28 czerwca 2013

Przepisy kulinarne. Dieta 5:2 dr. Mosleya, Mimi Spencer, dr. Sarah Schenker

Przepisy kulinarne. Dieta 5:2 dr. Mosleya, Mimi Spencer, dr. Sarah Schenker
Oryginał: The Fast Diet Recipe Book
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2013
Stron: 232
Gatunek: kucharska
Dieta 5:2 doktora Mosleya jest aktualnie światowym hitem - tak jak wcześniej 3D Chilli, Dukan, South Beach i cała reszta. Ponieważ w tym specyficznym środowisku sukces jest zawsze chwilowy, gdziekolwiek się nie rozejrzycie, tam znajdziecie publikacje i blogi na jej temat. Przepisy kulinarne, które dziś przedstawiam, stanowią uzupełnienie bestsellera Dieta 5:2, wydanego przez Muzę w kwietniu tego roku. Ponieważ nie miałam dotąd z tamtym tytułem styczności, nie będę dywagować, czy "niezbędne uzupełnienie" w postaci książki z przepisami jest rzeczywiście takie niezbędne, skupię się na ocenie samej jej zawartości.

Książka jest rozsądnie rozplanowana. Rozpoczyna ją pakiet informacji na temat dr. Mosleya i opracowanej przez niego diety. Jej założenia są proste - pięć dni normalnego jedzenia, dwa dni niedojadania. Za takim rozwiązaniem opowiada się szerokie grono dietetyków i lekarzy (cóż, jak zawsze w przypadku hitowych diet) oraz zadowolonych użytkowników. Istotnie, poszperałam trochę i znalazłam informacje potwierdzające skuteczność i słuszność założeń diety Mosleya, ale tylko w przypadku, jeżeli przez te pięć dni "normalnego" jedzenia, jemy zdrowo, rozsądnie i odpowiednio. Tj. słynne pięć posiłków dziennie, nieobjadanie się i mądre żywienie. Poskładanie tego w całość sprawia, że dieta 5:2 nie wydaje się już taka łatwa, lekka i przyjemna, i tak naprawdę nie znam wielu ludzi, którzy potrafiliby rozsądnie z jej zaleceń korzystać.

Ale! Ta książka to przede wszystkim publikacja kulinarna, którą można traktować w oddzieleniu od samej diety, jeżeli jest ona dla nas nieodpowiednia lub zbędna naszym organizmom. Znajdziemy tu bowiem kilkadziesiąt interesujących przepisów na zdrowe, niskokaloryczne dania, które warto włączyć do swojego jadłospisu. Autorzy podzielili je według rozdziałów: śniadania na szybko i na luzie, kolacje na szybko, świat warzyw, świat ryb i owoców morza, świat mięs, bogactwo zup, sałatki, przybrania do smakowania oraz przekąski na dni diety.


Każdy z przepisów zawiera odautorski wstęp, pełen ciekawostek, listę składników i opis procesu przygotowania. Część z nich uzupełniona jest również o smakowite fotografie. Większość z proponowanych receptur nie wymaga wielkich umiejętności kulinarnych, ale znajdują się tu również propozycje bardziej wymyślne. Na szczęście autorzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak niewiele czasu i ochoty na stanie w garach ma większość ludzi, toteż etykietkę "szybko i prosto" spotkamy w tej publikacji naprawdę często. Bardziej obawiałabym się o to, czy polski odbiorca będzie miał ochotę na tyle eksperymentów kulinarnych - nasza rodzima kuchnia opiera się na zupełnie innych założeniach i przekonanie się do propozycji Schenker i Spencer na pewno nie będzie zadaniem łatwym.

Ale warto spróbować!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.


literatura amerykańska | recenzja | Mimi Spencer, dr. Sarah Schenker | literatura | recenzje książek

27 czerwca 2013

Najważniejsza chwila w sportowym życiu...

Dwadzieścia kilka lat na stadionie.
Mecze. Treningi. Sparingi. Turnieje.
Pula pięknych wspomnień z tych wszystkich chwil jest ogromna i niezwykle ciężkim zadaniem jest wybranie tego jednego momentu, który byłby najważniejszym.

Ale znalazłam takowy.

25 kwietnia 2010r.
Włókniarz Częstochowa - Polonia Bydgoszcz
Że dramatyczne spotkanie, że niesamowite emocje, że walka do upadłego – to wiedzą wszyscy, którzy kochają ten sport. Niewielu ma jednak pojęcie, jak wielkie znaczenie miały tamte chwile dla mnie i dla mojej rodziny. Oto bowiem właśnie 25 kwietnia 2010 roku pierwsze chwile na żużlowym stadionie przeżył mój – mający wówczas prawie trzy lata – bratanek.


26 czerwca 2013

Reżyserzy, Janusz Wróblewski

Reżyserzy, Janusz Wróblewski
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2013
Stron: 542
Gatunek: literatura faktu, wywiad
Cóż można powiedzieć po zakończeniu tak obfitej, bogatej i pasjonującej lektury? Że przeżyło się wspaniałą przygodę? Że zostało się przyjemnie zaskoczoną i zalaną mnóstwem dobrej energii? Że odkryło się coś, czego nigdy dotąd się nie zaznało? Mogłabym umieścić tutaj wiele wzniosłych fraz , a one i tak nie oddałyby tego, jak wiele uciechy może dostarczyć "zwyczajny" zbiór wywiadów.

Janusz Wróblewski, znany krytyk filmowy i publicysta, miał na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci sposobność wielokrotnie spotykać się z tuzami kina współczesnego - Cronenbergiem, von Trierem, Kusturicą, Tarantino, Lynchem, Konczałowskim, Scorsese, Allenem, Formanem i wieloma innymi, w tym z Polakami - Polańskim, Holland, Zanussim, Falkiem, Żuławskim czy Kieślowskim. W efekcie powstała książka zawierająca dwadzieścia dziewięć niezwykłych rozmów i niezwykłych portretów.

Swoich bohaterów Janusz Wróblewski pogrupował według pewnego klucza. Spotkamy tutaj zatem "prowokatorów", "galerników wyobraźni" (moich ulubieńców, tak swoją drogą), "ukąszonych przez Hollywood", "wędrowców i tułaczów", "prześmiewców", tych z "płomieniem w sercu" i tych pamiętających o Zagładzie ("po Shoah"). Każdy z rozmówców przedstawiony jest w ten sam sposób: zdjęcie, dosyć rozbudowana charakterystyka z osobistymi wrażeniami Wróblewskiego, wywiad(y) i biogram. Oprócz tego, bohaterowie zyskali pewne przydomki - Żuławski jest Szamanem, Wenders - Marzycielem, Lanzmann - Świadkiem, von Trier - Skandalistą itd. Wszystko to w jednej, spójnej konwencji.

O czym można rozmawiać z reżyserami? O kinie? W porządku, ale nie tylko. Wróblewski zadaje niezwykle trafne, często niełatwe pytania, przyszpilając swoich rozmówców i zmuszając ich do poważnych rozważań. Dlatego Reżyserzy to przede wszystkim książka o życiu, o polityce, o religii, o marzeniach, o problemach, o współczesnej cywilizacji, o historii, o zmianach społecznych. Gdzieś w tle - o ludziach kina i świecie kina, o własnych demonach i inspiracjach, o trudnych wyborach na drodze kariery i pułapkach tego specyficznego środowiska. Jest zatem bogato, obficie, mądrze, momentami kontrowersyjnie, momentami melancholijnie, ale przede wszystkim ciekawie i inspirująco.

Reżyserzy to wspaniała książka, w której zatraci się każdy fan kina. Ciekawy dobór nazwisk, interesujące rozmowy i doskonale zarysowane portrety niesamowitych osobowości świata filmu. Polecam bardzo, bardzo!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.

25 czerwca 2013

Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters, Martin James

Dave Grohl. Nirvana & Foo Fighters, Martin James
Oryginał: Dave Grohl. Foo Fighters, Nirvana & Other Misadventures
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 304
Gatunek: biografia
Żeby biografia wzbudzała zainteresowanie i wyróżniała się czymś na tle innych, potrzeba odrobiny kreatywności i inwencji własnej autora. Martin James miał świetny pomysł na tę książkę - opowieść o wielkiej osobowości świata muzyki rozpoczyna anegdotą, opowiadającą o tym, że Dave Grohl to "perkusista i tyle", zaś każdy z rozdziałów otwiera dowcipem o perkusistach właśnie. Podobno sam Grohl je uwielbia...

Bohater publikacji Martina Jamesa to człowiek niezwykły, pełen kontrastów, trudny do zaszufladkowania. Z jednej strony miły i uśmiechnięty, z drugiej mający dyktatorskie ciągoty. Wszechstronnie utalentowany, piekielnie zdolny, wytrwały i ambitny. Świat zapamięta go przede wszystkim jako perkusistę Nirvany i lidera Foo Fighters, ale książka ta udowadnia, że za tym nazwiskiem kryje się zdecydowanie więcej.

Martin James nie opiera swojej książki na celebryckich ploteczkach, nie skupia się na życiu osobistym Grohla - przeczytacie tu zatem przede wszystkim o jego muzycznej drodze, muzycznych inspiracjach i muzycznej działalności. David może pochwalić się imponującym CV, które zostaje bogato zarysowane w tej książce - autor przytacza bowiem każdy artystyczny epizod z życia muzyka, począwszy od najmłodszych jego lat, poprzez wszelakie odskocznie od głównych projektów.

Biografia pióra Jamesa to naprawdę kawał dobrej, solidnie wykonanej roboty. Nie zawiedzie się ten, kto zapragnie bliżej poznać amerykańskiego multiinstrumentalistę. Nie przeżyje rozczarowania ani fan Nirvany, ani fan Foo Fighters. Wiele znajdzie tu dla siebie każdy, kogo pasjonuje muzyka i kogo fascynuje amerykańska scena. Nie wszystkie epizody z artystycznego życia Grohla opisane są tu dogłębnie i szeroko, ale Martin James i tak imponuje liczbą źródeł, liczbą przytoczonych faktów, wspomnień, prywatnych wynurzeń i anegdot. I co najważniejsze - wszystko to przedstawia w przystępnej, interesującej formie, dzięki czemu książkę tę czyta się naprawdę z niegasnącym zaciekawieniem i wypiekami na twarzy.

Świetna, świetna biografia!

Kolejny kawał o perkusistach

- Co powiesz perkusiście z bardzo znanego zespołu?
- Powtórz, jak się nazywasz?

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura amerykańska | recenzja | Martin James | literatura | recenzje książek

Larista, Melissa Darwood

Larista, Melissa Darwood
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2012
Stron: 384
Gatunek: dla młodzieży
Lubię czasem zatracić się w powieściach skierowanych do młodego odbiorcy. Zwłaszcza teraz, gdy moje życie wkracza w ultrapoważną fazę dorosłości, obejmującą wyprowadzkę z domu i zamążpójście. Larista jako powieść młodzieżowa o ciekawie zapowiadającej się fabule wydawała się więc wyborem idealnym. Ale nie była.

Najpierw była irytacja. Bo historia rozpoczyna się żenująco słabo, jakby spisana została przez czternastolatkę. Potem doszły polskie imiona, których obecność uznałam za denerwującą samowolkę tłumacza. Następnie drętwe, naprawdę marne dialogi. Z wielkim więc ociąganiem chłonęłam tę powieść przez dobry tydzień, przeplatając ją z innymi lekturami i psiocząc na zmarnowany czas.

Ale w pewnym momencie coś się zmieniło. Co prawda słabe dialogi i kiepska warstwa językowa powieści dalej denerwowały, a imię i nazwisko z okładki okazały się pseudonimem polskiej autorki (totalny bezsens), ale za to akcja rozwinęła się w dobrym kierunku. A raczej - została ciekawie rozbudowana. Bo choć mamy tutaj do czynienia z typowym młodzieżowym romansem paranormalnym, Melissa Darwood postanowiła historię pewnej miłości i walki rozwinąć o wątki historyczne, religijne i filozoficzne. To sprawia, że słabiutka opowiastka o głupawej młodzieży i Powalająco Przystojnym Starszym Gościu W Super Wozie staje się czymś więcej - nabiera wyrazu i zyskuje nutę oryginalności.

Czyta się tę książkę całkiem dobrze, bo napisana jest lekko i prosto, ale dosyć toporna i mocno ograna fabuła sprawia, że opowieść nie przyciąga, nie zachwyca i nie zmusza do tego, by stale przy niej trwać. Wielka szkoda, myślę, że za Laristą kryje się mnóstwo ciekawych pomysłów, zmarnowanych przez nikłe umiejętności pisarskie. Ale jest tu pewna nadzieja - autorka wyobraźni i pomysłowości nie straci, niezbędnego doświadczenia na pewno z czasem nabierze, a i umiejętności może przecież rozwinąć. Oby tak się stało!

Moja ocena: 4/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Zielona Sowa.

literatura polska | recenzja | Melissa Darwood | literatura | recenzje książek

21 czerwca 2013

Płomień Crossa, Sylvia Day

Płomień Crossa, Sylvia Day
Oryginał: Reflected in You
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2013
Stron: 368
Po ostatnich dniach spędzonych z (jakkolwiek by to nie brzmiało) Dotykiem Crossa, postanowiłam dać sobie jeszcze trochę luzu, zagłębiwszy się w dalsze losy pewnego nadzianego psychola i całkowicie mu poddanej skrzywionej na umyśle kobiety. Spotkałam się z opiniami, że drugi tom trylogii przebija pierwszy i rzeczywiście odkryłam prawdę  w tych słowach...

Historia przedstawiona na kartach Płomienia Crossa zostaje interesująco splątana i rozbudowana. Wszystko w mocno przewidywalny sposób, ale przyznać należy, że autorka zadbała o to, by opowieść trzymała w napięciu i osnuta była pewną dozą zagadkowości. Do tego wyszła nieco poza schemat i zaserwowała czytelnikom mniej intymnych zbliżeń, a więcej akcji. Wszystko to w przyjemnej dla umysłu i dość zjadliwej formie.

Cieszy mnie bardzo, że kontynuacja Dotyku Crossa nie wygląda już na wierną kopię Pięćdziesięciu twarzy Greya. Sylvia Day zaskakuje pozytywnie, choć nie unika banału, portretując swoje postaci. Tym razem Eva całodobowo irytuje, Gideon wciąż okazuje się nudny i jednie Cary wraz z matką Evy ratują sytuację swoją obecnością.

Przyznać muszę, że choć fabuła została rozwinięta tak, jak się spodziewałam, przeżyłam podczas lektury kilka zaskoczeń i doświadczyłam paru skrajnych emocji (najczęściej złości i ekscytacji). Bardzo ciekawi mnie, co też jeszcze czeka bohaterów tej historii, a czego dowiem się już niebawem, kiedy na polskim rynku pojawi się Wyznanie Crossa.

Moja ocena: 7/10

Dotyk Crossa, Sylvia Day

Dotyk Crossa, Sylvia Day
Oryginał: Bared To You
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2012
Stron: 416
Gatunek: erotyczna
Mam ostatnio gorsze dni. Pomyślałam więc, że dobrym sposobem na oderwanie od problemów życia codziennego będzie sięgnięcie po lekką, mało wymagającą lekturę. Na jakimś forum dyskutowano akurat o Dotyku Crossa, jako o dużo ciekawszym odpowiedniku Pięćdziesięciu twarzy Greya, co skłoniło mnie do tego, by na własnej skórze przekonać się, co też do zaoferowania ma pani Sylvia Day.

W pewnym sensie jest lepiej. Portrety bohaterów są dużo bardziej złożone i dużo ciekawsze. Mamy Evę - odpowiednik Anastasii - osobę skłonną do robienia dramatów, ale jednocześnie twardą i bystrą. Gideona - odpowiednik Greya - władczego i mrocznego bogacza, który od swojego pierwowzoru różni się jedynie tym, jakie zachowania w sypialni lubi (to zresztą najnudniejsza z postaci). Jest też były narkoman, Cary, przyjaciel Evy (zdaje się, że jego odpowiednik nosił imię Jose - poprawcie, jeśli pamięć mnie zawodzi) - bohater, którego naprawdę polubiłam. Jest przyjacielski, nie ugania się za Evą i potrafi zaskoczyć. Oprócz nich dostajemy standardową plejadę - zazdrosne byłe, nadzianych ojców, zaborcze matki, przystojnych braci, stada śliniących się lasek i paru psychoanalityków.

Sylvia Day miała ciekawy pomysł na tę historię - podoba mi się to, jaką przeszłość przyszykowała dla Evy, Gideona i Cary'ego. Ich walka z demonami przeszłości nadaje się na solidną powieść psychologiczną i mogłaby stanowić filar naprawdę interesującej fabuły. Tyle tylko, że żeby dostosować się do wymogów najmodniejszego ostatnio nurtu w literaturze, autorka musiała we wszystko wpleść całe mnóstwo erotyki. Może nie tak wulgarnej, jak w przypadku trylogii E L James, ale wciąż nudnej i przekombinowanej. Opieramy się tu zatem na "uroczym" schemacie - sielanka -> łóżko -> wielka kłótnia -> łóżko -> sielanka -> łóżko -> wielka kłótnia itd. Nie kupuję tego, absolutnie.

Wielka szkoda, że Sylvia Day - osoba, która odznacza się dużo lepszym piórem i większymi umiejętnościami literackimi niż E L James, nie potrafiła uciec od narzuconego pyrzez modę szablonu. Choćby nie wiem jak manewrować imionami, nazwami ulic i pozycjami seksualnymi, nie ucieknie się od porównań do kultowej już trylogii. Światy Anastasii i Greya oraz Evy i Gideona są tak blisko ze sobą powiązane, że gdyby przesłonić imiona bohaterów czarnymi prostokątami, nie sposób byłoby rozróżnić, w wizji której z autorek właśnie się znajdujemy.

Dotyk Crossa to lekka i prosta lektura, która mogłaby być czymś więcej, ale nie jest. Czyta się ją świetnie, błyskawicznie i bezproblemowo, ale to tylko kopia. Ciut lepsza od oryginału, ale wciąż kopia...

Moja ocena: 6,5/10
Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Z półki'.

18 czerwca 2013

Top 10: książki na Dzień Ojca

top 10 kreatywa

Skoro poruszaliśmy w tym roku temat książek na Dzień Matki, warto pokusić się również o przedstawienie inspiracji na dwudziestego trzeciego czerwca. Podobnie jak miesiąc temu, proponuję wymienianie w miarę uniwersalnych tytułów, które nadadzą się dla tzw. przeciętnego Kowalskiego. Lista moich propozycji poniżej.

17 czerwca 2013

Teraz i zawsze, Carolyn Egan

Teraz i zawsze, Carolyn Egan
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2013
Stron: 240
Gatunek: obyczajowa
Lubię powieści z przesłaniem. Takie, które są mądre i niebanalne, przyjemne w lekturze i pełne ciepła. Wydawać by się mogło, że to będzie taka właśnie książka - bo opowiada o trudnej przeprawie przez żałobę, o miłości pokonującej śmierć, o pielęgnowaniu rodzinnych wartości i wzajemnej bliskości. W przypadku tej historii poprzestajemy jednak na pozorach. Bo jedyne, co można o niej powiedzieć to to, że jest banalna, przesłodzona i do bólu oczywista.

Umówmy się, takie historie też mają prawo istnieć. Nie każda książka musi zmuszać do myślenia, nieść za sobą coś więcej poza trywialnym przesłaniem czy zachwycać oryginalnością. Literatura, która służy zabijaniu czasu i odprężeniu cieszy się w końcu sporym zainteresowaniem wśród znudzonych, zmęczonych i szukających łatwej rozrywki. Tylko niekoniecznie wszyscy muszą to czytać...

To podobno miała być książka skierowana specjalnie do kobiecego odbiorcy. Tak, jakby nasza rola sprowadzała się jedynie do chłonięcia banału, prostoty i tandetnych, łzawych historyjek, jakich wiele. Istnieje całe mnóstwo autorów piszących dla kobiet, piszących o miłości i śmierci, ale nawet oni, często wykpiwani (ot, choćby taki Sparks), są w stanie zaoferować coś więcej niż wydumaną fabułę i kupę frazesów.

Być może wyjdę na mało wrażliwą, być może na niedelikatną, ale kompletnie nie dałam się uwieść tej historii. Autorka nie zaoferowała czytelnikowi nic, ponad wyświechtaną opowieść, jakich literatura i kinematografia znają nieprawdopodobnie wiele. Nie zaskoczyła niczym. Można poddać się emocjom i współprzeżywać pewne sytuacje z bohaterami, ale granie na najniższych emocjach to nie jest najlepsza droga. Bo takie zabiegi może stosować byle kto, a gwarantem sukcesu są one jedynie wtedy, kiedy odbiorca nie postawi tekstowi żadnych wymagań...

Ale przynajmniej odrywa na chwilę od własnych problemów. Łał.

Moja ocena: 3/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.



literatura polska | recenzja | Carolyn Egan | literatura | recenzje książek

14 czerwca 2013

Reckless. Nieustraszony, Cornelia Funke

Reckless. Nieustraszony, Cornelia Funke
Oryginał: Reckless: Lebendige Schatten
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2013
Stron: 472
Gatunek: fantasy, dla młodzieży
Cornelia Funke jest chyba jedyną na świecie kobietą, która potrafi na długie godziny przenosić mnie do świata swych fantazji - i to z taką mocą, że kiedy wracam do rzeczywistości, świat wydaje mi się bezbarwny i beznamiętny. Tam, po drugiej stronie, w świecie Jakuba i Lisicy, mitycznych stworów i bajkowych krain, toczy się ekscytujące, kusząco niebezpieczne życie, od którego naprawdę może zakręcić się w głowie...

Nieustraszony stanowi kontynuację wydanego przed rokiem Kamiennego ciała i co cieszy mnie niesamowicie - jest to kontynuacja równie ekscytująca, piękna i zachwycająca. Bywa, że kolejne części jakiegoś cyklu nie są już tak znakomite, jak cudowne wstępy do danych opowieści. Nie tym razem. Tutaj część druga jest godnym uzupełnieniem nakreślonej w Kamiennym ciele historii. Ale czy mogło być inaczej? Mówimy o Cornelii Funke, niemieckiej Rowling - pisarce, która w swej twórczości nie ma absolutnie żadnych słabych punktów.

Jakub Reckless, człowiek, który był gotów oddać życie za swego brata, tym razem walczy o uratowanie się przed dopełnieniem żywota. Czasu ma niewiele, kolejne propozycje rozwiązań okazują się nieskuteczne, a na drodze do ostatniej deski ratunku staje mu znamienity przeciwnik. Tak rozpoczyna się krwawy i ekscytujący wyścig z czasem. A jego efekt będzie naprawdę zaskakujący...

Choć historia przedstawiona na kartach Nieustraszonego jest długa i momentami splątana, wartka akcja ani na chwilę nie ustaje, emocje nie opadają w żadnym momencie, a wizja świata, jaką roztacza wokół nas Funke, wciąż kusi i wprawia w zdumienie. Od lektury nie sposób się oderwać, nie sposób też przewidzieć, jaką jeszcze niespodziankę przyszykuje dla czytelników i bohaterów autorka. To nieprawdopodobne, ale ona wciąż potrafi utrzymać tę aurę mitycznej tajemnicy i tę magiczną mgiełkę, która spowijała tę opowieść już przy pierwszym tomie. Wyobraźnia Cornelii Funke jest... niewyobrażalna.

Powieści składające się na cykl Reckless to najprawdziwsze perełki literatury. Są mądre, emocjonujące, pięknie napisane i pięknie wydane. Niosą jasne przesłanie i są najprawdziwszą skarbnicą legend, mitów i baśni, które urzekną nie tylko młodego czytelnika, ale i tego, któremu do nastoletnich lat tęskno. Piękna, piękna przygoda za mną. Uschnę, nim pojawi się na rynku kolejny tom...

Moja ocena: 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

literatura niemiecka | recenzja | Cornelia Funke | literatura | recenzje książek

Autorka książek dla dzieci i młodzieży, nazywana "niemiecką Rowling". Z wykształcenia pedagog oraz ilustratorka książek, pracowała jako przedszkolanka. Ilustrowanie książek zainspirowało ją do pisania własnych tekstów.
Źródła: foto | opis

13 czerwca 2013

Pociągi pod specjalnym nadzorem, Bohumil Hrabal

Pociągi pod specjalnym nadzorem, Bohumil Hrabal
Oryginał: Ostře sledované vlaky
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2012
Stron: 68
Gatunek: tragikomedia
Dziwaczny jest ten Hrabal. Do jednego worka wrzuca i śmiech, i łzy, i intymne zwierzenia, i wojenny brutalizm. Raz zmusza do śmiechu nad kwestią opieczętowanych pośladków bohaterki, innym razem każe patrzeć w oczy umierających żołnierzy i martwych koni porzuconych w rowie. Niby lekko i niby prosto snuje swą opowieść, a jednak za ironiczno-komediową kurtyną stawia pytania o sens istnienia i sens stawania do walki, snuje refleksję nad istotą człowieczeństwa i ukrywa prawdziwy przekaz tej tragikomicznej historyjki.

Trudno prozę Hrabala wstawić w jakiekolwiek ramy. Jak nikt inny potrafi on ze spokojem, dystansem i nutą kpiny przedstawiać wojenną rzeczywistość. Tak jak on nie wystawia ocen i nie głosi żadnych sądów, tak i jego bohater - Miłosz Pipka - przyjmuje rzeczywistość taką, jaka ona jest. Nie płynie pod prąd, nie rusza na czołg z wyciągniętą dłonią, tylko bezrefleksyjnie otwiera ramiona przed takim losem, jaki jest mu dany. A kiedy wreszcie obiera inną drogę... Cóż, zabawa się kończy.

Źródło: filmweb.pl

Dawno nie spotkałam autora, który najprostszymi środkami wyrazu potrafiłby z takim urokiem kreować rzeczywistość. Jego narracja jest do bólu prosta, najeżona kolokwializmami, pełna rubasznych żartów i niepowiązanych z tematem wtrąceń, a przy tym ma w sobie coś ujmującego. Dodatkowo lekkość ta i prostota potrafią doskonale złagodzić obraz okrutnej wojny, cały czas przewijającej się w tle tej opowieści. Kolejny raz można podsumować to krótko - ot, typowo czeskie podejście.

Kolejny raz jestem pod wrażeniem zarówno tego czeskiego podejścia do życia, jak i urzekającej prozy Hrabala. Choć przyznać muszę, że mój pierwszy kontakt z tym autorem - Obsługiwałem angielskiego króla - zauroczył i porwał mnie jakoś bardziej.

Moja ocena: 8,5/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Book-Trotter' oraz 'Z półki'.

Kapryśne lato, Vladislav Vančura

Kapryśne lato, Vladislav Vančura
Oryginał: Rozmarne leto
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2011
Stron: 84
Gatunek: powieść środowiskowa
Oto idealne zwieńczenie moich czeskich podbojów literackich - powiastka lekka, ironiczno-zabawna, barwna i przesycona sielskością. Podczas jej lektury czas płynie jakby wolniej, świat wydaje się ciut piękniejszy, a życie lżejsze. Zwyczajni-niezwyczajni bohaterowie i ich zwyczajne-niezwyczajne rozmowy nad leniwie płynącą wodą - to wszystko spowite pewną senną aurą i podszyte czeskim humorem. Och, nie mogło być lepiej!

Kapryśne lato to na zbliżające się miesiące lektura idealna. Można nad nią przysiąść i natychmiast przepaść, leniwie rozkoszując się jej ciepłem i urokiem. Rzeczywistość, jaką przedstawia Vančura jest dość specyficzna - wyjątkowo ospała, solidnie ironiczna i niebanalna. Zaśmiejecie się i odpoczniecie przy tej książce, jak przy żadnej innej, a potem już zawsze będziecie czeską literaturę uważać za wartą uwagi.

Powiastka Vančury to naprawdę niezwykle urokliwa i ujmująca historia, napisana z językowym kunsztem i rozmachem, solidnie doprawiona tym, z czym czeską kulturę kojarzymy - kpiną, ironią i humorem. Jest miło, jest sielsko i jest naprawdę pięknie. Jak widać, nie potrzeba zapisywać wielu stronic, aby popełnić tekst wyjątkowy i zapadający w pamięć...

Gorąco polecam. Zwłaszcza podczas tego naszego... kapryśnego lata.

Moja ocena: 9/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Book-Trotter' oraz 'Z półki'.

12 czerwca 2013

Muzyczne Wspomnienia #1

#1 Jak zostałam Spice Girl
"Proszę pana, ja jestem Mel B, nie widać?" - burknęłam do wąsatego gościa, który w 1999 roku rzucił mi pytające spojrzenie, kiedy jak burza wpadłam do jego studia fotograficznego w oczorzutnym seledynowym topiku odsłaniającym brzuch, obciachowych butach na koturnie, z pokarbowanymi włosami i brązującym pudrem rozmazanym gdzieniegdzie na twarzy. Przysiadłam, zziajana, poczułam błysk flesza na twarzy i zrobiłam głupią minę, którą po dziś dzień straszę ze swojego pierwszego w życiu paszportu. Byłam wtedy małoletnim odpowiednikiem Mel B, w kilka minut po swoim ostatnim, ekhem, koncercie. I mam na to, niestety, dowody zdjęciowe. Ale o tym później.

Hrabstwo ponad prawem, Matt Bondurant

Hrabstwo ponad prawem, Matt Bondurant
Oryginał: The Wettest County in the World
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 312
Gatunek: sensacja
Choć lubię w literaturze stykać się z silnymi męskimi charakterami i ekscytującymi wątkami, wyjątkowo długo wgryzałam się w historię przedstawioną na kartach Hrabstwa ponad prawem. Niełatwo przyswaja się bowiem tak surowe, męskie, brutalne opowieści, w których leje się krew, a każde z działań jest naginaniem albo jawnym przekraczaniem zasad prawa. Z czasem jednak powieść Bonduranta okazuje się czymś więcej niż tylko gangsterską opowiastką i zaczyna przyciągać niezwykłym klimatem lat trzydziestych i głęboko ukrytym urokiem...

Na podstawie rodzinnych opowieści i wspomnień, artykułów z gazet i publikacji wszelakich, Matt Bondurant  odtworzył dzieje swojej rodziny, o której kilka dziesięcioleci temu było w Stanach naprawdę głośno. Dziadek autora, Jack Bondurant, wraz ze swymi braćmi - Forrestem i Howardem, cieszyli się niezwykłą sławą, jako bimbrownicy, przemytnicy i skłonni do bitki awanturnicy. Jako ci, o których przez lata krążyły najprawdziwsze legendy, stali się wdzięcznymi bohaterami tej opartej na faktach historii. Wraz z nimi piękne kobiety, dostojni dżentelmeni i cała plejada mniejszych i większych przestępców. No i ich niezwykły świat...

Źródło: filmweb.pl

To właśnie specyficzny klimat Ameryki lat trzydziestych oraz wyjątkowy autentyzm są tym, co przyciąga do tej historii. Oprócz tego - naprawdę barwni, charakterystyczni bohaterowie, których - jakich by się czynów nie dopuścili - nie sposób nie polubić. Ogromna więź łącząca trójkę braci jest czymś niepodrabialnym i wyjątkowym i stanowi o - ukrytym pod warstwą brutalności - głębokim uroku tej historii. Bo nawet jeśli po lekturze ktoś dojdzie do wniosku, że to po prostu kolejna sensacyjna historia o twardzielach i ich lewych interesach, na pewno jednocześnie poczuje podziw dla autora i jego bohaterów, za stworzenie niezwykłych rodzinnych relacji i więzi, która nie każdemu jest dana.

Hrabstwo ponad prawem to osnuta aurą tajemnicy historia, która w przeważającej części wydarzyła się naprawdę. Swoim klimatem i wymową skierowana jest przede wszystkim do męskiego odbiorcy, ale jestem pewna, że wiele jest kobiet, które dadzą się porwać tej niezwykłej opowieści o trzech złych chłopcach, silnych kobietach, które nieodmienne przy nich trwały i o wszystkich tych, którym zadzieranie z Bondurantami nie wyszło na dobre. Autor wykonał kawał naprawdę dobrej roboty, przeobrażając rodzinne wspomnienia w pasjonującą opowieść o zbrodni, zemście, miłości i marzeniach. Nie trzeba być mężczyzną, aby doskonale się w tej historii odnaleźć. Ba! Wrażliwe kobiece oko dostrzeże w niej więcej niż tylko krwawą powłoczkę. Wiem to, bo sama dałam się zachwycić, kiedy już solidnie wgryzłam się w tę opowieść...

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura amerykańska | recenzja | Matt Bondurant | literatura | recenzje książek

Wakacje Fryderyka, Walter R. Brooks

Wakacje Fryderyka, czyli wielka wyprawa na południe, Walter R. Brooks
Oryginał: Freddy Goes to Florida
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2013
Stron: 208
Gatunek: bajka
Na przestrzeni lat 1927-1958, rodziła się i rozwijała w Stanach Zjednoczonych klasyka literatury dziecięcej, nazywana odpowiednikiem Kubusia Puchatka - dwudziestosześciotomowa seria przygód Prosiaczka Fryderyka, która wyszła spod pióra nowojorskiego pisarza, Waltera Rollina Brooksa. Seria ta, zapomniana już nieco, nareszcie pojawiła się w Polsce, a otwiera ją tom Wakacje Fryderyka, czyli wielka wyprawa na południe.

Zaczyna się zwyczajnie - przychodzi zima, a zwierzęta na farmie dochodzą do wniosku, że życie w takim klimacie im nie odpowiada. Ich gospodarz to człowiek poczciwy - dobrze je karmi i zapewnia dach nad głową, ale nie zdaje sobie sprawy, że kiedy on smacznie śpi w pierzynie, w głowach jego towarzyszy rodzi się bunt. I tak oto pies, kot, krowa, koń, myszy, kaczki, świnka i pająki postanawiają udać się na Florydę, by zaznać słońca i odrobiny odpoczynku.

Ich wyprawa pełna jest przygód. Jak to w życiu - spotykają dobrych i złych ludzi, muszą uczyć się odpowiedzialności i współpracy, walczą ze swymi lękami i słabościami, a przy okazji uczą się siebie nawzajem. Wędrówka pozwala im również odkryć kilka życiowych prawd, zrozumieć to, czego dotąd doświadczali i docenić, co było im dane, a co przyjmowali dotychczas za pewnik.

Bystre, miłe i towarzyskie zwierzęta to idealni bohaterowie bajki, która ma uczyć i wychowywać. Wakacje Fryderyka to opowieść mądra i barwna, która urzeka swą ponadczasową wymową i urokiem, który nie zanikł na przestrzeni dziesięcioleci. Pochłania się ją błyskawicznie, z niegasnącym uśmiechem na twarzy i mnóstwem myśli w głowie. Takie właśnie powinno być dzieło, które nazywa się klasyką literatury dziecięcej - uniwersalne, ponadczasowe, mądre i piękne. Na pewno będę jeszcze wracać do przygód wesołego Fryderyka i jego przyjaciół, a Wam polecam poznać go już teraz - na takie lektury nikt nie jest za stary.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję agencji AIM Media.

literatura amerykańska | recenzja | Walter R. Brooks | literatura | recenzje książek

11 czerwca 2013

Obsługiwałem angielskiego króla, Bohumil Hrabal

Obsługiwałem angielskiego króla, Bohumil Hrabal
Oryginał: Obsluhoval jsem anglického krále
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2011
Stron: 183
Kolejna przygoda z czeską literaturą i kolejna porcja porządnego śmiechu przez łzy już za mną. Nigdy nie miałam do czynienia z Bohumilem Hrabalem, ale to, co dotąd zasłyszałam, sprawdziło się - to wyjątkowy gawędziarz, w niesamowity sposób przedstawiający czeską rzeczywistość i żywot człowieka poczciwego.

W luźno powiązanych ze sobą wspomnieniach zawartych na kartach Obsługiwałem angielskiego króla, poznajemy naiwnego poczciwinę, nieustannie bujającego w obłokach i żyjącego dla swych marzeń i ambicji. Człowiek ten śni niezwykłe sny, napotyka na swej drodze przedziwnych ludzi i bierze udział w jeszcze dziwniejszych wydarzeniach. A wszystko to w imię kariery i marzeń - bo bohater nasz zaczyna jako nastoletni pikolak, a kończy jako milioner i... i ten, który obsługiwał... angielskiego króla? ależ nie!, który obsługiwał samego abisyńskiego cesarza.

I śmieszno tu, i smutno. Bo nakreślony przez Hrabala obraz praskiej rzeczywistości przepełniony jest groteskowością i komizmem, ale jednocześnie gdzieś w głębi skrywa wiele bólu, niesprawiedliwości i okrucieństwa. Okrucieństwa, które - jak to w czeskich klimatach - podane jest w kpiarskim, deprecjonującym je sosie. I dobrze.

Dobrze, bo czyta się te luźne wspomnienia naprawdę znakomicie. Wszystko dzięki gawędziarskiemu stylowi  opowieści, interesującej fabule i barwnym bohaterom. Ciekawy i porywający jest ten świat Hrabala, nawet jeśli nie wszystkie żarty i aluzje są zrozumiałe i tak naprawdę momentami niełatwo zorientować się, czy to dalej jest miejsce na śmiech, czy już raczej na skrzywienie warg i smutek.

Szczypta nostalgii, porządna dawka czeskiego humoru, kilka historycznych prawd i nieprawd, a do tego najwyższej klasy pisarstwo. Oto jest Hrabal. Oto jest opowieść o tym, jak jeden pan obsługiwał angielskiego króla. Oto jest książka, która porywa i nie daje się od siebie oderwać. Obok tej propozycji nie można przejść obojętnie.

Moja ocena: 9/10

literatura czeska | recenzja | Bohumil Hrabal | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Book-Trotter', 'Pod hasłem' oraz 'Z półki'.

10 czerwca 2013

Statek śmierci, Yrsa Sigurðardóttir

Statek śmierci, Yrsa Sigurðardóttir
Oryginał: Brakið
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2013
Stron: 336
Gatunek: thriller
Królowa skandynawskiego kryminału, Yrsa Sigurðardóttir, już wielokrotnie udowadniała, że potrafi mnie porządnie przestraszyć. Tym razem miała zapewnione dodatkowe ułatwienia - kiedy ja czytałam, za oknem waliły pioruny, w szyby uderzał deszcz, a nad moją głową migotało światło żyrandola. O wyobrażanie sobie, że za sekundę stanie się coś złego i o wmawianie sobie, że wokół roztaczają się niewyjaśnione dźwięki, naprawdę nie było trudno. Porządnie lękałam się podczas lektury.

I nie ma się zresztą co dziwić. Pomijając sprzyjające warunki atmosferyczne, otrzymałam od islandzkiej pisarki niezmierzoną porcję tajemnic, napięcia i niepokoju unoszącego się gdzieś wokół. Bo Statek śmierci to powieść naprawdę świetnie poprowadzona, odpowiednio przerażająca i naprawdę znakomicie osadzona w klimacie.

Historia rozpoczyna się w momencie, w którym do portu w Reykjaviku dobija luksusowy statek bez załogi i pasażerów. Zadaniem doskonale znanej fanom serii prawniczki Thory jest udowodnienie, że płynące statkiem małżeństwo z dwójką dzieci nie żyje. Ale jak rozwikłać zagadkę ich zniknięcia, jeśli nic nie wskazuje na to, by na pokładzie doszło do masowej tragedii? Być może prawdziwe są pogłoski, że rodzina zaszyła się na jakiejś wyspie i zamierza wyłudzić wysokie ubezpieczenie? Co w tym wszystkim oznaczają przerażające rysunki kobiecej postaci, znalezione w malowankach jednej z płynących statkiem dziewczynek? I dlaczego, do diabła, wokół unosi się zapach eleganckich kobiecych perfum? Ta historia do końca pozostaje najeżona tajemnicami i zagadkami, które niełatwo rozwiązać, a kiedy ostatecznie rozwiązanie nadchodzi, człowiek uświadamia sobie, że w ogóle nie chciałby go znać...

Historia biegnie dwutorowo. Naprzemiennie obserwujemy retrospekcje z rejsu oraz poczynania Thory. Raz powoli odkrywamy, co działo się z pasażerami statku po wypłynięciu z Lizbony, drugim razem śledzimy działania prawniczki, która - przy wsparciu policji i rodzin zaginionych - usiłuje odkrywać karty zagadkowej historii. Budowanie i stopniowanie napięcia wychodzi Sigurðardóttir znakomicie. Nieustannie zagryzałam nerwowo wargi, w napięciu wyczekując dalszego ciągu wydarzeń i aż do ostatnich stron zadawałam sobie mnóstwo pytań, jednocześnie snując najróżniejsze teorie odnoszące się do tego, co też stało się z załogą i pasażerami jachtu.

Powieść zawiera irytujące momenty przestoju, których obecność z czasem okazuje się jednak uzasadniona. Językowo stoi na poziomie dużo wyższym, niż czytana przeze mnie wcześniej Pamiętam cię, ale już nie zachwyca aż tak bardzo, jak mój pierwszy kontakt z autorką - Spójrz na mnie (która należy zresztą do najlepszych książek, z jakimi miałam w życiu styczność). Statek śmierci to naprawdę dobra powieść, która silnie oddziałuje na emocje czytelnika i potrafi zmrozić, ale też nie jest aż tak przerażająca, jak można by oczekiwać. Czułam przy niej spory niepokój, ale nie przeżyłam znów tego, co kiedyś - sennych koszmarów, dreszczy i pełnokrwistego przerażenia. A tego by mi było trzeba...

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.



literatura islandzka | recenzja | Yrsa Sigurðardóttir | literatura | recenzje książek

Pisarka islandzka, absolwentka inżynierii budowlanej na Uniwersytecie Islandzkim. Pracowała na budowie największej tamy w Europie (Karahnjukur).

Szwedzki tygodnik "Allas" nazwał autorkę nową królową powieści kryminalnej.

Yrsa jest zamężna i ma dwójkę dzieci. Na zaproszenie wydawnictwa MUZA SA autorka gościła w Polsce w 2008 r.

Źródła: foto | opis

9 czerwca 2013

Śmierć pięknych saren, Ota Pavel

Śmierć pięknych saren, Ota Pavel
Oryginał: Smrt' krásných srnců
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2011
Stron: 200
Gatunek: opowiadania
Kiedy sięgałam po tę książkę, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Mariusz Szczygieł reklamuje ją jako najbardziej anty-depresyjną książkę świata i podkreśla, że kupuje jej egzemplarze w hurtowych ilościach, by rozdawać znajomym. Być może ja o coś takiego nigdy się nie pokuszę, ale zdecydowanie zgadzam się z zachwytami nad niezwykłością opowieści Oty Pavla...

Autor był swego czasu wziętym dziennikarzem sportowym. Jego karierę przerwało - jak sam pisał - pomieszanie zmysłów. Pobyt w zakładzie zamkniętym (cóż, dla nas, dwubiegunowych, nie ma innej drogi), skłonił go do tworzenia. Tak powstały autobiograficzne zbiory opowiadań Śmierć pięknych saren, Jak spotkałem się z rybami oraz Jak tata przemierzał Afrykę. W przygotowanej przez Agorę kolekcji czeskiej literatury, znalazły się zebrane w jednym tomie dwa pierwsze zbiory. I oba traktują o rybach...

Ryby. To zadziwiające, jak wiele kolorytu mogą wnieść w ludzkie życie. Szczególnie w życie żydowskiej rodziny, borykającej się z wojenną rzeczywistością. Wydawać by się mogło, że skoro wojna, skoro obozy koncentracyjne i gestapo na ulicach, książka Pavla przepełniona będzie smutkiem i cierpieniem. Ale nie. Autor z dziecięcą wrażliwością i niespotykaną naiwnością kreuje swą wspomnieniową opowieść tak, by była barwna i fantazyjna. W Śmierci pięknych saren nie brak zatem humoru i groteski, a to, co straszne i okrutne, przybiera lekkie i kolorowe szaty, kreujące rzeczywistość na bardziej łagodną i znośną.

Pavel z niezwykłą czułością wspomina tatusiowe fanaberie i mamusiną cierpliwość czy braterskie utarczki. W jego wspomnieniach pojawiają się ci, z którymi spędzał czas, ci którym coś zawdzięczał oraz ci, dzięki którym musiał brać nogi za pas albo płakać. No i ryby, rzecz jasna.

Piękne i wyjątkowe są te opowieści Oty Pavla. Jego oswajanie brutalnej rzeczywistości i przedstawianie jej z dystansu, pomaga zauważyć, jak wielce nasz naród różni się od czeskiego. Podczas gdy my, Polacy, preferujemy uciemiężanie, pielęgnowanie okrutnych wspomnień i rozdrapywanie ran, Czesi wykpiwają to, co podsunął im los i unikając martyrologicznego bełkotu, potrafią żyć i cieszyć się życiem. I to właśnie ten dystans, te ryby i te przekształcone przez wyobraźnię wspomnienia, pomogły Pavlovi rozliczyć się z przeszłością i uczynić ją mniej... nieludzką.

A czyta się to wszystko świetnie. Bo jest i humor, i kpina, i dziecięca naiwność, i mnóstwo uroku. Jest kult życia, pielęgnowanie relacji międzyludzkich, szukanie radości w ulotnych, małych chwilach. No i są ryby. Każdy z nas powinien takie w swoim życiu odnaleźć...

Moja ocena: brak

literatura czeska | recenzja | Ota Pavel | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Book-Trotter' oraz 'Z półki'.

6 czerwca 2013

Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej), Pavol Rankov

Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej), Pavol Rankov
Oryginał: Stalo sa prvého septembra (alebo inokedy)
Wydawnictwo: Słowackie Klimaty
Rok wydania: 2013
Stron: 468
Mimo że swego czasu uczyłam się tego pięknego języka, jakim jest słowacki i mimo że kilka razy miałam na Słowacji okazję być, nigdy jeszcze nie zetknęłam się z tamtejszymi wytworami kultury. A już na pewno nie z literaturą. Nie wiedziałam zatem, czego spodziewać się po obsypanym nagrodami dziele Pavola Rankova. Teraz już za to wiem, co otrzymałam - przejmującą, mądrą historię, w której czarny humor przeplata się z ludzkim dramatem.

Bohaterów tej historii jest trzech - Węgier, Żyd i Czech - którzy we wrześniu 1938 roku postanawiają stoczyć bitwę o piękną Márię. Zwycięzca będzie mógł jako pierwszy spróbować podbić jej serce. Ale zwycięzcy nie ma. A czas pokazuje, że nieustanna utarczka najpierw o młode dziewczę, potem dorosłą kobietę, toczyć się będzie między nimi przez trzydzieści następnych lat.

Lata 1938-1968 to czarne karty w historii Czechosłowacji i Europy w ogóle. Polityczne zawirowania i narodowościowe podziały sprowadzą na trzech przyjaciół - Jana, Petera i Gabriela - całe pasmo nieszczęść, nieporozumień i niebezpieczeństw. Piękna Mária wciąż będzie obecna w ich życiu, ale czy można osiągnąć szczęście tam, gdzie zabija się ludzkie marzenia, gdzie hamuje się wolność jednostki i przerzuca obietnicami nie do zrealizowania?

Trudna rzeczywistość daje w kość wszystkim, którzy pojawiają się na kartach tej historii. Pavol Rankov przeplata ze sobą życiorysy przeróżnych osobowości - tych stojących po przeciwnych stronach barykady, tych walczących i tych biernych. Tych, którzy stracili życie przez system i tych, którzy poświęcili się ojczyźnie. Tych, którzy kiedyś byli dziećmi i tych, którym nie dane było dorosnąć...

To piękna i mądra opowieść. Niełatwa w odbiorze, bo najeżona polityką i rozczarowaniami, ale jednocześnie podszyta dużą dawką lekkości i humoru. Humoru czarnego i mocno specyficznego, ale w końcu humoru... Bez niego nikomu nie udałoby się oswoić tej okrutnej rzeczywistości.

Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) przypomina mi opowieści dla dużych chłopców. Nie twierdzę, że kobietom lektura ta nie przypadnie do gustu, ale specyficzny klimat, specyficzny humor i trudna tematyka nakazują mi dopisać ten tytuł do listy tych książek, które każdy mężczyzna przeczytać powinien. Gorąco do tego zachęcam!

Moja ocena: 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Słowackie Klimaty.


literatura słowacka | recenzja | Pavol Rankov | literatura | recenzje książek

Alice's Adventures in Wonderland, Lewis Carroll

Alice's Adventures in Wonderland, Lewis Carroll
Wydawnictwo: Sam'l Gabriel Sons & Co
Rok wydania: 1916
Stron: 48
Gatunek: dla dzieci, fantasy
Nauka angielskiego przy użyciu dobrze nam znanych bajek ma tyleż samo zalet, co i wad. Bo o ile dobrze czyta mi się dzieła, które znam, o tyle zapominam o pułapce, w jaką można wpaść, sięgając po tekst z XIX wieku. Słownictwo, jakim operował Lewis Carroll bywa przestarzałe i tak wysoce artystyczne, że wiele jest słowników, w których pewnych wyrażeń już nie znajdziemy. Ale udało się. Moje wyzwanie "czytam w oryginale" nareszcie jest kontynuowane, a bajka, która zaczęła ulatywać z moich wspomnień, na nowo odżyła w wyobraźni.

Źródło: gutenberg.org
Historię małej Alicji, która w pogoni za Białym Królikiem trafia do niezwykłej, pełnej dziwów i niesamowitych stworzeń krainy, przedstawiać nikomu nie trzeba. Podobnie jak to było w przypadku przytoczonej niedawno przeze mnie historii Królowej Śniegu, mamy tu do czynienia z klasyką klasyki gatunku i wszelkie zarysy fabuły czy próby wystawiania ocen są w tym miejscu całkowicie zbędne.

Co jest fantastyczne w Alicji w Krainie Czarów to to, że czytelnik nigdy na tę lekturę nie jest za stary. Są bajki i opowieści, których infantylność dostrzegamy dopiero z perspektywy czasu, a są też takie uniwersalne i ponadczasowe dzieła, w których znajdziemy coś dla siebie niezależnie od tego, czy mamy lat pięć, czy może pięćdziesiąt pięć. Lewis Carroll stworzył bowiem dzieło wyjątkowe i niezwykłe - takie, które dla dziecka będzie przyjemną bajką, a dla dorosłego fantastyczną przeprawą przez najeżone metaforami i symbolami opowieści.

Wydanie, z którym się mierzyłam, pochodzi z roku 1916 i wzbogacone zostało o kolorowe oraz czarno-białe ilustracje, wiernie oddające charakter książki. Choć i ta bajka broni się sama swoją treścią, z przyjemnością poznałam cudzą wizję tego, jak mogli wyglądać ci zdumiewający bohaterowie - Szalony Kapelusznik (The Mad Hatter), pan Gąsienica (Caterpillar) czy Marcowy Zając (The March Hare). Wspaniałe jest również obcowanie z dziełem oryginalnym, które pozwala porównywać własne tłumaczenie, z tłumaczeniami innych (różne wydania, proponują różne tytuły rozdziałów czy imiona bohaterów). Obym znalazła jeszcze wiele czasu dla literatury obcojęzycznej, wybór dostępnych w sieci dzieł jest naprawdę znakomity.

Moja ocena: brak

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań 'Pod hasłem', 'Z półki' oraz mojego małego czytania w oryginale :)

literatura angielska | recenzja | Lewis Carroll | literatura | recenzje książek

Komu stuknęła ćwiartka w tym roku?

Arkadiusz zapytał, czy nie chciałabym przedstawić swoich pięciu filmowych równolatków, czyli przyłączyć się do rozpowszechnionej ostatnio w blogosferze zabawy. Z reguły unikam tego typu rozrywek, ale ta jest wyjątkowa - nie dotyczy zdradzania swoich tajemnic czy odpowiadania na kolejne tendencyjne pytania, wzbudziła więc moje spore zainteresowanie. No bo wiadomo przecież, że lepiej dyskutować o sztuce i kulturze, aniżeli o sobie samej, prawda? Oto więc przed Wami pięć najbardziej znaczących dla mnie filmów, jakie powstały w roku 1988, czyli wtedy, kiedy przyszłam na świat.

Moje typy prezentują się następująco:

  • Willow, reż. R. Howard
    Najcudowniejsza baśń mojego dzieciństwa, która zachwyca mnie po dziś dzień. Barwna, ponadczasowa, piękna i wzruszająca. Nigdy nie byłam miłośniczką fantasy, ale takie produkcje jak ta, przekonywały i przekonują mnie, że warto poszerzać horyzonty.
  • Imagine: John Lennon, reż. A. Solt
    Ponieważ Beatlesi zajmują szczególne miejsce w moim sercu, z radością sięgam po wszystko, co się z nimi wiąże. Ponieważ Lennon to mój ulubiony chłopak z Liverpoolu, to właśnie Imagine jest jednym z tych beatlesowych dokumentów, który uwielbiam szczególnie
  • Książę w Nowym Jorku, reż. J. Landis
    Eddie Murphy to mój idol z dziecięcych lat. Razem z mamą przerobiłyśmy naprawdę pokaźną liczbę jego filmów - głównie starszych, obowiązkowo w klimatach komediowych. Teraz rzadko śmieję się przy komediach - tamte lata i tamte filmy z Murphym już zawsze wspominać będę z czułością.
  • Sok z żuka, reż. T. Burton
    To mój pierwszy film Burtona - już samo to sprawia, że na myśl o nim serce bije mi szybciej, a usta same składają się do uśmiechu. Nie wiem, ile mogłam mieć lat, kiedy go odkryłam, ale wiem, że właśnie dzięki temu filmowi zrodziła się we mnie miłość, która trwa do dziś.
  • Piłkarski poker, reż. Zaorski
    W takim zestawieniu nie mogło zabraknąć najważniejszej futbolowej opowieści z rodzimego podwórka. To jeden z tych filmów, którego ponadczasowość naprawdę mnie przytłacza...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Przyszło mi do głowy, że ciekawym dodatkiem do spisu równolatków byłoby przedstawienie również pięciu typów z muzycznego podwórka. W końcu nie film jest najbliższy memu sercu, a właśnie muzyka. W 1988 świat usłyszał o:

  • Tracy Chapman, Tracy Chapman, 05/04/1988
    Ulubiony utwór: Talkin' Bout A Revolution
    To, że przed wieloma laty pokochałam Tracy, zawdzięczam wyłącznie mojemu bratu. Uwielbiam jej głos, jej teksty, jej muzykę, charyzmę i osobowość. Niezwykła postać, która wciąż jest w Polsce mało popularna, a zasługuje naprawdę na niesamowitą sławę. Chociaż... Czy byłaby ona jej do czegokolwiek potrzebna?
  • Roxette, Look Sharp!, 19/10/1988
    Ulubiony utwór: Listen To Your Heart
    Kocham Roxette! Ta płyta była dla nich przełomową, dlatego bardzo cieszy mnie, że mogę ją przedstawić akurat w tak ciekawym rankingu. Nie potrafię sobie wyobrazić mojej muzycznej egzystencji bez tego właśnie albumu. Coś znakomitego!
  • Lady Pank, Tacy sami, 10/10/1988
    Ulubiony utwór: Mała Wojna
    To był czas, w którym ten jeden z moich najukochańszych rodzimych zespołów zaczął się zmieniać - mało rocka, więcej popu. Czas pokazał, że nie było to dobre posunięcie (nie lubię późnego wcielenia Lady Pank), ale ten album to kawał mojego życia i kawał dobrej roboty. Wciąż z wielką radością się w niego zasłuchuję.
  • Metallica, And Justice For All, 06/09/1988
    Ulubiony utwór: Dyers Eve
    Moje uwielbienie wobec Metalliki nie maleje od wielu lat, a ta płyta - choć wzbudza różne odczucia - należy do grona tych, które w dorobku zespołu lubię najbardziej.
  • KSU, Pod prąd, 31/12/1988
    Ulubiony utwór: Jabol Punk
    Ten zespół i ta płyta związane są z przełomowym okresem mojego życia, kiedy prawie z dnia na dzień porzuciłam dawne fascynacje i całym sercem pokochałam punkrocka. Punkrocka, który do dziś jest jednym z najważniejszych gatunków w moim świecie. Pierwszy album KSU to idealne dopełnienie tej listy. Nie mogło być lepiej!

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Z dodatkowych smaczków - kiedyś ogromną popularność zdobyła strona thisdayinmusic.com, prezentująca hity, jakie rządziły na listach przebojów w dniu naszych urodzin:

31 stycznia 1988

Wielka Brytania: I Think We're Alone Now, Tiffany (nawet wpada w ucho)
USA: Could've been, Tiffany (bardzo ładny utwór!)
Australia: Got My Mind Set On You, George Harrison (nareszcie 'coś mojego', hit ex-Beatlesa!)
Kanada: j/w (baaardzo mnie to cieszy!)
Niemcy: Always On My Mind, Pet Shop Boys (kocham!, kocham!, kocham!)

PS. Dowiedziałam się kiedyś, że 31 stycznia 1988 zmarł znany amerykański dziennikarz sportowy - Al Laney. Jako że wierzę w reinkarnację, długi czas uważałam, że jestem jego nowym wcieleniem. No cóż...

5 czerwca 2013

Siedem minut po północy, Patrick Ness

Siedem minut po północy, Patrick Ness
Oryginał: A Monster Calls
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Stron: 216
Gatunek: przypowieść
Bałam się tej książki od pierwszej chwili, kiedy się z nią zetknęłam. Umówmy się, czytanie czegoś tak zdumiewająco przytłaczającego za pośrednictwem telefonu komórkowego podczas meczu żużlowego i po nim, nie jest rozwiązaniem ani wdzięcznym, ani sensownym, ani godnym. Kiedy jednak znalazłam w swojej skrzynce pocztowej gotowy egzemplarz, od pierwszej strony zachwycający niesamowitą szatą graficzną, ani na moment nie pozwoliłam się od niego oderwać. I tak oto przeżyłam jedną z najdziwniejszych i najbardziej poruszających przygód literackich swojego życia.

Zarys tej opowieści zrodził się w głowie uznanej brytyjskiej pisarki, Siobhan Dowd, która wymyślonych przez siebie bohaterów nie zdążyła już uwikłać w zdarzenia, jakie dla nich przewidziała (w wieku 47 lat zmarła na raka). Jej pomysł - z niemałymi wątpliwościami - zrealizował Patrick Ness, autor bestsellerowej trylogii Chaos Walking (wkrótce w Polsce). Połączenie ich talentów i fantazji przyniosło w efekcie Siedem minut po północy - wspaniałą, zapadającą w pamięć przypowieść.

Mała próbka tego, co znajdziecie w środku

W historii tej pojawiają się potwory. Ale nie takie, jakich się spodziewamy. Pojawiają się dwie siostry - nadzieja i beznadzieja. Jest życie i jest śmierć, jest walka i poddawanie się. Godzenie się z losem i szukanie sprawiedliwości tam, gdzie jej nie ma. Wszystko to podane jest w formie quasi-horrorowej opowiastki dla dzieci. Poprowadzonej lekko i zręcznie, ale tematycznie ciężkiej, przytłaczającej i poruszającej, a przy tym przynoszącej oczyszczenie. Pełnej metafor i niezadanych pytań, pełnej niedomówień i nieudzielonych odpowiedzi.

Nietrudno o wzruszenie, kiedy styka się z tak boleśnie prawdziwą, emocjonalną i mądrą przypowieścią. Sama historia silnie porusza, a w otoczeniu niezwykłych rysunków Jima Kaya zyskuje bardziej mrocznego, ciężkiego i tajemniczego charakteru. To połączenie - piękna sztuki i piękna tekstu daje w efekcie książkę, nad którą długo będziecie dumać. Książkę, która nigdy nie ulotni się z Waszych umysłów. Książkę na całe życie.

Moja ocena: 10/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.


literatura angielska | recenzja | Patrick Ness, Siobhan Dowd | literatura | recenzje książek

Top 10: ulubione kanały telewizyjne

top 10 kreatywa

Znam wiele osób, które nie korzystają z telewizora, nie lubią telewizora i telewizję bojkotują, ale jednocześnie np. śledzą popularne seriale czy programy w sieci, a więc 'jakiś tam' kontakt z telewizją jednak mają. Sama rzadko zasiadam przed odbiornikiem, kiedy nie leci tam akurat sport albo gotowanie, ale z radością przedstawię Wam te kanały, które szczególnie lubię oglądać.

4 czerwca 2013

Robert Smith. The Cure, Richard Carman

Robert Smith. The Cure, Richard Carman
Oryginał: Robert Smith: The Cure and Wishful Thinking
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 248
Gatunek: biografia
Uwielbiam wszystko, co brytyjskie. Przede wszystkim futbol i literaturę, ale prawda jest taka, że to właśnie tamtejsza scena muzyczna jest w moich oczach najlepszą na globie (no dobra, 'scena' futbolowa również). W miłości do tego, co brytyjskie nie jestem może tak oddana i fanatyczna jak zwierz popkulturalny, ale jestem pewna, że naprawdę niewiele mi do niego brakuje. Dlatego też z ogromną radością chłonę każdą kolejną publikację związaną czy to z tamtejszym sportem, czy to filmem, czy muzyką właśnie. Ponieważ Roberta Smitha uważam za postać naprawdę wyjątkową, spodziewałam się, że w książce Richarda Carmana doczekam się godnej jego prezentacji...

...i nie doczekałam się. Albo inaczej - spodziewałam się czegoś zupełnie innego.

Autor snuje swoją opowieść z perspektywy oddanego fana zespołu The Cure i jego charyzmatycznego lidera, co mogłoby być całkiem trafnym zabiegiem, ale nie jest. Bo z jednej strony książkę czyta się dobrze i lekko - Carman nie sili się bowiem na sztywny, ekspercki ton, a jego wywody są pełne emocji i osobistych wrażeń. Z drugiej jednak - całkowicie brak tu jakichkolwiek śladów obiektywizmu. Ja, która sięgam po książkę jako miłośnik muzyki, nie zaś jako fanatyk Smitha, mam prawo czuć się tym faktem zniesmaczona. Bo o ile zabiegi tego typu są jak najbardziej uzasadnione np. w okolicznościowej biografii sir Alexa Fergusona, o tyle w przeciętnej, rzetelnej pozycji biograficznej są poważnym uchybieniem.

Pomijając stronę techniczną (drobne błędy i niedociągnięcia), styl pisania autora (nie każdy lubi kolokwialną opowiastkę, jaką może snuć kumpel przy piwie) i wspomniany wyżej brak obiektywizmu, fani The Cure nie powinni czuć się zawiedzeni tą książką. Richard Carman naprawdę solidnie nakreśla portret niebywałego artysty, jakim jest Robert Smith - opierając się tutaj nie tylko na działalności The Cure, ale również na innych projektach muzyka, jego życiu prywatnym oraz osobistych fascynacjach. To właśnie opowieści o inspiratorach Smitha i o tym, co działo się na brytyjskiej scenie muzycznej tamtych lat, zaciekawiły mnie najbardziej - Carman pozwala sobie w tym miejscu na liczne odniesienia, a pole jego zainteresowań okazuje się zdumiewająco szerokie.

Co zaś uznać można za najbardziej zachwycające w przedstawianej biografii, to analiza utworów, jakie wyszły spod pióra frontmana The Cure. To zresztą często wzbudza moje ogromne zainteresowanie w pozycjach biograficznych - poza samym twórcą, nie ma lepszego kandydata do wieloaspektowego i szerokiego przedstawiania danych treści niż ktoś, kto w danej tematyce czuje się wystarczająco dobry i kompetentny. Richard Carman w tej roli spisuje się znakomicie - doskonale i szczegółowo interpretując i analizując kawałki The Cure.

Roberth Smith. The Cure to idealna pozycja dla fanów artysty oraz dla tych miłośników muzyki, którym niestraszne są lekkie, ultrasubiektywne opowieści. Ja może nie dostałam tego, czego oczekiwałam, ale na pewno czasu spędzonego z Richardem Carmanem i "jego" Robertem Smithem nie żałuję.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura angielska | recenzja | Richard Carman | literatura | recenzje książek

2 czerwca 2013

Królowa Śniegu, Hans Christian Andersen | Vladyslav Yerko

Królowa Śniegu, H.Ch. Andersen
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok wydania: 2013
Stron: 33
Gatunek: baśń
Są takie baśnie, które znają wszyscy - i duzi, i mali. Baśnie, które na stałe wpisały się do kanonu najważniejszych, najpiękniejszych i najznamienitszych dzieł światowej literatury. Królową Śniegu stworzył w 1844 roku znakomity duński pisarz - Hans Christian Andersen, na twórczości którego wychowałam się ja, mój brat, moi przyjaciele, a i zapewne wielu z Was. Jest coś takiego w tych opowieściach, że one bronią się same. Posiadam wydania baśni Andersena, w których znajdziecie tylko słowa - ani jednego rysunku. Duńczyk tak cudownie snuł swoje opowieści, że wyobraźnia zawsze pracuje przy nich sama i żadne dodatkowe bodźce nie są jej potrzebne. Ale! Ale spójrzcie na to:


Nie ma większej doskonałości, niż kiedy spotykamy dzieło wspaniałe w treści, uzupełnione o godną, zapierającą dech oprawę. Wydawnictwo M udostępniło na naszym rynku dzieło bajecznie piękne - walczyłam z pokusą zaprezentowania Wam wszystkich trzydziestu paru stron tego niezwykłego wydania. O oprawę graficzną Królowej Śniegu zadbał w tym przypadku Vladyslav Yerko - laureat amerykańskiej nagrody Anderson House Foundation za najpiękniejszą książkę dziecięcą roku 2006, w 2002 uznany za najlepszego artystę według Moscow Review of Books, zdobywca m.in. Grand Prize Ukraińskiej Książki Roku 2000 za ilustracje właśnie do Królowej Śniegu. To wspaniałe, jak niepowtarzalnie pięknie dzieło może powstać, kiedy do baśniomistrza dołączy wspaniały artysta.

Dzień Dziecka już za nami, ale podarowanie komuś albo samemu sobie baśni, nawet bez okazji, zawsze jest strzałem w dziesiątkę. Bo baśnie są dobre dla wszystkich - i dla seniorów, i dla maluchów, i dla poważnych, i dla uśmiechniętych. Baśnie są dobre i na wieczór, i o poranku, i w sobotę, i w poniedziałek. A baśnie, które uzupełnia tak niesamowita oprawa, będą prawdziwym skarbem w każdej biblioteczce...

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu M.


literatura duńska | recenzja | Hans Christian Andersen | literatura | recenzje książek