30 września 2013

Milcz nawet po śmierci, James Craig

Milcz nawet po śmierci, James Craig
Oryginał: Never Apologise, Never Explain
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2013
Stron: 304
Gatunek: kryminał
Dobrze wrócić do inspektora Johna Carlyle'a i jego przepełnionego mrokiem Londynu. Dobrze sięgnąć po lekturę, od której nie da się oderwać. Dobrze jest czytać i nie żałować spędzonego z książką czasu...

Wciąż mam w pamięci Londyn we krwi - powieść, w którą z wypiekami na twarzy zaczytywałam się wiosną tego roku. Ogromną sympatią obdarzyłam wówczas głównego bohatera, z zaciekawieniem śledząc jego poczynania. Po przeczytaniu Milcz nawet po śmierci, ani trochę nie przestałam zachwycać się Jamesem Craigiem i kreacjami jego bohaterów, pomysłem na frapującą fabułę czy konsekwentnym odmalowywaniem portretu drugiego bohatera głównego - Londynu, mianowicie. Warto jednak zaznaczyć, że kontynuacja w tym przypadku nie przewyższyła swoim poziomem poprzedniczki. Jest dobrze, jest ciekawie i bogato, ale momentami... za bardzo.

Za bardzo, za dużo, za wąsko, za mało. Przewodni wątek to coś naprawdę wyjątkowego, stale trzymającego w napięciu i arcyinteresującego (przede wszystkim dzięki elementom historyczno-politycznym). Chcąc jednak schwytać kilka srok za ogon, autor postanowił wprowadzić sporo wątków pobocznych, które tak naprawdę nie wnoszą nic do głównej sprawy i nawet nie zostają rozwiązane. Ani nawet odpowiednio rozwinięte. Nie przeszkadza mi przeplatanie ze sobą różnych historii, to nawet udany zabieg, jeżeli autorzy potrafią zręcznie żonglować napięciem. Tyle tylko, że Craigowi się to nie udało. Mam nadzieję, że pisarz obroni się kolejną częścią cyklu i rozwinie w niej napoczęte w Milcz nawet po śmierci wątki.

Cieszy mnie bogactwo pomysłów, jakie angielskiemu pisarzowi podsuwa przebogata wyobraźnia. Chciałabym przy tym, aby autor nie bał się rozwijać akcji i bardziej jej splątywać. Lubię długo zgłębiać inteligentne zagadki, wsiąkać w klimat powieści i przenosić myślami tam, gdzie funkcjonuje świat odmalowany piórem zdolnego pisarza. W Milcz nawet po śmierci zabrakło mi dynamiki i ognia. Wciąż historię Carlyle'a pochłania się błyskawicznie, wciąż pojawia się tu mnóstwo humoru na poziomie i naprawdę interesujących opowieści, ale po znakomitym Londynie we krwi miałam prawo oczekiwać więcej. Stąd lekkie rozczarowanie. Ale i tak zapewniam, że warto sięgnąć po tę powieść i wraz z bohaterami przemierzać mroczne zakamarki fascynującego Londynu...

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Akurat.

literatura angielska | recenzja | James Craig | literatura | recenzje książek

29 września 2013

Szybcy i wściekli 5/Fast Five (2011)

Szybcy i wściekli 5 (Fast Five)
reż. J. Lin • USA, 2011
Jeżeli istnieją jakieś filmy, do których podchodzę zupełnie bezkrytycznie i jestem totalnie podekscytowana samym kontaktem z nimi, to z pewnością jedynymi pozycjami w tej kategorii będą kolejne części cyklu Szybcy i wściekli (no, może poza trójeczką). Nigdy nie biorę ich w pełni na poważnie, bo nie o logikę i inteligentną fabułę tu chodzi. Tu chodzi o dobrą zabawę, megaemocje i przyspieszone bicie serca na widok genialnych samochodów (albo na widok duetu: Vin Diesel/Paul Walker, jeśli ktoś woli).

Tym razem przenosimy się z akcją do Brazylii, gdzie Dom, Brian, Mia i Vince skrywają się po ucieczce z kraju. Zmęczeni życiem wiecznych uciekinierów, decydują się na ostatnią akcję i znalezienie gdzieś w odległej części świata spokojnego zakątka dla swojej powiększającej się rodziny. Atak na trzęsącego cały miastem Hermana Reyesa okazuje się jednak sprawą na tyle ciężką, że do pomocy ekipie wezwana zostaje bardzo specyficzna grupa - Rico Santos (Don Omar), Tego Leo (Tego Calderón), Gisele Harabo (piękna Gal Gadot), Han Lue (Sung Kang), Tej Parker (Ludacris) i Roman Pearce (Tyrese Gibson) - czyli banda wywrotowców i wariatów, których znamy z poprzednich części cyklu. Żeby nie było im zbyt łatwo, w mieście pojawiają się jeszcze policyjni przeciwnicy - przypakowany Luke Hobbs (w tej roli Dwayne Johnson) oraz ambitna świeżynka - Elena Neves (Elsa Pataky).

Źródło: motorauthority.com

Szybcy i wściekli 5 prezentują standardowy poziom całej serii - jest ostro, niebezpiecznie, szybko i wesoło. Krew się leje, samochody rozbijają się po ulicach, gdzieś w tle pojawia się gruba kasa i coś, co na chwilę spowalnia akcję - duża dawka rodzinnego ciepła i nostalgicznych wspomnień. To pozwala uwierzyć, że w filmie nie chodzi tylko o strzelanie, rąbanie i wciskanie gazu do dechy...

Twórcy Fast Five kolejny raz udowadniają, że kładąc nacisk na efekciarstwo i rozpędzoną do granic możliwości akcję, można osiągnąć sukces. Seria wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością widzów, którzy są jej niemal bezkrytycznie oddani. Właśnie dlatego w maju tego roku pojawiła się w kinach już szósta część cyklu (o tyle istotna, że spaja nieco całość z częścią trzecią, wciśniętą w serię poza chronologią), a w lipcu przyszłego roku pojawi się już siódma. Jakie są dalsze plany odnośnie do Szybkich i wściekłych - nie mam pojęcia, ale wiem jedno - ja to okraszone świetną muzyką efekciarstwo i napięcie uwielbiam i z radością pochłonę każdą kolejną część historii, choćby twórcy odświeżali tę opowieść w nieskończoność.

Źródło: filmweb.pl

Moja ocena: 8/10

28 września 2013

Czerwień Rubinu, Kerstin Gier

Czerwień Rubinu, Kerstin Gier
Dostęp: księgarnia e-nexto
Czyta: Małgorzata Lewińska
Czas trwania: 8 godz. 18 min.
Gatunek: fantastyka
Kiedy sięgałam po tę powieść, miałam świadomość, że jej grupą docelową są nastolatki, ale spotkałam się z tyloma przychylnymi opiniami osób dojrzalszych wiekiem, iż nabrałam przekonania, że zetknę się z niegłupią, interesującą historią, która pozwoli mi zapomnieć o tym, że być może na tego typu opowieści jestem trochę zbyt stara. Nie udało się. Coś, co miało z powodzeniem konkurować z kultowym już Zmierzchem i być romantyczne i dowcipne w rzeczywistości jest odrobinę rozczarowujące.

Bohaterką pierwszego tomu bestsellerowej Trylogii Czasu jest nastoletnia Gwendolyn - infantylne, średnio bystre dziewczę, wiecznie chichoczące w szkolnej toalecie i nieustannie paplające ze swoją psiapsiółką. Głupich bohaterów można wybaczyć i jakoś znieść, ale jeśli uczynieni oni zostali narratorami powieści, sytuacja robi się nieciekawa, bo użeramy się z nimi przez 99% lektury. Tak jest właśnie w tym przypadku - cały czas musimy znosić nastoletnie fochy, teksty rodem z podstawówki i nawałnicę myśli kotłującą się w wybitnie niedojrzałym umyśle. Czy jest to przyjemne, zabawne i ciekawe? Ani trochę!

Książka doczekała się już swojej ekranizacji. W marcu tego roku miał  światową premierę film Rubinrot w reżyserii Felixa Fuchssteinera. Data polskiej premiery nie jest jeszcze znana.
Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl.

Ciekawy jest za to świat, jaki wykreowała Kerstin Gier. Motyw podróży w czasie nie jest może niczym innowacyjnym, ale w tym wypadku istotnie wzbudza zainteresowanie i stanowi mocny punkt całej historii. Autorka wiernie oddała realia minionych epok, dbając między innymi o szczegóły związane z topografią Londynu, co cieszy mnie niezwykle, bo specyficzny klimat tego fascynującego miasta jest tym, co sprawia, że z pewnością sięgnę po kolejne tomy Trylogii Czasu.

Zachęcający okazują się również bohaterowie z przeszłości, którzy raz po raz pojawiają się w tej historii. Autorka nie bała się wpleść w swoją wizję postaci, które istniały w rzeczywistości, nadając tym samym swojej opowieści ciekawego charakteru. Co zasługuje na pochwałę, to również odpowiednie wyważenie proporcji pomiędzy magią i alchemią, miłością czy wątkami historycznymi. Czytelnik nie może mieć poczucia przesytu, że któraś z tendencji okazała się wiodącą. Gdyby np. romansiki nastolatków stały w Czerwieni Rubinu na pierwszym planie, z pewnością efekt końcowy nie okazałby się satysfakcjonujący, a w rzeczywistości jest. Mimo irytującej narratorki, całość wypada dobrze. Szczególnie, że epilog okazuje się wyjątkowo smakowity i podkręcający apetyt na więcej.

Znakomicie słuchało mi się tej historii, Małgorzata Lewińska jest dobrą lektorką, ciekawie operującą swoim głosem i odpowiednio oddającą emocje wylewające się z lektury. Niezwykle łatwo przyszło mi wczuć się w klimat opowieści i zasłuchać w słowa lektorki. To ważne, bo nie każdy w tym fachu potrafi być idealnym uzupełnieniem książki, którą przedstawia...

Moja ocena: 6,5/10
Za audiobooka dziękuję księgarni e-nexto, kupicie go tutaj.


literatura niemiecka | recenzja | Kerstin Gier | literatura | recenzje książek

27 września 2013

Nie mów nic, kocham cię, Mhairi McFarlane

Nie mów nic, kocham cię, Mhairi McFarlane
Oryginał: You Had Me At Hello
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2013
Stron: 464
Gatunek: obyczajowa
Oto jest książka, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Nie tylko porównanie do Pamiętnika, Notting Hill i Dziennika Bridget Jones okazało się przekonujące. Przede wszystkim zadziałała magia pięknej okładki i miejsca akcji. Manchester (tak, MÓJ Manchester) - to jedyne słuszne miasto, jeżeli chodzi o takie sprawy...

Nie mów nic, kocham cię to połączenie trzech nurtów - komedii, obyczajówki i romansu. Wydaje się prosto i zwyczajnie, ale tak nie jest. Bo to książka absolutnie nieprzeciętna, wyjątkowa i totalnie niebanalna. Przepadniecie z nią na długie godziny, będziecie śmiać się i płakać, wzdychać i wpadać w zadumę. Oj, dawno nie spotkałam się z taką mieszaniną emocji!

Gdybym miała porównać klimat tej powieści do klimatu jakiejś innej, z pewnością przywołałabym Jeden dzień Davida Nichollsa, który przed dwoma laty ujął mnie swoim urokiem. Tutaj historia ma podobny charakter - spotykamy dwoje bohaterów, których połączyły studenckie czasy i którzy przez lata docierają do siebie, by swoją historię zacząć budować na nowo. Do tego dochodzą charakterystyczne angielskie realia (które uwielbiam!), ciekawi bohaterowie i trudne do jednoznacznego scharakteryzowania relacje międzyludzkie...

Mogłabym wylać tutaj morze pięknych słów, które zapewne niejednemu czytelnikowi obrzydziłyby powieść Mhairi McFarlane, dlatego nie będę dodawać dużo więcej. Uważam, że tę powieść po prostu trzeba poznać. Oferuje humor na wysokim poziomie, skąpana jest w cieple i naprawdę odrywa od świata na długi czas. Być może nie we wszystkich swych fragmentach zaskakuje, ale to jedynie za sprawą zachowań niektórych postaci, które dzięki tej przewidywalności stają się bardziej prawdziwe i bliskie czytelnikowi. Ja uwierzyłam w tę historię od jej pierwszych stron i marzę o tym, by ktoś godnie przeniósł ją na ekran. Mógłby z tego wyjść naprawdę cudowny obraz...

Tymczasem pozostanę z cudownymi obrazami w wyobraźni i na papierze. To jedna z tych książek, które zostaną ze mną już na zawsze...

Moja ocena: 9,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Pascal.


literatura angielska | recenzja | Mhairi McFarlane | literatura | recenzje książek

Wyhoduj bombę witaminową!

FIT-Kreatywa

Co uwielbiano już w Starożytnych Chinach, a co my doceniamy dopiero od niedawna? Czyżby chodziło o prawdziwą bombę witaminową? O domową hodowlę zdrowia? O tani i pyszny sposób na urozmaicenie zdrowej diety? Zgadza się, kochani! Dziś przedstawiam Wam moich ulubieńców... kiełki!

Jeżeli dotąd zajadaliście się wyłącznie rzeżuchą na wiosnę, najwyższa pora to zmienić i docenić bogactwo, jakie oferuje nam świat kiełków.

26 września 2013

Top 10: książki na jesień

top 10 kreatywa

Przyszła jesień, przyprowadzając za rękę deszcz, niskie temperatury, szarość i grube ubrania. Niektórych w tym czasie dopada deprecha, inni - tacy jak ja - cieszą się na możliwość spędzania długich wieczorów w towarzystwie rozgrzewających książek, grubego koca i pysznego kakao. Ponieważ kiedyś polecałam już dziesięć książek na zimowe wieczory, tym razem nie zaprezentuję Wam dziesięciu megarozgrzewających propozycji (gdyż to uczyniłam już wtedy) - przedstawię zaś te, którymi sama zamierzam ubarwić sobie tę jesień.

18 września 2013

Hanka. Na tropie skarbu, Monika Szczesiak

Hanka. Na tropie skarbu, Monika Szczesiak
Wydawnictwo: WFW
Rok wydania: 2013
Stron: 186
Gatunek: przygodowa
Czy znacie Historię pewnego pałacu, którą przedstawiałam w sierpniu 2012 roku (o, tutaj)? Jeżeli nie, to koniecznie nadróbcie braki, bowiem niedawno na rynku pojawiła się kontynuacja losów Hanki - Na tropie skarbu, a ja zachęcam Was do tego, byście obie powieści Moniki Szczesiak poznali.

Czy coś się zmienia u tytułowej bohaterki? Tak, staje się ona mniej irytująca, jej paranormalny talent się rozwija, a i przygody, jakie przyszykował dla niej los okazują się coraz ciekawsze. Bohaterka odkrywa niesamowite rodzinne sekrety, które jeżą włos na głowie, są fascynujące i genialnie napędzają akcję powieści.

To co się nie zmienia, a powinno, to język, jakim operuje autorka. Sporo tu błędów i niedociągnięć, które potrafią wytrącić z równowagi, ale też nie przeszkadzają w odbiorze. Ważne jest to, że książkę dobrze się czyta, że od historii nie można się oderwać i że losy Hanki wciąż podawane są w lekkiej, podszytej inteligentnym humorem formie.

Wspaniałe jest to, że Hanka. Na tropie skarbu na długie godziny odrywa czytelnika od rzeczywistości. Jest tu magia, jest ciepło, są legendy i tajemnice, jest element grozy i dużo napięcia. Monika Szczesiak stworzyła bardzo absorbującą, lekką i prostą opowieść, którą pochłania się błyskawicznie i która sprawia, że człowiek ma ochotę zgłębiać rodzinne sekrety i miejskie legendy. A ja bardzo lubię, kiedy książka inspiruje i pcha do działania!

Czekam na kolejne części tej historii, mając nadzieję, że autorka przyszykuje dla swoich bohaterów kolejną porcję ekscytujących przygód i wspaniałych zagadek do rozwiązania. Liczę na to, że humor i ciepło wciąż będą wyciekać ze wszystkich stron tej opowieści, ale jednocześnie - że pewne niedociągnięcia językowe znikną już na zawsze. I że tych wszystkich sekretów, przygód i zagadek będzie więcej, bo wciąż towarzyszy mi uczucie niedosytu, że to wszystko tak szybko doprowadzone zostaje do końca. Chcę więcej!

Moja ocena: 7/10
Za egzemplarz z piękną dedykacją dziękuję autorce.

literatura polska | recenzja | Monika Szczesiak | literatura | recenzje książek

17 września 2013

Bestia. Historia Mike'a Tysona, Przemysław Słowiński

Bestia. Historia Mike'a Tysona, Przemysław Słowiński
Dostęp: księgarnia e-nexto
Czyta: Mirosław Utta
Czas trwania: 7 godz. 49 min
Gatunek: biografia
Nie każdy z Was to wie, ale lubię boksować. W liceum chętnie wyrywałam się na salkę z workiem, w domu również mam stosowny sprzęt i regularnie ćwiczę efektowne ciosy. Odkąd pamiętam, kibicowałam Prince'owi Naseemowi Hamedowi, wielką sympatią darzyłam Mike'a Tysona, a podczas tegorocznego spotkania z Andrzejem Gołotą prawie zemdlałam z wrażenia. Jest coś, co mnie do tego sportu ciągnie, toteż nikogo zapewne nie zdziwi mój wybór audiobooka, jakim w ostatnich dniach umilałam sobie gotowanie i sprzątanie. Bestia. Historia Mike'a Tysona to opowieść, którą od dawna chciałam poznać i nareszcie poznałam.

Dziwne było to nasze spotkanie. Nieco się ciągnęło, bo Przemysław Słowiński miał na tę historię dosyć pokrętny pomysł, ale za to przyjemnie było zasłuchiwać się w głęboki głos Mirosława Utty. Miewał on co prawda problemy z wymawianiem obcojęzycznych nazw i nazwisk, ale zasadniczo uważam, że doskonale spisuje się w roli lektora i świetnym pomysłem jest angażowanie go do tego typu działań.

Jeżeli zaś chodzi o samą historię, to nieprzypadkowo nazwałam ją dosyć pokrętną. Tutaj fakty z życia Iron Mike'a przeplatają się z całą gamą innych opowieści - autor poszerza perspektywę naprawdę ogromnie, toteż dowiecie się z tej książki jak wyglądała sytuacja polityczna w Polsce i USA, jak przebiegała operacja Pustynna Burza, jak wyglądają kasyna w Las Vegas, a nawet jakie wyróżniamy odmiany marihuany (z dosyć sugestywnym opisem procesu kosztowania jej). Wszystko to (szczególnie przeróżne odniesienia do polskiej rzeczywistości), jest bardzo ciekawe, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że bardziej mamy tu do czynienia z laniem wody, aniżeli z chęcią ubarwienia opowieści, która i bez tego byłaby wystarczająco barwna.

Bo przecież Mike Tyson to osobowość niezwykła - człowiek o bogatej kartotece, pełnym przygód życiu i wielkim talencie, mogący pochwalić się licznymi osiągnięciami. Jego biografia broni się sama - pełna jest mrocznych zaułków, triumfów i spektakularnych upadków. Wszystkie je przedstawił Przemysław Słowiński dosyć dokładnie, ale starszy, mniej liberalny czytelnik nie zaakceptuje formy, w jakiej całą tę historię autor podał. Język tej opowieści jest bardzo ubogi, pełen kolokwializmów i przekleństw, ale w mojej opinii jak najbardziej przystaje do charakteru i tematyki książki. Nie psuje też odbioru - sprawia, że całość wypada żywo i naturalnie. Sam autor obiera tu ścieżkę obronną, toteż choć wspomina o niechlubnych faktach z życia Tysona, nigdy nie ocenia sportowca negatywnie. To sprawia, że Bestia... przypadnie do gustu wielu fanom Mike'a i boksu w ogóle. Spróbujcie i przekonajcie się sami!

Moja ocena: brak
Za audiobooka dziękuję księgarni e-nexto, kupicie go tutaj.


literatura polska | recenzja | Przemysław Słowiński | literatura | recenzje książek

Zapraszamy na pogaduchy w Kreatywiarni [1]


W loży Kreatywiarni zasiadają trzy barwne jednostki - Limonka z bloga Zielona Cytryna, Jarka prowadząca Jarkowe Bazgroły oraz panosząca się tu dookoła Kreatywa. Co kilka tygodni nasza trójca zapraszać Was będzie do dyskusji i wspomnień (nie tylko książkowych) przy kawie, herbacie i dobrej muzyce, czasem w towarzystwie zacnych gości, czasem w gronie własnym. Dziś - chcąc dostosować się do kalendarza - proponujemy lekki, powakacyjny temat - otwórzcie worek wspomnień i opowiedzcie o najlepszych, najciekawszych i najukochańszych książkach czasów szkolnych.

Jarka, bazgroly.net
Stachurski, chodzenie na jabłka i miliard nieodwzajemnionych miłości. Z tym kojarzą mi się przede wszystkim moje pierwsze szkolne lata. Oczywiście, jak na dziecko polonistki przystało, od młodości zaszczepiono mi miłość do książek, jednak będąc niespokojnym duchem, który dodatkowo dość szybko wszystkim się nudził (podejrzewam, że mam jakieś niezdiagnozowane ADHD, bo ta cecha pozostała mi do dzisiaj) nie miałam w tamtym okresie jednej ulubionej powieści.

I tak: szkoła podstawowa to przede wszystkim książki Krystyny Siesickiej, Marka Perepeczko i Doroty Terakowskiej. Pamiętam, że wiele emocji wywołała u mnie 3 tomowa seria: Falbanki, Woalki i Wachlarze (Siesickiej), do której wracałam kilka razy i zawsze z ogromną przyjemnością. Dzięki panu Perepeczko zaangażowałam się w przygody Dzikiej Mrówki, które wywołały u mnie (na szczęście chwilowo) intensywną chęć nauki nurkowania. Terakowska natomiast poprzez Lustro Pana Grymsa pokazała mi, jak fantastyczne mogą być inne światy. Drugi etap nauczania, czyli gimnazjum spędziłam głównie z Harrym Potterem w ręku, który ustępował czasami miejsca Wiedźminowi i powieściom Raymonda E. Feista. W skrócie Jarka zaczynała odkrywać fantastykę i nadal nie mogła się zdecydować na jedną ulubioną książkę.

Liceum niewiele zmieniło moje upodobania, dalej przede wszystkim sięgałam po polskich autorów i fantastykę wszelaką. Zakochałam się w aniołach dzięki powieści Tam gdzie spadają anioły, W.Rednej - Olgi Gromyko, Zmierzchu (nie wstydzę się tego! :P) i Dumie i uprzedzeniu. Szkołę zakończyłam wierząc, że gdzieś tam na świecie znajduje się mój Mr Darcy, a ja sama jestem idealnym odzwierciedleniem Elizabeth Bennet, która ma oczywiście swego skrzydlatego stróża. Wiadomo, że w trakcie tych wszystkich lat przechodziłam jeszcze miliard innych fascynacji (godzinnych, kilkudniowych, czy kilkumiesięcznych), jednak to te lektury, które wymieniłam, goszczą w mym sercu i pamięci po dziś dzień :)
Ech, która z nas nie marzy o swoim Darcy'm? :)


Limonka, zielonacytryna.blogspot.com
Dziewczę ze wzniosłymi ideałami i omdlewającą naturą - tak określiłabym siebie w latach szkolnych. Biegałam z biblioteki do biblioteki w poszukiwaniu książek z serii "Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty" - to w podstawówce. Kiedy szkolna bibliotekarka zapytała, czy nie jestem przypadkiem zbyt młoda na książki tego typu (TEGO TYPU? Serio?), odpowiedziałam, że nie. W rzeczywistości bowiem marzyłam, że gdy będę mieć lat szesnaście, mój wyśniony i wymarzony młodzian odnajdzie mnie i gdy tylko mnie ujrzy, z miejsca padnie trupem. Z miłości, rzecz jasna.

Czytywałam głównie pierdoły, książki bez większej wartości intelektualnej, za to skutecznie utrzymujące mnie w romantycznym obłoku, jaki może wokół siebie stworzyć wyłącznie nastoletnie dziewczątko. Mimo to zaprzyjaźniłam się również z młodymi detektywami Hitchcocka, odkrywałam książki z serii "Szkoła przy cmentarzu" i w końcu trafiłam na Harry'ego Pottera, któremu dałam się porwać na wiele kolejnych lat. I tak naprawdę pamiętam z tamtych czasów niewiele, a choć czytałam dużo, czas skutecznie rozmył wszystkie moje czytelnicze wspomnienia.
Limonka! Dzięki za przypomnienie o Szkole przy cmentarzu! Gdzieś w mych wspomnieniach zaginął ten tytuł, a kiedyś naprawdę był dla mnie ważny.


Futbolowa, kreatywa.net
Nie będę powtarzać dziś starej śpiewki, że w podstawówce kochałam się w Tomku Wilmowskim z powieści Szklarskiego, a w latach gimnazjalnych spędzałam duszne noce z latarką pod pościelą w towarzystwie Harry’ego Pottera. Te opowieści doskonale już znacie, a ja w dniu otwarcia Kreatywiarni chciałabym Was czymś mocno zaskoczyć.

Angus, stringi i przytulanki, Spoko, założyłam bardzo duże gacie, Kłopoty z dyndakami, Tańcząc na golasa czy Jak rozkochać w sobie każdego chłopaka – znacie te tytuły? Jeżeli nie, i jeżeli ominęły Was czasy popularności „dziennika Bridget Jones dla nastolatek”, czyli serii Zwierzenia Georgii Nicholson, sporo w młodości straciłyście. Bo to książki urocze, lekko głupkowate, megazabawne i na lata pozostające w pamięci. Biłam się o nie z koleżankami, bo ilekroć jakąś kupiłam i dwa-trzy razy przeczytałam, zaraz szła w obieg i już do mnie nie wracała. Podobnie jak drugi hit czasów nastoletnich – seria „Plotkara”, którą kupowałam, czytałam i traciłam na rzecz licealnej braci z częstochowskiej Samorządówki.

Inne ważne tytuły tamtych pięknych lat, to Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów, Pamiętnik Księżniczki, seria miętowa Ewy Nowak, 110 ulic, dzienniki Adriana Mole’a oraz ukochany Ten obcy (do którego dopisałam dalszy ciąg dłuższy niż oryginał – ponoć wciąż leży w archiwach szkolnych). Oto symbole mojego dawnego literackiego życia – jeżeli nie wiecie jak przetrwać nowy rok szkolny, polecam przyjrzeć się tym tytułom. Gwarantuję, że prędko do nauki nie wrócicie :)

A teraz kolej na Was, drodzy Goście naszej Kreatywiarni - opowiedzcie o swoich najlepszych książkach ze szkolnych lat. Jakimi tytułami urozmaicaliście sobie kanon lektur? Z jakimi opowieściami związane są Wasze młodzieńcze lata? Czy Wasze typy są zbliżone do naszych?

Stara miłość nie rdzewieje, czyli dlaczego wróciłam do pedałowania

FIT-Kreatywa

Jechałam rowerem, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł na ten wpis. W wyobraźni miałam już ogólny jego zarys, główną tezę, zdjęcie, jakim go wzbogacę itd., ale wtedy zdarzyły się dwie rzeczy. Najpierw, dosłownie po kilku minutach jazdy, wyhamowałam na boku samochodu, którym jechał starszy, wymuszający pierwszeństwo pan (gdyby nie mój refleks, pewnie tego wpisu nie miałby kto już dodać), a dwa dni później człowiek, o którym miałam tu opowiadać, został narodowym antybohaterem, wywołał burzę w sportowym środowisku, zarobił spektakularną czerwoną kartkę w żużlowej Ekstralidze i przyczynił się do tego, że Włókniarz Częstochowa zmarnował swoją szansę na zdobycie tytułu Drużynowego Mistrza Polski 2013.

Ale od początku...

11 września 2013

Nasz rok w Oriencie, Victoria Twead

Nasz rok w Oriencie, Victoria Twead
Oryginał: Two Old Fools on a camel
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2013
Stron: 384
Gatunek: pamiętnik, podróżnicza
Minął rok odkąd ostatni raz podróżowałam z Victorią Twead. We wrześniu 2012 roku pisarka zabrała mnie do słonecznej, sielskiej Hiszpanii (recenzja), zaś w ostatnich dniach obrała kierunek zupełnie inny - daleki Bahrajn, który znany był mi dotąd z jednego tylko powodu - mianowicie z obecności toru Formuły 1.

Kiedy myślę orient, w wyobraźni odmalowuję pełne barw obrazy, czuję niezwykłe aromaty, słyszę śpiew i muzykę. Okładka najnowszej powieści Victorii Twead zdawała się moją wizję potwierdzać. Tymczasem jej orient okazał się nieco suchy, bezbarwny i przygnębiający, jak bahrańskie pustynie.

Jeżeli chodzi o sam sposób opowiadania czy skłonność do przywoływania najróżniejszych zabawnych anegdot z życia otoczenia, nic się u autorki nie zmieniło. Nasz rok w Oriencie czyta się równie szybko i miło, jak poprzednią książkę - Andaluzja, Olé! Jednak otoczenie, w jakim znaleźli się Victoria i Joe nie jest już tak przyjemne i intrygujące. Spokojną hiszpańską wioskę zamienili oni na tętniący życiem, szokująco egzotyczny (przynajmniej dla Europejczyków) kraj ulokowany w Zatoce Perskiej. Do tego z ich opowieści zniknęły radosne uliczki, piękne ogrody i zachody słońca witane winem na tarasie. W ich miejsce pojawiły się: przygnębiająca szkoła, niebezpieczne ulice, irytujący ludzie i cała gama rozczarowań bohaterów.

Dużo zaśmiewałam się przy poprzedniej powieści Victorii Twead. W przypadku Naszego roku w Oriencie rodzą się momenty, w których czytelnik zaśmieje się pod nosem, bo a to uczniowie Victorii coś wywiną, a to ich rodzice zachowają się komicznie irracjonalnie, a to dziwny współpracownik padnie obiektem żartu, ale generalnie wymowa tej opowieści wcale do najbardziej radosnych nie należy. Pominę już powielanie niektórych żartów, które okazuje się nieco uciążliwe - przez tę opowieść po prostu niemal na każdym kroku przelewa się mnóstwo goryczy.

Czy to źle? I tak, i nie. Jeżeli ktoś czytał poprzednie książki angielskiej pisarki, spodziewa się mnóstwa radości i ciepła przelanych na papier. Stąd małe rozczarowanie. Z drugiej jednak strony - Victoria porusza naprawdę ważne dla krajów arabskich kwestie, opowiadając o kulturowych nieporozumieniach, konserwatywnych normach prawnych, korupcji i tajemniczych układach w szkołach czy sytuacji politycznej kraju. Tej ostatniej nie da się uniknąć, jeżeli rok, jaki państwo Twead spędzają w Bahrajnie, obejmuje czas tzw. Arabskiej wiosny - fali antyrządowych protestów, która doprowadziła do śmierci kilkudziesięciu osób, ranienia przynajmniej tysiąca innych, zniszczenia części miasta i ograniczenia swobód obywateli. Z obcokrajowcami, takimi jak Victoria i Joe, włącznie.

Choć autorka ze wszystkich sił stara się zaczarować rzeczywistość i w nawet najbardziej przygnębiające historie wpleść odrobinę humoru i ciepła, najpiękniejszymi i najbardziej kojącymi fragmentami książki są jej ostatnie strony, kiedy bohaterowie z ulgą żegnają ponury Bahrajn, zastępując go cudownym rozgardiaszem i urokiem maleńkiego El Hoyo. I choć Bahrajn mnie do siebie nie przekonał i nieco się przy tej opowieści nudziłam, wciąż wielką sympatią darzę Victorię Twead, mając nadzieję, że jej kolejna podróż - być może na antypody? - okaże się nieco bardziej optymistyczna, kolorowa i warta przypominania.

PS. Jak zwykle nie wplotłam tego w tekst, ale warto byście wiedzieli, że kolejny raz autorka pokusiła się o wzbogacenie historii mnóóóstwem smakowitych przepisów kulinarnych prosto z krajów arabskich. Kilka z nich mam już na oku! :)

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Pascal.


literatura angielska | recenzja | Victoria Twead | literatura | recenzje książek

8 września 2013

Ptaszydło, Max Bentow

Ptaszydło, Max Bentow
Oryginał: Der Federmann
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2013
Stron: 336
Gatunek: kryminał, thriller
Powieści z dreszczykiem pojawiają się w moim życiu nieczęsto - raptem kilka razy do roku. Ale jak już na jakąś trafiam, zazwyczaj robi na mnie piorunujące wrażenie, porywa bez reszty i na długo zostaje w głowie. Mam szczęście do wybierania naprawdę dobrych książek tego typu - podobnie było w przypadku bestsellera Ptaszydło, otwierającego cykl o komisarzu Nilsie Trojanie. Powieść Bentowa okazała się naprawdę warta uwagi.

Rzecz dzieje się w Berlinie. Komisarz Nils Trojan musi poradzić sobie z falą makabrycznych zbrodni, których ofiarami padają piękne blondynki. Znaki rozpoznawcze mordercy - oskubane ciała ptaków, pozostawiane na miejscach zbrodni, brak śladów w mieszkaniach, okrutnie potraktowane zwłoki ofiar. Wszelkie tropy prowadzą donikąd, bezpośrednio zagrożeni stają się bliscy Trojana, a rozwiązanie zagadki wciąż okazuje się być poza zasięgiem policji. Czy kiedy wszystkie elementy układanki nareszcie znajdą się na właściwych pozycjach, nie będzie już za późno? Co stanie się, kiedy morderca uderzy w najczulszy punkt komisarza? Jakie jeszcze makabryczne pomysły ma w zanadrzu bezwzględny psychopata? Jeżeli jesteście tego ciekawi, koniecznie sięgnijcie po powieść Bentowa.

Jak na obfitujący w okrutne szczegóły kryminał, Ptaszydło okazuje się być lekturą wyjątkowo łatwą w odbiorze. Zasiadasz do książki o poranku (bo przecież nie wieczorem!), a popołudniową porą znasz już całą historię od początku do końca. Przeżyłam z tą książką kilka naprawdę udanych godzin i cały czas pozostaję pod głębokim wrażeniem pomysłu Maxa Bentowa na tę opowieść.

Ale! Pomysł nigdy nie jest wystarczający i jeżeli wykonanie zawiera jakiekolwiek uchybienia, trudno o stuprocentowo pozytywny odbiór lektury. Tutaj mamy do czynienia z historią naprawdę emocjonującą - napięcie jest odpowiednio dawkowane, książka w żadnym momencie nie nudzi, bohaterowie są interesujący, wyjaśnienie wszelkich motywów logiczne, a całość zostaje spięta zgrabną klamrą. Tyle tylko, że gdzieś w całej tej historii brakuje samego... zbrodniarza. Tak naprawdę zarówno jego osobę, jak i motywy, jakie nimi kierowały, poznajemy pod sam koniec powieści, gdzie życie bohatera zostaje streszczone na kilku zaledwie stronach. Nie jest to zabieg trafny, ponieważ przez większą część lektury czytelnik ma wrażenie, że portret mordercy zostaje zarysowany zbyt niewyraźnie i mało sensownie. Dobrze by było stale czuć jego obecność, czuć jego oddech na plecach. Tymczasem postać mordercy to pojawia się na miejscu zbrodni, to znika na wiele, wiele stron. Po to tylko, by pojawić się przy kolejnej zbrodni, albo przy samym finiszu opowieści. Na pewno pozwala to utrzymać rozwiązanie zagadki w tajemnicy, ale też sprawia, że w czytelniku pozostaje pewien niedosyt. Wyjaśnienie podane na tacy, streszczone w zaledwie kilkunastu zdaniach? Nie, nie, nie. Jestem zdecydowanie na nie.

Na szczęście, w Ptaszydle tylko to jedno uchybienie psuło mi nieco odbiór powieści. Całość wypada naprawdę dobrze i emocjonująco. Na tyle, że z wielką niecierpliwością wypatrywać będę kolejnych dokonań literackich niemieckiego pisarza. Ptaszydło to debiut mocny, intrygujący i naprawdę świetnie wypadający na tle innych przedstawicieli gatunku. Warto spędzić w jego towarzystwie kilka mrocznych godzin...

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję grupie wydawniczej Publicat S.A.


literatura niemiecka | recenzja | Max Bentow | literatura | recenzje książek

6 września 2013

S.E.K.R.E.T., L. Marie Adeline

S.E.K.R.E.T., L. Marie Adeline
Oryginał: S.E.C.R.E.T.
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2013
Stron: 316
Gatunek: erotyczna
Odkąd harlequiny w przebraniu odrodziły się w literackim świecie, we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej ujawniają się coraz to nowi twórcy literatury erotycznej. Do tego iście zacnego grona dołączyła w tym roku Kanadyjka L. Marie Adeline, prezentując światu pierwszy tom niegrzecznej trylogii S.E.K.R.E.T., która w Polsce miała premierę na początku wakacji.

Mam z tą książką pewien problem, wynikający z faktu, że niecałe dwa miesiące temu uraczyłam się lekturą Szkoły żon Magdaleny Witkiewicz, której zamysł bardzo do zamysłu Kanadyjki jest podobny. I tu, i tu mamy do czynienia z tajemniczą organizacją werbującą kobiety w potrzebie i pomagającą im w odkryciu własnych pragnień. Choć może wydać się to zaskakujące, polska autorka pokusiła się o nieco dokładniejsze i logiczniejsze wytłumaczenie działań i zasad funkcjonowania tytułowej Szkoły żon, zaś w S.E.K.R.E.C.I.E. tak naprawdę nie wiadomo jak, po co i dlaczego w ogóle funkcjonuje cała organizacja.

Ale skojarzenia na bok, skupmy się na tym, co zaserwowała L. Marie Adeline.

Trzeba przyznać, że choć S.E.K.R.E.T. wpisuje się w kanon modnych ostatnio erotyków, w przeciwieństwie do wielu swoich poprzedników, odznacza się sporym wysmakowaniem i dojrzałością. Główna bohaterka nie jest naiwnym podlotkiem, a dorosłą kobietą po przejściach, na czym zyskuje sam język powieści, pozbawiony wszelkich rozpadów na kawałki i innych infantylnych dziwadełek. Sama Cassie nie jest może przykładem najbystrzejszej czy najciekawszej bohaterki wszech czasów, ale chociaż nie jest figurą przeszkadzającą w odbiorze całej historii.

Historii, która jest zadziwiająco spójna, całkiem interesująca i łatwa w przyswojeniu. A do tego w należytym stopniu ekscytująca i nieodpychająca. Opisy łóżkowych uniesień pozbawione są kretyńskiego słownictwa czy anatomicznych szczegółów, wiele w nich czułości i iskry, której tak bardzo brak w wielu powieściach tego typu, nastawionych na - cóż - zwierzęce zaspokojenie potrzeb bohaterów, okraszone tak wieloma nudnymi szczegółami, mielonymi i przerabianymi wciąż na nowo i na nowo. Na tle sobie podobnych książek z pewnością S.E.K.R.E.T. wyróżnia się pozytywnie, ale też jest raczej lekką lekturą na jeden wieczór, aniżeli czymś głęboko poruszającym i wprawiającym w zachwyt. Warto jednak podkreślić, że sam przekaz powieści jest bardzo mądry i na pewno przyda się S.E.K.R.E.T. tym z pań, którym brak pewności siebie i asertywności.

Jeżeli szukacie podniesienia na duchu lub inspiracji, a do tego lubicie mocno kobiece książki z pieprzykiem, z pewnością historia przedstawiona przez L. Marie Adeline umili Wam jesienne wieczory. To dobra porcja babskiej rozrywki, śmiało możecie się z nią zmierzyć.

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję wydawcy.

literatura kanadyjska | recenzja | L. Marie Adeline | literatura | recenzje książek

5 września 2013

Jamie Oliver. Człowiek. Jedzenie. Rewolucja, Gilly Smith

Jamie Oliver. Człowiek. Jedzenie. Rewolucja, Gilly Smith
Oryginał: The Jamie Oliver. The Man. The Food. The Revolution
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2010
Stron: 344
Gatunek: biografia
Jamie Oliver to uroczy rewolucjonista - przyciąga niesamowitym luzem, entuzjazmem, naturalnością oraz ogromną wiarą w siebie i w ludzi. Ze skromnego chłopaka z angielskiej wsi wyrósł na rasowego celebrytę, kulinarnego rewolucjonistę, społecznika i człowieka, który potrafi przekonać świat do swoich racji. To on wprowadził zdrowe posiłki w brytyjskich szkołach, on stanął do walki z fast-foodem i największymi markami, on sprawił, że zdrowa kuchnia stała się modna i to on udowodnił, że gotowanie może być niedrogie, smaczne i naprawdę proste.

Przed Państwem Jamie Oliver - "Minister Żywności XXI wieku".

Gilly Smith w nieautoryzowanej biografii słynnego kucharza zdecydowała się na odmalowanie prawdziwie różnorodnego obrazu, pełnego barw nie tylko jasnych i radosnych, ale również ciemnych i przytłaczających. Bo Jamie Oliver w oczach jej i jej licznych rozmówców (byłych i obecnych współpracowników Brytyjczyka), to człowiek o wielu twarzach - z jednej strony surowy, z drugiej niezwykle pomocny, uczynny i oddany. Z jednej bezgranicznie poświęcony pracy, z drugiej oddalający się od ukochanej żony. Portret Jamiego naszkicowany przez Smith to przede wszystkim obraz prawdy, rzetelności i szczerości. Brak tu miejsca na słodzenie i bezpodstawny zachwyt. W tej książce Jamie Oliver jest taki, jaki jest - nie zawsze uroczy i bezkonfliktowy, często krytyczny, rozczarowujący i przykry dla tych, którym zawdzięcza to i owo.

Obszar zainteresowań Gilly Smith to jednak nie sam Oliver, jak mógłby sugerować tytuł. Losy młodego kucharza stanowią jedynie tło rozważań na temat historii i kondycji brytyjskiej kuchni, jak również na temat zmian zachodzących na przestrzeni dziesięcioleci w tamtejszej gastronomi. Jamie Oliver ze swoim życiorysem znakomicie wpisuje się w ów rys historyczny. Dzięki Gilly poznajemy zatem nie tylko samego głównego bohatera, ale i jego mistrzów i inspiratorów, jego przeciwników i naśladowców. Oprócz tego tych, którzy wsparli go w sukcesie - rodzinę, przyjaciół, ukochaną żonę i córeczki.

Z małego łobuza wyrosnąć na znakomitego kucharza i idola milionów? Wydawać by się mogło, że to bajka, ale życie Olivera tak właśnie się ułożyło. Pomogło w tym szczęście i wielu odpowiednich ludzi spotkanych na drodze, ale również niesamowita determinacja i wiara we własne możliwości. Bez nich Jamie nigdy nie przetrwałby fali krytyki, jaka swego czasu przelała się przez brytyjskie media, uderzając bezpośrednio w niego i w jego rodzinę; nie znalazłby w sobie sił, by walczyć z politykami, konserwatywnym społeczeństwem angielskim i największymi firmami w kraju. Być może nie będzie on nigdy takim mistrzem kuchni jak Gordon Ramsay czy Marco Pierre White, ale odniósł sukces tak niebywały, że już dziś z pełną odpowiedzialnością można orzec, iż na zawsze pozostanie prawdziwą legendą brytyjskiej kuchni.

Jamie Oliver. Człowiek. Jedzenie. Rewolucja to książka, w której próżno szukać kulinarnych przepisów czy nudnych faktów z życia gwiazdy telewizji i prasy brukowej. W historii zarysowanej przez Gilly Smith znajdą inspirację ci, którzy pragną zmian w swoim kulinarnym życiu oraz ci, którym nie jest obca brytyjska kuchnia i tak oryginalna osoba, jak Jamie Oliver. Gorąco zachęcam do lektury i czerpania z niej pełnymi garściami.

Moja ocena: brak
Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Z półki'.

literatura angielska | recenzja | Gilly Smith | literatura | recenzje książek

4 września 2013

Romans z Turcją, Joy E. Stocke, Angie Brenner

Romans z Turcją, Joy E. Stocke, Angie Brenner
Oryginał: Anatolian Days and Nights: A Love Affair with Turkey, Land of Dervishes, Goddesses and Saints
Wydawnictwo: Lambook
Rok wydania: 2013
Stron: 288
Gatunek: podróżnicza
Romans z Turcją to jedna z tych książek, które ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Z jednej strony ma charakter reportażu z podróży, z drugiej - nosi ślady powieści obyczajowo-romansowej. Pełna jest wspomnień i opisów cudownych miejsc i ludzi, ale również praktycznych wskazówek, legend i opowieści. Taki misz-masz z mocno zaznaczonym pierwiastkiem kobiecym...

Złożoną z naprzemiennych opowieści Joy i Angie historię pochłania się z ogromną przyjemnością i niesłabnącym zainteresowaniem, choć przyznać należy, że trudno ich dar opowiadania uznać za wspaniały, a całą książkę za wyjątkową na tle innych. Turcja widziana ich oczami jest bajkowa - kolorowa, pachnąca, przyjazna i niepowtarzalna. Sielski obrazek może się oczywiście podobać i przenosić czytelnika do świata radości, smakowitości, tańca i przyjemności, ale też nie wydaje się rzetelny czy prawdziwy. Do tego czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że nie same podróże i uroki Turcji pociągają autorki, a przede wszystkim... tytułowy romans. I to bynajmniej nie z samą Turcją...

Opowieści Joy E. Stocke i Angie Brenner, które nawiązanie swojej wieloletniej przyjaźni zawdzięczają właśnie Turcji, są w odbiorze przyjemne, jak każda inna lekka historyjka dla kobiet, i tak właśnie Romans z Turcją należy traktować. Mamy tu do czynienia z typowo kobiecym widzeniem świata i spojrzeniem na zderzenie kultur. Może właśnie dzięki temu książka ta jest tak sielsko urocza, pełna ciekawostek, radosna i ciepła.

Z chęcią wybrałabym się w podróż z Angie i Joy, które okazują się mądrymi i przyjaznymi kobietami, dla których granice we współczesnym świecie nie istnieją. Polubiłam Turcję widzianą ich oczami i bardzo się cieszę, że na długie godziny mogłam choć w wyobraźni przenieść się gdzieś, gdzie jest gwarno, wesoło, kolorowo i pięknie. Wam polecam to samo, szczególnie teraz, kiedy jesień puka już do naszych drzwi...

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.


literatura amerykańska | recenzja | Joy E. Stocke, Angie Brenner | literatura | recenzje książek

3 września 2013

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher

Moja siostra mieszka na kominku, Annabel Pitcher
Oryginał: My Sister lives on the Mantelpiece
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Stron: 288
Gatunek: społeczno-obyczajowa
Cholerne książki. Chwyta człowiek w dłoń coś niepozornie wyglądającego, a potem płacze, wzdryga się, płacze, irytuje i znowu płacze. Bo jak tu nie płakać, kiedy dziesięcioletni narrator usiłuje zrozumieć świat, w którym dorośli każą mu płakać za siostrą, której właściwie nie pamięta, nienawidzić muzułmanów "dla zasady" i na własnych barkach dźwigać ciężar pijaństwa ojca i odrzucenia przez matkę? Jak nie płakać nad losem dziecka, które musi zmyślać podczas pisania szkolnych wypracowań i chować się po szkolnych kątach, by kolejny raz nie oberwać w twarz od silniejszych? Jak nie wzruszyć się, śledząc tę batalię z problemami dorosłych, życiem i śmiercią?

Nie da się.

Jamie, główny bohater i narrator debiutanckiej powieści Annabel Pitcher wbrew pozorom nie jest ofiarą losu. Być może zbyt często wpada w popłoch i zawstydzenie, ale jego bogata wyobraźnia i prostolinijność są szalenie ujmujące. Chłopiec otwiera przed czytelnikami serce, snując opowieść o urokach swego prostego życia, w którym stale przewijają się: troskliwa starsza siostra i wizja jej zmarłej przed laty bliźniaczki, pragnienie spotkania z matką, przyjaźń z charyzmatyczną muzułmanką i rudym kotem, miłość do futbolu, Wayne'a Rooneya i Manchesteru United (zgadza się, mamy z małym bohaterem wspólną miłość) oraz ciągłe pragnienie zaimponowania ojcu. Cały ten świat Jamiego pełen jest barw, ale i trosk, lęków oraz rozczarowań.

Moja siostra mieszka na kominku przedstawia krótką i bardzo głęboko poruszającą historię rodziny, którą rozdzieliła tragedia. Wzajemne oskarżenia i oczekiwania powoli rujnują miłość i normalność, pchając matkę w ramiona innego, ojca w objęcia wódki, córkę w bunt i obsesję na punkcie diet i horoskopów, a małego synka w poczucie winy. Nikt nie odpowiada na jego pytania, nikt nie rozwiewa na głos żadnych wątpliwości, nikt nie pomaga zrozumieć tragedii sprzed lat, która takim piętnem odbiła się na jego rodzinie.

Dlatego cała ta historia tak bardzo porusza. Bo mały Jamie na własną rękę szuka odpowiedzi. Szuka sposobów, by zmienić bolesną sytuację i przywrócić życie, które dawno odeszło. Próbuje zrozumieć... A gdy wreszcie mu się to udaje, czytelnik zostaje ściśnięty za gardło. Bo to historia bez wyraźnego happyendu. Z bark chłopca znika co prawda jakiś ciężar, ale czy komukolwiek przynosi to radość i ulgę? Nie sądzę.

Annabel Pitcher zadebiutowała w świecie literackim imponująco i "z przytupem". Okazała się ona autorką dojrzałą i doskonale władającą piórem, a jej opowieść znakomitą warsztatowo i absolutnie wyjątkową. Brytyjka uczyniła swych bohaterów wyrazistymi, prawdziwymi i naturalnymi, a w przedstawione przez nią zdarzenia i emocje nie sposób nie uwierzyć. Dzięki temu Moja siostra mieszka na kominku jest w rezultacie powieścią tak dojrzałą, ujmującą w swej prostocie, głęboko poruszającą i zapadającą w pamięć.

Na całe życie.

Moja ocena: 10/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.


literatura angielska | recenzja | Annabel Pitcher | literatura | recenzje książek