatwo!

Pora na Was: macie swoje listy? Gromadzicie gdzieś tego typu pragnienia i marzenia? Zastanawiacie się w ogóle, co chcielibyście jeszcze przeżyć i zobaczyć, czy raczej nie interesują Was takie kwestie? Zapraszam do dyskusji!

Spodobał Ci się ten wpis? Polub Kreatywę na Facebooku:

Klaudyna Maciąg

<p>Copywriter, marketingowiec, redaktor i korektor książek, właścicielka Agencji Kreatywnej Espelibro. Prywatnie mama energicznej trzylatki, właścicielka dzikiego psa, żona pewnego poety i wierna fanka Manchesteru United.</p>

24 Comments

  1. Klaudyna! Brakuje mi tu bardziej szalonych rzeczy, masz coś w planach? 🙂
    Pozdrawiam.

    1. Miałam kiedyś listę rzeczy do zrobienia przed 26 urodzinami, ona była bardziej szalona. Dwa miesiące po jej spisaniu dowiedziałam się, że jestem w ciąży i myślenie o szaleństwach się skończyło 🙂

  2. Ja przed śmiercią spróbuję trochę pożyć. 🙂

  3. Podkusiłaś mnie do stworzenia własnej listy 🙂 Chyba muszę to zrobić 🙂

    1. Super! Powodzenia w jej tworzeniu 🙂

  4. Sushi jest przepysznie! Ja bardzo lubię. Chociaż wiem, że nie jest łatwo się przełamać 🙂 Ostatnio namawiałam przyjaciółkę i musiałam się nieźle nagimnastykować 🙂

    1. Ja przełamywać się nie musiałam, tylko wiecznie okoliczności nie sprzyjały 🙂

  5. Spokojna lista, powodzenia w realizacji!

  6. Ja może nie mam takiej listy, ale mam listy marzeń, co roku ją odnawiam.

    1. Fantastycznie, dobrze mieć takie coś 🙂

  7. Mam taką listę, ale w sumie jeszcze jej nie publikowałam. I właściwie nie wiem czy to zrobię, bo co jakiś czas jest modyfikowana. Co do samotnego jedzenia – z tym nigdy nie miałam problemów, ale to dlatego, że czasem miałam trochę czasu między końcem pracy a jakimś wydarzeniem, więc poświęcałam tę chwilę na jedzenie. 😉

    1. Myślę, że nawet już opublikowaną można modyfikować 🙂 Mnie zaprezentowanie listy tutaj baaardzo mobilizuje do działania.

  8. Przeczytałam z zaciekawieniem Twoje wynurzenia na temat samotnego zjedzenia w restauracji w powiązaniu z potrzebą asysty – koleżanek, męża, itp.
    A dalej piszesz tak: “Od dobrych dziesięciu lat obiecuję sobie, że spróbujemy sushi.” SpróbujeMY.
    “na pierwszym miejscu listy znajduje się największe marzenie mojego życia i ustaliłam już z Marcinem, że zrobimy wszystko, abym mogła je wkrótce spełnić”. ZrobiMY.
    Rozumiem Twoją potrzebę asysty i rozumiem nawet skąd to płynie…
    Ale pomyśl chwilę – sama dla siebie – czy lista nie realizowałaby się szybciej i sprawniej, gdybyś wzięła za siebie odpowiedzialność? Sama? Jak dorosła kobieta? Nie musisz mi odpowiadać… Sama dla siebie…

    1. Wiesz, w tych przypadkach wcale nie chodzi o asystę, tylko o to, że są chwile, które chcę dzielić z rodziną. Nie wyobrażam sobie, żebym sama sobie planowała podróż do innego kraju, skoro mam małe dziecko i skoro to nie ja zarabiam w tym domu najwięcej 🙂 No i są też rzeczy, które chcemy po prostu robić razem, bo to sprawia nam przyjemność i właśnie dlatego znalazły się one na liście. To tyczy się właśnie wypróbowywania jedzenia czy zwiedzania świata.

      Pewnie gdybym nie miała rodziny, inaczej bym tę listę komponowała, ale nie jestem samotną wyspą, więc i niektórych punktów nie będę wypełniać sama 🙂

      1. Rozumiem. Nikt nie jest samotną wyspą i niektóre rzeczy fajnie jest dzielić z innymi. Mnie bardziej uderzyło to przemieszanie “ja” z “my”. A raczej duże “my” i malutkie skurczone “ja”. Ale może to tylko moje wrażenie 🙂
        Życzę realizacji marzeń i odkrywania nowych 🙂

  9. Trzymam kciuki za realizację kolejnych punktów! Ja nie mam listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią – dla mnie to zbyt mało SMARTny cel. Tworzę sobie listy planów, marzeń, spraw do załatwienia i rzeczy, które chcę zrobić, ale daję sobie rok na realizację zadań. Od czasu do czasu zerkam na listę, wykreślam, planuję nowe działania, czasami dopisuję nowe punkty. Przy określeniu konkretnej remy czasowej jest łatwiej się zmobilizować. A tworzenie list samo w sobie jako praktykę uważam za rewelacyjny pomysł. W końcu słowo pisane ma większą siłę! 🙂 Polecam Ci też zbieranie radosnych wspomnień w słoiku szczęścia… Jeśli masz ochotę, zapraszam 🙂

    1. Korzystam ze słoika szczęścia od dawna i świetnie się sprawdza 🙂

      Masz rację, że przy stosownej ramie czasowej jest łatwiej, ale ja wolę trudniejsze wyzwania. Plus, daje mi to dużo większą elastyczność, bo zadań do wykonania jest więcej, o różnym stopniu trudności.

  10. Jej- właśny express- dla mnie to marzenie bo bez kawy nie przeżyję dnia :D.
    A joga to świetny wybór i w sumie dobrze, że to tai chi nie wypaliło ;).
    Trzymam kciuki za realizację pozostałych celów 🙂

    1. Tai Chi wykonuję w domu od czasu do czasu. Ale “gotowe” zajęcia z jogi są fantastyczne, rzeczywiście.

      Dzięki!

  11. Sporo rzeczy już zrobiłaś ze swojej listy. Gratuluję!

  12. Czytałam kiedyś u Baudrillarda (jeszcze za studenckich czasów, teraz sięgam po lżejszą literaturę ;)), że jedzenie bez czyjegoś towarzystwa to najwyższa forma samotności. Dlatego zupełnie mnie nie ciągnie to pójścia samej do restauracji. Kilka razy w życiu byłam do tego zmuszona i zawsze źle się z tym czułam… Ale do kina chętnie bym poszła sama. Głównie dlatego, że z Mężem nie mam jak (kto się zajmie dziećmi?), a całą rodziną to tylko na Smerfy 😛

    A na sushi zapraszam do nas, jak kiedyś będziesz w Krakowie 🙂 Nigdy jeszcze nie jadłam “prawdziwego”, ale podobno robię całkiem dobre 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *