kino siedzenia cc0

W trakcie studiów szuka się różnych źródeł zarobku. Jedni lądują w fastfoodzie, inni na słuchawce, jeszcze inni rozpoczynają karierę w blogsferze. Są też tacy, których pociąga praca w kinie. Bo to nieskomplikowana i łatwa do pogodzenia z nauką robota, do której nie trzeba mieć specjalnych kwalifikacji. Jako że sama parę lat w kinie przepracowałam, dziś odpowiem na najczęstsze pytania, jakie słyszę w związku z pracą w kinie – jak się tam pracuje, ile zarabia i czy w ogóle warto w kinie pracować.

Jak to się stało, że wylądowałam w kinie?

Byłam na drugim roku studiów, kiedy przeszła mi przez głowę myśl: “robisz za mało”. Nabrałam wtedy ochoty, aby znaleźć sobie płatne zajęcie, dzięki któremu może niespecjalnie bym się wzbogaciła, ale za to zdobyłabym ciekawe doświadczenie. CV wysłałam spontanicznie i byłam ogromnie zaskoczona, kiedy do mnie oddzwoniono. Jeszcze większym szokiem było dla mnie, że zostałam przyjęta, tym bardziej, że widziałam inne kandydatki na to stanowisko i uznałam, że nie mam żadnych szans w starciu z nimi. Tymczasem – o czym dowiedziałam się dopiero jakiś rok później – to moja rzekoma “elokwencja” zadecydowała o tym, że natychmiast mnie przyjęli.

Co zaskoczyło mnie w tamtym czasie najbardziej, to reakcja moich rodziców, którzy o mojej pierwszej pracy dowiedzieli się, gdy już szykowałam się do podpisywania umowy. Podczas gdy ja byłam pewna, że wszyscy staruszkowie lubią zaradne dzieci i ewentualnie obawiają się, że biedactwa nie dadzą sobie rady z łączeniem nauki z pracą, moich kochanych rodziców martwiło to, co sobie ludzie pomyślą na wieść, że “posłali córkę o pracy”. Nie oponowali jakoś szczególnie, zakazu na pracę w kinie nie dostałam, ale doskonale pamiętam, że pomysł totalnie się im nie spodobał.

A ja byłam z siebie szalenie dumna. Bo choć już wtedy dorabiałam jako copywriter, dopiero tę pracę w multipleksie uznawałam za “poważną robotę”. Miałam też genialne poczucie, że wykorzystuję dany mi czas maksymalnie. No i zarabiałam własną kasę, co też nie pozostawało bez znaczenia.

Jak wygląda praca w kinie?

W 2008 roku w Częstochowie funkcjonowało jedno kino studyjne i jedno kino pod szyldem Cinema City. Ja trafiłam do tego drugiego i tylko o pracy w tym właśnie miejscu (oraz otwartym później drugim częstochowskim CC) mogę się wypowiadać. Nie wiem, jak to wygląda w Heliosach i Multikinach, nie wiem jak to wygląda w innych CC, nie wiem nawet, ile zmian zaszło na przestrzeni ostatnich kilku lat w tej materii, ale domyślam się, że dzisiejszym studentom w kinach pracuje się podobnie.

Całą swoją przygodę z Cinema City przeżyłam na dziale obsługi widza, zatem do moich obowiązków należało: kasowanie biletów, kontrolowanie jakości seansów (nic wielkiego, np. sprawdzanie czy napisy wyświetlają się prawidłowo), sprzątanie sal i holu, zmienianie plakatów, pokazywanie ludziom drogi do wyjścia, mierzenie temperatur na salach, odpowiadanie na miliony pytań, rozdawanie gadżetów, straszenie policją ludzi nagrywających filmy, poganianie uprawiających seks na koszach na śmieci, rozstrzyganie sporów wśród awanturujących się o miejsca itd. Później również szkolenie pracowników i opieka nad grupami zorganizowanymi, a kiedy kino się rozwinęło – zbieranie, mycie i liczenie okularów do seansów 3D.

Nie było w tym nic specjalnie ciężkiego, dlatego niecierpliwie wypatrywałam Walentynek i weekendów z głośnymi premierami, bo wówczas działo się najwięcej, a ja najbardziej lubiłam, gdy praca stawiała mi wyzwania. Serio, nie ma nic gorszego niż dłużący się dzień w robocie, kiedy przez kino przewija się pięć osób na krzyż, a ty siedzisz sama na stanowisku i liczysz końcówki biletów, słuchając w kółko tych samych denerwujących piosenek.

cinema full

Zalety i wady pracy w Cinema Cty

Niezależnie od tego, na jakim stanowisku się pracuje, są pewne uniwersalne reguły, które czynią tę pracę tak atrakcyjną dla młodych ludzi:

  • Elastyczność grafiku – grafik można dostosować do siebie niemal w stu procentach. Z wyprzedzeniem deklaruje się, w jakich godzinach może się pracować w danych dniach i to do tych deklarowanych godzin dopasowywane są zmiany. Oczywiście, kiedy deklarowałam dyspozycyjność 7 dni w tygodniu, nie znaczyło to, że tyle zmian dostanę. Bywało też, że nikt nie chciał jakiegoś dnia przyjść (poranna zmiana w Nowy Rok), więc wtedy odbywało się losowanie, ale generalnie nie ma żadnych problemów z ustawianiem grafiku do swoich preferencji. Jest jeden warunek – studenci dzienni powinni być zawsze dyspozycyjni przynajmniej w weekendy, zaś zaoczni – w tygodniu.
  • Możliwość oglądania filmów za darmo – każdy pracownik mógł za darmo oglądać filmy poza godzinami pracy, o ile sala nie była pełna i o ile na dany seans wpisało się max dwóch pracowników. Sama skorzystałam z tego przywileju tylko dwa razy, ale byli tacy, którzy mieli cały repertuar w małym palcu, bo znajdowali czas na oglądanie wszystkiego po kolei.
  • Zatrudnianie ludzi bez doświadczenia – kino to świetna opcja dla osób, które szukają swojej pierwszej pracy. Nie trzeba mieć tam żadnego doświadczenia, ani przebogatego CV. Wystarczy napisać list motywacyjny i wypaść przekonująco na rozmowie kwalifikacyjnej, a wszelkie braki w doświadczeniu okazują się nieistotne.
  • Młoda ekipa – wszyscy pracownicy CC to studenci (albo świeżo upieczeni maturzyści), dlatego atmosfera pracy jest luźna i przyjemna. Oczywiście wszystko zależy od tego, na jakich ludzi się trafi, ale nie wierzę, że gdziekolwiek można trafić na ekipę samych durni i prostaków. Managerowie i kierownicy to z reguły również ludzie młodzi, z którymi od razu przechodzi się na “ty”, co również wpływa dobrze na atmosferę pracy.
  • Dostęp do plakatów – bywają takie plakaty, o które ludzie się wręcz zabijają. Miło móc być przed nimi i zgarnąć dla siebie jakiś wyjątkowy poster albo któryś z gigantycznych banerów wiszących w holu.

Do wad pracy w kinie można by zaliczyć zarobki, ale to zależy od punktu widzenia. Warto pamiętać, że to nie jest praca, z której mamy się utrzymać sami w trzypokojowym mieszkaniu, ale miejsce, w którym można sobie dorobić. Do Cinema City nie idzie się dla kasy, tylko dla ludzi, dla atmosfery, dla zdobycia ciekawego doświadczenia. Ja łączyłam pracę w CC ze studiami, a potem również ze studium i dorabianiem jako copywriter i grafik, a moje zarobki sięgały 450-550 zł, ale bywali i tacy, którzy na moim dziale wyrabiali tyle godzin, że czasem dobijali nawet do 1000 zł. Obecnie z pewnością jest o to dużo łatwiej, bo raczej nigdzie nie pracuje się już za niecałego piątaka za godzinę.

Choć atmosferę pracy wymieniałam wyżej w zaletach, to jednak wiem od ludzi pracujących w innych miastach, że nie wszędzie bywa tak miło, jak w Częstochowie. Szokujące są dla mnie opowieści o wydzierających się na ludzi managerach, o obrażaniu pracowników w obecności klientów i dającej się odczuć hierarchizacji pracowniczej. Poza ostatnimi tygodniami pracy w drugim częstochowskim Cinema, które uważam za najgorszy okres mojego życia i najwyższy popis cudzego zakłamania i podłości, nigdy nie mogłam powiedzieć złego słowa ani o swoich współpracownikach, ani o tych, którzy byli nad nami. Kierownikami zazwyczaj zostawali ludzie, którzy dostawali awans na naszych działach i choć było ich – w obu kinach – wielu, to tylko o jednej osobie mogłabym powiedzieć, że jej po objęciu nieco wyższego stanowiska odwaliło. Reszta wciąż pozostawała kumplami z ekipą i nigdy nie ustawiała siebie ponad innych. Czy mieliśmy szczęście? Być może, ale wierzę, że jednak w większości kin jest podobnie i tylko niskie zarobki spędzają ludziom sen z powiek.

Co dała mi praca w kinie?

Kiedy trafiłam do Cinema City, miałam 20 lat i głowę wciąż wypełniały mi kompleksy (Dlaczego? O tym we wpisach z cyklu Brzydula). Z zamkniętej w sobie histeryczki, która nie umiała odezwać się do kobiety w dziekanacie ani zapytać o godzinę, stałam się pewną siebie dziewczyną, która ucinała sobie pogawędki z klientami, uśmiechała się do ludzi, była wygadana i otwarta. Uważam, że zatrudnienie w kinie dużo zmieniło w moim życiu i okazało się jedną z najważniejszych lekcji pewności siebie, jakie otrzymałam po dziś dzień. Ktoś dał mi szansę, nie zważając na to, że mam krzywy zgryz i mało atrakcyjny wygląd. Ktoś uwierzył we mnie i pozwolił na reprezentowanie firmy przed ludźmi. Choć wtedy jeszcze tego nie dostrzegałam, po upływie paru lat zauważyłam, że ta praca okazała się dla mnie prawdziwym punktem przełomowym. Nie w kwestii kariery, bo tę ścieżkę i tak buduję sama, ale w kwestii ogarnięcia się z życiem i dostrzeżenia czegoś w sobie.

Kino traktowałam jak swój drugi dom. Ba, właściwie nawet jak pierwszy. Prosto z uczelni spacerem szłam do CC, nie zważając na to, że zmianę zaczynam za kilka godzin. Siadałam na kanapie i pisałam prace zaliczeniowe, uczyłam się i przygotowywałam do zajęć. Pamiętam, że gdy zawaliłam jakieś kolokwium i przygotowywałam się do poprawek, jedna z managerek co jakiś czas sprawdzała, czy na pewno pilnie się uczę. Naprawdę czułam się tam jak w domu.

Nigdy nie brałam wolnego (poza epizodem ze zjedzeniem kilograma krówek, po którym nie byłam w stanie sama zadzwonić, że nie ruszę się z domu i zrobił to za mnie Marcin), popijałam na bramce wejściowej lekarstwa i trzymałam się dzielnie. Czasem brałam cudze zmiany i siedziałam w pracy 16 godzin i chociaż nie wiedziałam po tym, jak się nazywam, to uwielbiałam atmosferę tego miejsca, uwielbiałam ludzi, którzy mnie otaczali i zupełnie nie przeszkadzało mi, że moje życie towarzyskie zaczynało i kończyło się na kinie. To była fajna, rozwijająca i przyjemna praca, którą do końca życia będę wspominać jako jedyną poważną robotę w swoi życiu, bo nigdy potem nie pracowałam dla nikogo, poza samą sobą (wiecie – freelancing i własna firma to już nie to samo). Czasami mocno mi tego brakuje, szczególnie że moja obecna praca polega na siedzeniu przy komputerze, z trzylatką skaczącą mi po głowie. Żałuję jedynie tego, że przez cudze niefajne zagrywki rozstałam się z CC w niemiłej atmosferze. Wspomnienia mogłyby być jeszcze milsze.

Niezależnie od tego, jak wspominam ostatnie chwile z Cinema City – Wam pracę w tym miejscu polecam z całego serca. Gdybym miała wybierać pomiędzy smażeniem frytek, wiszeniem na słuchawce i pracą w kinie – zawsze stawiałabym na tę ostatnią opcję.

Spróbuj się nie zaśmiać podczas lektury: Wspomnienia pracownika kina: kilka najdziwniejszych / najgłupszych / najśmieszniejszych zdarzeń

Spodobał Ci się ten wpis? Polub Kreatywę na Facebooku:

, , ,
Klaudyna Maciąg

<p>Copywriter, marketingowiec, redaktor i korektor książek, właścicielka Agencji Kreatywnej Espelibro. Prywatnie mama energicznej trzylatki, właścicielka dzikiego psa, żona pewnego poety i wierna fanka Manchesteru United.</p>

13 Comments

  1. Bardzo przydatny tekst, tym bardziej, że właśnie rozmawiałam z moim nastolatkiem o jego pierwszej pracy po maturze 🙂

    1. O, no proszę. Może taki pomysł przypadnie mu do gustu 🙂

  2. O rany! Naprawdę ktoś uprawiał seks w kinie w dodatku na koszu na śmieci?! 🙂 Nic mnie już nie zdziwi! A post fajny, dużo z niego można się dowiedzieć. Zawsze mnie ciekawiło jak wygląda taka praca właśnie z perspektywy pracownika 🙂

    1. Na koszu na śmieci zdarzyło się raz. Na sali kinowej – o wiele więcej 🙂

  3. Mam znajomych, którzy kiedyś pracowali w kinie i też sobie chwalili tę pracę, fajne doświadczenie. Z pewnością jest to dobra opcja do wpisania w cv jako pierwsza praca – kontakt z ludźmi, opcje rozwoju, szkolenia, rozwiązywanie problemów typu seks na koszu (?) 😀
    Czemu na koszu? Często zdarzały się takie sytuacje? Jestem mega ciekawa. Częściej chodzę do kin studyjnych, CC tylko na te “większe” produkcje 🙂

    1. Wielkie kosze na śmieci znajdują się za salami. Para postanowiła załatwić “swoje sprawy”, bo myślała, że w pustym korytarzu będzie miała zapewnioną intymność. Nikt raczej nie przypuszczał, że moją rolą jest grzebanie w koszu i segregowanie kubków i opakowań po popcornie 😉

      W wolnej chwili zajrzyj do wpisu o najdziwniejszych sytuacjach, jakie wspominam z pracy w kinie. Są tam opisane również inne seksualne akcje, a także znalezienie gumowego dildo pod siedzeniem 😀

      Ludzie w kinie mają niesamowitą fantazję 😉

  4. Nigdy nie pracowałam w kinie, nawet nigdy mi to nie przyszło do głowy. Zwyczajnie, niespecjalnie przepadam za seansami. Dla mnie taką przestrzenią – drugim domem – były 2 bary, w których pracowałam. A zaraz na 3 roku studiów zaczęłam pracować w zawodzie, więc dalsze atrakcje mnie ominęły :d

    1. Bar to również ciekawe miejsce, pamiętam, że gdy moi rodzice takowy prowadzili, uwielbiałam spędzać tam czas i do dziś żałuję, że już go nie mają 🙂

  5. Sama zaraz po maturze zaczęłam szukać raczej stażu niż konkretnej pracy, bo chciałam zacząć w swoim zawodzie. 🙂 I na razie go mam i wydaje się, że mogę być na 99% pewna, że potem dostanę umowę. Co prawda często się zdarza, że siedzę cały dzień sama w biurze, ale nie jest źle, wręcz przeciwnie. Poza tym od października zaczynam zaocznie informatykę. Mieszkając u rodziców i dojeżdżając dam sobie radę, a jak odłożę trochę pieniędzy to na spokojnie mogę znaleźć sobie mieszkanie gdzieś w okolicach uczelni.

  6. Minusem pracy w kinie jest to, że wymagają statusu studenta. Mimo wieku i chęci dorobku, nie mogłam brać tego miejsca pod uwagę.

  7. Ja moją pierwszą pracę odbyłem na ochronie w sklepie. Praca ciężka, pieniądze marne, ale każdy musi dostać po dupie żeby pomyśleć o czymś lepszym;)

  8. Świetne doświadczenie 😀 Myślę, że moja córa byłaby zachwycona możliwością pracy w kinie.
    Ja na studiach dorabiałam w wielu miejscach – najmilej wspominam pracę asystentki, a najgorzej (mimo, że warunki finansowe rewelacja) nocną pracę związaną z reklamacjami bonów świątecznych 🙂

  9. Lekcja pewności siebie, to chyba największa korzyść! Idealnie to przedstawiłaś. Pokazuję wieczorem Twój tekst córce. Niech nie marudzi, że ma taką beznadziejną pracę w przerwach między zajęciami. Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *