30 sierpnia 2013

Nowy [ambitny] plan nauki języków

Kącik Językowy Kreatywa

Powszechnie wiadomo, że podstawą sukcesu w nauce jest nie tylko zapał i odpowiednia motywacja, ale również doskonała organizacja czasu. Ponieważ zawsze była ona moją piętą achillesową, postanowiłam spiąć się i przyszykować porządny plan nauki, który od września wprowadzę w życie.

29 sierpnia 2013

Wywiad z Carlą Mori!

Jakie popołudnie nazwę idealnym? Takie, które spędzam w doborowym towarzystwie – zielona herbata, Beatlesi i ona – kobieta, która nie boi się poruszać kontrowersyjnych tematów, pisze tak, że przy jej opowieściach można się zatracić, a poczuciem humoru, dystansem do siebie oraz niezwykłą dojrzałością po prostu ujmuje. Przed Wami autorka powieści „Krew, pot i łzy” – Carla Mori!


Gdybyś miała przedstawić się czytelnikom Kreatywy jednym zdaniem,
co byś o sobie powiedziała?


Carla Mori jest kobietą.

Gdybym dostała kolejne zdanie, mogłabym dodać, że matką, żoną, kucharką, sprzątaczką, fanatyczką czytania, choleryczką i bardzo rozważną romantyczką.




Pewnie nie będę oryginalna, ale zapytam – dlaczego Carla Mori,
a nie po prostu Magdalena Ś.?


Faktycznie, to jest najczęściej pojawiające się pytanie. Zatem odpowiem, jak zwykle: przyjęłam pseudonim, ponieważ takie moje autorskie prawo :) Nie jestem pierwszym twórcą, który się na to zdecydował i zapewne nie ostatnim. Moje prawdziwe nazwisko wydaje mi się co najmniej "małookładkowe", poza tym chyba każda kobieta chciałaby czasem stworzyć sobie takie alter ego - ja już swoje mam :) Od razu może odpowiem też wszystkim tym, którzy myślą, że to taki chwyt marketingowy, albo, że wstydzę się treści swojej książki. Nie, kochani. To nieprawda. Oczywiście byłabym niezmiernie szczęśliwa, gdyby dzięki obcobrzmiącemu pseudonimowi moja powieść sprzedała się w milionowym nakładzie, ale póki co żyjemy w trochę innej rzeczywistości i bez względu na to, jak się podpiszę, z tantiem mogę najwyżej postawić mężowi dobry obiad w restauracji :)

A treść "Krwi..." nie jest wcale tak obrazoburcza, jak może się z pozoru wydawać i nie uważam, żeby ktoś mógł poczuć się urażony jej lekturą. Tym bardziej nie muszę się chować za zmyślonym nazwiskiem. Zwłaszcza, że to prawdziwe bardzo łatwo odszukać, a moje zdjęcie pojawia się w Sieci częściej niż okładka powieści :)




Czytałam, że „Krew, pot i łzy” to nie jest Twoje ostatnie słowo,
jakie więc będzie następne?


Czego ode mnie oczekujesz? Tytułu? Streszczenia?



A tytułu nie wymyśla się na końcu? ;) Zdradź czytelnikom choć gatunek, krótki zarys fabuły, cokolwiek, co zaspokoi ich ciekawość.


Moje tytuły pojawiają się, jako pierwsze :) W porządku, zatem jeśli tylko ukończę swoje drugie dzieło i oczywiście znajdę dla niego wydawcę, to będziecie mogli sięgnąć po kolejną powieść grozy pióra Mori - "Kostuszkę". Tym razem spróbuję zawrzeć w niej więcej horroru niż kryminału, ale jak będzie - czas pokaże. Jest oczywiście kolejna tona notatek, zarys fabuły i bohaterowie, ale nauczona doświadczeniem, niczego już nie zakładam z góry :) Obecnie powieść powoli dojrzewa. Mam nadzieję, że zakwitnie wiosną :)



To znaczy, że "Krew, pot i łzy" to miał być przede wszystkim horror z domieszką kryminału, a nie na odwrót? Pomysł ewoluował w trakcie pisania, czy po prostu Twoi bohaterowie mieli inny pomysł na siebie i swoje życie?


Moi bohaterowie to silne charaktery. W którymś momencie całkowicie odebrali mi funkcję decyzyjną i zupełnie wykluczyli mnie z prowadzenia fabuły. Oczywiście zanim do tego doszło, ewoluował sam pomysł. Pierwotnie "Krew..." miała być horrorem o monterze magicznych wykładzin.



Magiczne wykładziny? Skąd ten pomysł?


Och, to długa historia. W skrócie: jeśli jesteś ciężarną "filolożką" na obczyźnie i poddajesz się właśnie hormonalnej burzy, to nie stawiaj retorycznych pytań swojemu mężowi, który kocha się w tanich horrorach, bo może z tego wyjść powieść :)



Masz zatem imponującą (i ciut przerażającą, przyznaję) wyobraźnię! Od zawsze chciałaś pisać, czy w przeszłości miałaś inny pomysł na siebie?


Miałam mnóstwo pomysłów! Jako dziecko uczyłam się tańca, później poszłam do szkoły muzycznej, do klasy fortepianu. Stamtąd trafiłam do kilku chórów, w tym jednego jasnogórskiego (!). W "nastolęctwie" zajęłam się śpiewaniem na poważnie, mam nawet pewne osiągnięcia na tym polu, ale wiedziałam, że z wokalistyki niewiele mi przyjdzie - mam za krótkie nogi i zbyt ciemne włosy :) W liceum zakochałam się w ruszczyźnie i wtedy po raz pierwszy przyszło mi na myśl wystartowanie na studia filologiczne. Ostatecznie, głównie z przyczyn ekonomicznych, zdecydowałam się zostać w Częstochowie i podjęłam studia na filologii polskiej - z miłości do języka i literatury. Uważam, że mogłabym być niezłym nauczycielem, ale widocznie los chciał inaczej. Tuż po dyplomie wyjechałam do Anglii, nawet przez chwilę byłam wychowawczynią w polskiej szkole, ale ostatecznie zajęłam się swoją własną latoroślą, a w międzyczasie napisałam powieść. Teraz mieszkam w Szkocji i staram się nie planować swojej przyszłości. Pożyjemy - zobaczymy.



A nie myślałaś nigdy o aktorstwie? Wiesz, przypominasz laureatkę Oskara, Jennifer Lawrence, spokojnie mogłabyś obok niej pojawić się na czerwonym dywanie ;)


Przypominam Lawrence? Jej, to chyba najlepszy komplement, jaki w życiu słyszałam! Dziękuję. Nie, aktorstwo to chyba nie moja bajka. Prędzej musical albo operetka. Niestety z czerwonych dywanów pozostają mi tylko kościelne wykładziny :)



Zatem zaproponuję Ci inną rolę, którą już sporo osób Ci przypisało - masz nadzieję zostać polskim Danem Brownem?


Wolałabym "Mastertonem w spódnicy" :) O Brownie pomyślałam dopiero, kiedy mój wydawca użył tego porównania. Sama nie śmiałabym się postawić z nim w jednym szeregu, ale to zestawienie faktycznie pojawia się dość często. Nie zależało mi, żeby naśladować "Kod Leonarda da Vinci", ani skopiować jego fabułę. Chciałam napisać coś, czego w Polsce jeszcze nie było, ale widocznie wszystko gdzieś już było :)



Miałaś obawy, że książka zostanie źle odebrana przez niektóre środowiska? Bądź co bądź, uderzasz nieco w kościół, brutalnie portretujesz szarą rzeczywistość Częstochowy, a do tego z nutą ironii opowiadasz o studentach polonistyki.


Nie o studentach, tylko o budynku, w którym przyszło im się uczyć :) Oczywiście miałam obawy, ale pojawiły się one dopiero, kiedy podpisałam umowę z wydawcą. Wcześniej cała ta przygoda z powieścią była dla mnie zupełnie odrealniona, chyba po prostu nie wierzyłam, że ktoś mnie wyda, a książka trafi do księgarń. Faktycznie niektóre środowiska mogą się poczuć dotknięte, choć moim zdaniem zupełnie niesłusznie. Mam tu na myśli, że daleka jestem od atakowania samej religii, a przywary kleru nie są chyba dla nikogo tajemnicą. Częstochowę sportretowałam po trosze tak, jak ją widzę, a po trosze tak, jak wymagała tego fabuła. Wszyscy, którzy mają mi to za złe, powinni najpierw przyjrzeć się swojemu miastu i zrobić uczciwy rachunek sumienia. Wystarczy przejrzeć w sierpniu częstochowskie tablice na facebook'u, żeby poczuć "ducha miasta" :)



A nie czujesz się nieco rozczarowana, że książka nie wywołała większej burzy? Kontrowersje są zawsze w cenie, ostrzejsze i głośniejsze dyskusje na pewno zapewniłyby "Krwi..." solidny rozgłos.


Rozczarowana nie, nawet trochę się cieszę, że nic takiego się nie stało - nie wiem, jak zniosłabym nagonkę, jaka towarzyszy zwykle kontrowersjom wokół kościoła. Z drugiej strony, nie mam pewności, że ktoś tego nie odgrzebie za pięć czy dziesięć lat. Na pewno przyjemnie byłoby sprzedać dziesiątki tysięcy egzemplarzy swojej powieści, tylko że burza wokół tematu wcale nie gwarantuje wzrostu sprzedaży. Wręcz przeciwnie, jeśli sławny Pan, który pozywa celebrytów za obrazę uczuć religijnych, zainteresowałby się moją książką, to pewnie od razu zażądałby wstrzymania dystrybucji.

Póki co, muszę się zadowolić banem ze strony większości częstochowskich mediów :)




Właśnie chciałam o to zapytać - nie boli Cię, że jesteś jedną z niewielu osób piszących o Częstochowie, a i tak miasto w żaden sposób nie zadbało o promocję Twojej powieści? Wiadomo, że nie masz w CV pracy w lokalnym dzienniku albo w Urzędzie Miasta, jak ci, których u nas usilnie reklamowano, ale przecież swoją powieścią dokładasz jakąś cegiełkę do promowania miasta w kraju i poza nim.


Boli, nawet bardzo. Ale widocznie miasto, choć z "czerwonymi" u władzy, musi i chce pozostać w zgodzie z klasztorem. Może w mojej literackiej fikcji było jednak trochę prawdy o częstochowskich urzędnikach :) W każdym razie uważam, że to nie fair, że w lokalnych gazetach pisze się o tym, jaka pielgrzymka wchodzi dziś do miasta, a nie pisze o tym, że Vader gra koncert, albo Mori podpisuje książkę. Na szczęście nie mnie to roztrząsać, a "Krew..." znalazła czytelników również poza Częstochową.



Nie żałujesz zatem, że nie osadziłaś akcji w innym miejscu? Ot, choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie obecnie mieszkasz?


Nie, ponieważ jaka by nie była, Częstochowa to wciąż moja mała ojczyzna. Tutaj się wychowałam i spędziłam większość życia. To miasto znam i kocham, tutaj wracam. Najwygodniej mi prowadzić bohaterów ulicami, które dobrze pamiętam. Poza tym za granicą nie mają takich wielkich ośrodków kultu, jak w Polsce :) No, jest Watykan, ale tam nigdy nie byłam.



Mnie pozostaje tylko się z tego cieszyć, bo mało tej naszej Częstochowy w literaturze. A czy spodziewałaś się takiego zalewu pozytywnych recenzji swojej powieści? Kiedy zagłębi się w większość z nich, da się zauważyć, że – w przeciwieństwie do wielu młodych debiutantów – uniknęłaś fali krytyki. Przynosi to ulgę, motywuje?


Szalenie! Nie dalej jak wczoraj znalazłam przychylną recenzję na portalu Paradoks i, nie żartuję, popłakałam się ze wzruszenia. Nie do końca rozumiem ten fenomen i mam nadzieję, że ta fala pozytywnego odbioru powieści nagle się nie skończy. Do dziś jeszcze nikt nie zmieszał mnie z błotem, nawet Kreatywa, której szczególnie się bałam :) Czasem zarzuca mi się, że tekst jest pisany "pod publiczkę", albo że dialogi są słabe, ale generalnie więcej wymienia się zalet niż wad powieści. Serdecznie dziękuję recenzentom :) Teraz za to pojawiły się nowe obawy: o to, że wyczerpałam już kredyt zaufania, jakim obdarza się debiutantów i drugi tytuł poniesie klęskę.



Na pewno oczekiwania będą większe niż wobec debiutantki, ale też nabrałaś pewnego doświadczenia, które może okazać się bezcenne. W związku z tym czy teraz, kiedy od Twojego debiutu minęło już trochę czasu, oceniasz pozytywnie swoje wybory dotyczące powieści? Mam tu na myśli tytuł, fabułę czy okładkę, ale także wydawcę, sposób promowania książki itd.?


Na sposób promocji nie mam wielkiego wpływu, to rola wydawcy. Okładka to według mnie strzał w dziesiątkę, jeszcze raz wielkie dzięki dla Anny Damasiewicz. Tytułu bym nie zmieniła, ale po czasie znalazłam w "Krwi..." kilka stylistycznych "kalafiorów" - do poprawki :) I pierwsze zdanie - na pewno dziś napisałabym je inaczej. Wydłużyłabym też zakończenie. Kilka osób zwróciło mi uwagę, że końcówka jest zdecydowanie za krótka i z przykrością muszę przyznać im rację.



Być może na finiszu sprawa rozwiązała się zbyt szybko, ale też pozostawia to czytelnikom pole do rozważań, "co dalej?" i "co jeszcze?", a to wcale nie jest wadą. Przynajmniej możemy mieć nadzieję, że spotkamy jeszcze Twoich bohaterów w przyszłości, co o tym myślisz?


Pierwotnie w ogóle o tym nie myślałam, ale teraz nie wykluczam takiej możliwości. Otwarte zakończenie pozostawia mi furtkę do kontynuacji powieści, czy to w formie drugiego tomu, czy zapożyczenia bohaterów. Nie mówię: nie, ale nie wiem jeszcze czy i kiedy popełnię dalszy ciąg "Krwi...". Póki co, mam poczucie wyczerpania tematu, chociaż miałabym chyba kilka pomysłów na to, co dalej.



Napisanie i wydanie powieści, pozytywny odbiór ze strony czytelników, spotkania autorskie, wywiady – to wszystko przeogromny sukces. Utarłaś nim komuś nosa, udowodniłaś jakimś niedowiarkom, że możesz więcej, czy raczej nikt Ci w życiu skrzydeł nie podcinał?


Chciałabym, żeby wszyscy, na których w życiu trafiłam byli mi życzliwi, niestety nie żyję w świecie kucyków Pony i zdarzyło mi się spotkać kilkoro takich ludzi, którzy tylko czekali na moje potknięcie. W szkole muzycznej próbowano mi udowodnić, że nie mam słuchu; w liceum, że nie potrafię czytać, ani pisać; w dorosłym życiu (podejrzewam, że z braku lepszej argumentacji) wytykano mi tuszę i niezbyt kobiecy sposób noszenia się. Myślę, że najlepszym sposobem na tego typu komentarze jest osiąganie swoich celów i udowadnianie samemu sobie, że jesteśmy warci więcej, niż nas cenią. Wtedy łatwiej jest spojrzeć na wszystko z przymrużeniem oka i zaśmiać się, zamiast zapłakać.



Jesteś więc młodą osobą, debiutującą bez nazwiska, grubego portfela i znajomości, co na pewno inspiruje wielu innych z literackimi aspiracjami. Obranie jakiej drogi byś im doradziła, aby finalnie i oni odnieśli sukces?


Bardzo chciałabym mieć receptę na sukces, ale póki co, sama nie wiem jak go odnieść. Moja historia jest taka: napisałam najlepiej jak potrafiłam, wysłałam do kilkudziesięciu (!) wydawnictw, które kiedykolwiek wydały cokolwiek w zbliżonym gatunku i czekałam. Otrzymałam propozycję od Oficynki i cieszyłam się jak dziecko. Ale to, że raz się udało, nie oznacza przecież, że ktoś wyda kolejne moje tytuły, ani że "Krew..." dobrze się sprzeda. Jedyne, co mogę zagwarantować, to że można spełniać swoje marzenia bez szerokich pleców i znanego nazwiska, ale nie oszukujmy się - to nie udaje się każdemu.



W takim razie na koniec - czy Carla Mori ma jeszcze jakieś (około)literackie plany na ten rok, czy do czasu ukazania się kolejnej powieści nie ujrzymy Cię nigdzie i nie usłyszymy?


Planuję jesienną wycieczkę do Polski. Nie znam jeszcze konkretów, ale na pewno pojawię się w jednym czy dwóch miejscach na spotkaniach z czytelnikami i podpisywaniu powieści. Stan zdrowia nie pozwala mi podróżować później, niż w połowie grudnia, dlatego kolejną wizytę w kraju złożę chyba dopiero latem 2014 roku. Mam nadzieję, że do tego czasu skończę już historię "Kostuszki".



W takim razie czego Ci życzyć na tej drodze? Wytrwałości, szczęścia, niegasnącej weny?


Wszystkich trzech. A do tego zdrowia, miłości i niesłabnącego zainteresowania wydawców :) Nie pogardzę również małym domkiem w Bieszczadach, ani szóstką w totka :)



Jak czerpać z życia, to pełnymi garściami! Życzę Ci zatem tego wszystkiego naprawdę mocno. Dziękuję za rozmowę i powodzenia!


Dziękuję za wywiad.



Kochani, mam nadzieję, że dobrze się z nami bawiliście. Jeżeli nie znacie jeszcze powieści "Krew, pot i łzy", odsyłam Was do mojej recenzji i na fanpage "Krew, pot i łzy".

28 sierpnia 2013

Depeche Mode. Wczesne lata 1981-1993, Trevor Baker

Depeche Mode. Wczesne lata 1981-1993, Trevor Baker
Oryginał: Depeche Mode. Early Years
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 208
Gatunek: biografia
Po przeczytaniu biografii Martina Gore'a i Dave'a Gahana oraz słynnego Monumentu, który nakładem wydawnictwa Anakonda ukaże się w listopadzie tego roku, zastanawiałam się, co nowego może odkryć przede mną kolejna depeszowa publikacja, traktująca tym razem o pierwszych kilkunastu latach twórczości chłopaków z Basildon. Miałam poważne obawy, że Trevor Baker, którego wcześniejsze publikacje wywołują skrajnie różne reakcje, nie odsłoni przed czytelnikami żadnych sekretów i nie ujawni nieznanych dotąd faktów, a przy tym lekko przynudzi, opowiadając kolejny raz o tym, co wszyscy już doskonale wiemy. W niewielkim stopniu, ale jednak, moje obawy ziściły się.

Kolejną ucztę z pięknie wydaną publikacją Anakondy rozpoczyna niedługi odautorski wstęp, a kończą bardzo ciekawe rozdziały Co było dalej? oraz Spuścizna. Między nimi autor zaserwował niezbyt rozbudowaną biografię zespołu, której każdy kolejny punkt odnosi się do każdej z pierwszych ośmiu wydanych płyt - od Speak & Spell po Songs of Faith and Devotion. Takie tytułowanie rozdziałów i taki podział zagadnień pozwalają logicznie i chronologicznie poukładać fakty związane z początkami i rozwojem Depeche Mode - to ułatwienie dla autora - oraz gładko i lekko pochłonąć cały tekst - to z kolei plus dla czytelników.

Na Depeche Mode. Wczesne lata składa się tekst złożony ze wspomnień, analiz i wywiadów. Jest to tekst spójny, nierozwlekły, być może nieco wybiórczy, ale przynajmniej pozbawiony bulwarowych faktów i niepotrzebnych dygresji. Gdyby tak Baker pokusił się o stworzenie dzieła podobnego stylistycznie, ale obejmującego wszystkie lata działalności Depeche Mode, z pewnością zyskałoby ono miano solidnego kompendium wiedzy na temat działalności zespołu...

Co należy podkreślić, gromadząc w całość odczucia związane z lekturą tej książki, to to, że autor nie zadbał tym razem o element zaskoczenia. Choć oczywiście trzeba brać pod uwagę fakt, że trudno o takowy, kiedy kolejny raz opowiada się historię doskonale światu znaną. To jest biografia, tu nie da się niczego wymyślić czy dopowiedzieć. Tu liczą się fakty.

Ale! Rozdziały poświęcone poszczególnym albumom DM na pewno zainteresują tych, którzy dotąd nie zastanawiali się nad wpływami, jakie oddziaływały na muzyków podczas pisania tekstów i nagrywania piosenek. Autor ciekawie kreśli tło dla historii narodzin każdej kolejnej płyty i z perspektywy kogoś, kto głównie cieszy się muzyką, a nie zagłębia w tekst czy okoliczności jego powstania, z pewnością będzie to ciekawy element tej publikacji.

Dodatkowym smaczkiem są zamieszczone wewnątrz zdjęcia, doskonale obrazujące przemiany, jakie zachodziły w wizerunku członków grupy. To, plus bardzo dobrze opowiedziana historia Depeche Mode, składa się na całość może mało zaskakującą, ale na pewno solidną i wartą uwagi. Polecam!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura angielska | recenzja | Trevor Baker | literatura | recenzje książek

27 sierpnia 2013

Nexus, Ramez Naam

Nexus, Ramez Naam
Oryginał: Nexus
Wydawnictwo: Drageus
Rok wydania: 2013
Stron: 454
Gatunek: science fiction
Nexus to powieść całkowicie nie w moim stylu. Sci-fi i Klaudyna, któż by pomyślał? Długo się za nią zabierałam, długo czytałam i analizowałam, ale ostatecznie w pewnym momencie dałam się nie tylko przekonać, ale i najzwyczajniej w świecie porwać...

Ramez Naam przy okazji swego literackiego debiutu zaprezentował światu powieść, do której pasuje jedno szczególne określenie - i m p o n u j ą c a. W swej wizji wybiega on kilka dekad naprzód, opowiadając o świecie niesamowitych technologii i odkryć naukowych, gdzie dzięki tajemniczemu nanonarkotykowi ludzkie umysły mogą komunikować się i wzajemnie na siebie oddziaływać. Brzmi interesująco, prawda? Ale jednocześnie wizja Naama potrafi porządnie przerazić i wprawić w zdumienie. Jest tak okrutnie prawdziwa, tak strasznie prawdopodobna, że po lekturze w umyśle czytelnika może pozostać uczucie prawdziwego strachu. Bo choć opisane w powieści technologie mogą wydawać się fascynujące i jak najbardziej pożądane, to kiedy dostęp do nich uzyskają nieodpowiedni ludzie, tragedia może pojawić się na wyciągnięcie ręki.

Alfred Hitchcock mawiał, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. W Nexusie, choć to książka, nie film, przykazanie to spełnione zostaje w stu procentach. Ta pełna napięcia, intryg i zagadek książka w żadnych fragmencie nie nudzi, bo pierwsza bomba wybucha już na samym początku, pociągając za sobą kilkaset kolejnych eksplozji. I tak do końca, rozdział po rozdziale, strona po stronie...

To może być wadą i zaletą. Akcja wre i porywa czytelnika ze sobą, ale jednocześnie w pewnym momencie można dojść do wniosku, że w całej tej historii zbyt wielki nacisk położono na efekciarstwo. To tak, jakby Ramez Naam pisał powieść z myślą przede wszystkim nie o samym tekście, a o ekranizacji. Te wszystkie wybuchy, te imponujące opisy walk, bardzo plastycznie przedstawione wspomnienia bohaterów i cały ten klimat rodem z filmu sensacyjnego sprawiają, że historia ta zdaje się być lepszym materiałem na szklany ekran, aniżeli na książkę. Nie nudziłam się przy Nexusie, przyznaję, ale nieraz podczas lektury towarzyszyło mi nieznośne uczucie zniechęcenia. Chyba preferuję napięcie innego rodzaju i nie tak szalenie pędzącą narrację.

Ale do poznania debiutu Rameza Naama i tak mam zamiar Was zachęcić. Na pewno jest to powieść niebanalna i interesująca, którą miłośnicy gatunku pokochają od pierwszej do ostatniej strony. Pozostali również nudzić się nie będą, a i dotrze do ich umysłów mnóstwo nowych pytań i refleksji. To niezwykle cenne. Nie każda książka może coś takiego zaoferować...

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję wydawcy.

literatura amerykańska | recenzja | Ramez Naam | literatura | recenzje książek

25 sierpnia 2013

Szczęściarz/The Lucky One (2012)

Szczęściarz (The Lucky One)
reż. S. Hicks • USA 2012
Wiecie jak to jest z ekranizacjami powieści Sparksa - cukier się sypie, lukier się leje, zaskoczeń generalnie brak, ale i tak człowiek czerpie z seansu mnóstwo przyjemności. Bo zawsze natykamy się tu na kolorowe, malownicze i piękne obrazki. Na ultraromantyczne opowieści, które mają chwytać za serce i wyłączać logiczne myślenie. Czegóż chcieć więcej? Kiedy przyszło mi wybrać film na romantyczny wieczór z mężem, wybór był prosty - celujemy w coś słodkiego, ładnego i niezobowiązującego. Padło na Szczęściarza, którego Marcin chciał obejrzeć już dawno temu, ale ciągle był stopowany przez moje: "nie, bo nie czytałam jeszcze książki". Fajerwerków może nie spotkaliśmy, ale na pewno jest to kolejna ekranizacja prozy Sparksa, która idealnie nadaje się na wieczór we dwoje.

On jest szczęściarzem, ona jego aniołem. Jej zdjęcie, znalezione w środku wojny, pozwala mu przetrwać. Choć nie zna dziewczyny, postanawia odwdzięczyć się za ocalenie i w tym celu piechotą wyrusza w świat, by ostatecznie dotrzeć do pięknej blondynki o ujmującym uśmiechu, która pochłonięta własnymi sprawami, od razu stawia między nimi mur. Mur, który kruszeje z czasem, gdy oboje stają do walki z własnymi demonami. Ale kiedy mury padają, a między ludźmi rodzi się uczucie zawsze musi wydarzyć się coś nieprzewidzianego. Na przykład na horyzoncie pojawia się ktoś inny. Albo wielki sekret zostaje ujawniony...



Ten film to przede wszystkim piękny obrazek. Wiejska sceneria, subtelna muzyka, cudowna gra świateł i pełni uroku aktorzy. Główne role zgarnęli Zac Efron - idol nastolatek, walczący z wizerunkiem słodkiego chłoptasia z popularnego musicalu oraz Taylor Schilling, która do tej pory nie miała okazji zyskać większej popularności. Zresztą i tutaj nie ma szansy błysnąć, kiedy show całej ekipie kradnie niesamowita Blythe Danner (to ta pani, która grała żonę Roberta De Niro w Poznaj moich rodziców) - tutaj wcielająca się w rolę babci głównej bohaterki.

Spoglądając na Zaca i Taylor, da się zauważyć różnicę wieku między aktorami, która - choć w rzeczywistości tylko trzyletnia - w filmie wydaje się być dosyć duża (jakby on miał lat dwadzieścia, a ona trzydzieści), ale ani trochę nie przeszkadza to w odbiorze. Tej parze wierzy się od początku - jest między nimi chemia, są iskry, błysk w oczach. Może sama historia ich znajomości nie jest zbyt prawdopodobna (choć od początku do końca przewidywalna), ale ja pomysły Sparksa zawsze przyjmuję z przymrużeniem oka i po prostu cieszę się kontaktem z książką/filmem. Tak też radzę do tego podchodzić - z dystansem i nastawieniem na przyjemny i lekki w odbiorze, zaś piękny w formie spektakl...

Moja ocena: 7/10
Plakat i zdjęcie w pierwotnej formie pochodzą z filmweb.pl.

21 sierpnia 2013

Paleta życiowych zmian...

Obiecywałam, ociągałam się i wciąż obiecywałam, a zdjęcia z ostatnich ultraważnych wydarzeń wciąż jeszcze nie zagościły na Kreatywie. Melduję się więc z nimi dzisiaj!

10.8.2013 - ślub

Dzień po tym, jak stuknęło nam siedem lat związku, powiedzieliśmy sobie z Marcinem tak w Urzędzie Stanu Cywilnego w Częstochowie. Udało mi się przeforsować kilka typowo Klaudynowych akcentów - biało-zielone barwy (z miłości do Włókniarza), melodię z Love Story podczas przysięgi (na co prawie się rozpłakałam, po pierwszych wybuchach śmiechu /taaak, chichotałam, gdy Marcin przysięgał/) i hymn Champions League zamiast marszu. Poza zimnem i deszczem oraz gośćmi, którzy uciekli przed wspólnym zdjęciem, wszystko było tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Później w pobliskiej restauracji urządziliśmy małe przyjęcie dla najbliższych nam osób. Kameralnie, wesoło i baaardzo smacznie. Wytańczyłam się, dałam obetrzeć nowym butom, wyśpiewałam za wszystkie czasy i wyściskałam z kim tylko się dało. Nie zamieniłabym tego na żadne obciachowe wesele z tłumem ludzi na co dzień nieobecnych w moim życiu...

13 sierpnia 2013

Rozpalone. Pretty Little Liars, Sara Shepard

Rozpalone. Pretty Little Liars, Sara Shepard
Oryginał: Burned
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Stron: 328
Gatunek: dla młodzieży
Dwunaste spotkanie z Sarą Shepard i jej bohaterkami z malowniczego Rosewood. Tym razem zamiast w mieście, spędzamy czas na luksusowym statku i egzotycznych wyspach. Idealny klimat dla relaksu i zapomnienia o problemach. Ale nie w przypadku Arii, Spencer, Hanny i Emily...

A. jest wszędzie, A. jest każdym. A cztery Kłamczuchy z Rosewood nie wiedzą, co to logika, nie potrafią użyć wyobraźni i do upadłego powielają swoje dotychczasowe błędy. Czy można w ogóle wybaczyć Shepard, że już dwunasty raz mieli i przerabia te same problemy, co zwykle? Do tego już kolejny raz z rzędu dokłada do tej opery mydlanej kompletnie niezwiązane z niczym wątki i postaci? Ja nie wybaczam, bo czuję się już zmęczona. Ciągłe odkładanie w czasie zakończenia sagi jest dobre i wskazane, jeśli kolejne jej tomy wciąż trzymają poziom i kuszą czymś interesującym, ale nie wtedy, kiedy nieustannie wpuszcza się czytelnika w maliny i oferuje mu odgrzewane kotlety, nudę i kompletny brak sensu.

Gdyby oddzielić Rozpalone od pozostałych tomów Pretty Little Liars, można by spokojnie uznać tę powieść za ciekawą i ekscytującą. Bo zarówno nowa sceneria, jak i nowi bohaterowie są naprawdę interesujący. Kolejny już raz można przy tej historii wzdrygnąć się i zamyślić, zaśmiać i przerazić. Tyle tylko, że w zestawieniu z jedenastoma innymi częściami tej serii, można zauważyć, że tom ten tak naprawdę niewiele wnosi do całej historii, niepotrzebnie ją rozciąga i udowadnia, że Sarze Shepard brakuje pomysłu na logiczne spięcie całości jakąś sensowną klamrą.

Oj, chciałoby się, żeby autorka dotrzymała słowa i zamknęła tę serię na dwunastu tomach. Lub chociaż na czternastu. Ale nie. Póki co, jak mówią zapowiedzi, musimy przeżyć jeszcze pięć tomów tej historii, aby - na co chyba wszyscy mamy nadzieję - dowiedzieć się wreszcie, kto przez te wszystkie lata tak usilnie wykańczał dziewczyny psychicznie.

Moja ocena: 6/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

literatura amerykańska | recenzja | Sara Shepard | literatura | recenzje książek

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii „Pretty Little Liars" oraz „The Lying Game" stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

Źródła: foto | opis

8 sierpnia 2013

KKD #16: Co blog zmienił w Twoim życiu?

Klub Dyskusyjny

#16: Co blog zmienił w Twoim życiu?

Zdarza mi się rozmawiać z wieloma z Was na temat naszej małej blogowej egzystencji. O tym, dlaczego zaczęliśmy blogować, co nas wciąż przy tym trzyma i co blogowaniu zawdzięczamy. O tym ostatnim chciałabym podyskutować dziś na forum ogólnym, bowiem to temat ciekawy i inspirujący.

Czasem zastanawiam się, w jakim miejscu swojego życia byłabym, gdybym przed trzema laty nie zdecydowała się na stworzenie Kreatywy. Na przestrzeni tego czasu pojawiło się w moim życiu mnóstwo wspaniałych ludzi, stanęło na mej drodze niezliczenie wiele niezwykłych wyzwań, a i tylko dzięki blogosferze poznałam ogrom genialnych książek i nieodkrytych wcześniej przeze mnie znakomitych pisarzy. Nie pamiętam już co prawda czasów sprzed Kreatywy, ale jestem pewna, że choć wcześniej również czytałam sporo, tak dopiero dzięki funkcjonowaniu w blogosferze biję w tej materii wszelkie życiowe rekordy...

7 sierpnia 2013

Poniedziałki bez mięs, Paul, Stella i Mary McCartney

Poniedziałki bez mięs, Paul, Stella i Mary McCartney
Oryginał: Meat free Monday
Wydawnictwo: Publicat
Rok wydania: 2012
Stron: 240
Gatunek: kucharska
Że chłonę wszystko, co wiąże się z Beatlesami, to już wiecie. Kiedy więc odkryłam, że jeden z moich idoli zainicjował słynną akcję Poniedziałki bez mięs i promuje ją poprzez współtworzenie książki kucharskiej, wiedziałam już, że nie może mnie ona ominąć. Niemal z namaszczeniem podeszłam więc do publikacji Publicatu i przez dłuższy czas przeglądałam, analizowałam i wypróbowywałam zaproponowane przez rodzinę McCartneyów i Annie Rigg przepisy. I kocham te ich poniedziałki bez mięs!

Mam w swoim życiorysie trwający prawie dwa lata epizod wegetariański, po którym kolejnych siedem czy osiem lat leczyłam się z dość poważnej anemii. Mimo to, nigdy nie pokochałam mięsa, ani nawet nie zostałam jego koleżanką, więc z tym większą radością przyjęłam do wiadomości informację o trwającej od kilku lat na całym świecie kampanii rodziny McCartneyów, która zachęca do tego, by zrobić coś dla środowiska i choć jeden dzień w tygodniu nie umieszczać w jadłospisie dań mięsnych. Ja zaniżam pewne normy, gdyż mięso spożywam maksymalnie do trzech razy w tygodniu, co z kolei wiąże się z jednym poważnym problemem - czasem brakuje człowiekowi inspiracji...

Książka Poniedziałki bez mięs wychodzi takim osobom jak ja naprzeciw, proponując urozmaicone jadłospisy na pięćdziesiąt dwa dni. Całe dni, a więc obejmujące śniadania, lunche, kolacje, przekąski oraz desery. Wybór proponowanych dań jest niezwykle szeroki, ale najlepszym pomysłem, jaki mieli twórcy książki, było podzielenie przepisów nie tylko według poszczególnych tygodni i dni (jeden tydzień = jeden bezmięsny poniedziałek), ale również według pór roku. To niesie za sobą niesamowitą wygodę, bowiem przepisy dostosowane są do tego, jakie produkty są w danym sezonie najtańsze i najogólniej dostępne.

Ilekroć stykam się z zagranicznymi książkami kulinarnymi, natykam się na ten sam problem - dobór proponowanych składników. Tak, jak w innych publikacjach tego typu, tak i w tej natkniemy się czasami na takie warzywa i produkty, o które trudno w zwyczajnym spożywczaku, ale zasadniczo - nawet jeśli trzeba poszukać czegoś nieco dalej, to propozycje McCartneyów są na tyle "normalne", że i z widzenia, i ze słyszenia zna się je w naszym kraju. A wierzcie mi - nie przy każdej książce jest tak różowo.

Co tyczy się samego wydania, to trzeba przyznać, że publikacja naprawdę robi wrażenie. Dobry papier, który nie przejmuje się ewentualnymi zachlapaniami, solidna oprawa i przepiękne, kuszące fotografie. Do tego dokładnie przedstawione receptury i dobrze skonstruowany indeks potraw i składników. Nic tylko zakochiwać się w bezmięsnym kucharzeniu, gotować i jeść.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Publicat.

5 sierpnia 2013

By nauka była przyjemna - magazyny do nauki języków obcych

Kącik Językowy Kreatywa

Ponieważ wpisy dotyczące nauki języków cieszą się Waszym niesłabnącym zainteresowaniem, dziś z wielką przyjemnością przedstawię Wam bliżej serię magazynów, o które nieraz już pytaliście w komentarzach. Chodzi o pisma przeznaczone dla uczących się języków. Co ważne, wydaje je polska firma - Colorful Media, co już na wstępie gwarantuje jedno - że teksty dopasowane będą do polskiego odbiorcy i to w naszym języku przedstawione będą objaśnienia słownictwa użytego w tekstach.

1 sierpnia 2013

Bruce Dickinson. Iron Maiden, Joe Shooman

Bruce Dickinson. Iron Maiden, Joe Shooman
Oryginał: Bruce Dickinson: Flashing Metal with Maiden and Flying Solo
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 292
Gatunek: biografia
Bywają biografie przegadane, niekompletne, ciągnące się i nudne. Takie, których bohaterowie nie zasługują na uwagę i takie, których polecać nie warto. Biografia Bruce'a Dickinsona, choć idealną nie jest, z pewnością do żadnej z takich grup nie należy...

Joe Shooman, dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy i autor wielu muzycznych publikacji, przy pracy nad biografią Bruce'a Dickinsona wykorzystał wiele źródeł - od prasy i Internetu, po książki i liczne wywiady. Z tego też względu historia wokalisty przedstawiona zostaje z wielu perspektyw, sprawia wrażenie rzetelnej, kompletnej i bardzo różnorodnej.

Co zwraca uwagę, a przez niektórych uznane może być za wadę, to to, że choć osią całej opowieści są losy postaci widniejącej na okładce, to jednak książka ta stanowi bardzo szeroki zarys historii brytyjskiej sceny muzycznej. Wspaniale odnajdą się w tym ci, których pasjonuje wszystko, co związane z tą dziedziną, ale pewne rozczarowanie dotknie tych, którzy oczekują przesycenia tej publikacji osobą Bruce'a Dickinsona.

Dlaczego przesycenia nie ma? Ponieważ Bruce zostaje dopuszczony do głosu bardzo rzadko. Ale za to jeśli już przyglądamy się jego życiu, autor serwuje nam same ciekawostki. To właśnie dzięki nim uświadamiamy sobie, jak niesamowitą postacią jest Dickinson - człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach, wielu talentach, barwnej biografii i z całym mnóstwem muzycznych osiągnięć na koncie. Co przychodzi na myśl po bliższym jego poznaniu, to kilka prostych słów: "niesamowity z niego gość!".

Jeżeli istnieją tacy, dla których Dickinson = tylko Iron Maiden, Joe Shooman wychodzi im z powyższą publikacją naprzeciw. Rzetelne i rozbudowane przedstawienie solowych dokonań artysty z pewnością udowodni każdemu, że Bruce miał i ma w środowisku więcej do powiedzenia, niż z pozoru mogłoby się wydawać.

A poza tym to naprawdę niezwykła postać i bardzo doceniam, w jak pięknej oprawie jego historię wydaje Anakonda i jak dużo trudu zadał sobie autor, aby w tak interesujący sposób przedstawić nie tylko życiorys wielkiego artysty, ale i całego muzycznego świata, jaki wokół niego funkcjonuje. Warto tę książkę zgłębić, zachęcam!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

Najszybszy/Fastest (2011)

Najszybszy (Fastest)
reż. M. Neale • USA, 2011
Nie mam pojęcia, jak wielkim zainteresowaniem z Waszej strony cieszą się wyścigi motocyklowe, ale ja ze swojej strony muszę przyznać, że od lat dziewięćdziesiątych nieprzerwanie kibicuję wielokrotnemu mistrzowi świata, Valentino Rossiemu, i chyba nigdy nie przestanę ekscytować się tym sportem, który o miliony procent przebija megapopularne rozgrywki Formuły 1. Z tego też powodu z ogromną radością przyjęłam fakt, iż Canal+ zdecydował się zaprezentować zrealizowany przed paroma laty film dokumentalny Najszybszy.

Dokument wyreżyserowany przez Marka Nealea, ma za zadanie przybliżyć widzowi świat najbardziej prestiżowych wyścigów motocyklowych na kuli ziemskiej. Skupiając się na "klasie królewskiej" (MotoGP), Neale przedstawia historię wyścigów i najważniejsze osobowości tego świata, ale przede wszystkim przywołuje zakulisowe nagrania, przedstawia wywiady z bliskimi zawodników i przytacza rozmowy z samymi gwiazdami motosportu. Wszystko to przeplata z archiwalnymi nagraniami wyścigów i relacjami z konferencji prasowych. Efekt? Prawie dwie godziny adrenaliny, emocji,  wspomnień i dotąd nieupublicznianych materiałów. Dla fanów wyścigów - prawdziwa gratka!

Czytaj dalej >>