11 listopada 2014

Dzieci nie lubią się ruszać, czy może ktoś podcina im skrzydła?

Autor: Geomangio, źródło: foter.com
Dawno, dawno temu, kiedy lata dziewięćdziesiąte rozkwitały w pełni, dzieciaki spędzały po piętnaście godzin na dobę ganiając za piłką, bawiąc się w ganianego i organizując podchody. Kto zostawał w domu, gdy reszta bandy latała po podwórku, uznawany był za dziwaka i przedszkolaka (nawet jeśli metryka wskazywała, że już prawie osiągał -naście lat). Moje osiedlowe boiska były nieustannie oblegane, na placu zabaw ciężko było zaleźć wolną przestrzeń, a i każda ławka, każdy luźny kawałek chodnika i każdy fragmencik trawy stanowił arenę zabaw i rozgrywek na powietrzu. W podstawówce nie było zwolnień z wuefu, kombinowania z "niedyspozycjami", ucieczek i uników - godzina, jaką można było spędzić na sali albo boisku była niemal przez wszystkich tą upragnioną, wyczekiwaną. Bo oznaczała przede wszystkim rywalizację, zabawę i chwilę odpoczynku dla spracowanej mózgownicy.

Wiele lat później zaczęłam dostrzegać, że na podwórku spotkać można już tylko malutkie dzieci i ich mamy pchające wózki. Gdzie podziały się hordy dzieciaków i młodzieży, ganiającej się między blokami, kopiącej piłkę, skaczącej w gumę, grającej w zbijanego? Odpowiedź zawsze nasuwała się sama - siedzą przy komputerach, spędzają czas w zamknięciu, kiszą się w czterech ścianach klikając w guziki. Potwierdzenie stanowił dobywający się z wielu okien głośny dźwięk komunikatorów internetowych. W ten sposób dała się zauważyć śmierć osiedlowego sportu.

W tym samym czasie media obiegały przeróżne informacje - że mamy najgrubsze dzieci w Europie i że większość uczniów omija lekcje wychowania fizycznego. Łatwo było wysnuć wniosek, że współczesne dzieciaki nie lubią się ruszać, a ich ulubioną aktywnością pseudofizyczną jest machanie padem i kontrolerem albo komputerową myszką...

Od ponad roku jestem mieszkanką innego blokowiska. Od poprzedniego, sprawiającego wrażenie całkowicie wymarłego, dzielą mnie zaledwie trzy-cztery kilometry. A ja żyję w innym świecie, którego realia podważyły wszystkie moje dotychczasowe poglądy.

Autor: Geomangio, źródło:  foter.com
Tutaj dzieci w domach nie siedzą. Od rana do nocy (kiedy ja już snuję się w piżamie!) oblegają pobliskie place zabaw, boiska, siłownię na wolnym powietrzu, stół do ping-ponga i kilka innych interesujących punktów, o których na moim poprzednim osiedlu (wcale nie biednym, wbrew pozorom) młodzież może pomarzyć. Niesamowitą radość daje mi wychodzenie wieczorem na balkon i obserwowanie tabuna młodzików na pobliskim boisku do piłki. Bo to właśnie one - dzieciaki z częstochowskiego Wrzosowiaka przywróciły mi wiarę w to, że jednak współczesna cywilizacja nie zabiła w nich wszystkiego, o czym tak głośno trąbi się w mediach.

Ze smutkiem myślę o mojej ukochanej dzielnicy, która wychowywała mnie przez prawie dwadzieścia dwa lata. Pamiętam tereny, na których bawiliśmy się w podchody - na ich miejscu stoi blok. Boisko, na którym zdzierałam kolana - też blok. Dawny plac zabaw - w połowie zajęty przez parking. Największe boisko i miejsce, które służyło nam do "wyścigów jakby_żużlowych na rowerach" goszczą teraz halę - nomen omen - sportową, która ze sportem ma tyle wspólnego, że otwiera się kilka razy do roku przed kibicami siatkówki. To zderzenie dwóch światów brutalnie udowadnia, że to nie dzieci są złe, a jedynie ci, którzy zamiast inspirować i stwarzać możliwości - podcinają skrzydła i zniechęcają do spędzania czasu na powietrzu.

Autor: aluedt, źródło: foter.com
Jasne, można dzieciakom zarzucać, że nie potrafią wykorzystać wszystkich możliwości - w końcu kawałek trawnika czy chodnika zawsze się znajdzie, wystarczy odrobina fantazji. Ale trudno o jakąkolwiek kreatywność, jeżeli nikt ich nie zachęca i nie inspiruje. Dzieci są grube? A kto, zamiast ugotować im porządny obiad, zabiera je do KFC albo wrzuca mrożonkę do mikrofali? Nie uczęszczają na wuef? A kto załatwia im zwolnienia? Nie lubią się ruszać? Może wyniosły to z domu? W końcu to rodziców naśladuje się w pierwszej kolejności.

Nie znoszę gadania, że wszystkiemu winne są "dzisiejsze czasy". Bo pośpiech, bo praca, bo ciężkie życie. Zamiast wydawać grube pieniądze na konsole i gry, kup dziecku piłkę, zapisz je do jakiegoś klubu, znajdź dla niego czas w weekend i pograj z nim choć trochę w badmintona albo zabierz na wycieczkę rowerową. Znam całe mnóstwo ludzi, którzy łączą pracę w pełnym wymiarze godzin z tabunem własnych pasji i wychowaniem dzieci. Nie są bogaci, mają przeciętne możliwości, ale wiedzą, że hamburger nie zastąpi małemu człowiekowi talerza pomidorowej, komputer przyjaciela, a Fifa paru chwil na świeżym powietrzu...

Autor: jDevaun, źródło: foter.com
Tak łatwo przez dziewięć miesięcy głosić hasła: "ważne, żeby zdrowe było" i zapomnieć o nich wraz z chwilą, z którą dziecko zacznie być choć odrobinę samodzielne. To, że idziemy na łatwiznę, bo taka ludzka natura, nie znaczy, że dzieci mają dziś wychowywać konsole i Internet. Marzyłeś o zdrowym maluchu, to spraw, żeby był taki całe życie. Nie przyczyniaj się do poszerzania statystyk otyłości, nie załatwiaj lewego zwolnienia z wuefu, nie wychowuj sobie przyszłej kaleki, zawalcz o jakąkolwiek przestrzeń dla aktywnych w swojej okolicy, podpowiedz, jak ciekawie można bawić się na podwórku. Jako rodzic stanowisz dla dziecka wzór i autorytet, skoro więc zdecydowałeś się wydać na świat nowe życie, weź odpowiedzialność za swoje czyny i nie dbaj o zdrowie dziecka wyłącznie w oczywisty i łatwy sposób przez pierwsze miesiące jego życia, a czyń to również później, póki jeszcze jego wzorem do naśladowania nie jest bohater kreskówki albo starszy kumpel z podwórka...

Na rozwiązanie wielkich problemów atakujących cały świat nie ma złotych środków. Na pewno niewiele zmieni post na maluczkim blogu, bo prostych rozwiązań nie ma, a zmienić cudzy światopogląd niełatwo. Ale namawiam, uczulam i wzywam do refleksji. Dzieci naprawdę pokochają aktywność fizyczną, jeśli tylko stworzy im się ku temu odpowiednie warunki i odpowiednio pokieruje. Nie muszą zostawać od razu piłkarzami i baletnicami, ale nie muszą też być skazane na ciągłe klikanie, gapienie się w ekran, garbienie i hodowanie oponek na małych brzuszkach. Kontrast, jaki dostrzegam wokół siebie, jest niezbitym dowodem na to, że jednak się da. Trzeba tylko chcieć i mieć gdzie.

14 komentarzy:

  1. Zgadzam się z Tobą. Pamiętam, jak miałam te 6-12 lat i jak wychodziło się na dwór, bo już wydzwaniali po domofonach "Gdzie Ty jesteś?! Złaź szybko na dół!". A gry i zabawy? Było ich mnóstwo! Jeszcze wtedy były popularne karteczki: Winx, Witch i inne bajeczki. Siadało się na ławeczkach i wymieniało. Cóż to były za emocje! Każdy chciał mieć tą najpiękniejszą. I pamiętam jak się bawiło w różne dziwne, ale dla nas ciekawe gry: dziewczyny były wróżkami WInx, czy też przenosiłyśmy się do Kod Lyoko. Podchody, "guma", skakanka czy przesiadywanie do późnych godzin wieczornych na placu zabaw czy trzepakach, kiedy już mamy wołały z okien do domu nie były nam straszne. A teraz? Nie jest tak źle, bo widzę jeszcze chłopców grających w piłkę czy w koszykówkę na pobliskim boisku, czy też jak odwiedzam Orlika tam też jest tabun małych sportowców, przyszłych piłkarzy. I to jest piękne. Kiedy takie małe skrzaty biegają za piłką i to im się naprawdę podoba. Z placu także (dla mnie niestety) wydobywają się piski i krzyki dzieciaków. Ale jest ich wszystkich jakby mniej, albo tylko ja odnoszę takie wrażenie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My wcielałyśmy się w bohaterki 'Powerpuff Girls' - łuhuhu, co to było za ganianie, latanie i ukrywanie się po krzakach. Bardzo pozytywny klimat! Że nie wspomnę o milionie innych zabaw - masz rację, że w tamtych czasach było ich mnóstwo. Może dzisiejsze dzieci są ciut bardziej leniwe i mniej kreatywne, albo naprawdę mają wpojone złe zasady i wiedzą, że lepiej usiąść przed komputerem niż się na dworze pocić [często rodzice dają taki przykład]. Przy czym właśnie widzę na podstawie dwóch częstochowskich osiedli, że jeżeli tylko podsunie się dzieciakom lepsze warunki do zabawy, to będą one z tego korzystać...

      Orlika akurat na oku żadnego nie mam, ale wiem, że niektóre w moim mieście i jego okolicach regularnie stoją puste. A szkoda.

      Usuń
    2. Wiecie, za "naszych czasów" to jakoś lepiej było.
      Dzieciaki właziły na drzewa, skakały, biegały. Chłopaki nie raz nie dwa skoczyli sobie do oczu, żeby następnego dnia zagrać razem w piłkę. A dziś?
      Dziecko spadnie z drzewa i złamie rękę - "dziecko pozostawione bez opieki" zagrzmią media, "nabroi" coś innego - padnie pytanie "gdzie w tym czasie byli rodzice? czy byli trzeźwi?", dzieciaki się trochę niegroźnie poszarpią, o tę najładniejszą przy trzepaku - "agresja wśród nieletnich na osiedlu!". Ludzie, czy aby na pewno to zmierza w dobrą stronę? :( I nie, opisane przeze mnie zachowania dzieci nie wydają mi się groźne społecznie - kilka pokoleń się tak wychowało i wszyscy żyjemy. I na palcach policzyć można było wtedy dzieci otyłe.

      Bardzo, bardzo fajny i przydatny rodzicom tekst :)

      Usuń
    3. Oj, to prawda. Czasem zastanawiam się, co by sobie niektórzy pomyśleli na widok mojego bratanka - regularnie zdarte kolana, łokcie, łydki i czoło :) Spędza maluch mnóstwo czasu na powietrzu z siostrą i ciotecznym bratem, więc siłą rzeczy dzieciakom zdarzają się stłuczki i upadki. Na tym to ma przecież polegać. Chuchanie na dzieci i wołanie za nimi: 'nie biegnij, bo się przewrócisz', 'nie wchodź, bo zrobisz sobie ziaziu', 'nie dotykaj psa' itd. w większości przypadków wprawia mnie w konsternację, bo paranoja na punkcie 'ochrony' sięga już zenitu. Ale takie już są te nasze dzisiejsze czasy - media promują jak najstraszniejsze zdarzenia, ludzie histeryzują, zewsząd jesteśmy kontrolowani... Smutne.

      Usuń
  2. Ja byłam w wieku "podwórkowym" w latach osiemdziesiątych:) Wtedy największą karą, jaką mogli dać rodzice, był szlaban na wyjście z domu. Gra w klasy, w gumę, w skakankę, podchody, państwa-miasta, no i oczywiście cuda na trzepaku:) Teraz mieszkam w małej miejscowości i niestety tutaj dzieci praktycznie nie wychodzą na dwór. Kiedy moja córka była młodsza wiele razy namawiałam ją, by wyszła się pobawić, lecz ona nie miała z kim! Więc ja z nią jeździłam na rowerze, uczyłam wymyku na trzepaku, grałam w gumę na podwórku (na szczęście własnym, więc nikt nie widział moich wyczynów:D), uczyłam kręcić hula hop i skakać na skakance. Córka ma piętnaście lat, oczywiście wisi na telefonie a myszka to przedłużenie jej ręki. Ale wystarczy hasło:spacer i wszystko rzuca, by ze mną wyjść. Niezmiernie mnie to cieszy:) Teraz zaczynam to samo z synem, ma siedem lat. Jego koledzy siedzą godzinami przy komputerze a my spacerujemy, jeździmy na rowerach, puszczamy latawce a latem gramy w piłkę. Nie mówię, że wcale nie gra, bo gra całkiem sporo. Umiar to podstawa. U mnie dzieciaki mają limit na granie.
    Co do rodziców to całkiem inna bajka. Przykład: Siedzę w piaskownicy z synkiem kilka lat temu, przychodzi jedna mama, druga, dzieci zaczynają się świetnie bawić. Nagle obie wstają jak na komendę, zbierają zabawki, dzieci płaczą. Dlaczego nagle, po zaledwie półgodzinnym siedzeniu, się zrywają? Zaraz leci ich serial, którego za Chiny nie mogą opuścić. Litości! Reszta moich znajomych uważa, że jestem lekko stuknięta, bo po co się tak wysilam? Lepiej po pracy się uwalić, dać dzieciakom wolną rękę i mieć spokój. Ja tak nie potrafię. Żal mi czasu. Chcę być z nimi, póki same tego chcą. Czasami jestem tak zmęczona, że padam i naprawdę mi się nie chce. Ale, gdy syn pyta:mamusiu, pójdziemy na spacer? to idę. I nie żałuję:)
    Mam czterdzieści dwa lata, pracuję na pełnym etacie, wychowuję trójkę dzieci, w tym jedno niepełnosprawne i mogę powiedzieć wszystkim zmęczonym mamom, że nie ma nic lepszego na świecie od powolnego spaceru z dziećmi, uczenia ich świata, słuchania zwierzeń.
    Dobra, kończę, bo mnie poniosło:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie to - wielu rodzicom szkoda czasu na porządne zajęcie się dziećmi. Łatwiej posadzić przed komputerem i mieć ciszę. Łatwiej wrzucić pizzę do mikrofali i mieć czas dla siebie. Nie wyobrażam sobie, aby istniała jakakolwiek rzecz w stylu 'serial', 'ulubiony film', 'mecz', która miałaby mnie odciągnąć od czasu spędzanego z dzieckiem - kuriozalne jest zachowanie pań, o których wspomniałaś.

      Fajnie, że masz taką, a nie inną postawę - to naprawdę budujące. Cieszę się, że o tym wspomniałaś, bo przywracasz mi wiarę w człowieka :)

      Usuń
  3. Ja także czasu podstawówki spędzałam na boiskach i osiedlach, gdzie mieszkały koleżanki i koledzy - graliśmy w koszykówkę, albo bawiłyśmy się skakankami lub skakałyśmy w gumę. Dziś dzieciaki też tak się bawią, ale rzeczywiście mniej. Mnie martwi raczej ta niechęć do wf-u w szkole, ale wiem skąd to się bierze - z braku akceptacji. Dzieciaki wyzywają się na zajęciach wychowania fizycznego, śmieją się ze słabszych graczy, dobierają się w grupki "lepszych". Pamiętam to także z moich czasów szkolnych - przez takie osoby wiele dziewczyn rezygnowało z wf-u, podrabiały zwolnienia od rodziców, a w późniejszych latach przynosiły zwolnienia od lekarza na cały rok. Takie osoby więc także w czasie pozalekcyjnym nie pchały się do zabaw na podwórkach i osiedlach. Dlatego troszkę mnie denerwują te wszystkie kampanie z Lewandowską, aby dzieci chodziły na zajęcia ruchowe itd, ale nikt nie zadba o ich edukację w zakresie tolerancji i wzajemnego zrozumienia. Nie każdy przecież jest wspaniały w grze w siatkówkę, niestety nikt nie patrzy na dobre chęci tylko na wyniki jego gry. Smutne, bo dzisiaj (albo raczej odkąd pamiętam) sala gimnastyczna jest po prostu miejscem wojny pomiędzy słabszymi uczniami a tymi, którzy uznają siebie za "lepszych" i "fajniejszych" :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, faktycznie coś w tym jest, chociaż ja akurat tego nie doświadczyłam, mimo że z wieloma dyscyplinami miałam problem. Tyle że ja zawsze zgrywałam pajaca i jak nie radziłam sobie np. ze skokiem przez kozła, robiłam sobie z tego jaja, zanim inni zdążyliby wybuchnąć śmiechem na widok mej nieporadności ;-)

      Dzieci bywają jednak okrutne - tu wyśmieją kogoś, bo za gruby, tu innego, bo odbijać nie umie, a tu jeszcze kogoś, bo ma niemodne spodnie - o, to jest znak naszych czasów. Przy czym ja uważam, że takie przedmioty jak WF, muzyka czy plastyka nie powinny podlegać ocenom - bo młodzież ma różne zainteresowania i umiejętności i dołowanie kogoś, bo wolniej biega albo nie potrafi śpiewać jest strasznie marne. W mojej opinii - w ogóle nie do przyjęcia.

      Usuń
  4. Mnie najbardziej dzisiaj chyba przerażają te zwolnienia z wf-u. Nie zdawałam sobie sprawy ze skali problemu. Do czasu. Od września jedna z moich najlepszych koleżanek uczy wf-u w liceum. Ma grupę, w której ćwiczą 3 (słownie: trzy!) osoby. Reszta ma zwolnienie. Co można zrobić z trzema osobami na zajęciach? W co zagrać? I jakie społeczeństwo wychowują dzisiejsi rodzice... kaleków chyba. Al! Może ja już się starzeję, bo tak zrzędzę jakbym miała 80 lat i wspominała co było "w moich czasach" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O losie, trzy osoby. Przerażające :o
      Połowa pewnie boi się, że się spoci i makijaż straci - niestety, ale teraz takie panny widuję w okolicach szkół, że dziwię się, że mundurków obowiązkowych jeszcze nie wprowadzono na wszystkich szczeblach nauczania. Na miejscu nauczycieli nie miałabym ochoty podziwiać takich 'widoków'.
      Drugiej połowie nie chce się ruszać - takie wychowanie. Rodzice aktywnie czasu z dziećmi nie spędzają, do sportu nie zachęcają, to potem nam takie kaleki rosną...

      Usuń
  5. Jako matka trojga malych dzieci z przykroscia musze stwierdzic, ze to czasy sa winne.. nie pomagaja. Kiedys nie bylo strachu wypuscic malca na podworko, ruch samochodowy byl bardziej powolny, rzadszy.. ludzie bardziej.. ludzcy.. Mieszkam w niewielkim miasteczku, gdzie moj maz wspomina, ze jako dziecka od rana do nocy byl na dworze, ludzie spali przy otwartych drzwiach I oknach. .a teraz.. a teraz to niemozliwe, po ulicy jezdza wariaci samochodowi, czesto slyszy sie o wlamaniach, telewizja az huczy od wynaturzen, porwan dzieci I innych tragediach. Rodzic moze sie bac wypuscic dziecko na dwor bo jest 'bezpieczniejsze' w domu.. w wieku moich dzieci sama szlam do szkoly I z niej wracalam, a sama dzieci nie puszcze bez opieki, jeszcze nie teraz bo widze, ze czasem na zwyklym spacerze tak latwo o tragedie.. kierowcy jacys zamysleni, zatroskani co raz wieksze zagrozenie na drodze stanowia.. tez czesto przeklinam cala ta technologie I zaluje, ze moje dzieci nie moga wychowywac sie w tej wolnosci, ktorej sama zdarzylam zaznac.. ale po prostu.. czasy byly inne, bardziej niewinne.. niemniej jednak robimy wszystko by sie w domu nie kisic I staramy sie czesto urzadzac dzieciakom 'kontrolowana wolnosc' by mogly sie wylatac I wyszumiec jak na dziecko przystalo, a do tego nie zapominajmy, ze rodzice sa niedoscignionymi wzorami dla dzieci, bez wzgledu czy ich akcje sa sluszne czy nie, wiec nie oczekujmy, ze dziecko bedzie sie domagac ruchu jesli zaden z rodzicow sam o swoja aktywnosc fizyczna nie dba.. nie wymagajmy po prostu od dzieci, dajmy Im dobry przyklad do nasladowania. Dobry wpis.. choc zasmucajacy troszke..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, rzeczywistość zmieniła się bardzo - sama nie wypuściłabym dziś dziecka tam, gdzie sama bawiłam się całkowicie bez nadzoru rodziców, nawet jako kilkulatka. Przy czym zawsze można wymyślić jakąś alternatywę, jeśli znajdzie się trochę czasu i ochoty. Nawet w czterech ścianach istnieją inne rozwiązania niż komputer i telewizor - ot, choćby gry planszowe czy jakieś kreatywne zabawy. Oczywiście to też wymaga czasu, a tak niestety teraz jest, że jesteśmy zaganiani do roboty - i nawet jeśli by się chciało mieć nieograniczony czas dla dzieci i dla siebie, to takimi chęciami nikogo się nie wykarmi ;)

      Zgadzam się, że to rodzice stanowią wzór dla swoich pociech i z pewnością jeśli sami nie mają wyrobionych dobrych nawyków, nie przekażą ich dzieciom. Skoro rodzic wolne chwile spędza na kanapie, od dziecka nie ma co oczekiwać innej postawy. Smutne to, rzeczywiście.

      Usuń
  6. A ja trochę w temacie sportu, ale tego bardziej usystematyzowanego...
    Nie wiem, czy widziałaś lecące chyba z rok temu reklamy społeczne przeciwko zwolnieniom z WF-u? Według kampanii wszystkiemu winni byli rodzice, którzy hurtowo wypisują dzieciom zwolnienia. Nikt nie zastanowił się nad tym, dlaczego dzieci nie chcą chodzić na WF.
    Dla mnie te zajęcia to była męczarnia. W podstawówce po złamaniu ręki i długiej rehabilitacji przez prawie rok nie miałam żadnej aktywności fizycznej. I nagle pojawiła się gruba, spocona wuefistka, która tylko się wydzierała, wyśmiewała się z dzieci, które nie potrafiły czegoś zrobić, na basenie nie zwracała uwagi na to, że ktoś się podtapia (kocham wodę, a po tym, jak moja koleżanka omal nie utonęła na zajęciach, przez 5 lat miałam wstręt przed basenem)... Naprawdę winni są rodzice?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie jest tak, że problem leży tylko po jednej stronie. Nawet gdzieś wyżej w komentarzach pojawił się również temat szkoły/nauczycieli. W pierwszej kolejności uważam, że takie przedmioty nie powinny w ogóle podlegać ocenie [podobnie jak np. plastyka czy muzyka], a i nad samymi nauczycielami powinno się zapanować. Jedyną porządną wuefistkę miałam na studiach. Wcześniej zdarzały się same fenomeny z tipsami i tlenionymi włosami, które na swoje lekcje miały zerowy pomysł, więc w kółko wałkowały koszykówkę i siatkówkę, czasem wygrzebywały skrzynię i kozła. Z tymi ostatnimi całe życie miałam problem i też się sporo chamskich uwag na ten temat nasłuchałam, ale nigdy mnie to nie ruszało, bo wiedziałam, że istnieje cały szereg innych sportów, z którymi radziłam sobie dobrze i żadna blondi, która nawet nie jest w stanie takiego skoku przez kozła pokazać nie była dla mnie autorytetem, którym warto byłoby zawracać sobie głowę ;)

      Problem wuefu, jak każdy inny, jest bardzo złożony. Nie podoba mi się, że rodzice tak ochoczo załatwiają zwolnienia swoim dzieciom, ale też nie zwalałabym całe winy na nich.

      Usuń