30 października 2013

Umysł w ogniu, Susannah Cahalan

Umysł w ogniu, Susannah Cahalan
Oryginał: Brain on Fire
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2013
Stron: 352
Gatunek: literatura faktu, reportaż, wspomnienia
Ależ to jest dobra książka! Poruszająca, prawdziwa, bolesna, momentami zabawna, bardzo dobrze napisana. Taka, która nigdy nie opuści umysłu czytelnika. Taka, obok której nie da się przejść obojętnie...

Umysł w ogniu to autobiograficzna opowieść o młodej kobiecie, która pewnego dnia gubi samą siebie - widzi i słyszy to, czego nie ma, atakuje swoich bliskich, dostaje ataków padaczki, przestaje normalnie funkcjonować. Dziesiątki diagnoz, tygodnie spędzone w szpitalu, coraz bardziej krystalizujące się widmo upadku. Aż wreszcie pojawia się on - dr Souhel Najjar - genialny syryjski neurolog, przez rodzinę bohaterki żartobliwie nazywany Doktorem Housem. Jedna rozmowa, jeden test, jedno klaśnięcie w dłonie i pojawia się tak bardzo wyczekiwana diagnoza. Pojawia się nadzieja... Ale droga do odzyskania dawnej Susannah staje się długa, kręta i właściwie... nieskończona.

Nie, nie jest to ckliwa, pompatyczna historia, przy której zapłaczecie nad losem zniewolonego przez chorobę człowieka. Susannah Cahalan to charyzmatyczna dziennikarka, która nie czyni swej historii płaczliwą i chwytającą za serce. Jej opowieść jest przede wszystkim fascynująca i pełna tajemnic. Nie może być inaczej, skoro słowem-kluczem tej książki jest tytułowy umysł. Psychika ludzka to coś tak skomplikowanego i nieodgadnionego, że pierwsze, co powiem o tej publikacji to to, że przede wszystkim jest ona absolutnie ekscytująca.

Mimo że w Umyśle w ogniu niejednokrotnie stykamy się z terminologią medyczną, gwarantuję, że nie znajdziecie podczas lektury czasu na ziewanie. Historię choroby Susannah Cahalan śledzi się z wypiekami na twarzy, nieustannie przerzucając kolejne kartki i zatapiając się w tej niezwykłej opowieści. I choć to literatura faktu, czyta się tę książkę jak najlepszą powieść. Co więcej - przypadek Cahalan z powodzeniem nadawałby się na scenariusz znakomitego odcinka serialu Dr House. Z pewnością nie moglibyście oderwać się od ekranu.

I teraz wyobraźcie sobie, że to, co dopadło Susannah zdiagnozowano u zaledwie kilkuset osób na całym świecie. I nie jest to wcale związane z rzadkością zjawiska, a z brakiem odpowiedniej wiedzy środowiska medycznego. Pytanie, jak wielu ludzi można by uchronić przed zamknięciem w murach szpitali psychiatrycznych, gdyby tylko umiano dostrzec to, co potrafi dostrzec dr Souhel Najjar. Ilu z nas nie będzie miało tyle szczęścia, co Susannah Cahalan? Ilu z nas umrze w przeświadczeniu o własnym szaleństwie?

Pytania, pytania, pytania...

Moja ocena: 10/10
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Filia i przeczytałam ją w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

literatura amerykańska | recenzja | Susannah Cahalan | literatura | recenzje książek

29 października 2013

Rozkosze nocy, Sylvia Day

Rozkosze nocy, Sylvia Day
Oryginał: Pleasures of the Night
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2013
Stron: 304
Gatunek: erotyczna, fantasy, romans
Premiera: 06/11/2013
Poetyka snu w erotycznym otoczeniu - sprytne. Niby nie modny wampir, niby nie anioł, a jednak trochę przypominający superbohatera. Potężnie zbudowany, bogato wyposażony, powalający urodą. Do tego ona - nieziemsko piękna, rozkosznie urocza, a przy tym inteligentna i posiadająca nadprzyrodzone umiejętności. Sylvia Day ostro zapędziła się w swojej fantazji i stworzyła świat tak surrealistyczny i dziwaczny, że aż momentami śmieszny.

Nie przeszkadza mi jednak tak oryginalne rozszerzenie pola zainteresowań. Trzeba oddać autorce, że miała świetny pomysł na stworzenie kochanka idealnego, wyśnionego i oddanego. Wykreowanie zupełnie nowej rzeczywistości i zestawienie jej ze światem ludzi - kolejny trafny zabieg. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie słabe rozwinięcie tematu. Bo o ile rozumiem, że publikująca bestsellery erotyczne Sylvia Day musiała co jakiś czas umieszczać w powieści pikantne sceny, o tyle martwi mnie, że potencjał naprawdę ciekawej historii został trochę przez ten najniższych lotów erotyzm zmarnowany. Gdyby proporcje między wątkami fantastycznymi i erotycznymi nie były tak zaburzone, a sam motyw Zmierzchu, Koszmarów, Śniących itd. został bardziej rozbudowany, mielibyśmy do czynienia z naprawdę pasjonującą, elektryzującą powieścią.

Mielibyśmy, ale nie mamy.

Rozkosze nocy na półce z erotykami znikną w zalewie innych tytułów. Jak na powieść z pieprzykiem jest ona za mało wyrafinowana i ekscytująca. Jak na fantastykę - cóż, zbyt niepoważna. Trudno docenić zamysł pisarki, kiedy przez historię tę trzeba beznamiętnie brnąć, co jakiś czas potykając się o dziwaczne zawiłości. Kryło się w tej opowieści naprawdę sporo, ale autorce zabrakło wiele, by osiągnąć poziom choćby przyzwoity. Nie odradzam Wam zakupu i lektury - warto wypracowywać własne opinie, ale gdybym mogła cofnąć czas, nie poświęciłabym ani minuty na historię Lyssy Bates i Aidana Crossa.

Moja ocena: 3/10
Egzemplarz recenzencki pochodzi od wydawnictwa Akurat.

Kolorowe zbiory, czyli przegląd mojej biblioteczki

książki ułożone kolortystycznie

Odkąd zmieniłam miejsce zamieszkania, minęły już dokładnie cztery miesiące, a ja dopiero wczoraj zmobilizowałam się, aby ogarnąć swoje zbiory, powyciągać książki z kartonów i skrzynek i w jakimś sensownym ułożeniu zaprezentować je na półkach. Ułożenie kolorystyczne cieszy oko (choć dopiero na zdjęciu dostrzegłam niedociągnięcia i będę musiała np. zamienić miejscami czerwone i pomarańczowe), ale też jest problemowe - biorąc pod uwagę to, że około trzydziestu książek mam u znajomych, a z 200-250 u rodziców + mnóstwo ich jeszcze mi przybywa, za chwilę konieczne będą kolejne modyfikacje na półkach. Na szczęście ścianę z oknem mamy w całości zabudowaną półkami i kiedy tylko dowiozę resztę kolekcji, nie będę musiała upychać nic na zaprezentowanych wyżej regałach, tylko pokażę Wam tę piękną zabudowę wraz z resztą książek. Na tę chwilę zagospodarowałam na niej jedną półkę, w całości poświęconą językom:

książki ułożone kolortystycznie

Jak Wam się podoba ułożenie kolorystyczne? Może jest mało praktyczne i nieco problemowe, ale za to jak przyjemnie się je podziwia :) Opowiedzcie o swoich biblioteczkach. Jak organizujecie Wasze zbiory?

27 października 2013

Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet, Marzena Filipczak

Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet, Marzena Filipczak
Dostęp: księgarnia e-nexto
Czyta: Maria Peszek
Czas trwania: 6 godz. 43 min.
Gatunek: podróżnicza, poradnik
Sześciogodzinny audiobook, a ja męczę go trzy tygodnie. Nie pomaga przyjemny głos Marii Peszek, nie pomaga moje zainteresowanie Azją i podróżami. Jest średnio ciekawie i irytująco. Autorką (pseudo)przewodnika Jadę sobie. Azja jest podobno doświadczona dziennikarka i redaktorka, a ja mam wrażenie, że przez tych sześć godzin z hakiem obcowałam z nastoletnią blogerką, która pół roku zwiedzała fascynujące orientalne kraje, a do powiedzenia o nich ma niewiele.

Na szczęście, to tylko jedna strona medalu. Bo o ile pierwsza część tej publikacji tyczy się samych (nudnych) przygód Marzeny Filipczak, o tyle druga stanowi praktyczny poradnik dla wyjeżdżających. Zainteresowani tematem znajdą tam porady na temat ubezpieczeń, ekwipunku, leków, transportu, szukania hoteli, jedzenia itd. To bardzo praktyczne i rzetelne kompendium wiedzy, niezbędne dla wszystkich, którym spieszno do azjatyckich podróży.

Pierwsza część, bardziej rozbudowana, to już niestety relacja z samej wyprawy. Notabene z przewodnikiem mająca wspólnego niewiele. Autorka wspomina ludzi mijanych na ulicach, opisuje wygląd wszystkich wynajmowanych pokoi i środków transportu, jakimi się poruszała i dużo - za przeproszeniem - klepie o niczym. Pitu-pitu o zaczepkach facetów, kupnie podpasek, wiecznie spóźnionych autobusach i innych mało istotnych szczegółach, które zamiast fascynować - wywołują ziewanie. Mam świadomość, że autorka chciała zaserwować czytelnikom dość specyficzne spojrzenie na zwiedzane kraje i ten (pseudo)przewodnik miał być tworem raczej nietypowym, innym od prawdziwych przewodników, ale byłoby lepiej, gdyby Filipczak poprzestała na blogu i nie wydawała swoich wspomnień w formie książkowej.

Jeżeli wybieracie się do Kambodży, Indii, Malezji, Tajlandii czy Wietnamu, możecie w ramach ciekawostki zapoznać się z Jadę sobie. Azja, choć polecam przede wszystkim część drugą tej publikacji. Jest konkretna, ciekawa i bardzo przydatna. Resztę można sobie darować.

Moja ocena: 4/10
Za audiobooka dziękuję księgarni e-nexto, kupicie go tutaj, a odsłuchałam go w ramach wyzwań 'Pod hasłem' oraz 'Polacy nie gęsi'.


literatura polska | recenzja | Marzena Filipczak | literatura | recenzje książek

25 października 2013

Bądź EkoBlogerem, EkoRodzicem, EkoCzłowiekiem!

Co jakiś czas w sieci pojawiają się przeróżne teksty porównujące dzisiejszą rzeczywistość z tą, w której dorastało moje pokolenie. To, co było znakiem tamtych czasów - wspinanie się po drzewach, zdarte kolana, spędzanie całych dni na podwórku, picie z jednej butelki itd. - dziś uznawane jest za brak opieki nad dzieckiem. Trochę mi smutno, kiedy widzę, że mój dawny plac zabaw zieje pustkami, bo dzisiejsze dzieciaki wolą spędzać czas przy konsolach. Ale też nowe pokolenie dostało nowe możliwości, o których nam nawet się nie śniło. Dzięki temu współczesny człowiek może być bardziej świadomy, na czym skorzystać może choćby środowisko naturalne...

Byłoby wspaniale, gdyby każdy z nas zapomniał na chwilę o czasach, w których ubrania dziedziczyło się po starszym rodzeństwie, a oranżadę i mleko piło ze szklanych butelek. Wystarczy rozejrzeć się wokół, by dostrzec, że nasze życie zdominowane zostało przez plastik. Coraz więcej konsumujemy, coraz więcej kupujemy, coraz więcej tworzyw sztucznych wytwarzamy i składujemy wokół siebie. Niewielu z nas jest naprawdę ekologicznych - segregacja śmieci sprawdza się średnio, sięganie po ekojedzenie mało któremu portfelowi się uśmiecha, a recykling to dla wielu wciąż pojęcie abstrakcyjne. W tej dziedzinie nie możemy być jednak krótkowzroczni. Warto przysiąść na chwilę, zastanowić się nad swoim życiem i nad tym, jaka przyszłość czeka człowieka, który nie pojmuje, jakie zagrożenia może pociągać za sobą zerowa EkoŚwiadomość. A ponieważ nas o tym nie uczono, warto zrobić wszystko, by następne pokolenia wychowywane były bardziej świadomie, ekologicznie i zdrowo.

Ministerstwo Środowiska zachęca do tego, aby zacząć uświadamianie już na etapie przedszkolnym. By wyjść naprzeciw oczekiwaniom rodziców, babć, starszych sióstr, wujków i nauczycieli, powstała niezwykle ciekawa strona: dzieci.mos.gov.pl. Ci, którym brak pomysłu na to, jak uczyć dzieci zdrowego podejścia do środowiska i odpadów, znajdą na stronach projektu naprawdę genialną porcję inspiracji.


Propozycje EkoGier i EkoZabawek, które można stworzyć wraz z dzieciakami; wierszyki, piosenki, kolorowanki; porady dla rodziców i nauczycieli; pomysły na ciekawe wykorzystanie odpadów; gotowe scenariusze lekcji; konkursy - to wszystko i wiele więcej znajdziecie na stronie dzieci.mos.gov.pl. Potrzeba Wam więcej? Odwiedźcie również fanpage Ministerstwa Środowiska - natkniecie się tam na kolejne konkursy, kampanie społeczne i ciekawe EkoPomysły.

Zaintrygowani?
Zainspirowani?
Jaki jest Wasz stosunek do bycia ekologicznymi?
Może macie swoje pomysły na poszerzanie EkoŚwiadomości?

Grafiki i zdjęcia pochodzą z wyżej przedstawionych stron.

22 października 2013

1 kobieta, 4 dzieci, 0 kasy (prawie), Petra van Laak

1 kobieta, 4 dzieci, 0 kasy (prawie), Petra van Laak
Oryginał: 1 Frau 4 Kinder 0 Euro (fast) - Wie ich es trotzdem geschafft habe
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2013
Stron: 264
Gatunek: wspomnienia
Podobno w Niemczech nie ma biedy i bezrobocia, dobrobyt wylewa się wszystkim uszami, pensje są kosmiczne, a tamtejszych emerytów stać na wielotygodniowe wakacje w ciepłych krajach. Ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że taka Petra van Laak w jednej chwili znalazła się na ulicy z czwórką dzieci i mimo solidnego doświadczenia i sporych umiejętności, nie ma możliwości znaleźć sensownej pracy, gwarantującej bezpieczny byt jej pięcioosobowej rodzinie. Mit Niemiec, jako krainy mlekiem i miodem płynącej błyskawicznie więc upada. Okazuje się, że i tam potrzebne są dyskonty, pomoc społeczna, obiady dla biednych i zapomogi dla bezrobotnych (których wcale nie jest mało). Co więcej - bogata kobieta, która zmuszona jest upaść bardzo nisko, ledwo potrafi sobie poradzić w realiach, które dla naszej ojczyzny są - no cóż - normą.

Dlatego ta książka jest dla mnie odrobinę nierzeczywista. Nie o to chodzi, że odmawiam tej historii prawdziwości - bardziej rzecz dotyczy tego, że nie potrafię wczuć się w sytuację osoby, której honor nie pozwala poprosić o wsparcie ze strony pomocy społecznej i która niby szuka pracy, a jednak jest na tyle grymaśna, że żadnej oferty nie potrafi dłużej utrzymać. Myślę, że gdyby Petrę ban Laak zesłano do Polski, nie wytrwałaby tu jednego tygodnia.

Ale przyjmijmy, że nie będę poddawać tego ocenie. Patrzenie na coś przez pryzmat smutnych polskich realiów jest zwyczajnie nieuczciwe i mogłoby niepotrzebnie zniekształcić obraz rzeczywistości. Wyłączając więc całą tę otoczkę, która nie pozwala mi traktować w pełni poważnie Petry i jej problemów, muszę przyznać, że 1 kobieta, 4 dzieci, 0 kasy (prawie) to bardzo inspirująca i poruszająca lektura. Opowiada o tym, jak podnieść się z kolan, schować dumę do kieszeni i przetrwać w świecie zdominowanym przez problemy. Petra - na tyle, na ile pozwala jej własne podejście do świata - stara się zrobić wszystko, aby zapewnić swojej gromadce godną, spokojną egzystencję. Nieocenioną pomocą okazują się dla niej przypadkowi ludzie, udzielający drobnego wsparcia, najbliższa rodzina oraz - przede wszystkim - dzieciaki. Ich pomysły bywają naprawdę rozczulające! A najmilsze fragmenty tej książki dotyczą zanotowanych przez Petrę wypowiedzi córek i synów, które choć uroczo naiwne - zdumiewają dojrzałością.

Historia Petry van Laak może imponować, dziwić, wzbudzać powątpiewanie albo też zachwycać. Warto ją poznać, szczególnie jeśli borykamy się z podobnymi problemami lub po prostu chcemy zaznajomić się bliżej z pewną silną, dojrzałą kobietą, która udowadnia, że świat naszych zachodnich sąsiadów wcale nie musi być tak kolorowy, jak się wydaje.

Ciekawa, dobrze napisana opowieść na jedno popołudnie. Zachęcam do przeczytania!

Moja ocena: brak
Egzemplarz recenzencki pochodzi od wydawnictwa PWN.

21 października 2013

Zombie Survival, Max Brooks

Zombie Survival, Max Brooks
Oryginał: The Zombie Survival Guide: Complete Protection from the Living Dead
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2013
Stron: 432
Gatunek: poradnik
A wiecie co zrobić ze sobą w razie ataku zombie? Nauczyli Was w szkołach, jak się bronić, przemieszczać, polować i budować osadę? Nie? No to Max Brooks Was nauczy. Bo on wie, że wirus zombizmu może opanować świat w każdej chwili i pragnie dla wszystkich ludzi jednego - by wiedzieli jak przetrwać...

Podręcznik technik obrony przed atakiem żywych trupów to pozycja skierowana do wszystkich tych, których interesuje mit zombie. Max Brooks pokusił się o naprawdę solidne rozbudowanie tematu, ujmując kwestię epidemii zombizmu szeroko i wielopłaszczyznowo. Czytelnik dowie się z tej książki m.in. jakie zdolności fizyczne posiadają zombie, jakie są wzorce ich zachowań i które sposoby walki z nimi są najskuteczniejsze. Autor charakteryzuje rodzaje przydatnej broni, wypunktowuje niezbędne wyposażenie nie tylko dla tego, który zamierza z zombie walczyć, ale również dla tego, który zapragnie przemieścić się, przetrwać i stworzyć dla siebie nowe miejsce do życia w świecie opanowanym przez wroga. Wizja przyszłości Ziemi nakreślona przez autora nie jest może szczególnie budująca, ale z pewnością każdy, kto zastosuje się do technik zaproponowanych przez niego w tym podręczniku, będzie miał ułatwione zadanie, kiedy już nadejdzie najgorsze.

Najciekawszym rozdziałem książki Zombie Survival wydaje mi się ten, który stanowi dokumentację dotychczas odnotowanych na całym świecie ataków zombie. Najstarsze opisane historie sięgają... 60 000 lat przed naszą erą! Nie mniej ciekawie wypada szczegółowa charakterystyka organizmu, jakim jest zombie. Wiedza, pomysłowość i fantazja autora okazują się w tym miejscu naprawdę imponujące!

Zombie Survival to publikacja, którą należy traktować z przymrużeniem oka, ale też warto docenić to, ile pracy i wyobraźni wymagało jej stworzenie. Książka jest rozbudowana, ciekawie skonstruowana, konkretna i - cóż - całkiem zabawna. Dobrze się ją czyta, a wiedza, którą przekazuje, wcale nie jest bezużyteczna, bowiem Max Brooks przekazuje tu sporo uniwersalnych treści, które przydadzą się każdemu miłośnikowi przygód. Nawet jeśli zombie nigdy nie dotrą do Polski, warto dowiedzieć się, jak radzić sobie na nieznanym terenie, jak wyposażać się na dalekie wyprawy, jak bronić przed atakami zwierząt, jak rozplanowywać obowiązki w grupach itd.

Jest zatem ciekawie, różnorodnie i z jajem. Koniecznie przeczytajcie!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


literatura amerykańska | recenzja | Max Brooks | literatura | recenzje książek

17 października 2013

Spróbujmy jeszcze raz, Abbi Glines

Spróbujmy jeszcze raz, Abbi Glines
Oryginał: Never Too Far
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2013
Stron: 336
Gatunek: młodzieżowa
Kiedy czytałam O krok za daleko, czyli wstęp do historii opisanej w Spróbujmy jeszcze raz, miałam sporo zastrzeżeń do autorki i jej pomysłów. Książka zalatywała tanim erotykiem dla młodzieży, pełna była nielogiczności i momentami mocno nudziła. Ale! Tym razem Abbi Glines poczyniła spory krok naprzód i poprowadziła swoją opowieść w pożądanym kierunku, przez co to, w czym krył się potencjał historii Blaire i Rusha, doskonale rozwinęło się w tym tomie...

On dokonał złego wyboru, ona uciekła. Teraz jednak - kierowana dosyć naiwnymi pobudkami - powraca i ich drogi znów się ścierają. Tyle tylko, że kilkutygodniowe rozstanie i sporo zadanych nawzajem ran zmienia ich oboje. On zaczyna być słaby i uległy, ona próbuje kontrolować swoje życie. Z marny skutkiem. Trochę mdła jest ta Blaire. Niby kryje się w jej życiorysie i osobowości megapotencjał, jednak Abbi Glines wciąż woli robić z niej słodką dziumdzię, która w żaden sposób nie potrafi dojrzeć. Za to Rush to dość ciekawa i złożona osobowość. Momentami trudno zrozumieć zmiany, jakie w nim zachodzą, ale zasadniczo to jedna z najciekawszych postaci całej tej opowieści. No i jest kolejnym Edwardem i Greyem, do którego mogą wzdychać czytelniczki...

Spróbujmy jeszcze raz udziela odpowiedzi na kilka pytań postawionych w części poprzedniej, do tego ciekawie rozwija wątki wówczas napoczęte. Przeszłość rodziców Blaire i Nan (przyrodniej siostry Rusha) okazuje się jeszcze bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać, a sama relacja głównych bohaterów zaczyna się porządnie komplikować. I dzięki temu, że Glines nie kładzie już nacisku na seksualną stronę opowieści, a w zamian za to rozbudowuje inne części tej historii, książkę tę czyta się tak dobrze. Bardzo jestem ciekawa, w jakim kierunku autorka popchnie swoich bohaterów w części następnej. Zakończenie tej wydaje się tak sielsko piękne, że aż nieprawdopodobne.

To z pewnością cisza przed burzą.

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Pascal.

16 października 2013

Gra w kłamstwa, Sara Shepard

Gra w kłamstwa, Sara Shepard
Oryginał: The Lying Game
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Stron: 296
Gatunek: dla młodzieży
Sarę Shepard możecie kojarzyć przede wszystkim dzięki wielotomowej serii Pretty Little Liars, o której wspominałam tutaj. Mam za sobą kilkanaście tomów tamtej serii i wszystkie odcinki serialu nakręconego na jej podstawie i jedno mogę powiedzieć na pewno - pisarce już dawno skończyły się pomysły na rozbudowywanie historii Kłamczuch. Dlatego też z wielką ciekawością podeszłam do jej nowego tworu - Gry w kłamstwa, mając nadzieję, że podjęcie się spisania zupełnie odmiennej historii, pozwoli autorce odżyć i pokazać się z lepszej strony, niż to miało miejsce przy okazji kilku ostatnich tomów Pretty Little Liars. Nie zawiodłam się. Gra w kłamstwa to coś świeżego, interesującego i wyjątkowo ekscytującego.

Miałam pewne obawy, związane z lekturą tej powieści, ponieważ - kierowana ciekawością - poznałam już serial The Lying Game i nie byłam pewna, czy książka jeszcze czymkolwiek mnie zaskoczy. Już prolog rozwiał jednak moje wątpliwości - wersja książkowa tej historii, znacznie odbiega od wizji twórców serialu. I bardzo dobrze.

Obsada serialu. Źródło: filmweb.pl

Gra w kłamstwa to typowa babska młodzieżówka - lekka, mocno osadzona w realiach amerykańskich, momentami podkoloryzowana, ale przy tym całkiem niegłupia i od pierwszych stron trzymająca w napięciu. Główną jej bohaterką jest osiemnastoletnia Emma, która na skutek serii dziwnych zdarzeń, wywraca swoje życie do góry nogami i wciela się w rolę swojej nigdy niepoznanej siostry bliźniaczki, Sutton. Teraz to już nie jest biedna dziewczyna, tułająca się po rodzinach zastępczych. Jej nowe życie to blichtr, bogactwo i niebywała popularność. Tyle tylko, że nowe ciuchy i nowa osobowość to nie wszystko. Bycie Sutton to przede wszystkim całe pasmo niebezpieczeństw, nieporozumień, zagadek i kłopotów...

Choć częściowo znałam już bohaterów tej opowieści, miło było poznać wizję Sary Shepard, a nie tylko twórców serialu, którzy postanowili mocno przeobrazić tę historię. Podobnie jak to ma miejsce w przypadku Pretty Little Liars, książkę i serial należy traktować jako dwa odmienne byty, bardzo luźno ze sobą związane. Jeśli więc znaliście już The Lying Game w wersji telewizyjnej, koniecznie sięgnijcie po wersję papierową - nie zawiedziecie się, przeżyjecie kilka zaskoczeń i poznacie inną, równie ciekawą stronę dobrze znanej historii. Polecam!

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

literatura amerykańska | recenzja | Sara Shepard | literatura | recenzje książek

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii „Pretty Little Liars" oraz „The Lying Game" stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

Źródła: foto | opis

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

15 października 2013

Na wysokim niebie, Danuta Awolusi

Na wysokim niebie, Danuta Awolusi
Wydawnictwo: SOL
Rok wydania: 2013
Stron: 270
Gatunek: obyczajowa
Premiera: 16/10/2013
Nie płakałam. Tak sobie postanowiłam i uparcie się tego trzymałam, choć w gardle coś mocno ściskało. Chciałam być, jak główna bohaterka - twarda i nieprzejednana. Już dawno postanowiłam, że nie będę rozczulać się nad swoją przykrą przeszłością, ale trudno trzymać się sztywno, kiedy spotyka się swoje odbicie w literaturze (na szczęście, tylko częściowe). No, ale nie płakałam. Zacisnęłam zęby i pomogło. Chociaż w gardle wciąż stoi wielka gula...

Na wysokim niebie to historia najprawdziwsza z prawdziwych. Nie porywa wartką akcją, nie powala oryginalnością, ale ujmuje prostotą i szczerością. Łatwo się w tej lekturze zatracić i przegapić moment, w którym powinno się już zgasić światło i pójść spać. Tak było ze mną - choć opowieść Danuty Awolusi zadawała mi sporo bólu, nie potrafiłam oderwać się od niej ani na chwilę...

Odrzucenie, szkolna przemoc, wyobcowanie, uciekanie w książki. Brak jakiejkolwiek kontroli, samotność, bieda, życie na uboczu. Oto świat Ani, zagubionej dziewczyny, która musi mierzyć się z brutalną rzeczywistością szkoły podstawowej i domu pozbawionego miłości, wsparcia i opieki. Los przyszykował dla niej wiele przeszkód, ale gdzieś tam na wysokim niebie kryje się promyk nadziei... Daleka jednak droga do tego, aby w życiu bohaterki-narratorki pojawiło się szczęście. Życie jest życiem, tutaj nigdy nie może być różowo.

Z debiutancką powieścią Danuty Awolusi spędziłam - pomimo dusząco wzruszających i bolesnych momentów - naprawdę wiele miłych chwil. To wyjątkowo pokrzepiająca, przepełniona ciepłem lektura, która prowokuje do snucia refleksji i stawiania sobie ważnych życiowych pytań. Napisana jest prosto, bywa przewidywalna, ale jednocześnie przynosi pewnego rodzaju ukojenie. To jedna z tych książek, której krytyka nie uzna za arcydzieło, ale która zachwyci wielu czytelników, poszukujących w literaturze prawdy i mądrości, a nie tylko arcyważnych treści i unikatowości.

Chętnie poznam Danutę Awolusi bliżej i liczę na kolejne powieści. To dobry debiut, zwiastujący wiele ciekawych literackich przygód... Powodzenia!

Moja ocena: 7,5/10

literatura polska | recenzja | Danuta Awolusi | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Pod hasłem' oraz 'Polacy nie gęsi'.

14 października 2013

AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem, Neil Daniels

AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem, Neil Daniels
Oryginał: AC/DC. The Early years with Bon Scott
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 200
Gatunek: biografia
AC/DC to zespół, który muzycznie zawsze był mi bliski. Nigdy nie interesowałam się jego biografią czy dorobkiem, ale w głośnikach moich gościł często i gęsto. Miło było więc uświadomić sobie, że Anakonda postanowiła wydać książkę AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem, a jeszcze milej - sięgnąć po nią i przyjemnie spędzić z nią czas.

Polubiłam Neila Danielsa, autora tej biografii, już przy okazji książki Metallica. Wczesne lata i rozkwit metalu, za to, że nie opiera się na plotkach, nie zlepia ze sobą sztywnych faktów i stara się swoją publikację uczynić szeroką i różnorodną. Tak było wtedy, tak było i teraz.

AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem stanowi bardzo ciekawe spojrzenie na działalność zespołu po dołączeniu do niego Bona Scotta oraz po jego śmierci. Gdyby chciano wydać pełną biografię, obejmującą wszystkie lata działalności australijskiej kapeli, z pewnością musiałaby ona być dużo, dużo obszerniejsza, a do tego mniej szczegółowa. Ta publikacja zaś koncentruje się na latach 1974-1980 i tym, jaki wpływ miały one na dalszą działalność zespołu. Wycinek może to nie największy, ale za to naprawdę interesujący.


Warto w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na to, iż plotkowanie i węszenie skandali to nie jest domena Neila Danielsa, który samej śmierci Bona Scotta poświęcił zaledwie trzy mało obszerne akapity. A to z kolei czyni tę publikację wyjątkową i wartościową - w całym tekście kładziony jest nacisk przede wszystkim na esencję twórczości AC/DC, czyli na muzykę i jej otoczkę, nie zaś na to, co rozgrywa się za kulisami, gdzieś w czterech ścianach.

Czy fani AC/DC znajdą tu coś, co ich zaskoczy? Z pewnością nie będą to same fakty z historii zespołu, bowiem te raczej każdemu z nich są znane, ale Neil Daniels poszedł nieco dalej i pokusił się o umieszczenie w swojej książce fragmentów wywiadów i recenzji, które tę doskonale znaną historię ubarwiają i rozbudowują. Do tego po rozdziałach poświęconych biografii zespołu z ery Scotta, dodaje te poświęcone jego wpływowi na dalszą działalność AC/DC, przytacza wypowiedzi na temat kapeli i jej legendarnego frontmana oraz szczegółowo przedstawia dyskografię zespołu.

Biografia AC/DC to gratka przede wszystkim dla tych, którzy chcieliby przez lupę spojrzeć na twórczość tego zespołu. Brakuje tu smaczków i zbędnego koloryzowania - to po prostu solidne przedstawienie życia artystycznego Bona Scotta i jego kolegów. Może brak tu polotu, może nie da się w tej lekturze zatracić, ale warto pochylić głowę nad wiedzą i rzetelnością Neila Danielsa, który w niezwykle przystępny sposób opowiada na nowo historię, którą zna cały świat...

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura angielska | recenzja | Neil Daniels | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

13 października 2013

[ŻYCIOWO] Jestem SportoCzubem, czyli o moim ślubie słów kilka...

Dwa miesiące temu wyszłam za mąż. Łał, no któż by przypuszczał, że coś takiego się zdarzy? Ale zdarzyło się i choć nigdy nie miałam dziewczyńskiej duszy, to od ponad dekady rysowałam już w głowie jasną wizję tego, jak ten dzień powinien wyglądać. Spytacie, co to ma ze sportem wspólnego? Odpowiem: dużo. Nie tak dużo, jak bym chciała, ale wystarczająco.

Po pierwsze: data. To kluczowa sprawa, ponieważ od zawsze mam nieelegancką (odziedziczoną w genach, tak swoją drogą) tendencję do urywania się z rodzinnych imprez na rzecz żużla. Chrzciny, komunie, te sprawy? W porządku, ale tylko do tej godziny, do której kibic może sobie na to pozwolić. Wyobrażacie więc sobie, jak musiało wyglądać ustalanie przez nas daty ślubu? Decydowały dwa czynniki: nie mógł jeszcze zacząć się sezon Premier League i nie mogły w tym dniu odbywać się zawody żużlowe w stylu Drużynowego Pucharu Świata lub Grand Prix. W całym sezonie letnim nie było daty idealnej, bowiem  zawsze coś się działo, ale dziesiątego sierpnia wciśnięto w kalendarz nowe żużlowe rozgrywki - Indywidualne Mistrzostwa Europy i odpuszczenie ich wydało się najmniejszym złem. Smutno było odpuszczać jakiekolwiek rozgrywki sportowe, ale jak zauważył czujny fotograf, Panna Młoda pod stołem nie próżnowała... i nic jej w tym dniu nie umknęło.

11 października 2013

Ogień, Mats Strandberg, Sara B. Elfgren

Ogień, Mats Strandberg, Sara B. Elfgren
Oryginał: Eld
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2013
Stron: 696
Gatunek: fantasy, thriller, dla młodzieży
Kiedy rok temu zaczynałam przygodę z prozą duetu Strandberg/Elfgren, wiedziałam, że niecierpliwie będę wyczekiwać ich dalszych dokonań. Krąg, powieść otwierająca cykl Engelsfors, okazała się jedną z najciekawszych młodzieżówek, z jakimi zetknęłam się w ostatnich latach. Drugi tom cyklu - Ogień, to kontynuacja godna, trzymająca w napięciu i ciekawa.

Bardzo mnie cieszy, że autorzy wciąż podążają w tym samym kierunku i w żadnym punkcie nie obniżają poziomu swojego pisarstwa. Ogień czyta się równie dobrze, jak Krąg, a momentami nawet lepiej, co wydaje się logicznie uzasadnione, kiedy weźmie się pod uwagę proces dojrzewania bohaterek, następujący wraz z upływem akcji. Problemy członkiń kręgu nie są już tak błahe, choć wciąż akcja osadzona jest w licealnej rzeczywistości. Tym razem jednak więcej miejsca autorzy poświęcają samym zagadnieniom magicznym niż problemom nastolatków, dzięki czemu książka nie irytuje, nie dłuży się i nie wydaje się dziecinna. Z drugiej strony - o ile Kręgu nie poleciłabym bardzo młodym czytelnikom, o tyle w Ogniu nie wzdrygałam się już i nie czułam niepokoju związanego z brutalnymi, niezwykle naturalistycznymi opisami. Zdaje mi się, że w części pierwszej było ich dużo, dużo więcej.

Najciekawszym motywem powieści Ogień nie jest wcale kwestia Wybrańców i czarownic, choć ta, oczywiście, wciąż wzbudza wiele emocji. Dużo ciekawsze okazuje się zagadnienie dojrzewania bohaterek i to, jak każda z nich zaczyna naprawdę dostrzegać i rozumieć pozostałe. Krąg zacieśnia się, między dziewczynami rodzi się przyjaźń i specyficzna więź, która pozwoli im godnie stawić czoła nie tylko Złu, ale również problemom codziennym. Kolejny raz bliskość i przyjaźń okazują się kluczem do sukcesu...

Cykl Engelsfors to przykład literatury młodzieżowej na wysokim poziomie. Fakt, przede wszystkim chodzi tu o literaturę rozrywkową, ale za to z przesłaniem i niegłupią. Dlatego polecam Ogień tym, którzy są młodzi i tym, w których ogień młodości jeszcze nie zgasł.

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

literatura szwedzka | recenzja | Mats Strandberg, Sara B. Elfgren | literatura | recenzje książek

Trailer:

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Book-Trotter'.

7 października 2013

Zdobywam zamek, Dodie Smith

Zdobywam zamek, Dodie Smith
Oryginał: I Capture the Castle
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2013
Stron: 351
Gatunek: społeczno-obyczajowa
Zdobywam zamek od jakiegoś czasu zdobywa Internet. Nasze książkowo-blogowe kąty szczególnie. Spotkałam się z tyloma ochami i achami wobec tej lektury, że z niemałym przerażeniem sięgałam po nią, wiedząc, że albo się spektakularnie zawiodę, albo dorzucę do puli kolejną porcję zachwytów.

Jestem teraz pośrodku i kompletnie nie wiem, po której stronie się opowiedzieć.

Powieść Dodie Smith ma ten niepowtarzalny urok, który zarezerwowany jest wyłącznie dla literatury młodzieżowej lat dawnych. Dziś twórcy nie operują już takim językiem. Dziś rządzi inna tematyka. Młody odbiorca współczesny diametralnie różni się od tego, do jakiego kierowała swoją historię autorka (powieść pochodzi z końca lat czterdziestych ubiegłego wieku), toteż najlepiej odnajdą się w niej starsze pokolenia - z moim, wychowanym na Lucy Maud Montgomery i baśniach, włącznie.

Zdobywam zamek to ujmujący pamiętnik nastolatki. Nastolatki naiwnej i romantycznej, ale też dojrzewającej i bystrej. Cassandra spisuje dzieje swojej ekscentrycznej rodziny i otoczenia, w jakim przyszło jej żyć. A to jest nie byle jakie - malownicza angielska prowincja i czternastowieczny zamek. Klimat naprawdę niepowtarzalny!

Tęsknoty, smutki, radości, pragnienia i rozterki głównej bohaterki i to, w jakiej formie zostają one podane, zdecydowanie przywodzi na myśl powieści Jane Austen i sióstr Brontë. Mamy tu do czynienia z podobną atmosferą, równie charakterystycznym otoczeniem i zbliżonym językiem. Kto nie lubuje się w tego typu klimatach, z pewnością nie doceni umiejętności i wizji Dodie Smith. Ja sama, choć w Austen zaczytuję się od młodości, miałam ze Zdobywam zamek niemały problem.

Przede wszystkim momentami akcja okrutnie się dłuży. I to uczucie mocno mnie dziwi, kiedy wezmę pod uwagę jak dużą dawką inteligentnego humoru obdarowała czytelników autorka, ale istotnie tylko kilka razy doświadczyłam tego magicznego poczucia, że nie mam ochoty odrywać się od lektury. To niedobrze, kiedy książka, którą podobno połyka się na jeden raz, jest po wielokroć odkładana na półkę i czytana na raty.

Smutno mi nieco, bo jestem pewna, że gdyby nie potężne zachwyty, jakie w ostatnim czasie zalały blogosferę, z pewnością inaczej podchodziłabym do lektury tej powieści. Nie dane mi było zatracić się i utonąć w zachwycie. Mogę jedynie z czystym sumieniem stwierdzić, że to książka wyjątkowa - taka, której współczesne twory dla młodzieży nigdy nie dorównają. Jakże miłą odmianą od agresywnych opowiastek o wampirach, pierwszych razach i szkolnych dyskotekach, jest coś tak uroczo prostego i niewinnego. Naprawdę warto sięgnąć po Zdobywam zamek, ale zachowując odpowiedni dystans i nie nastawiając się na arcydzieło.

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.


literatura angielska | recenzja | Dodie Smith | literatura | recenzje książek

6 października 2013

The Yellow Handkerchief (2008)

The Yellow Handkerchief
reż. U. Prasad • USA, 2008
Wiele można zarzucić Kristen Stewart - że jedna mina, że drętwota, że mało bystre spojrzenie (czy cokolwiek jej anty-fani jeszcze wymyślają), ale za to odmówić nie można jej jednego - posiada niebywałą zdolność do wybierania klimatycznych, niebanalnych scenariuszy. Trudna miłość (moja ocena: 7/10), Ucieczka w milczenie (8/10), Wszystko za życie (9/10), The Runaways (9/10), Witamy u Rileyów (8/10) czy - niedawno przeze mnie przedstawiany - W drodze (9/10). Do grona znakomitych wyborów Kristen należy również The Yellow Handkerchief, o którym kilka słów zamierzam Wam opowiedzieć...

Film Udayana Prasada to typowy przedstawiciel kina drogi. Piękna amerykańska sceneria, nienachalna ścieżka dźwiękowa w tle, samochód i podróżnicy. Przypadkowi ludzie, których połączyła samotność oraz chęć zmierzenia się z własnymi pragnieniami i lękami. Dojrzały mężczyzna wspominający życie sprzed więziennej odsiadki, młoda dziewczyna, pragnąca zwrócić na siebie uwagę i ekscentryczny outsider, próbujący okiełznać własne lęki - to oni spotykają się na drodze i to ich losy śledzimy przez sto minut filmu.

Źródło: filmweb.pl

Aktorsko najlepiej z założeniami obrazu poradził sobie znakomity William Hurt (zdobywca Oskara za rolę w Pocałunku kobiety pająka). W scenach retrospekcyjnych doskonale partneruje mu eteryczna Maria Bello (którą ja pamiętam z Sekretnego okna). Przedstawiciele młodszego pokolenia - Kristen Stewart (wiadomo, Zmierzch) oraz Eddy Redmayne (Nędznicy) nie do końca sprostali wyzwaniu, ale też dosyć specyficzne role im zaproponowano. Szczególnie trudne zadanie czekało Redmayne'a, którego przerosła rola ekscentrycznego, zagubionego dzieciaka. Kristen z kolei wypada poprawnie, ale nie wybitnie - z tej roli raczej zapamiętana nie będzie.

The Yellow Handkerchief to niezwykle subtelna opowieść o miłości - tej dojrzałej i tej młodzieńczej, o sile przebaczenia, o samotności i poszukiwaniu dróg. Bohaterowie tej historii są szalenie naturalni i prawdziwi, z ogromną przyjemnością śledzi się ich poczynania. Ale trzeba mieć w sobie wiele wrażliwości i zrozumienia dla specyfiki tego typu obrazów. To nie jest film dla miłośników szybkiej akcji. Tutaj nic nie dzieje się natychmiast, napięcie dozowane jest pomalutku (nie bez przyczyny używam tego zdrobnienia), a jedynym, co zmienia się często, jest tło. Tło - czyli amerykańskie pobocza i drogi, zajazdy i hotele, miasta i wsie.

Ci z Was, którzy lubują się w historiach prostych ludzi, które nie zachwycają niezwykłością, za to ujmują prawdą i naturalnością, na pewno uznają Yellow Handkerchief za film wart uwagi. Zachęcam do udania się w tę drogę...

Moja ocena: 7,5/10

4 października 2013

Błękit Szafiru, Kerstin Gier

Błękit Szafiru, Kerstin Gier
Oryginał: Saphirblau. Liebe geht durch alle Zeiten
Dostęp: księgarnia e-nexto
Czyta: Małgorzata Lewińska
Czas trwania: 9 godz. 58 min.
Gatunek: fantastyka
Nie zrażam się łatwo, szybko wybaczam, lubię pozytywne rozczarowania i ciągłe podejmowanie wyzwań. Dlatego choć pierwszy tom bestsellerowej Trylogii Czasu, Czerwień Rubinu, nieśmiało mogę nazwać drobną porażką, to i tak odważnie sięgnęłam po kontynuację losów "podróżników w czasie", co pozwoliło mi doznać przyjemnego uczucia rozczarowania o zabarwieniu pozytywnym.

Bałam się, przyznaję. Nie polubiłam narratorki i zarazem głównej bohaterki tej opowieści, ale choć jej zdziecinnienie wciąż ujawnia się na każdym kroku, udaje się czytelnikowi (w moim przypadku - słuchaczowi) przejść obok tego obojętnie. Prawdopodobnie dlatego, że autorka wprowadziła nowych, interesujących bohaterów i uwikłała wszystkich w naprawdę trzymające w napięciu zdarzenia. Wiele się dzieje, akcja pędzi jak szalona i tym razem Gier rzeczywiście zadbała o lekko humorystyczne wątki, które umilają lekturę i są dobrą odskocznią od poważniejszych zdarzeń.



Wątki historyczne i podróżnicze, legendy, opisy dawnych obyczajów - to wszystko jest esencją tej opowieści. Kerstin Gier doskonale rozbudowuje swoją wizję, ubarwiając ją i wzbogacając o kolejne fascynujące motywy. Dlatego od Błękitu Szafiru nie sposób się oderwać. I bardzo mnie cieszy, że zdecydowałam się kontynuować przygodę z tą serią, bo wiele przyjemnych chwil by mnie ominęło, gdybym zanadto zraziła się po lekturze Rubinu...

Tyle, jeżeli chodzi o samą książkę. Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o audiobooku. Przy okazji pierwszego tomu Trylogii Czasu byłam pod głębokim wrażeniem pracy lektorki - Małgorzaty Lewińskiej. I jeżeli wówczas był to zachwyt, nie mam pojęcia, jak nazwać swoje aktualne odczucia. Kobieta przeszła samą siebie i spisała się doskonale w każdym maleńkim calu. Aż żal wyłączać odtwarzacz...

Moja ocena: 7,5/10
Za audiobooka dziękuję księgarni e-nexto, kupicie go tutaj.


literatura niemiecka | recenzja | Kerstin Gier | literatura | recenzje książek

3 października 2013

Oszukane (2013)

Oszukane
reż. M. Solarz • Polska, 2013
Życie pisze najlepsze scenariusze. Boleśnie prawdziwe, poruszające, często zupełnie niewyobrażalne. Z ludzkimi dramatami zobrazowanymi za pomocą filmu mogą wydarzyć się dwie rzeczy - albo będą tak okrutnie piękne, że poruszą miliony, albo ktoś je tak przemieli i koncertowo spieprzy, że zostanie tylko śmiech i rozczarowanie. Twórcy Oszukanych postawili na opcję numer dwa.

Zapewne większość z Was historię tę zna - przynajmniej ze słyszenia. Trudno żeby było inaczej, skoro swego czasu reklamowano ją w mediach tak namiętnie, że z głowy można by zacytować teksty zasłyszane w zwiastunie. W skrócie rzecz prezentuje się tak, że dwie panny wpadają na siebie w dyskotece i zafascynowane wzajemnym podobieństwem postanawiają się zaprzyjaźnić. Błyskawicznie przechodzą do pokazywania sobie pieprzyków i biustów, dzielenia się facetem i kantowania na klasówkach. Kiedy okazuje się, że rzeczywiście łączy je pokrewieństwo, na obie rodziny spada dużo, dużo zła i dużo, dużo dramatu.

Z historii tak boleśnie pięknie napisanej przez życie można by wycisnąć wiele, bez sięgania po tak intensywne środki, jak kicz i patos. Ale że twórcy Oszukanych zapragnęli uraczyć nas i jednym, i drugim - w efekcie dostajemy film tak miałki, tak tandetny i tak prosty, że aż powinno być komuś wstyd, że drugi raz dokopał ludziom, których w rzeczywistości spotkało już wystarczająco dużo złego...


Oszukanych pojawia się interesująca obsada aktorska, bohaterom stworzono ciekawe życiorysy (to nic, że mocno oklepane), a na miejsce akcji wybrano malowniczy Kraków. To wszystko w połączeniu z poruszającą historią napisaną przez życie powinno naprawdę się udać. I udałoby się, gdyby reżyser ze scenarzystami nie pobłądzili i gdyby nie dostali do rąk stanowczo zbyt wielu kredek.

Przerysowane jest to wszystko, nijakie, banalne. Kiedy widz myśli, że limit kiczowatych scenek został wyczerpany, Żmijewski wyskakuje z gitarą, Herman faszeruje się tabletami, a jedna z młodszych bohaterek udaje się na most. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek musiała tak wiele razy tłumić śmiech podczas oglądania czegoś, co miało być dramatem psychologicznym...

Można tu było wiele zrobić, ale nie zrobiono. Tragedię podlano kiczem i sprowadzono do rangi smętnego widowiska, którego bohaterowie nie potrafią odnaleźć się w narzuconych im przez życie rolach. Takiej historii nie da zamknąć się w dziewięćdziesięciu minutach - za dużo środków, za mało czasu. Twórcy filmu narzucili sobie ograniczenia, które zrobiły krzywdę ich dziełu. Za to nie bali się koloryzować i doprawiać udanego dania własną mieszanką marnej jakości przypraw. Efekt jaki jest, każdy widzi. I płacze. Albo kręci z niedowierzaniem głową. Jak można było zepsuć coś, co było tak pięknie podane na tacy?

Moja ocena: 4/10

Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

KsiążkoFaza, KsiążkoMiłość, KsiążkoObsesja...




W takich widokach można zatracać się godzinami... Mam rację?


Źródła zdjęć (kolejno): 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11