Mam pewną nieznośną przypadłość, by zawsze skupiać się na tym, co złe, zamiast na tym, co dobre. A raczej: miałam, bo wierzę, że powoli naprawdę zmieniam swój sposób myślenia, co powinien pokazać już wpis Koniec z brzydulą. Jestem już zmęczona tą niezdrową tendencją do dramatyzowania i przeżywania tego, co innym ludziom nie pasuje. Tym bardziej, że z reguły nawet nie mają racji, bo ani nas dobrze nie znają, ani z nami nie mieszkają, ani zwyczajnie nie wiedzą, co mówią. Kiedy w ostatnich dniach usłyszałam od wielu różnych ludzi kolejne pochwały pod adresem naszej córki, pomyślałam: “hej, rzeczywiście, coś w tym jest, przecież naprawdę wiele rzeczy zrobiliśmy dobrze”. I o tych właśnie rzeczach postanowiłam napisać. Nie o tym, że zdaniem postronnych źle wychowujemy, bo: dziecko lubi gorzką czekoladę, bo ma w swoim pokoju książki czy spędza czas na placu zabaw. Mamy wokół siebie takich ludzi, którym wiecznie jest źle, którzy nigdy nie powiedzą o nas, jako rodzicach i o naszej trzylatce niczego dobrego. Na przekór ich myśleniu dziś napiszę o tym, za co inni nas chwalą i co według nas i według nich naprawdę dobrze nam wyszło. Może ktoś znajdzie tutaj inspirację dla siebie?

1. Pozwalamy na samodzielność

Nie jesteśmy helikopterami krążącymi Zosi nad głową. Nie narzucamy jej: “masz jeść tą łyżką, przy tym stoliku, w takiej ilości”. Nie dyktujemy, jak ma się bawić i czym zajmować. Pozwalamy na to, by sama zadecydowała, co chce robić – układać puzzle, budować z klocków czy może rysować. Bierzemy czynny udział w wielu zabawach, ale nie decydujemy za nią. Pozwalamy jeść samej, nawet jeśli wiąże się to z dodatkowym praniem i sprzątaniem. Dajemy jej szansę na to, by się nudziła i sama znajdowała sobie zajęcie.

Nienawidzę, gdy ktoś nasze dziecko osacza, wciskając jej do ręki dwadzieścia zabawek i zmuszając: “baw się tym, a nie tym”. Nienawidzę, gdy młoda jest zajęta sobą, a ktoś brzęczy jej nad uchem: “zajmij się czym innym, tym się zajmij”. Nie mogę znaleźć w takich zachowaniach sensu. Nie mam już siły tłumaczyć: “nie nasza wina, że nie lubi lalek czy pluszowych misiów i na tę chwilę woli puzzle, więc pozwólmy jej się tymi puzzlami pobawić”. Chcemy, żeby Zosia była samodzielna, żeby nie była jednym z tych dzieci, które ciągną mamę za rękę nawet między koleżanki. Pozwalamy jej biec przed nami, nie prowadzimy na smyczy, otaczamy ją opieką, ale nie jesteśmy nachalni i osaczający. I choć niektórzy nie potrafią tego zrozumieć, ja cieszę się z tego, że Zosia potrafi sama się sobą zająć, nie ma problemu z nalaniem sobie picia, założeniem butów czy wybraniem bluzki.

W miniony weekend Zosia była z nami na przyjęciu weselnym. Nie siedziała grzecznie przy stole, zagadywała wszystkich i jako jedyna okupowała parkiet. Para siedząca naprzeciwko nas nie mogła się temu nadziwić. “Mamy wnuczka w tym samym wieku. Gdyby tutaj był, połowa gości musiałaby skakać wokół niego, a i tak pewnie skończyłoby się na płaczu. Zosia to cudownie samodzielna dziewczynka”. Też tak sądzę. I jestem z niej dumna, gdy śmiało idzie przez życie, nie bojąc się tej samodzielności.

jedzenie malucha

2. Stawiamy na dobre jedzenie

Z jednej strony na tym polu toczymy z otoczeniem największe wojny, a z drugiej – otrzymujemy np. od lekarzy największe pochwały. Nie kupujemy młodej dziadostwa – słodzonych napojów, przeładowanych cukrem i chemią serków, paskudnych pseudokanapek dla dzieci, najgorszej jakości czekolad. Od małego podajemy jej warzywa, ryby, mięso, owoce, nabiał. Dla jednych widok dziecka pijącego wodę lub kefir albo jedzącego brokuła czy gorzką czekoladę to szok i pozytywne zaskoczenie, dla innych – dowód na to, że jesteśmy nawiedzonymi rodzicami. Nie zliczę, ile razy musiałam znosić przygadywania, że jestem “eko”, “nawiedzona”, “pozbawiona rozumu”, bo Zośka lubi wodę (“czemu jej chociaż nie dosłodzisz?!”), nie je najmodniejszych produktów dla dzieci, a w wolnej chwili woła o marchewkę albo garść borówek. Przestałam już tłumaczyć się, że młoda nie je ekologicznie, że kupujemy warzywa na bazarze pod blokiem i że dajemy jej normalne słodycze. Nie zamierzam przepraszać, że wiele podstawowych produktów kupuję w okolicznym gospodarstwie rolnym, bo mąka przez nich robiona wychodzi taniej i pewniej niż sklepowa, a tak dobrego oleju rzepakowego nie dostanę nigdzie indziej. Osoby postronne wiedzą lepiej. Osoby postronne wolą krzyczeć: “jesteście zbyt eko”, “dawniej półroczniak jadł już parówki i kabanosa”, “krzywdzicie dziecko”. Lepiej, by było grube, wiecznie chore, miało popsute zęby niż żeby miało odbierane dzieciństwo ograniczaniem dostępu do syfiastego jedzenia!

Robimy swoje. Jesteśmy dumni z tego, że lekarze chwalą Zosię za odporność, że w ogóle nie choruje, ma mnóstwo energii i jest zdrowym, radosnym dzieckiem. Jeżeli mamy wybór – wolimy nie dawać czegoś paskudnego. Jeżeli wyboru nie mamy, bo ktoś za naszymi plecami wciśnie młodej cholernego Lubisia czy innego Kubusia – nie urządzamy dramy. Po to na co dzień dbamy o zróżnicowaną dietę, żeby ten jeden syf na jakiś czas nic złego jej nie zrobił. Ale to i tak za mało – podstawą diety powinien być cukier, a nie jakiś tam dorsz z warzywami czy warzywne zupy!

Z powodu żywienia jestem uznawana za Złą Matkę. Kiedyś z tego powodu płakałam, teraz już się z tych głupot tylko śmieję.

3. Wypracowaliśmy rutynę w kwestii snu

Bywa, że inni rodzice, trzeba to przyznać, nam zazdroszczą. Często nie dowierzają, że “mamy tak dobrze”. Dopytują, jak “tego dokonaliśmy”. Gratulują i chwalą. Osoby postronne, rzecz jasna, i z tym mają problem. Bo to źle, że dziecko kładzie się spać, zamiast obejrzeć sobie bajki nocą.

Przez pierwsze trzy miesiące życia Zosi było pod tym względem bardzo ciężko. Nie chciała spać w łóżeczku, miała wielkie problemy z zasypianiem. Tamten czas wspominam jako nieprzerwane pasmo nocnych łez i frustracji. Z dnia na dzień sytuacja się odmieniła – Zosia skończyła trzy miesiące i nagle zaczęła przesypiać całe noce. Jeszcze wtedy były to godziny 19:00-5:00, ale z czasem przekształciło się to w spanie od 18:30 do 8:00. Taki rytm jej odpowiadał i do takiego rytmu się dopasowaliśmy. Kiedy skończyła dwa lata, zrezygnowała z drzemki w ciągu dnia, ale nocne godziny spania się u niej nie zmieniły. Dopiero teraz, latem, zasypia nieco później – o 20:00, maksymalnie o 21:00, ale o tej 20:00 już sama rozkłada swoje łóżko i woła, że chce się położyć.

Bardzo lubię to, że wieczorem mogę spokojnie popracować albo obejrzeć film w towarzystwie męża. Bardzo lubię to, że Zosia się wysypia, że budzi się między 7:00 a 8:00 i przychodzi do nas ze swoją poduszką, by z rana obejrzeć ulubioną bajkę w towarzystwie rodziców i poczekać na śniadanie podane do łóżka. Młoda od rana przepełniona jest energią, ma dobry humor i wita nas przesłodkim uśmiechem. Nie chciałabym, żeby przesadnie rządziła naszym domem, bo jednak nie ona jest od ustalania zasad. Trudno jest mi wyobrazić sobie domy, w których kilkulatki do północy biegają rozkrzyczane albo oglądają telewizję. Trudno jest mi sobie wyobrazić życie, w którym rodzic nie ma chwili odpoczynku i nawet nocą dzieli łóżko z dzieckiem. Być może wyjdę na kogoś, kto piętnuje tzw. “rodzicielstwo bliskości”, ale naprawdę nie chciałabym dla siebie takiego życia. Wystarczy mi to, że spędzam z młodą cały dzień, że przed snem tuli się do mnie podczas przeglądania książeczki albo opowiadania bajki i że jeszcze rano chwilę byczymy się razem w łóżku. W tym wszystkim dostrzegam mnóstwo bliskości i nie mam wyrzutów sumienia, że wolę, by córka spała w innym łóżku, w innym pokoju, w swoim świecie. A skoro inni nam tak bardzo tego zazdroszczą, to znaczy, że jest w tym wszystkim jakiś sens.

dziecko i pies

4. Wychowujemy w otoczeniu zwierząt

Pies był w naszym domu pierwszy. Dlatego też kiedy zaszłam w ciążę, szlag mnie trafiał, gdy znajomi dopytywali: “a co zrobicie z psem?” albo rzucali teksty: “chyba jesteście chorzy, że będziecie trzymali psa przy dziecku!”. Nie zliczę, ile razy słyszałam: “na pewno zagryzie dziecko!”, “psom nie wolno ufać!”, “będzie szczekać i budzić, będzie brudzić, truć swoją sierścią” i inne takie. Aż strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy mieli kota. Te to dopiero są demonizowane!

Kontra Zośkę uwielbia. Na początku pilnowała jej łóżeczka i nie opuszczała na krok. Teraz spędzają razem czas, bawią się i wygłupiają. Zośka uwielbia psa karmić, głaskać, prowadzić na smyczy i zabawiać. Od małego uczy się, że obecność zwierzaka wiąże się z obowiązkami, ale też wie, że pies to przyjaciel, cudowny towarzysz i ktoś, kto nie pozwoli, by stała jej się krzywda.

Mieliśmy jeszcze chomika, którego Zosia zapewne nie pamięta i mamy dwa akwaria – z krewetkami i rybami. Te istoty fascynują Zosię, lubi je oglądać, widzi, jak o nie dbamy i wiem, że w przyszłości ten kontakt ze zwierzętami zaprocentuje tym, że młoda będzie nauczona empatii i odpowiedzialności i że będzie miała w sobie wrażliwość na inne istoty. A to, że osobom postronnym kontakt dziecka ze zwierzętami przeszkadza – cóż, znów jest to problem ich, nie mój.

5. Mówimy normalnie

W naszym domu nie funkcjonują “dydusie”, “nynusie”, “noćnićki”, “marcheweczki na masełeczku” czy “mlesia”. Od początku mówimy do młodej normalnie i uczulamy na to innych. Nie potrzebujemy, by ktoś traktował ją jak istotę ograniczoną i zagadywał: “ojejciu, puciu-puciu, jakaś ty słodziusia, moźe chceś amciu, a moźe się unynamy, a moźe napijeś się mlesia, ojejciu, jejciu!”. Nie mogę słuchać takich dziwnych gadek i uważam, że do żadnego dziecka nie powinno się mówić w taki sposób – niezależnie od tego, w jakim jest wieku i czy ma jakieś umysłowe ograniczenia. Dziecko, to człowiek taki jak my, który musi nauczyć się od nas, jak mówić prawidłowo. Używanie kretyńskiej mowy może tylko dostarczyć problemów, a po co fundować dziecku taki start?

zdjęcie rodzinne

6. Nie zmuszamy do czułości

Bardzo nie lubię w ludziach tego, że ich zdaniem dzieci powinny się do wszystkich przymilać. Nie uważam, aby dziecko miało obowiązek reagować na wszystkie: “daj buzi!”, “chodź na kolanka!”, “ukochaj mnie!”, “przytul!”. Kiedy Zośka nie chce się do kogoś przytulić, nie zmuszam jej do tego, nie naciskam, nie ulegam tym wszystkim: “no, powiedz jej coś, niech przyjdzie do mnie na ręce”, “czemu ona nie chce usiąść mi na kolanach?” i głośno wyrażam swoje zdanie, gdy ktoś rzuca: “dziwne to dziecko, nawet nie da się na ręce wziąć”. Prawda jest taka, że Zosia sama wybiera, kogo chce przytulić i kto może nosić ją na rękach. Jeżeli nie przymila się do każdego, widocznie ma ku temu jakiś powód. Zawsze będziemy respektować jej decyzje w tej kwestii i nigdy nie powiemy do niej: “no, idź daj buzi wujciowi”, “przytul się do pani sąsiadki”. Ostatnio sama przytulała na pożegnanie gości weselnych, których widziała pierwszy raz w życiu. Jest może człowiekiem małym, ale świadomym tego, co się wokół niej dzieje i nigdy nie będę jej zmuszać, by pozwalała naruszać swoją prywatność w imię jakichś konwenansów.

7. Angażujemy w “dorosłe zajęcia”

Zosia pomaga mi, kiedy robię coś w kuchni. Niebywale ekscytuje ją podawanie warzyw do krojenia, czy wykrawanie ciasteczek. Dobrze radzi sobie także ze sprzątaniem. Od początku angażowaliśmy ją w ogarnianie jej zabawek – i to był właściwie chyba jedyny jej obowiązek. Reszty zachowań nauczyła się przez naśladownictwo. Kiedy coś rozleje – wyciera to ręcznikiem papierowym. Kiedy zje – odnosi talerz do zlewu albo do zmywarki. Gdy coś rozsypie – idzie po szczotkę i próbuje zamiatać. Angażuje się też w wyciąganie prania czy odkurzanie. Nigdy jej do niczego nie przymuszaliśmy, jedynie czasem zachęcaliśmy, a mamy dziecko, które naprawdę świetnie radzi sobie z obowiązkami domowymi. Tutaj brawa należą się szczególnie Marcinowi, bo w naszym małżeństwie to on jest pedantem, a ja bałaganiarą.

8. Zabieramy między ludzi

Jest to kolejna kwestia, która bardzo przeszkadza tym, którzy uważają, że dziecko powinno przede wszystkim spędzać czas w domu. Nam jednak zależy na tym, aby Zosia wychodziła do ludzi i uczyła się zachowań społecznych w miejscach publicznych. Bywa więc w kawiarniach, uczestniczy w zakupach, chodzi na przyjęcia, odwiedza bibliotekę, jeździ komunikacją miejską. Niebawem pierwszy raz wybierze się do filharmonii i muzeum. Ludzie boją się zabierać dzieci w takie miejsca, bo nie wiedzą, jak się zachowają. Tymczasem jeżeli będziemy wyjścia dzieci ograniczać do spacerów wokół bloku, odwiedzania piaskownicy i marketu, to nigdy nie nauczymy ich, jak powinny się zachowywać i nie pokażemy, jak wygląda życie w społeczeństwie. Dzieciak źle się zachowa? Świat się od tego nie zawali, a Ty zyskasz okazję do nauczenia go czegoś. Nie bez powodu w teatrach i filharmoniach organizuje się akcje dla dzieci, nie bez powodu w kinach puszcza się filmy dla maluchów, a w restauracjach serwuje zestawy dziecięce i podsuwa krzesła do karmienia. Warto z tego korzystać!

czytam z córką

9. Otaczamy kulturą

Zosia ma w swoim pokoju mnóstwo książek, mimo że zdaniem niektórych Czytanie dzieciom ogłupia i odbiera im dzieciństwo. Bardzo lubi muzykę, chętnie tańczy i śpiewa. Nie zaśnie, jeśli nie przejrzy paru ulubionych książeczek, a w ciągu dnia często wyciąga coś ze swojej biblioteczki, siada między moimi nogami i zachęca do wspólnego przeglądania, czytania i opowiadania. Kiedy widzi jak czytam, przynosi swoją książkę i naśladuje mnie. Kiedy słyszy muzykę – zaczyna tańczyć. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w domu, na środku ulicy czy w sklepie. Nie wiem, na ile te dziecięce zainteresowania kulturalne będą ważne w jej przyszłym życiu, ale cieszę się, że dostrzegam u młodej wrażliwość na muzykę i radość z obcowania z kulturą.

10. Pozwalamy na aktywność fizyczną

Dla niektórych ludzi ruch u dziecka nie jest zbyt pożądany. Bo się spoci, bo się przewróci, bo je zawieje, bo powinno spokojnie siedzieć, a nie latać za piłką czy po placach zabawach się szwendać lub – o, zgrozo! – mieć kontakt z wodą. “Normalne” dziecko, to dziecko, które siada wśród tony zabawek i siedzi spokojnie na tyłku, a nie lata po świeżym powietrzu i nabija sobie siniaki. Zosia do tej definicji normalności nie pasuje. Kocha biegać i naprawdę rzadko się zatrzymuje, jest potwornie ruchliwa, uwielbia place zabaw, zjeżdżalnie, drabinki, karuzele i inne cuda. Gdyby mogła – całe dnie spędzałaby na świeżym powietrzu, najlepiej w otoczeniu mnóstwa dzieci. Ostatnio pożyczyła od grupy kilka razy starszych chłopaków piłkę do nogi i zaczęła ją kopać o ogrodzenie, wołając “gol!”. Lubi, gdy włączam ćwiczenia z Tiffany Rothe, bo może wtedy naśladować moje wygibasy. Zrobiła z klocków hantle na wzór tych, których używają rodzice. Jest też świetnym motywatorem! Kiedy odpuszczam, drze się: “mama, ćwicz!” i cóż mam robić? Ćwiczę dalej!

W przyszłości będzie jeździć z nami na wycieczki rowerowe, będzie pływać i będzie zachęcana do aktywności fizycznej. Mogę nie zachęcać jej do czytania książek czy chodzenia do teatru, ale akurat dbanie o ruch uważam za jedną z najważniejszych kwestii. Dlatego wierzę, że akurat to się młodej nie odmieni i że zawsze będzie chętna do aktywności fizycznej.


Mam nadzieję, że w swoim rodzicielskim życiu zrobiliśmy i zrobimy jeszcze wiele dobrych rzeczy. Że w dorosłym życiu Zosia powie, że miała szczęśliwe dzieciństwo i że będzie mądrym, świadomym, dobrym człowiekiem. Oczywiście, nie ustrzegliśmy się błędów i wciąż będziemy je popełniać, ale cieszę się, że mamy powody sądzić, że jesteśmy całkiem fajnymi i całkiem niezłymi rodzicami. To, że spotykamy się z wieczną krytyką niektórych tylko nas umacnia i zbliża do innych – tych, którzy dają nam wsparcie, a jeśli robimy coś źle lub czegoś nie wiemy, po ludzku podpowiadają, nie są złośliwi i nieobiektywni. Z takim wsparciem nawet błądzenia się nie boję i wierzę, że z każdym krokiem będziemy coraz lepsi w byciu mamą i tatą.

PS A gdybym miała dodać punkt 11, podkreśliłabym, że w wychowaniu córki uczestniczymy oboje na równych zasadach. U nas ojciec nie jest odsunięty od zajmowania się dzieckiem i podejmuje decyzje na równi z matką. Dla niektórych jest to trudne do zrozumienia, a moim zdaniem jest kluczem do sukcesu.

Spodobał Ci się ten wpis? Polub Kreatywę na Facebooku:

, ,
Klaudyna Maciąg

Copywriter, marketingowiec, redaktor i korektor książek, właścicielka Agencji Kreatywnej Espelibro. Prywatnie mama energicznej trzylatki, właścicielka dzikiego psa, żona pewnego poety i wierna fanka Manchesteru United.

24 Comments

  1. Wiesz co, nie mam dzieci, ale przeczytałam ten tekst i – gdyby nie to, że moi rodzice byli tacy jak Wy – mogłabym chcieć takich rodziców 🙂 Ps. tyle lat nie wiedziałam, że powinnam być ogłupiona, bo mi najpierw rodzice dużo czytali, a potem czytałam też sama 😀

    1. To jest nas dwie – ja też byłam mocno zaskoczona, gdy naskoczono na mnie z powodu książek. Ale widocznie taka jestem od dziecka głupia, że nawet tego nie wiedziałam 😉

  2. Jesteś niesamowicie mądrą mamą! Nic tylko brać przykład. 😉
    Mam nadzieję, że za niedługo też doczekamy się z mężem potomka i będę mogła pochwalić się podobnymi sukcesami.

    1. Tego właśnie Wam życzę! :*

  3. “Czytanie dzieciom ogłupia i odbiera im dzieciństwo”. Bardzo mnie smieszą tego typu komentarze. Niestety sa też tacy ludzie. Najważniejsze to słuchac siebie i własnego dziecka. Ja równiez staram się robit to co najlepsze dla mojego synka.

    1. Otóż to. To my spędzamy z dziećmi najwięcej czasu i najlepiej znamy ich potrzeby 🙂

  4. Rodzice na medal 😉 Ja aż tak restrykcyjna w kwestii jedzenia nie jestem, ale sama piję przeważnie tylko czystą wodę więc tego samego uczę syna. Nic mnie bardziej nie zdenerwowało niż komentarz w stylu miodu byś chociaż dolała…

    1. Wiesz, ja nie czuję, żebyśmy byli jacyś specjalnie restrykcyjni 😀 Istnieje wąska grupa produktów, których nie podamy dziecku. Z tych popularnych są to: mleczne kanapki, Lubisie, szejki Bakuś, serki Danio, Kubusie, Danonki, wody smakowe. No i sporo innych rzeczy, które mają zły lub jeszcze gorszy skład. W kwestii reszty – hulaj dusza 🙂 Chociaż nie pozwolilibyśmy młodej od rana do nocy jeść ulubionych chrupek czy mlecznej czekolady, pewne granice muszą być 😉

      PS Nienawidzę miodu, bleh. Ale i tak zimą czasem dawałam młodej wodę z cytryną i odrobiną miodu – polubiła.

  5. Popieram Cię jak najbardziej 🙂 A co do punktu 10, to mój ulubiony tekst z placu zabaw brzmi: “Nie biegaj, bo się spocisz” 😀 “Uciądz, bo musisz ostygnąć też jest dobre”. Ale wiesz co zauważyłam? Mówią tak rodzice, którym też tak mówiono w dzieciństwie (jednak na wsi wszyscy się znają, a ja pamiętam te teksty z dzieciństwa, bo sąsiadki były równo musztrowane przez swoją mamę i dziwiło mnie, czemu nie mogą się normalnie bawić).

    1. Całkiem możliwe, że tak jest – w końcu często przejmujemy zachowania naszych rodziców, więc nie dziwi, że przenosimy je także na dzieci 😉

  6. Bardzo podobnie podchodzimy do wychowania – ja też jestem przez większość osób traktowana jako “ta dziwna”. Co do samodzielności, to pozwalam i zachęcam, ale na razie Jaś jeszcze nie potrafi bawić się sam, ale to pewnie kwestia czasu. Ktoś powie, “bo tak przyzwyczaiłaś” – owszem, gdyż zamiast siedzieć przed tv i oglądać seriale, czytałam mu, układałam puzzle i klocki, więc teraz potrzebuje towarzystwa. 😉 Też jestem złą mamą, ponieważ moje dziecko krzywi się na widok czegoś innego w bidonie niż woda, a czekolady ani innych Danio też nie je. Do tego mówię do niego w normalnym języku, nie zmuszam do różnych dziwnych rzeczy jak całowanie kogoś i robię całą resztę, o której piszesz. Jaś w ludziach czuje się jak w niebie – to dusza towarzystwa, aż czasami czuję się tym przerażona. 😀 Jedynie ze snem na razie jest ciężko, bo Jaś nadal ma kilka/-naście pobudek nocnych, a ja nie wiem, co to przespana noc, ale kiedyś może jeszcze za tym zatęsknię, więc rano strzelam dwie kawy i jakoś funkcjonuję.

    1. Może Jaś po prostu ma taką naturę? Ja zawsze mówię, że Zosia jest typową Zosią Samosią. I mimo że od maleńkości poświęcaliśmy jej mnóstwo uwagi i tak lubi być sama. Ma to zresztą po ojcu, który też jako dziecko wolał siąść cicho w kącie i rysować niż szaleć. Zośka co prawda nigdy nie jest cicha, ale spokojnie zajmie się czymś sama.

      Cieszę się, że się dobrze rozumiemy 🙂 Życzę Ci, żebyś również poznała smak przespanych nocy, bo to jest coś, dzięki czemu jeszcze zdrowo funkcjonuję i podziwiam Cię, że dajesz sobie z tym wszystkim radę.

      1. Bardzo możliwe, że Jaś tak już po prostu ma i tyle. Bardzo tęsknię za przespanymi (przynajmniej) trzema godzinami pod rząd, ale skoro przeżyłam już 1,5 roku bez snu (a w sumie w ostatnich miesiącach ciąży Jaśko już mi spać nie dał, więc nazbierało się tego więcej), to przeżyję i kolejne miesiące. Nie mam pojęcia, jak funkcjonuję w ciągu dnia (a jesteśmy całe dnie sami), ciągle jesteśmy na podwórku, a ja jeszcze ogarniam bloga i robię łapacze snów. Chyba macierzyństwo mnie napędza… aż w końcu padnę i nie wstanę. 😀

        1. Dobra, dobra – niech napędza Cię dalej, tylko bez padania mi tu proszę 🙂 Z wiekiem będzie coraz lepiej – tego się trzymaj.

  7. Aleś mnie rozbawiła tymi uwagami, które dostawaliście! Odnośnie psiaka i Waszej córki – ja miałam taką samą sytuację 😉 Pies był już w domu, a kiedy się urodziłam nie odchodził od mojego łóżeczka, a potem pozwalał mi w sumie na wszystko. Mogłam go tulić, bawić się z nim, chodzić na spacery – nigdy nie wyrządził mi krzywdy. To samo widzę teraz, kiedy mam kota. Na co dzień to szaleniec, ale kiedy jakieś dzieci chcą go pogłaskać, to staje się potulnym puchatkiem 😉

    1. Otóż to, zwierzęta wiedzą, jak powinny zachowywać się wobec dzieci. W domu rodzinnym miałam buldożkę, którą dzieci brata potrafiły naprawdę zamęczać (oczywiście bez żadnego robienia jej krzywdy), a ona cierpliwie na wszystko pozwalała, jedynie czasem wytrzeszczając na nas oczy i prosząc o interwencję 😉

  8. Haha, u nas pewnie az tak wszystko nie wyjdzie ponieważ w niektorych kwestiach mam luźniejsze podejscie ale co do reszty podpisuje sie rekami i nogami. Dziecko powinno uczyc sie porzadku, a także zachowań spolecznych. Ja wszedzie corke zabieram a ma dopiero 5 miesięcy. Zgadzam sie tez ze do dzircka powinno sie mpwoc normalnir i nigdy nie zrozumiem czemu jak nie chce ma całować jakies ciotki. Ja mam traume i nie bede kazac jej tego robic. A jiz od czasu do czasu czytamy, jak bedzie wieksza planuje czesciej

    1. Ja też mam takie traumy i nie wyobrażam sobie, jak można zmuszać dzieci do całowania innych. Nie umiałabym córki nawet zmuszać do całowania mnie samej, a co dopiero innych ludzi.

      Opowiesz, w jakich kwestiach masz luźniejsze podejście? 🙂

  9. Podpisuję się rękami i nogami. Tylko snu zazdroszczę. U nas pomimo wieczornej rutyny słabo. Młoda szybko zaczęła przesypiać całe noce (za co zostałam okrzyknięta wyrodną matką, bo ona głoduje, a mi się szybko mleko skończy, jak nie będę w nocy karmić – karmię już prawie 14 miesięcy :-)), ale koło pół roku coś się zepsuło i niestety skończyło się na regularnym spaniu w nocy z nami, bo padłam z wycieńczenia i w którymś momencie przestałam walczyć o łóżeczko do rana.
    Co do jedzenia jestem jeszcze bardziej restrykcyjna, zamierzam przynajmniej do 3 roku życia zatajać przed młodą istnienie cukru. Potem już się raczej nie da. Też ciągle nas pytają, czemu młoda pije wodę bez soczku i nie używam kilogramów soli 😉
    Z rzeczy, które nam się udały, dodałabym jeszcze nieprzyspieszanie naturalnego rozwoju psychomotorycznego (czemu jej nie sadzacie/nie uczycie jej siadania? czemu nie dajecie jej chodzika/nie prowadzacie za rączki?).
    Poza tym nie mamy telewizora, chociaż oglądamy filmy i seriale (młoda jeszcze nie), więc w ogóle świry z nas 🙂
    A co do placu zabaw to u nas zupełna tragedia, bo pozwalałam na nim młodej raczkować, a przecież kolanka ją będą bolały, piasek jest brudny i w ogóle, jak tak można 😉
    Z lalkami mamy podobnie, lalki i pluszaki ją nie interesują, za to samochodziki i piłki są the best. Podobno wychowujemy chłopczycę 😉
    “Pływamy” z nią od małego i podobno chcemy utopić to biedne dziecko 😉
    Moja tymczasem też rośnie na duszę towarzystwa i tańczy, jak tylko słyszy muzę, uwielbia książeczki i rymowanki. Pewnie byłyby niezłymi kumpelkami, gdyby nie odległość, bo świetnie dogaduje się ze starszymi dziećmi.
    Z książeczkami nikt nas nie krytykował, za to jeśli chodzi o śpiewanie, które nagminnie uprawiamy, choć ja osobiście fałszuję, i rymowanki to podobno nasze dziecko nie będzie normalnie mówić, bo za dużo jej śpiewamy i rymujemy.
    No i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność 😉
    Życzę dużo sił w walce z otoczeniem i gratuluję wspaniałej córki!

    1. Dziękuję bardzo!

      Pełen podziw dla Ciebie! Ja również chciałabym, aby córka w ogóle jeszcze nie znała smaku cukru, ale ugięłam się pod presją otoczenia 😉 Z telewizorem też problem – jeżeli napiszę wpis o rzeczach, które nam nie wyszły, z pewnością włączanie jej TV znajdzie się na jej szczycie. Staram się, by kontaktu z odbiornikami miała jak najmniej, ale i tak zgadzam się z głosami, że maluchy nie powinny mieć z nimi kontaktu żadnego.

      Bardzo się ciesze, że napisałaś o nieprzyspieszaniu niczego. Pisałam o tym we wpisie o byciu Złą Matką – z tym również mieliśmy problem. Zanim Zosia przeszła sepsę, rozwijała się bardzo szybko – np. zaczęła siadać i stawać dużo szybciej niż inne dzieci. Natomiast po walce z chorobą jej rozwój się spowolnił. Lekarze ostrzegali nas, że może w ogóle przestać się prawidłowo rozwijać, bo musiała dostać naprawdę hardkorowe leki, ale na szczęście nie było tak źle. Zaczęła chodzić mając 13 miesięcy, ale co się nasłuchaliśmy, to aż woła o pomstę do nieba. I to nie od osób postronnych, które miały to gdzieś, ale od najbliższej rodziny – “czemu ona jeszcze nie chodzi?”, “co z tym dzieckiem jest nie tak?”, “x. w jej wieku robił już to i tamto…”. Bardzo ciężko było to znieść, bo nie wyobrażam sobie, jak można wiedzieć, że dwa miesiące wcześniej dziecko walczyło o życie, a potem gnoić je, że się zbyt wolno rozwija 🙁

      PS Ja też fałszuję, ale zupełnie się tym nie przejmuje. Grunt, to dobrze się bawić :))

      1. Podejście do cukru mam bardziej restrykcyjne, bo miałam cukrzycę ciążową (a jestem szczupła, dobrze się odżywiam i nie mam w rodzinie stwierdzonej cukrzycy, więc to był dla mnie duży szok) i w rodzinie męża jest cukrzyca typu drugiego, więc młoda jest genetycznie bardziej obciążona cukrzycą, stąd staramy się jak możemy. Najmniej rozumie oczywiście też rodzina (zwłaszcza ta z cukrzycą :-)), ale zostali poinformowani, że jak dadzą jej za naszymi plecami słodycze i dowiemy się o tym, to już nigdy nie zostanie z nimi sama.
        Z TV sprawa o tyle prosta, że nie mamy 🙂 Prawie się już z bajką złamałam, kiedy młoda długo nie chciała jeść pokarmów stałych, ale daliśmy radę. Ustaliliśmy, że włączymy jej bajkę, jak sama o to poprosi, co raczej nie nadejdzie szybko, skoro nie wie, o ich istnieniu 🙂
        Z chodzeniem bardzo dobrze Cię rozumiem. Nasza ma 13,5 miesiąca i nie chodzi. Nam jest o tyle łatwiej, że jest pod opieką poradni rehabilitacyjnej, pierwsze półrocze ćwiczyliśmy, od drugiego chodzimy tylko co kilka miesięcy na kontrolę i ćwiczymy poprzez zabawę (miała między innymi lekką dysplazję bioderka). Dzięki wczesnej rehabilitacji rozwija się podręcznikowo, tzn. nie za szybko i nie za wolno, wiemy na co zwracać uwagę i czego nie robić, wiemy też, że niechodzenie w tym wieku jest normalne, ba nawet zdrowe, ponieważ pięknie raczkuje, trenując mięśnie i kręgosłup, a chodzenie przy meblach jest bardzo ważne i pomocne m.in. w późniejszych grach zespołowych z udziałem piłki i w tańcu (podobno dzieci, które nie chodziły przy meblach nie radzą sobie za dobrze z robieniem kroków w bok) . Stąd łatwiej olewać nam durne komentarze, a jest ich dużo. Komentujących zaczęłam wypytywać, od kiedy sadzali i pionizowali dziecko, czy prowadzali dziecko za rączki albo dawali mu aktywny chodzik lub jakąś zabawkę, przy pomocy której mogło przemieszczać się w przestrzeni i wszyscy coś z tego robili 🙂 Znam jedną jedyną rodzinę, z podejściem takim jak my i ich dzieci zaczęły chodzić w wieku 14 miesięcy. Nie wiem, skąd ten pęd i szkoda mi dzieciaków i ich kręgosłupów.
        Przykro mi, że Zosia tak poważnie chorowała, sepsa u dziewczynek jest częstsza niż mi się wydawało, moje dwie koleżanki przeżyły z córkami to samo z powodu bezobjawowego zapalenia pęcherza i nerek. Cudownie, że udało Wam się wyjść z tego bez szwanku! Szkoda, że rodzina nie rozumiała powagi sytuacji.
        A do tego, że jestem “dziwną matką” już się przyzwyczaiłam, denerwują mnie tylko, jak mam słaby dzień.
        W związku z tym, że nie mieszkam w Polsce jestem “dziwna” podwójnie. W każdym z dwóch krajów z innych powodów 🙂

        1. Doskonale rozumiem Twoją postawę i cieszę się, że macie oparcie w rodzinie, to bardzo cenne 🙂

          Ja też znam sporo przypadków ludzi, którzy stawiają na skoczki, chodziki, smycze, usilne prowadzenie dzieci za rączki. A potem płacz, bo coś nie tak ze stawami, bo z kręgosłupem nie w porządku, bo same problemy. My daliśmy się młodej rozwijać w tej tempie i dalej to robimy. Nie wiem czemu innych tak bardzo interesuje jej rozwój, ale to śmieszne, że te zainteresowania są tak wybiórcze – jak czepiać się, że nie sika do nocnika, to pierwsi. Jak zadbać o to, by nie jadła byle gówna – ostatni 😉

          Rzeczywiście w kwestii sepsy i dolegliwości nerek u dziewczynek coś jest na rzeczy. Zosia nie jest jedynym przypadkiem, jaki znam, a u niej właśnie chodziło o odmiedniczkowe zapalenie nerek. Widocznie jesteśmy jakoś niezbyt fortunnie skonstruowane, że całe życie mamy dużo częściej problemy z pęcherzem niż faceci 😉

  10. Przede wszystkim bardzo serdecznie Ci gratuluję!
    Robisz kawał naprawdę dobrej roboty!
    Gdyby tylko więcej takich rodziców było…

    Pozwolę sobie teraz odnieść się do punktów, które wymieniłaś, jako również rodzic małej dziewczynki (choć w tym momencie o połowę młodszej od Twojej). 😉

    Ad. 1. Samodzielność
    Niesamowicie fajna i istotna sprawa. Dla mnie wspaniałym jest obserwowanie, jak córeczka wynajduje sobie nowe zabawy. Jak sama potrafi z rzeczy banalnych uczynić wciągające i rozwijające zajęcie. Jej samodzielność przejawia się także w jedzeniu. Bardzo szybko “traci apetyt”, jeśli to my staramy się ją karmić. Za to jeśli tylko pozwolimy jej samodzielnie jeść, to zjada tyle, że trzeba jej nierzadko sporo dokładać. 🙂

    Ad. 2. Stawiamy na dobre jedzenie
    Mnie żona nauczyła czytania etykiet produktów. I chwała jej za to! Gdyby nie ona, to pewnie podawałbym dziecku produkty, które reklamowane są jako “dla dzieci”. Najczęściej okazuje się jednak, że to właśnie one są tym najgorszym, co można podać dziecku… Nie pojmuję jakim cudem się na coś takiego pozwala. No, ale zmienić tego nie mogę.
    Mogę za to podawać dziecku marchewkę, ziemniaki, a nawet pietruszkę. Ta ostatnia wzbudza największe zdziwienie u osób obserwujących z jak wielkim apetytem córka zajada korzeń pietruszki. 🙂
    To samo z wodą. Córka lubi, i nigdy nie narzeka, że dostaje wodę. Nikt też nie zwrócił nam uwagi, że to jakiś błąd. Ale to dlatego, że nie wiedzą co jest w kubeczku z którego córka pije. 😉
    Słodyczy raczej nie podajemy. Co prawda nie jest to temat tabu, ale nie kupujemy jej cukierków, ani batonów. Co najwyżej co jakiś czas dostanie naprawdę mały kawałeczek czegoś z czekoladą. Lizak, który córka kilka tygodni temu dostała od pani sprzedawczyni w sklepie, do dziś leży nieruszony. I z pewnością skończy się na tym, że kiedyś sam go zjem.

    Ad. 3. Wypracowaliśmy rutynę w kwestii snu
    U nas to wyszło jakoś tak naturalnie. Córcia idzie spać około 20. Zawsze. A wstaje pomiędzy 6:20, a 7:20. Czasem tylko budzi się w okolicy 8:00. Ma jeszcze jedną drzemkę w czasie dnia. Też zawsze o tej samej godzinie.
    To dobre dla dziecka, ale też – nie ma co udawać, że jest inaczej – dla rodziców. To nasz czas dla siebie. Po wypełnieniu wszystkich obowiązków domowych, których nie da się zrobić gdy dziecko nie śpi, oczywiście. 😉

    Ad. 4. Wychowujemy w otoczeniu zwierząt
    My nie. Nigdy nie byłem zwierzętowy. Nigdy nie miałem pod opieką żadnego, i mnie do tego nie ciągnie. Za to córcia uwielbia zwierzaki. Zwłaszcza psy i ptaki.

    Ad. 5. Mówimy normalnie
    O maj gad! 😉 Jak ja tego nie cierpię! Na szczęście w naszym otoczeniu jest mało osób, które zwracały się do mojej córki w stylu: “Cio to jeśt? Ksionśki! Będziemy raźem citać ksionśki?”… [Autentyk]
    Od razu uświadamiam, że u nas to nie przejdzie.

    Ad. 6. Nie zmuszamy do czułości
    My też nie zmuszamy do przytulania, czy innych tego typu zachowań. Za to córka bardzo to lubi. Jak ma ochotę, to przyjdzie i się przytuli. Ba, ona jest tak otwartym na ludzi człowiekiem, że bardzo często podbiega do obcych dzieci, by się do nich najpierw szeroko uśmiechnąć, po czym spróbować przytulić.
    No i zupełnie nie zna czegoś takiego, jak całowanie w usta, co niektórych mocno zaskakuje. Ale to temat na osobną dyskusję…

    Ad. 7. Angażujemy w „dorosłe zajęcia”
    Nawet nie pomyślałem o tym, że to “angażowanie w dorosłe życie”, ale córka też pomaga nam w niektórych czynnościach w domu. Jedną z pierwszych czynności tego typu, którą nauczyła się sama, było wyrzucenie pieluszki do śmietnika. 🙂 Córcia jest, jak zapewne większość dzieci, bardzo zainteresowana tym, co robią rodzice. I też chce to robić. Rzadko kiedy jest sensowny powód dla którego nie można jej na coś pozwolić.

    Ad. 8. Zabieramy między ludzi
    My też zabieramy zawsze i wszędzie nasze dziecko. Właściwie, to nie przypominam sobie jakiejkolwiek sytuacji, w której nie zrobiliśmy, albo też nie poszliśmy gdzieś ze względu na córkę. No bo jak inaczej dziecko ma nauczyć się obcowania z ludźmi?
    Inna sprawa, że my, jako rodzice, też musimy uczyć się na nowo, jak zachować się w różnych miejscach, do których poszliśmy z dzieckiem. My mamy z żoną taki system, że najczęściej zajmujemy się na zmianę naszym dzieckiem w restauracji, żeby to drugie mogło w tym czasie w miarę spokojnie zjeść. Nasza córcia jest bowiem bardzo ruchliwą osobą, i nie lubi uwięzienia w wózku, czy krzesełku do kamienia. Wtedy po prostu z nią spacerujemy po lokalu. Albo w pociągu. Podróże to w ogóle ciężka sprawa z córką… 😉

    Ad. 9. Otaczamy kulturą
    Córka też tańczy do muzyki. Właściwie od momentu, jak tylko nauczyła się stać (z podparciem), podryguje w rytm wielu piosenek. Wykazuje coraz większe zainteresowanie książeczkami, które jej pokupowaliśmy. Czekam momentu, aż będzie na tyle cierpliwa, że będzie chciała wysłuchać napisanych w nich historii. Póki co jestem bardzo zadowolony z jej zainteresowania słowniczkiem obrazkowym.

    Ad. 10. Pozwalamy na aktywność fizyczną
    Gdybym córki nie zabierał na place zabaw, to bym jej ogromną krzywdę wyrządził. Ona uwielbia place zabaw i aktywność fizyczną. Zupełnie nie rozumiem też argumentu, że dziecko nie powinno biegać. Dla mnie jest wręcz na odwrót.
    Poza tym, takie miejsca to dla mojej córki, która wychowuje się sama i nie chodzi do żłobka, to jedyna możliwość, żeby pobawić się z innymi dziećmi. Dla niej to wielka atrakcja i nauka relacji społecznych.

    Wygląda więc na to, że bardzo podobnie wychowujemy swoje dzieci. 🙂

    1. Dziękuję za tak obszerny komentarz! Przeczytałam go już dobry tydzień temu, tylko czasu mi zabrakło, aby się ustosunkować 🙂

      1) U nas jest dokładnie tak samo w kwestii jedzenia – od jakiegoś czasu Zośka nie pozwoli sobie pomóc. Jeżeli tylko spróbowałabym ją nakarmić, zaraz pokręciłaby głową i powiedziała, że zrobi to samo. Więc pozwalamy jej na to, tym bardziej, że już od dawna jest w tym temacie samodzielna. No i też chętnie bierze dokładki 🙂

      2) Haha! Śmieję się z tej pietruszki, bo dokładnie tak samo wygląda to u nas. Każdy dziwi się, że Zośka zjada korzeń pietruszki. Ba! Sama za nim nie przepadam, więc i na mnie robi to spore wrażenie 😀 Gratuluję postawy słodyczowej – u nas się to nie udało. Młoda nie je ich wiele, ale zdecydowanie mogłaby mniej. Likaza, tak jak i Wy, na pewno też bym nie dała.

      3) Masz rację, że dla rodziców rutyna w kwestii snu jest szalenie korzystna. Ja bardzo doceniam to, że wieczory mam dla siebie, męża i pracy. Współczuję wszystkim, którzy czas dla siebie zyskują po północy, bo ja bym się już na ich miejscu do niczego nie nadawała.

      4) Jeśeli sam nigdy nie miałeś pod opieką zwierzaka, to się nie dziwię, że Cię nie ciągnie. Natomiast w odwrotnej sytuacji – nie znam np. psiarza, który mógłby żyć bez psa 🙂

      5) Tak trzymać! 🙂

      6) Nasza Zośka też badzo lubi się przytulać – zwłaszcza do dzieciaków, ale to już chyba taką ma naturę. Niewiele jest osób, do których nie przytuliłaby się wcale. Nie zmieniłabym tego ani prośbą, ani groźbą, więc nawet nie próbuję.

      7) Mnie też trudno byłoby znaleźć powód, dla którego dziecko miałoby się nie angażować w takie aktywności. Wiadomo, że herbaty nie robi i w garach nie miesza, ale bezpieczne czynności wykonuje i cieszę się, że to robi 🙂

      8) Mamy podobnie – Zośka też na miejscu nie usiedzi, więc zazwyczaj kończy się tym, że jedno z nas je już mocno wychłodzone jedzenie 😉 Chociaż najczęściej staramy się chodzić do miejsc, w których są kąciki dla dzieci i tam zdarza się Zośce pobyć dłużej niż trzy minuty.
      Pociąg przerabialiśmy teraz pierwszy raz i wspominam to jako-tako. Trochę się umęczyliśmy, niestety. Jednak przy ruchliwych dzieciach trudno o spokojne podróżowanie, prawda?

      9) Ooo proszę, słowniki obrazkowe to świetne narzędzia, też muszę nas w jakiś zaopatrzyć 🙂

      10) Mamy dokładnie tak samo – tylko na placu zabaw młoda spotka inne dzieci. Bez tego nie miałaby z nimi totalnie kontaktu, a tego sobie zupełnie nie wyobrażam.

      Masz rację, w większości punkty dotyczące wychowania nam się pokrywają. Cóż mogę rzec – brawo! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *