jak pokochać centra handlowe
Wydawnictwo: Wielka LiteraRok wydania: 2016 • Stron: 287  

Ależ mnie ta książka wkurzyła!

Naprawdę. Odkąd wczoraj do niej przysiadłam chodzę nabuzowana, rzucam gniewne spojrzenia i zaciskam mocno zęby. Taka to jest wkurzająca książka!

Prawda ukryta w słowach

Dwa miesiące temu moja córka skończyła dwa lata. Jakiś czas temu zamiotłam więc pod dywan wspomnienie traumatycznych pierwszych wspólnych miesięcy i zaczęłam przyzwyczajać się do tego, jakim trybem biegnie moje życie. Tymczasem jakaś Natalia Fiedorczuk postanowiła rzucić mi w twarz wszystkim tym, o czym starałam się nie myśleć.

Tym, że jestem wiecznie zmęczona. Tym, że nie mam życia. Tym, że gadam wyłącznie z dzieckiem. Tym, że jestem jak robot do obsługiwania innych. Tym, że jedną z niewielu rozrywek są dla mnie wizyty w dyskontach. Tym, że jestem jedną z wielu współczesnych młodych matek, którym pluje się pod nogi i wciska teksty w stylu: “inni mają gorzej’ albo “dawniej to sobie baby ze wszystkim radziły”.

No i ja też sobie radzę, oczywiście. Tak jak i bohaterka książki Fiedorczuk. Ona co prawda potrzebuje do tego psychotropów, a ja sama nie wiem, co mnie utrzymuje na powierzchni, ale jakoś funkcjonuję i staram się żyć.

shopping

Mimo tego płaczę czasem w kącie nad tym wszystkim. Bo od dwóch lat nie byłam nigdzie z mężem, poza comiesięcznym wyrwaniem się do wiejskiej Biedronki podczas wizyt u rodziców. Kino? Raz na pół roku. Oczywiście osobno. Rocznica ślubu, urodziny? Marzę o pójściu do restauracji, o dobrej kolacji przy pięknie zastawionym stole, o chwili intymności, typowej randce z mężem. Bez szans. Nic dziwnego, że tyle par rozstaje się po urodzeniu dziecka, skoro nikt nie przygotował ich na to, że przestają być kobietą i mężczyzną.

Od roku ktoś drepcze za mną, ilekroć idę do toalety, wybieram się pod prysznic, próbuję coś ugotować lub przeczytać książkę. Moje dziecię potrafi godzinę zająć się sobą samo, ale jeśli tylko matka przemknie do kuchni lub łazienki, jakaś wewnętrzna siła każe mu podążać w ślad za nią.

Podobnie jak bohaterka Fiedorczuk – ukradkiem jem ukryta za lodówką, zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby mnie w ogóle nie było i potrafię tygodniami nie rozmawiać z nikim twarzą w twarz. Nie licząc, rzecz jasna, dwulatki i zazwyczaj milczącego męża.

Tak jak ona spotykam się z tym, że pod pojęciem “rodzice” kryje się tylko matka. Dziecko jest niegrzeczne? “Geny matki” albo “wychowanie matki”. Dziecko nie może zjeść czekolady przed obiadem? “Matka zabroniła”. Dziecku coś się przytrafiło pod opieką ojca? “A gdzie była wtedy matka?” itd.

shopping

No i jeszcze te tytułowe centra handlowe, te sklepy, markety, dyskonty. Drżę z ekscytacji, jeśli raz na dwa tygodnie uda mi się wyskoczyć samej do Biedronki i przez te 30 minut być tylko z sobą i swoimi myślami. Bezcenne.

Tak więc, mimo że do galerii handlowych nie chadzam, jestem jak ta bohaterka współczesnej prozy – pokochałam sklepy, bo tylko one dają mi namiastkę kontaktu z realnym światem i chwilę sam na sam ze sobą.

Bo, wiecie, można kochać swoje dziecko do szaleństwa, ale kiedy spędza się z nim dwa lata niemal 24 godziny na dobę, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, naprawdę można zacząć wariować.

Jak pokochać centra handlowe

Okładka tej książki przykuła moją uwagę kilka tygodni temu. Zachęcona wyróżnieniem Natalii Fiedorczuk Paszportem “Polityki” postanowiłam przyjrzeć się powieści tej bliżej. Nie jest ona typowa, trochę wyłamuje się schematom. Przypomina raczej blogowe wynurzenia, pisane w pierwszej osobie, chaotyczne. Główna bohaterka przeskakuje z tematu na temat, opisuje życie na przedmieściach Warszawy, czasem wspomina przeszłość. Opowiada o małżeństwie, rodzicielstwie, dorastaniu do roli matki. Stara się też poruszyć temat depresji poporodowej, ale raczej łagodnie, bez zagłębiania się w szczegóły. Bez wnikania w umysł kobiety, która czasem ma ochotę skoczyć z okna, a czasem z tego okna wyrzucić swoje potomstwo.

Tekst podszyty jest ironią, ale we wszystkim tym kryje się brutalna prawda. Prawda, o której nie pisze się na pięknych blogach parentingowych. Prawda, z której chętniej zwierzamy się na forach niż w cztery oczy z przyjaciółką. Prawda, która boli, ale która też stanowi dowód na to, że jest nas więcej. Że normalne matki z problemami istnieją, tylko chowają się po kątach. No bo jak to tak? Poskarż się, a zaraz usłyszysz, że nie kochasz dziecka, że w głowie ci się przewraca, że twoja babcia/ciocia/teściowa wychowała piątkę dzieci sama i nie użalała się nad sobą.

Jesteś matką. Matką-Polką, cholera jasna. Masz być twarda, zagryzać zęby, umartwiać się i godzić na wszystko. Masz zrezygnować z siebie, poświęcić się całkowicie rodzinie, zapomnieć, że masz uczucia. Robotem masz się stać – ot co.

matka dworzec

Ujęła mnie książka Natalii Fiedorczuk. Mimo że to niewielki objętościowo tekst, prawda w nim ukryta przemawia do mnie i trafia do mojego serca. Lubię też taki styl pisania – trochę chaotyczny, trochę zgryźliwy, potoczny. Skojarzyło mi się to z prozą Masłowskiej, Gretkowskiej, Papużanki, czyli czymś, co naprawdę lubię. Dlatego właśnie będę polecać tę książkę innym – szczególnie wszystkim młodym matkom – bo dobrze się ją czyta i chociaż czasem wkurza, bo taka jest prawdziwa, to warto się z nią zmierzyć i skonfrontować swoje przeżycia z przeżyciami głównej bohaterki.

Chociaż czasem prowadzi to do raczej smutnych refleksji…

Moja ocena: 9/10
Książka przeczytana w ramach wyzwań: ‘WyPożyczone’, ‘WielkoBukowe Wyzwanie 2017’, ‘Czytamy nowości’ oraz ‘Czytelnicze Wyzwanie 2017’ (kategoria: Książka, której akcja dzieje się w polskim mieście).

Przeczytaj również:

, , , , , , , , , ,
Klaudyna Maciąg

Copywriter, marketingowiec, redaktor i korektor książek, właścicielka Agencji Kreatywnej Espelibro. Prywatnie mama energicznej trzylatki, właścicielka dzikiego psa, żona pewnego poety i wierna fanka Manchesteru United.

27 Comments

  1. Hmm… Przeczytam bo mnie zainteresowałaś. Ja chyba jestem jakaś nienormalna bo uważam, że właśnie trwa jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu – nie oddałabym nawet chwilki, mimo że czasem są gorsze momenty. Może to dlatego, że jestem introwertyczką a może dlatego że mój Maluch jeszcze nie raczkuje i siła rzeczy mam mniej biegania. Wiem jednak, że gdybym miała więcej niż jedno dziecko pewnie inaczej bym śpiewała…

    1. Wiesz, jedno nie wyklucza drugiego – ja też uważam, że to najpiękniejszy okres mojego życia i każdego dnia z fascynacją przyglądam się temu małemu człowiekowi, którym się opiekuję. Natomiast nie zmienia to faktu, że ta izolacja, w jakiej żyję, jest po prostu niezdrowa i męczy 😉

    2. A myślałaś może o przedszkolu/żłobku chociaż na kilka godzin dziennie? Może jakiś klubik dla mam z dziećmi, babcia lub koleżanka z dzieckiem? Cokolwiek? Jeżeli faktycznie czujesz się tak przytłoczona i odizolowane to prędzej czy później odbije się to na Twoim małżeństwie a szkoda by było.

    3. Myślimy o przedszkolu od przyszłego roku, ale chociaż teoretycznie podejmujemy decyzję sami i chcemy tego, to niektórzy starają się nam wleźć na głowę i odciągnąć od tego siłą i wyzwiskami 😉

      Mamy jedną osobę, która chętnie przyjechałaby zająć się Zośką, ale sama ma małe dziecko, więc ewentualnie wspólny wieczór po pracy odpada.

      Dla mojej mamy to też nie byłby problem przyjechać, poza tym, że w tę i z powrotem wymagałoby to przejechania 100km, czego po prostu unikam, bo nie chcę nikomu sprawiać kłopotów. Raz była taka konieczność [jechaliśmy na wesele przyjaciółki] i raczej prędko kolejna się nie pojawi 😉

      Ogólnie to przyzwyczaiłam się już do tej izolacji, ale akurat ta książka przypomniała mi, że zamiatam pod dywan to, co tak naprawdę nie jest zdrowe.

    4. Nie dajcie się. Przedszkole czy żłobek to nie jest instytucja dla rodziców mających gdzieś swoje dzieci. Teraz to nie działa tak jak za komuny. Dzieciaki mają wiele kreatywnych zajęć, uczą się języka i najważniejsze – funkcjonowania w grupie. Zwłaszcza w przypadku jedynaczki to ma znaczenie (piszę z własnego doświadczenia dziecka, które rodzice posłali dopiero do zerówki).

    5. Wcisnę Wam się w rozmowę odnośnie przedszkola. Moja Mała zaczęła przygodę z przedszkolem, gdy miała równe trzy latka, pierwsze pół roku zaledwie na 3-4 godziny, potem na ok. 5-6. I była to naprawdę dobra decyzja. Raz, że dała wytchnienie mnie (wtedy akurat pracowałam w tak różnych godzinach, że czasem po odstawieniu jej na miejsce leciałam prosto do pracy, ale czasem miałam te 2-3 godziny tylko dla siebie), a dwa dała Małej szansę poznania większego grona rówieśników i nauczyła ją o wiele większej dawki samodzielności niż mogłabym jej to zapewnić w domu. Teraz mija trzeci rok, gdy chodzi do przedszkola, większość grupy to te same dzieci, które razem z nią zaczynały, ale jest też kilkoro "świeżaków" i naprawdę widać różnicę w tym jak się adaptują w grupie i jak wykonują różne czynności.
      A osoby, które zniechęcają młodych rodziców do wysłania dziecka do przedszkola powinny się puknąć w głowę, bo po pierwsze to nie ich dziecko, a po drugie przedszkole to nie miejsce zesłania, tylko szansa na większy rozwój. PRzecież nikt nie mówi o pozostawianiu malucha na cały dzień "z obcymi", tylko o kilku godzinach zabaw i gier z innymi dziećmi pod okiem opiekunem i nauczycielek.

    6. Popieram. Przedszkole jest dobrym pomysłem, ale… niestety trzeba tutaj uważać. Moja mała poszła do przedszkola w wieku 3 lat i to był jakiś koszmar. Po pierwsze ciągle chorowała (ale tego chyba nie da się uniknąć), po drugie dostawałam ochrzan od pań przedszkolanek (dosłownie) za zachowanie mojego trzyletniego! dziecka. Zmieniliśmy przedszkole na prywatne i nagle zniknęły wszelakie problemy wychowawcze. Drugą córkę mam nadzieję posłać do tego samego, ale to dopiero za dwa lata :).

    7. Mnie przedszkole przekonuje bardzo. Przede wszystkim na podstawie własnych doświadczeń. U mnie w podstawówce dzieci, które nie chodziły do przedszkola były przez całe lata odizolowane od reszty, bo nie umiały się odnaleźć. Ci z moich znajomych, którzy do przedszkola nie chodzili, są z reguły introwertykami i mrukami – mało jest wyjątków od tego. Jednak dzieci integrują się tam ze sobą, uczą pewnych zachowań, bawią w ciekawszy sposób niż w domu.

      I tak, chorują, to niestety norma w takich skupiskach, ale jak nie teraz, to później. Widzę po dzieciach znajomych, że te, które nie poszły do przedszkola, całą pierwszą klasę są non-stop chore.

    8. Dobra, przyznam się – ja do przedszkola nie chodziłam, ale nie jestem mrukiem (chyba) 😛 🙂

      Co do chorowania, to u nas było niestandardowo, bo w pierwszym roku przedszkola, Mała tylko 2 czy 3 razy złapała katar, w drugim to samo, a dopiero teraz (gdy mija trzeci rok) już 3 czy 4 razy musiałyśmy robić przynajmniej tygodniowe posiadówki w domu, żeby wytępić wirusy. Tak więc na to chorowanie to naprawdę nie ma reguły.

    9. Może to taki sezon teraz? Bo widzę, że nawet najtwardsi teraz chorują potężnie.

      W każdym razie, rzeczywiście, reguły nie ma. Znam dzieci, które w ogóle w przedszkolu nie chorowały – nic tylko się z tego cieszyć 🙂

  2. Z twojej recenzji wyłania się… sama prawda. Doskonale znam Twój punkt widzenia, bo ja sama jestem w podobnej sytuacji. Także pokochałam miejscową Biedronkę, która daje mi namiastkę kontaktu z realnym światem i chwilę sam na sam ze sobą. Ale ciągle mam nadzieję, ze jak dzieci nieco podrosną, to ja w końcu znajdę czas i dla siebie.

    1. Chciałabym wierzyć, że to się kiedyś zmieni, ale jak mi mąż będzie dalej pracował non-stop, 45km stąd to nawet gdy Zocha podrośnie marne będą szanse na to, że sytuacja się poprawi 😉

      Cieszę się, że ktoś mnie rozumie. Choć z drugiej strony – wolałabym, aby tak nie było 😉

  3. trudno mi cokolwiek napisac bo amtka nie jestem, ale… anwte to ze nie jestem sprawia ze… jesli ma mchwiel dla siebie to ejstem szczesliwa moge wysjc do glupiego sklepu- jestem szczescliwa bo najzwyczajniej w sweicie nie mam kiedy. czasami anwet meisiac nigdzie nie wychodze do sklepu tylko wstaje uczlenia dom spac i ta kw kolko wiec po czesci tak sie czuje i nieco rozumiem dylemaaty…

    1. Pamiętam te czasy, kiedy żyłam systemem uczelnia -> praca -> dom i tak w kółko. Za dużo na głowie, rzeczywiście to niezdrowe.

    2. Nie rozumiem tego komentarza, chyba jest nie po polsku

  4. Eh,nieco smutny obraz rzeczywistości.Dzieci daja nam w kosc-to wiadomo nie od dzis,ale dlaczego siedzisz ciągle z nia w domu????Jak miałam pierwsze dziecko to nie bylo dla mnie rzeczy niemozliwych! Bobo do wozka/samochodu i w droge! Do marketu,do galerii gdzie sa tez atrakcje dla dzieci,do bawilandu gdzie mozna pogadac z mamuskami i wypic kawe,do rodzicow,do kolezanki,do sasiadki ktora tez ma dziecko,gdziekolwiek,gdzie sie chce,matka musi byc mobilna;) Troche Ci współczuje,ze Twoj mąz pracuje dosyc daleko i ciagle jestescie zdane same na siebie ale dzieci rosną tak szybko i życie jest tak krotkie,ze moim zdaniem nie warto tak życ.Nie piszę tego zeby sie wymądrzac,pisze tylko dlatego,ze stworzylismy z męzem super szczesliwa rodzinę dzięki mądremu podejmowaniu decyzji tzn.jesli ma do wyboru prace po 8h i po 10h to wybiera te po 8h,bo ja i dzieci tez go potrzebujemy w domu.Jesli ma do wyboru prace 3km.od domu i 50km.to wybiera te blizej,albo przeprowadzamy się do innego miasta.Bardzo trafnie napisałas,ze nie dziwisz sie jak małzenstwa sie rozwodza po urodzeniu 1.dziecka i ja tez sie nie dziwie jesli kazdy zyje swoim zyciem.Pieniadze to nie wszystko,a praca ma sluzyc nam a nie my pracy,bo potem relacji brak.Prowadzimy z mezem spotkania przygotowujące do sakramentu małzenstwa i zawsze jest gorący temat pracy w delegacji,bo inaczej sie podobno nie da.A ja mowie:da sie,trzeba. tylko chcieć.Pozdrawiam:) p.s.my raz na miesiąc wołamy kolezanke/opiekunke/babcie zebysmy mogli wyjsc gdzies we dwojke,bez pielęgnowania relacji z malzonkiem bym chyba zwariowała;)

    1. Ach, gdybyśmy taki wybór mieli, to już dawno Marcin pracowałby bliżej domu. Niestety, pozostałe opcje są jeszcze dalej.

      Nigdzie nie napisałam, że z nią nie wychodzę. Napisałam, że nie wychodzę nigdzie solo, bo po prostu nie mam jak.

      No i bardzo bym chciała mieć z kim młodą zostawić, ale żeby to była moja mama, to w sumie musiałaby przejechać 100km, a żeby któraś z przyjaciółek, to najpierw musiałaby do Polski wrócić 😀

  5. Już sam tytuł mnie zaintrygował, a już Twoja recenzja jeszcze bardziej. Chcę koniecznie przeczytać!

    1. Oby Ci się spodobała 🙂

  6. Ujęła mnie szczerość Twoich słów i odważne wyznanie nagromadzonych wrażeń, pulsujących emocjami. Ja jeszcze nie jestem mamą, nie wyobrażam sobie, jak mogłabym nawet znaleźć czas dla maleńkiej istoty, skoro często brakuje mi go nawet na oddech w codziennej gonitwie. Dlatego podziwiam kobiety, dzielące te skrawki czasu, które im pozostają pomiędzy pracą i często rwanym snem na wychowanie dzieci i ofiarowanie im w gruncie rzeczy jedynego skarbu, jaki im pozostał – czyli właśnie chwili, których może nie zapamiętają, ale które je ukształtują. Podziwiam odpowiedzialność i poświęcenie. 💖

    Przyznaję, uśmiechnęłam się, czytając o ucieczkach przed małym szpiegiem, o przyjemnością chyba wykradanych niepostrzeżenie, ale był to uśmiech rozczuleni. Jest dla mnie prawdziwym aktem kobiecego heroizmu taka żonglerka zadaniami i przykro mi, że niestety mamy nie w pełni mogą się realizować, choćby nie wiem, jak kryształowe obrazy macierzyństwa budowano.

    Podziwiam tez Ciebie za otwartość i wytrwałość oraz pogodę ducha, ponieważ pomimo wycienczenia promieniejesz i pozwalasz się przyznawać innym kobietom – nieważne czy juz mamom, czy jeszcze nie – do ich frustracji, które przez zaburzoną optykę mogą czuć się gorsze i winne.
    Przesyłam naręcze pozdrowień i siły 🎀

    1. Dziękuję Ci bardzo! 🙂 Jak zwykle zaskakujesz mnie mnóstwem mądrych i ciepłych słów, dzięki którym znów muszę poświęcić chwilę na refleksję nad tym swoim życiem.

      Swoją drogą, z tym małym szpiegiem to powoli robi się problem, bo coraz śmielej sobie poczyna i pozwala sobie na wkraczanie do kuchni, do której zazwyczaj jej nie wpuszczam 😉 Za to ostatnio tak bardzo chciała broić w salonie, że mnie wypychała na siedzisko w swoim pokoju. To dopiero było rozczulające! Rozmawiałam akurat z szefem przez telefon i po prostu zaśmiewałam się pod nosem, kiedy łobuz mnie siłą z tego salonu zabierał, haha!

      W każdym razie – macierzyństwo to mnóstwo pięknych chwil, ale też spory ciężar, który trzeba dźwignąć na swoich barkach. Podziwiam mamy większej liczby dzieci, bo ja bym sobie z większą gromadą na pewno rady nie dała.

    2. Klaudyno, wszystkie słowa są krzesane Twoją życzliwością i prawdziwym hartem ducha😊 nie mam wątpliwości, że przyszłość będzie odkrywają dla nas wszystkich tutaj kolejne godne podziwu pierwiastki Twojej osobowości.

      Jeżeli chodzi o Maluszka – z jednej strony teraz nadchodzi czas zwiększającej się w zastraszającym tempie ekspansji, z drugiej wyonrazam sobie, że te podboje muszą być źródłem Twojej dumy. Uroczy ruchliwy hegemonek. Rozszerza strefy wpływów konsekwentnie. Haha! 😄 juz niedlugo nawet kuchnia nie pozostanie biała plama na mapie Maleństwa.

      Zgadzam się, macierzyństwo to ogromne brzemię, w którym zachowanie balansu pomiędzy szczęściem i blogi spokojem a obawami i poczuciem zagubienia jest chyba niemożliwe. No i ten ginących czas, który obradza słodkim owocem poczucia, że jednak kształtuje się małego człowieczka.😊

    3. No i trafiłaś w sedno. Właśnie dziś Zośka opanowała kuchnię. Ale to właściwie był mój pomysł – tak broiła, kiedy zmywałam, że na czas przygotowywania obiadu posadziłam ją na blacie i zaangażowałam we wrzucanie obranych ziemniaków do garna i podawanie mi pieczarek do krojenia. Podejrzewam, że teraz już się od młodej w kuchni nie opędzę, ale to dobrze. Trochę się bałam tego zaangażowania jej w prace kuchenne, ale widać, że ma z tego radochę i to mnie cieszy ogromnie 🙂

      A to, o czym wspominasz – to kształtowanie małego człowieka – szalenie mnie fascynuje. Czasem po prostu patrzę na nią i popadam w zadumę, to fascynujące móc widzieć, jak dziecko rośnie, zmienia się i staje się komunikatywne, w pełni świadome tego, co się dzieje. Ileż jeszcze ciekawych etapów przed nami! Nie mogę się tego doczekać, choć jednocześnie chciałabym zatrzymać te małe codzienne momenty, które tak szybko przemijają.

  7. A ja czytając Twój wpis pomyślałam sobie, że nie mam tak tragicznie. Owszem, mój półtoraroczny Zenek zajął mi prawie całe życie, chodzę wiecznie zmęczona i od porodu przespałam całe może z 5 nocy. Ale udaje nam się chodzić na randki z Mężem, na szczęście mam blisko rodziców i mogę ich poprosić o opiekę nad dzieckiem. Osobom, których rodzice mieszkają daleko współczuję. A co do wątku żłobkowego to jestem za. Kiedyś też byłam sceptyczny, ale zmieniłam zdanie obserwując synka koleżanki. I właśnie załatwiam żłobek dla synka na pół etatu. W tym czasie będę rozwijać własną działalność.

    1. Wspaniale, życzę powodzenia, bo wiem, że nie jest to łatwy kawałek chleba! 🙂

      Zazdroszczę tych randek z Mężem. Ogromnie mi tego brakuje.

  8. Właśnie jestem w trakcie czytania i mam podobne odczucia. Choć na co dzień mam w pamięci raczej pozytywne obrazy, ta książka przywołuje tą mroczną stronę, o której nie chce się pamiętać.

  9. Czytałam, książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że powinni ją przeczytać mężczyźni, którzy chcą mieć dzieci, aby choć trochę mogli zrozumieć młode mamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *