28 lutego 2013

Busuu.com - opinia o portalu językowym

Kącik Językowy Kreatywa

Nadeszła pora na to, by przedstawić Wam kolejny ciekawy portal językowy - busuu.com. Jego nazwa pochodzi od języka, mającego swoje korzenie w Kamerunie i który twórcy portalu zapragnęli ocalić od zapomnienia.

27 lutego 2013

Rozmowy bez retuszu, Artur Barciś, Marzanna Graff

Rozmowy bez retuszu, Artur Barciś, Marzanna Graff
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok wydania: 2011
Stron: 220
Gatunek: wywiad
Co-za-książ-ka! Podczas lektury nieustannie miałam rozdziawioną buzię, a teraz siedzę oczarowana i napełniona niesamowitą energią. Bo ten wywiad rzeka z Arturem Barcisiem, to najlepsze, co pojawiło się w moim życiu od bardzo dawna.

Rozmowy bez retuszu potrafią napełnić czytelnika spokojem, nadzieją i radością. Są jak zastrzyk inspiracji, zaaplikowany w niewyobrażalnej dawce. "Myślę, że jestem żywym dowodem na to, że nigdy nie należy się załamywać. Nigdy nie wiemy, co nas czeka. Nigdy nie wiemy, czy to, co w danej chwili jest straszne i złe, kiedyś nie zamieni się w coś dobrego" - mówi pan Artur. Niby banał, a jednak kiedy natknęłam się na niego gdzieś pośrodku książki, poczułam się tak, jakby nagle spłynęła na mnie jakaś niedostrzegalna dotąd oczywistość. I nagle ten wspaniały aktor, który kiedyś był zahukanym chłopczykiem, pozwolił mi uwierzyć...

Uwierzyć w siebie. Uwierzyć w to, że będzie dobrze, że nie będzie tu więcej takich wpisów. Że mój mały bratanek, nawet jeśli zawsze będzie najmniejszy w klasie, osiągnie w życiu to, co sobie zamarzył (oczami wyobraźni widzę już, jak wszystkie jego choroby znikają, a on realizuje swój plan: "jak będę duży, będę pomagał mamie w pracy, popołudniami będę kierowcą przegubowca, a w wolnych chwilach fryzjerem" :)).

Artur Barciś był chorowitym chuderlakiem, najmniejszym dzieciakiem w całej szkole. Gdy aplikował na studia, brano go za czternastolatka ("O Boże, dziecko, przecież ty jesteś niedorozwinięty!"). Ale że był utalentowany i zdeterminowany - odniósł sukces. Bolesne porażki przeplatał z efektownymi wyczynami, co zaowocowało udanym małżeństwem, wspaniałą karierą teatralną i telewizyjną, a także sprawdzeniem się na wielu polach - jako aktor, recytator, śpiewak, reżyser a nawet... autor bajek!

Źródło: barcis.pl
Cudownie było przeczytać w Rozmowach bez retuszu o miejscach, które znam i kocham - moim miejscowym teatrze ("Teatr w Częstochowie jest bardzo ładny, ma piękną scenę, dużą przestrzeń..."), moim mieście i jego okolicach. Od zawsze czuję z panem Arturem więź, jako z człowiekiem związanym z Częstochową i ilekroć jeżdżę tramwajem (a tam częstochowianie zażyczyli sobie, by nazwy przystanków wyczytywał właśnie Barciś), nie mogę się nie uśmiechnąć. Zwłaszcza w sytuacjach, w których jest ze mną bratanek - idealnie naśladujący sposób mówienia bohatera Rozmów bez retuszu (naprawdę nie zliczę ile razy ktoś zaczepiał go w tramwaju mówiąc: "ślicznie, naprawdę mówisz tak jak ten pan")...

Rozmowa Marzanny Graff z Arturem Barcisiem to piękny przekrój życia aktora - od najmłodszych lat po dzień dzisiejszy. Poznajemy go prywatnie, gdy pozwala sobie na intymne wynurzenia i wspomnienia. Poznajmy zawodowo. Bardzo sobie te fragmenty ze świata aktora cenię - bo mnóstwo tu nazwisk, które znam i podziwiam, mnóstwo tytułów, do których lubię wracać, mnóstwo anegdot, wspomnień i opowieści zza kurtyny. Artur Barciś to wspaniały mówca - kokietuje, że za dużo tu niepotrzebnych słów, ale ja z ogromną chęcią przeczytałabym więcej takich emocjonalnych, barwnych i inspirujących historii. Bo to ciekawa, fascynująca osobowość, która posiada niesamowity dar opowiadania.

Polecam Wam Rozmowy bez retuszu z całego serca. Gdy chwyciłam tę książkę, momentalnie przepadłam. Dałam się oczarować i zabrać w niezwykłą podróż z niezwykłym człowiekiem. Człowiekiem, jakich dziś mało...

Moja ocena: brak

Jak wiadomo - książkom o tej tematyce ocen nie wystawiam. Ale przyznam szczerze, że to czołówka, jeżeli chodzi o wszelkie wywiady/rozmowy/wspomnienia.

Za książkę dziękuję wydawnictwu M.


literatura polska | recenzja | Artur Barciś, Marzanna Graff | literatura | recenzje książek

25 lutego 2013

Ogon Kici, Ewa Nowak

Ogon Kici, Ewa Nowak
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2013
Stron: 341
Gatunek: dla młodzieży
Seria "miętowa" to kawał mojego literackiego życia. Lubiłam ją jako nastolatka, lubię i teraz, choć wydawać by się mogło, że problemy, z jakimi borykają się młodzi bohaterowie Ewy Nowak nie mogą już w żaden sposób odnosić się do mojego życia. Te przypuszczenia nigdy się nie sprawdziły - poprzednie tomy zarówno bawiły mnie, wzruszały, jak i dawały cenną lekcję na każdy kolejny dzień życia. Tym razem stało się inaczej - nie bawiłam się już tak dobrze, infantylne dialogi i zachowania mocno mnie irytowały, a sama akcja nie porwała. Prawdopodobnie wszystko za sprawą męczącej głównej bohaterki i jej niezrozumiałych dla mnie wywodów.

Kicia jest instruktorem harcerskim, zdała właśnie do maturalnej klasy i chce spędzić najbliższe lato na obozie ze sprawdzonymi przyjaciółmi. Wszystko przebiegłoby zgodnie z planem, gdyby zupełnie przypadkiem nie poznała Dawida Kaliskiego, przyjaciela swojego ojca. Od ich pierwszego spotkania nic już nie płynie gładko i spokojnie. Zamiast na obóz harcerski Kicia jedzie na obóz surwiwalowy, wikła się w trudne i nieziszczalne uczucie. Szczęście przeplata się z rozgoryczeniem. Kicia będzie musiała zmierzyć się z przeszłością swojej rodziny i zmienić stosunek do wszystkich osób w swoim otoczeniu. Autorka zadaje czytelnikowi bardzo ważne pytanie: czy miłość beznadziejna ma jakikolwiek sens? A jeśli nie, to dlaczego jest aż tak pociągająca? Ogon Kici to powieść, którą powinna przeczytać każda młoda osoba myśląca, że panuje nad swoim życiem, uczuciami i przyszłością

Źródło: egmont.pl

Oczywiście, sam temat jest bardzo ważny - nastolatka fascynująca się dużo starszym mężczyzną to taka kwestia, która zawsze będzie "paląca" i na czasie, a z samymi bohaterami wielu osobom łatwo przyjdzie się identyfikować. Do tego w historię wplecione są ciekawe wątki - obóz surwiwalowy, rodzinne sekrety, miłosno-przyjaźniane rozterki itd. Autorka miała bardzo ciekawy pomysł na opowieść, przedstawiła nam wielu interesujących bohaterów i wiele wartych uwagi miejsc, ale postawiła na to, by większość książki stanowiły irytujące wywody wyjątkowo niedojrzałej Kici. Nie pomagają wstawki z Kaczmarskiego - peany zachwytu nad pewnym panem i nad samą Kicią przygniatają wszystko inne. Wszystko, co mogłoby w tej książce być dobre.

Mimo iż Ewa Nowak jest pedagogiem, jej powieści nie wydają się nachalnie przesycone dydaktyzmem, choć faktem jest, że mają nieść jasne przesłanie dla młodego, dojrzewającego czytelnika. Dlatego jej bohaterowie są tak autentyczni, a miejsca i problemy tak nam bliskie, tak aktualne, tak prawdziwe. Tym, za co lubię tę autorkę jest jej lekki, przyjemny w odbiorze styl. To kolejna pisarka, spod pióra której potrafią wyjść atrakcyjne językowo, a jednocześnie wystarczająco młodzieżowe słowa. Piękna polska mowa, bez przekleństw, która z powodzeniem trafia zarówno do młodszego, jak i starszego odbiorcy. Zazwyczaj strona językowa jest tylko jednym z wielu dobrych elementów powieści Nowak. Tym razem była niemal jedynym...

W każdej serii musi znaleźć się część słabsza i część lepsza. Również Ewie Nowak mogła przytrafić się książka poziomem odbiegająca od innych. Nie zmienia to mojego podejścia do tej autorki i do "miętowej" - warto po nią sięgać. Nie bez przyczyny porównywana jest do słynnej "Jeżycjady".

Moja ocena: 5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

literatura polska | recenzja | Ewa Nowak | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

Oscary 2013 - dlaczego znów żenująco?

Zarwana noc - była.
Łzy wzruszenia - odnotowano.
Wybuchy radości - obecne.
Irytacja - poziom maksymalny.

...czyli parę słów po oscarowej gali.

Źródło: film.interia.pl

Rozpocznę kulturalnie od przedstawienia listy laureatów Oscarów 2013:

Najlepszy film: Operacja Argo
Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Daniel Day-Lewis (Lincoln)
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Jennifer Lawrence (Poradnik pozytywnego myślenia)
Najlepszy aktor drugoplanowy: Christoph Waltz (Django)
Najlepsza aktorka drugoplanowa: Anne Hathaway (Nędznicy)
Najlepsza reżyseria: Ang Lee (Życie Pi)
Najlepszy scenariusz oryginalny: Quentin Tarantino (Django)
Najlepszy scenariusz adaptowany: Chris Terrio (Operacja Argo)
Najlepszy film nieanglojęzyczny: Miłość
Najlepsze zdjęcia: Claudio Miranda (Życie Pi)
Najlepszy montaż: William Goldenberg (Operacja Argo)
Najlepsza scenografia: Rick Carter i Jim Erickson (Lincoln)
Najlepsze kostiumy: Jacqueline Durran (Anna Karenina)
Najlepsza charakteryzacja: Lisa Westcott (Nędznicy)
Najlepsza muzyka: Mychael Danna (Życie Pi)
Najlepsza piosenka: Adele, Skyfall (Skyfall)
Najlepszy dźwięk: Simon Hayes i Andy Nelson (Nędznicy)
Najlepszy montaż dźwięku: Per Hallberg i Karen Baker Landers (Skyfall) oraz Paul N.J. Ottosson (Wróg numer jeden)
Najlepsze efekty specjalne: Bill Westenhofer, Guillaume Rocheron, Erik-Jan De Boer i Donald R. Elliott (Życie Pi)
Najlepszy pełnometrażowy film animowany: Merida Waleczna
Najlepszy krótkometrażowy film animowany: Paperman
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny: Sugar Man
Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: Inocente
Najlepszy krótkometrażowy film aktorski: Curfew

Jak widać, zabrakło większych zaskoczeń. Pod tym względem ceremonia okazała się mocno przewidywalna, co nie zmienia faktu, że z ogromnym przejęciem witałam na scenie Daniela Day-Lewisa, Jennifer Lawrence, Anne Hathaway, Christopha Waltza czy Quentina Tarantino, a spośród wręczających - obłędną Sandrę Bullock, Meryl Streep czy Michaela Douglasa. Najjaśniejszymi punktami sceny okazały się jednak inne persony - Barbra Streisand i jej The Way We Were oraz fenomenalna Shirley Bassey z piosenką z Goldfingera (obie prezentujące się równie zjawiskowo, co w swoich najlepszych latach).

To, o czym chciałam wspomnieć przede wszystkim, nie dotyczy jednak samej gali, a tego, co w związku z nią działo się w Polsce. Mianowicie: Canal+ (znów!) całkowicie zawalił relację! I obok czegoś tak żenującego nie można przejść obojętnie.

W studiu powitali nas krytyk filmowy - Tomasz Raczek oraz dziennikarka radiowa - Magdalena Miśka-Jackowska. Dobrali się idealnie - oboje marudni, oboje nieprzygotowani, oboje do bólu irytujący. "A dlaczego na czerwonym dywanie pytają o sukienki?", "...wtedy jeszcze była gruba (...) potem zastrzelili jej matkę", "za dużo śpiewają", "wszystkie są chude ... no, poza Adele!", "myślałam, że te śpiewy nigdy się nie skończą", "ona jest gruba", "gruba!", "grubaaaaaa" - i wiele innych w podobnym tonie. Na przyszłość ktoś musi tym ludziom wyjaśnić, na czym polega cały cyrk związany z Oscarami. Jeżeli ktoś uważa się za specjalistę, a nie rozumie dlaczego na czerwonym dywanie rozmawia się o kreacjach, dlaczego oprócz wręczania statuetek przygotowuje się również wszelkiej maści występy taneczno-muzyczne albo dlaczego obcokrajowcy mówią z takim, a nie innym akcentem, to ewidentnie jest z nim coś nie tak. I nie powinien pchać się gdzieś, gdzie wymaga się od człowieka kompetencji i odrobiny kultury.

Druga sprawa - lektor. Lektor, którego w Canal+ zazwyczaj można błyskawicznie wyłączyć, pozostawiając dźwięk oryginalny. Nie tym razem. Człowiek, który nie nadąża z tłumaczeniem, jąka się i zacina, totalnie źle tłumaczy kwestie - prawdziwy koszmar, szczyt absolutnej żenady. Jak cenię Canal+ bardzo, tak po tym dzisiejszym popisie mam ochotę wyrzucić dekoder za okno i domagać się zwrotu opłat za abonament przynajmniej za ostatnich dziesięć lat...

Na osłodę kilka ładnych akcentów z czerwonego dywanu (źródło):



Oglądaliście?
Wasze typy okazało się trafne?
Które z nagrodzonych filmów znacie i polecacie?

23 lutego 2013

Poradnik pozytywnego myślenia (Silver Linings Playbook)

Poradnik pozytywnego myślenia (Silver Linings Playbook)
reż. D. O. Russell • USA, 2012
Oto połączenie, które lubię - inteligentna komedia i pełnokrwisty dramat. Humor podszyty goryczą, smutek i zagubienie wymieszane z optymizmem i szczerością. Jest w tym filmie coś takiego, co sprawia, że człowiek uśmiecha się, choć cały czas ma świadomość, że to niewłaściwie. Bo gdzieś tam za tym wszystkim stoją prawdziwe dramaty. Czasem rozgrywające się wyłącznie w umysłach, czasem wypełzające na wierzch. Objawiające się gniewem, łzami, rozczarowaniem, strachem i niefrasobliwością. Wśród wszystkich tych trudnych do okiełznania emocji żyją oni - młoda wdowa i porzucony przez żonę pacjent szpitala psychiatrycznego. Próbują sobie pomóc, każde na swój sposób, efektem czego stają się narodziny dziwacznej przyjaźni...

O wyjątkowości tego obrazu stanowi przede wszystkim odarcie go z niepotrzebnej słodyczy. Relacja Pata i Tiffany jest surowa, niejednoznaczna, pełna skrajnych emocji. Co prawda twórcy filmu nie wystrzegają się banału i oczywistych rozwiązań, ale prawda jest taka, że od przewidywalnego zakończenia ważniejsza jest droga, jaką pokonują bohaterowie, zanim udaje im się osiągnąć wyznaczone sobie cele i dostrzec to, co wcześniej nie było dla nich oczywiste.

Źródło:  filmweb.pl

Poradnik pozytywnego myślenia otrzymał aż osiem nominacji do Oscara, z czego połowa dotyczy ról pierwszo- i drugoplanowych dla Jennifer Lawrence, Bradleya Coopera, Roberta DeNiro oraz Jacki Weaver. Co ważne - wyróżnienia te są jak najbardziej uzasadnione, bo to właśnie doskonale dobrana obsada aktorska czyni ten film tak znakomitym. To pierwsza tak przekonująca rola znanego z Kac Vegas przystojniaka, kojarzonego dotąd z raczej mało wymagającymi kreacjami. Genialnych ról DeNiro nie zliczę, za to wiem, że i tym filmem potwierdza on swą znakomitość. Jennifer Lawrence z kolei nigdy nie należała do moich ulubienic, ale wykreowana przez nią postać zwichrowanej Tiffany potrafi wyjątkowo poruszyć. Najmniejsze wyzwanie z całej czwórki stało przed Jacki Weaver, ale i ona ze swej postaci wycisnęła ile się dało i uczyniła ją na tyle charakterystyczną, że na długo zapada w pamięć.

Film Russella to przede wszystkim zapis trudnych relacji międzyludzkich. Szczególnie uderza specyficzna więź ojca z synem, która dzięki DeNiro i Cooperowi staje się maksymalnie poruszająca. W ich wspólnych scenach młody aktor dorównuje żywej legendzie światowego kina, co świadczy tylko o tym, jak duży potencjał w nim drzemie. Wystarczy tylko dostarczyć mu trudną, ciekawą rolę, a on postara się o pozytywne zaskoczenie.

Najtrudniej było mi uwierzyć w relację łączącą Pata i Tiffany. Ale nie względu na brak chemii między nimi, ale przede wszystkim przez wzgląd na dużą różnicę wieku pomiędzy aktorami (15 lat). Cały czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohater Coopera mógłby być ojcem swojej towarzyszki. Myślę, że - choć aktorsko Jennifer sprostała temu zadaniu - jej rola powinna przypaść w udziale dojrzalszej aktorce. Pod uwagę brane były m.in. Rooney Mara, Olivia Wilde czy Kirsten Dunst i sądzę, że każda z nich dodałaby szczyptę niezbędnej autentyczności do tej relacji. Niemniej, świeżość i specyficzna uroda Lawrence wniosły sporo do tego filmu, toteż nie uznaję obsadzenia jej w tej roli za decyzję złą czy mocno dyskusyjną.

A sam Poradnik pozytywnego myślenia polecam serdecznie. To dobrze opowiedziana historia, ze znakomitą muzyką w tle i naprawdę wyborną obsadą aktorską. Daje do myślenia, potrafi poruszyć i rozbawić. Takich filmów nam potrzeba!

Moja ocena: 8/10

22 lutego 2013

Serialomania - co oglądam w wolnym czasie

Ponieważ dopiero od dziś będę miała sposobność zająć się czytaniem książek, pomyślałam nad luźniejszym tematem, który od jakiegoś czasu chodził mi po głowie. Mianowicie nad odświeżeniem listy seriali, które oglądam w ramach szlifowania języka i które chciałabym Wam polecić. Z wpisu zeszłorocznego aktualny jest tylko jeden tytuł - Pamiętniki wampirów, które do dziś oglądam regularnie (pozostałe nie są już wyświetlane). Z kolei spośród wymienionych wówczas produkcji "do obejrzenia", zostałam regularną fanką Pretty Little Liars.


Stale oglądam


Pretty Little Liars
Polski tytuł: Słodkie kłamstewka
Opis: Serial opowiada o grupce nastolatek. Pewnego dnia jedna z nich ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Po roku reszta dziewczyn zaczyna dostawać dziwne wiadomości. Okazuje się, że dziewczyny ukrywają pewną tajemnicę...

Ekranizacja cyklu powieści Sary Shepard, o którym możecie przeczytać tutaj.
Długo docierałam się z tą serią. Najpierw jeden odcinek, parę miesięcy później drugi, trzeci, aż w końcu ciągiem pochłonęłam wszystkie dostępne odcinki i od grudnia niecierpliwie wyczekuję każdego kolejnego. Akcja jest pełna napięcia, bohaterowie są niegłupi, a miejscem, w którym żyją, naprawdę można się zafascynować. Lubię PLL za obsadę aktorską, ciekawą fabułę i genialne ciuchy, noszone przez żeńską część ekipy. Jedynym, co psuje mi humor podczas oglądania, jest zbyt duże odrealnienie - niestety, nie wierzę i nie chcę wierzyć w taki świat, w jakim żyją nasze bohaterki...

20 lutego 2013

Martin Gore. Depeche Mode, André Bosse, Dennis Plauk

Martin Gore. Depeche Mode, André Bosse, Dennis Plauk
Oryginał: Insight. Martin Gore & Depeche Mode
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: 213
Gatunek: biografia
Premiera: 06/03/2013
Pochodzi z miasta, które w dniu narodzin jego rodziców jeszcze nie istniało. Pożądanym członkiem zespołu stał się wyłącznie ze względu na posiadany syntezator. Przez długie lata cichy i nieśmiały, chował się gdzieś z boku sceny, by dzięki - teoretycznie fatalnym - zrządzeniom losu, niespodziewanie stać się najważniejszym ogniwem zespołu Depeche Mode, który m.in. dzięki jego pracy zyskał status kultowego. Poznajcie Martina Lee Gore'a - autora tekstów, wokalistę, DJa, ojca i fenomenalnego człowieka.

Powiedział w jednym z wywiadów, że fani kupują ich płyty nie ze względu na osobowość członków zespołu, a za sprawą ich tekstów i muzyki. Ze mną stało się odwrotnie - najpierw pokochałam jego i Gahana, i dopiero teraz jestem w stanie naprawdę rozkochiwać się w ich muzyce. Pomogły mi w tym, oczywiście, książki - poznana w grudniu biografia Dave Gahan. Depeche Mode i przeczytana w ostatnich dniach wielokrotnie książka, którą przedstawiam Wam w tej właśnie chwili.

Źródło: 101dm.pl
Kluczem do sukcesu pozycji biograficznej jest napisanie jej w na tyle zajmujący sposób, by nie nudziła zarówno wieloletniego fana (który z pewnością większość przytoczonych faktów już zna), jak i przypadkowego odbiorcy, lubującego się niekoniecznie w twórczości danego artysty, a przede wszystkim w samej muzyce. André Bosse i Dennis Plauk doskonale o tym wiedzieli, tworząc tę książkę, bowiem już od pierwszych stron czytelnik nabiera przekonania, że przeżyje znakomitą przygodę, zgłębiając tę lekko opowiedzianą, fascynującą historię.

Wiadomym jest, że nawet najlepiej napisana biografia okaże się klapą, jeśli jej bohater nie będzie interesującą postacią. Ale Martin Gore to barwna, złożona osobowość. Człowiek, który przeżył ogrom wzlotów i upadków. Człowiek, który długo szukał, eksperymentując z własnym wyglądem, co przyczyniło się do przylepienia mu łatki geja i transwestyty. Człowiek, który niewiele mówi przed kamerami, za to chętnie wyraża się w swoich utworach. To tam przeprasza dzieci za wyrządzoną im krzywdę, tam rozlicza się z kolegami i ze światem. Tam jest prawdziwym sobą.

Książka André Bosse i Dennisa Plauka oparta jest w przeważającej części na wywiadach, przeprowadzonych z członkami i współpracownikami zespołu oraz - przede wszystkim - z samym Martinem. To wokół nich zbudowana jest opowieść o wielkim człowieku, rozpoczynająca się od jego narodzin, kończąca na latach współczesnych. Po drodze relacjonująca przemianę człowieka z nieśmiałego nastolatka w muzyka, który potrafi skraść scenę wielkiemu Dave'owi Gahanowi.

Wraz z życiorysem Martina Gore'a splatają się losy jego kolegów z zespołu i bliskich, ale ważnym tłem tej publikacji jest również wiele nawiązań do świata kultury, polityki i muzyki. Autorzy nie odcinają biografii legendy od niezwykle istotnego otoczenia - przemian społeczno-politycznych w Wielkiej Brytanii czy Berlinie, od rozwoju sceny synthpopowej, krautrockowej czy popowej, jak również od źródeł inspiracji Gore'a i korzeni muzyki tworzonej przez Depeche Mode. To bardzo ważny, bogaty i interesujący element tej książki.

Ale tym, co naprawdę mnie w niej oczarowało (oprócz samego głównego bohatera, rzecz jasna), są dwa rozdziały - Małe podłości oraz Wchodząc nieufnie do mainstreamu, stanowiące analizę piosenek zespołu. Analizy tej podjął się dr Michael Ahlers z Uniwersytetu w Paderborn, który z zachwycającą dogłębnością wyciągnął z wybranych przez siebie kawałków (m.in. Wrong czy Everything Counts) to, co dla przeciętnego śmiertelnika jest niedostrzegalne. I nawet jeśli przytacza kilka niezrozumiałych pojęć muzycznych, to cały jego wywód jest zabójczo interesujący. Na tyle wręcz, że dzięki niemu mój odbiór piosenek Depeche Mode zmienił się całkowicie.

Biografia Martina Gore'a to sprawnie i lekko napisana, wciąż otwarta historia żywej legendy światowej sceny muzycznej. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów, ale i dla wszystkich tych, których fascynuje muzyczny świat. Czyta się tę książkę znakomicie, pełna jest ciekawostek, interdyscyplinarnych powiązań i mniej lub bardziej zabawnych anegdot, a także naprawdę fascynujących opowieści ze świata zamkniętego dla przeciętnego człowieka. Co warte odnotowania - Martin Gore. Depeche Mode stanowi znakomitą przeciwwagę czy nawet świetne uzupełnienie dla lektury Dave Gahan. Depeche Mode. Warto poznać spojrzenie obu muzyków na te same kwestie i warto poznać historię wielkiego zespołu z różnych perspektyw. Szczerze polecam!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura niemiecka | recenzja | André Bosse, Dennis Plauk | literatura | recenzje książek

Książkę kupicie w przedsprzedaży na empik.com.

18 lutego 2013

CRYSIS: Eskalacja, Gavin Smith

Ponieważ w ostatnim czasie kompletnie nie mam czasu na książki, a przy okazji otrzymałam egzemplarz recenzencki Eskalacji dla mojego narzeczonego, prezentuję Wam dziś kolejną gościnną recenzję. Udanej lektury!

CRYSIS: Eskalacja, Gavin Smith
Oryginał: Crysis: Escalation
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2013
Stron: 297
Gatunek: science fiction
Crysis: Eskalacja jest to zbiór opowieści science fiction, zrodzonych i ulokowanych w świecie przyszłości, wykreowanym przez twórców bardzo popularnej gry z gatunku FPS, pod tym samym tytułem.

Książka chaotycznie rozzrzuca nas w czasie od początków "powstania" głównych bohaterów w nanokombinezonach, po partyzanckie akcje, nieobecnych dotychczas w serii gier, ludzi. Pomimo pewnej nieliniowości fabuły i braku powiązań pomiędzy niektórymi wątkami, czyta się ją bardzo przyjemnie. Idealnie ukazuje świat bólu, zniszczenia, cierpienia, a także strachu z jakim spotykają się postacie. Dzięki temu stale towarzyszy nam melancholia, a w oczy uderza szara rzeczywistość niekończącej się wojny.

Bohaterowie Eskalacji są niezwykle wyraziści - posiadają oryginalne, odrębne charaktery, mają swoje własne lęki i słabości. Walczą nie tylko z przeciwnikiem w postaci obcej rasy zwanej Cepidami, czy też monopolistyczną organizacją CELL, ale także z samymi sobą.

W każdym opowiadaniu dostrzeżemy coś innego. Różne, nierzadko zaskakujące, zakończenia rozdziałów pozwalają nam na ciągłe przeżywanie akcji, na nieustanne poszukiwanie czegoś wartościowego i sensownego w całym zarysowanym konflikcie. Ciekawy rozwój akcji i jej niesamowity dynamizm oraz dramaturgia, wciągają do tego stopnia, że ciężko jest pomyśleć o kolejnym łyku herbaty czy jakimkolwiek posiłku w czasie lektury. Jednymi słowy, fabuła jest niezwykle bogata, zaskakująca, a miejscami nawet wzruszająca, ale obawiam się, że tylko dla znawców tematu i miłośników serii gier, pomimo tego, że stanowi dobre wprowadzenie do świata Proroka, Psycho i Alcatraza.

Śmiało mogę polecić książkę każdemu, kto lubi przenosić się w przyszłość w klimacie science fiction, ogarniętą brutalną wojną, a tym bardziej fanom Crisisa i nanokombinezonów.

Moja ocena: 8/10
Za książkę dzięku(jemy) agencji AIM Media.

literatura angielska | recenzja | Gavin Smith | literatura | recenzje książek

15 lutego 2013

O promocjach i rabatach...

shutterstock.com
Wszyscy kochamy zakupy. Nie zaprzeczajcie – przecież dobrze wiem, jaką radość dają Wam nowe książki na półkach. W czasach, w których musimy na wszystkim oszczędzać, wielu z nas przeistoczyło się w łowców okazji, bo nic tak nie kusi (i nie uspokaja sumienia), jak solidny rabat. Nie zawsze wszystkie korzystne oferty do nas docierają – wyobraźcie sobie, do ilu newsletterów musielibyśmy się zapisywać, żeby być na bieżąco ze wszystkimi interesującymi promocjami. Dlatego właśnie lubię wszelkie udogodnienia i uproszczenia – oszczędzają czas, nerwy i energię.

Takim właśnie „ułatwiaczem sprawy” może być serwis CupoNation, który oferuje przeróżne kody rabatowe i informuje o promocjach. Coś dla siebie znajdują tutaj m.in. aktywni (dział sport), ciekawi świata (podróże i wakacje), ukulturalnieni (książki, film, muzyka), modni (odzież i akcesoria) czy… wygodni (usługi). Niezależnie od tego, w jakiej kategorii lubują i odnajdują się poszczególni użytkownicy serwisu, łączy ich z pewnością jedno – są oszczędni i dobrze wiedzą, że im więcej rabatów namierzą, tym więcej mogą kupić :)

Ponieważ nie mam zamiaru polecać czegoś, czego sama nie znam, przyznam się Wam szczerze, że w ostatnim czasie trochę kuponów rabatowych z CupoNation wykorzystałam. W czołówce najpopularniejszych sklepów, znajduje się tam Empik (który przy solidnych zniżkach jest wart odwiedzania), a jedną z ulubionych promocji użytkowników jest ta, dotycząca serwisu fiszki.pl - internetowe kursy językowe, kursy audio i na telefon, papierowe fiszki od wydawnictwa Cztery Głowy. To jest coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę.

Tym, co mnie przyciągnęło najbardziej, są oferty promocyjne do Europejskiej Szkoły Kształcenia Korespondencyjnego (ESKK). Miałam z tą firmą do czynienia przy okazji kursu dziennikarstwa oraz języka angielskiego, a teraz mocno kusi mnie ich oferta, dotycząca innych języków obcych. Wybrany przeze mnie kupon upoważnia do zakupienia kursu po naprawdę wyjątkowo niskiej cenie. Niewykluczone, że już wkrótce na mej półce pojawi się kolejny segregator ESKK.

Zachęcam Was do własnych poszukiwań na stronie CupoNation. Oferta jest naprawdę bogata i różnorodna – od kosmetyków, gadżetów i ubrań, przez zabawki, książki i sprzęt sportowy, po lokaty, zagraniczne podróże i kursy. Warto żyć oszczędniej i korzystać z serwisów, które wydawanie pieniędzy czynią mniej bolesnym ;)

13 lutego 2013

Nieulotne (2013)

Nieulotne
reż. J. Borcuch • Polska, Hiszpania, 2013
Oto film z rodzaju tych, które docenia krytyka (o czym świadczy wyróżnienie na festiwalu Sundance czy fala pozytywnych recenzji), a które przeciętny widz wciska do szuflady z etykietą "nuda" i "aleosochozi?". Nie żebym stawiała się na równi z krytyką czy czuła lepsza od przeciętnego widza, ale faktem jest, że wizja Jacka Borcucha naprawdę mnie przekonała. Bo Nieulotne to film wyjątkowy, refleksyjny, operujący obrazem i symbolem, gdzieś ma margines spychający dialog. Słowa są tu zbędne - liczą się gesty i emocje, metafory, obrazy i dźwięki.

Film Borcucha to piękna, subtelna, głęboka wizja tego, jak dojrzewać mogą miłość, zrozumienie i przebaczenie. Jak dojrzewać mogą ludzie i relacje ich łączące. Jedna decyzja, jedno zdarzenie, jeden gest - to wszystko może pociągnąć za sobą całą lawinę dramatycznych zdarzeń. "On skoczył, ja go tylko trzymałam za rękę" - tak wszystko się zaczyna. Najpierw sielanka, później pierwsza rysa na idealnym szkle, a u kresu - dramat goniący dramat.

Nieulotne to obraz powalający naturalnością i świeżością. Mamy tu szalenie zdolnego Gierszała (Sala samobójców) i ultraautentyczną Berus (Bejbi Blues), a między nimi iskry, emocje i - gołym okiem zauważalne - napięcie. Jacek Borcuch wie, jak wyeksponować prawdę, młodość i naturalność, których próżno szukać w wielu współczesnych tworach. Dlatego jego bohaterom tak łatwo uwierzyć, tak łatwo ich zrozumieć, tak łatwo wejść w ich skórę...

Mnogość symboli i metafor, obecnych w wizji Borcucha, pozwala na swobodną interpretację czynów i zachowań bohaterów. Wiele tu niedopowiedzeń, wiele pauz i chwil na zadumę. Łatwo zatracić się w tym obrazie, łatwo zostać przygniecionym solidną dawką najróżniejszych, często skrajnych, emocji. Idealnym zwieńczeniem całości jest otwarte zakończenie, skłaniające do snucia przemyśleń i stawiania pytań. Prowokujące do tego, by jeszcze w kilka godzin po seansie żyć życiem bohaterów, oddychać ich powietrzem i rozprawiać nad sytuacją, w jaką wplątało ich życie...

Nieulotne to połączenie pięknych zdjęć ze znakomitą muzyką, doskonałą grą aktorską i całkiem niezłym scenariuszem. To naprawdę bardzo dobry film. Tylko dla myślących. Szukasz zawrotnej akcji i oczywistych podpowiedzi? Zapukaj do innych drzwi.

Moja ocena 8/10

10 lutego 2013

Lewa strona życia, Lisa Genova

Lewa strona życia, Lisa Genova
Oryginał: Left Neglected
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Stron: -
Gatunek: psychologiczna
Premiera: koniec lutego
Lisa Genova staje się moją mistrzynią prozy ważnej, poruszającej, pięknej i znakomitej. Po fenomenalnym Motylu - jednej z najlepszych książek, jakie czytałam w poprzednim roku (recenzja) i w ogóle w całym życiu, spodziewałam się, że i tym razem przeżyję pełną wzruszeń przygodę. Nie zawiodłam się - Lisa Genova wciąż zaskakuje i porusza.

W Lewej stronie życia autorka odmalowuje obraz codzienności przeciętnego człowieka XXI wieku. Pogoń za pieniądzem, sukcesem, godnym życiem. Ciągłe działanie pod presją, nieustanne przyssanie do komputera, komórki, konsoli czy iPhone'a, brak czasu na przyjemności i życie rodzinne. W takim świecie egzystuje Sarah - żona odnoszącego sukcesy męża, matka trójki dzieci, ultrawydajna pracownica gigantycznej korporacji. Ona nie znajduje czasu na wzięcie głębszego oddechu, literaturę, ploteczki z przyjaciółkami czy urlop z rodziną. To los decyduje za nią, że nagle to, co było priorytetem, usunie się na margines jej codzienności. A Sarah odkryje to, co naprawdę w życiu ważne...

To, co naprawdę w życiu ważne - cóż za banał. W literaturze znajdziemy całe mnóstwo przykładów bohaterów, w których zachodzą zdumiewające zmiany pod wpływem chorób, wypadków czy innych boskich zrządzeń. Poruszających historii o podobnym charakterze nie brakuje. A jednak Lisa Genova i jej bohaterka okazują się wyjątkowe. Nie ma tu zbędnego patosu, nie ma cudów i nieuzasadnionych łez. Za to jest silna kobieta, są prawdziwe przeszkody, wspaniały przekaz i przemiana, której nie nazwiemy "nagłą" czy "cudowną". Bo jest w tym wszystkim pewna surowość i uzasadniona powolność. Choć Sarah nigdy nie irytuje i nie odznacza się wybitnie złą postawą, to jej niespieszna przemiana okazuje się wyraźna i niesamowicie poruszająca, a przy tym odarta jest z banału czy schematu typowego dla łzawych historyjek o ludziach, których musi dotknąć coś złego, by dostrzegli błędy przeszłości i wyciągnęli wnioski z poniesionych kar.

Lewa strona życia jest jedną z tych powieści, obok których nie można przejść obojętnie. Autorka kolejny raz przedstawia ważny, choć tym razem mniej popularny, problem medyczny. Poświęciła wiele czasu na zgromadzenie odpowiednich materiałów, przeprowadziła wiele rozmów z chorymi i lekarzami, do tego wplotła w swą opowieść obrazy prawdziwych instytucji, pomagających potrzebującym. To wszystko sprawia, że powieści stają się jej misjami i niosą za sobą coś więcej, niż tylko silny przekaz emocjonalny.

Jeżeli ujął Was Motyl Lisy Genovy, z pewnością nie zawiedzie Was Lewa strona życia. Koniecznie wypatrujcie premiery.

Moja ocena: 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.


literatura amerykańska | recenzja | Lisa Genova | literatura | recenzje książek
Amerykańska autorka oraz doktor nauk medycznych w dziedzinie neurobiologii.

Jest autorką jednego z najbardziej spektakularnych debiutów w historii literatury. Wydana przez nią własnym sumptem książka „Motyl”, opowiadająca przejmującą historię kobiety zapadającej na chorobę Alzheimera, w krótkim czasie zdobyła serca czytelników czytelników w Stanach Zjednoczonych i przez ponad pół roku gościła na najbardziej prestiżowej liście bestsellerów New York Timesa.

Lisa Genova jest felietonistką stowarzyszenia National Alzheimer's Association. Mieszka z rodziną w Massachusetts.

Źródła: foto | opis

6 lutego 2013

Myśli i anegdoty, Salvador Dali

Są ludzie nie dość inteligentni, aby mieć zdanie na każdy temat. Ja do nich nie należę.

Myśli i anegdoty, Salvador Dali
Oryginał: Pensées et Anecdotes
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2003
Stron: 182
Ach, ileż uciechy może dać jedna, mała książeczka! Do Myśli i anegdot sięgam od czasu do czasu już kilka lat. Nic tak nie działa dobrze na człowieka, jak zdrowa porcja narcyzmu, inteligencji i humoru. Pomyślałam ostatnio, że pozytywnym kopniakiem będzie dla mnie przeczytanie książki Dalego od deski do deski, jak to robiłam w czasach liceum. I oto znów czuję się tak, jakby spłynęła na mnie energia geniuszu...

Jaki był Salvador Dali, każdy wie. Genialny, egocentryczny, zabójczo inteligentny, wszechstronnie uzdolniony, ironiczny i piekielnie interesujący. Takie też są jego książki, a już uwielbiane przeze mnie Myśli i anegdoty szczególnie.

Książka podzielona została na pięć części:
- Myśli - zawierające krótsze i dłuższe wypowiedzi i złote myśli artysty.
- Tytuły niektórych dzieł dalijskich, czyli np. Dłoń Dalego odsuwająca Złote Runo w kształcie chmury, aby pokazać Gali nagą zorzę bardzo daleko za słońcem lub Zwykły chleb francuski z dwoma jajkami sadzonymi bez talerza, konno, usiłujący zgwałcić miękisz chleba portugalskiego.
- Za i przeciw - tabelkowe wyszczególnienie poglądów Dalego.
- Ekscentryczny Dali - kilkanaście straszno-śmiesznych historyjek z życia malarza.
- Dali News - pastisz pisma "Daily News", w którym Dali wciela się w najróżniejsze role, dyskutując z sobą i o samym sobie.

Całość wzbogacają unikalne, niepublikowane grafiki artysty.

Źródło: itezone.pl

Obok książek takich jak ta, nie da się przejść obojętnie. Myśli i anegdoty stanowią niezwykły zbiór mądrości, które napełniają dobrą energią i bawią, przytłaczają inteligencją i swoją unikatowością. Dali był człowiekiem, którego trudno wsadzić w jakiekolwiek ramy. Jego ekscentryzm, ironiczność i specyficzne poczucie humoru mogą odrzucać i bulwersować, ale również zachwycać. Ja stoję po tej stronie barykady, którą okupują miłośnicy talentu i osobowości największego surrealisty w historii świata.

A Was gorąco zachęcam do lektury. Chciałabym, aby wszystkie książki tak na mnie działały...

Moja ocena: brak

literatura hiszpańska | recenzja | Salvador Dali | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Pod hasłem', 'Book-Trotter' oraz 'Z półki'.

Profesor Marco: Intensywny kurs dla początkujących

Kącik Językowy Kreatywa

Oto nastały piękne chwile, w których zainteresowałam się nowym językiem. Sytuacja była prosta - moja językowa fascynacja (angielski, hiszpański, słowacki) sprawiła, że Marcin zapragnął nauczyć się włoskiego, a kiedy tak uczył się pełen zachwytu, ja chwyciłam za jeden z intensywnych kursów, dostępnych na platformie multikurs.pl. No i spodobało mi się, ot co!

5 lutego 2013

Bezlitosne. Pretty Little Liars, Sara Shepard

Bezlitosne. Pretty Little Liars, Sara Shepard
Oryginał: Ruthelss
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Stron: 360
Gatunek: literatura młodzieżowa
Dziesiąty tom, łał! To zadziwiające, ile zapału i wyobraźni ma w sobie Sara Shepard, która swoimi powieściami wciąż bawi, absorbuje i zaskakuje. Bezlitosne z czystym sumieniem zaliczę do grona najlepszych tomów serii - bo był nie tylko ciekawy i pełen emocji, ale przede wszystkim zdumiewająco dojrzały.

Nigdy nie sądziłam, że w bohaterkach Pretty Little Liars dostrzegę aż tak daleko idące zmiany. Zawsze zdawało mi się, że ich konstrukcjom psychicznym brakuje nieco logiki i prawdziwości, ale teraz nareszcie dostałam prawdę - dziewczyny zaprowadzone zostały na skraj szaleństwa. I to jest szaleństwo, w które wierzę, bo bagaż doświadczeń, jaki każda z nich dźwiga na plecach, nawet najtwardszych przytwierdziłby kiedyś do ziemi.

Wiele dzieje się w tym tomie - autorka wprowadza na scenę kilka nowych, znaczących postaci i wplątuje je w całe mnóstwo elektryzujących zdarzeń. Dlatego właśnie czytelnik nieustannie trwa w napięciu. Nieustannie doświadcza najróżniejszych emocji... Trudno uwierzyć, że historia, która rozgrywa się na kartach tak wielotomowej serii nadal trzyma poziom, nie nuży i jest w stanie zaskoczyć. Ale taka właśnie jest rzeczywistość - zadziwiająca...

Oczywiście, bywały w Bezlitosnych momenty zbyt oczywiste, zbyt przerysowane, pozbawione sensu, ale taka już jest domena Pretty Little Liars - niełatwo uwierzyć w świat Arii, Spencer, Hanny i Emily. To nie jest rzeczywistość, jaką znamy z autopsji - raczej mocno podrasowana fantazja, której trudno się oprzeć. Właśnie to stanowi o uroku powieści Sary Shepard - niby wczuwamy się w przeżycia bohaterek, niby fascynujemy się ich światem, ale tak naprawdę odczuwamy bezpieczny dystans. Pielęgnujemy przekonanie, że takie coś nie mogłoby zdarzyć się nam - teraz, dzisiaj, tutaj. Stąd to poczucie bezpieczeństwa, które co jakiś czas przerywa niepokój. W końcu któż z nas nie ma czegoś na sumieniu, jak nasze drogie Kłamczuchy?

Uważajcie, ten świat porywa bez reszty...

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

literatura amerykańska | recenzja | Sara Shepard | literatura | recenzje książek

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii „Pretty Little Liars" oraz „The Lying Game" stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

Źródła: foto | opis

Książki przeczytane w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

4 lutego 2013

Łowcy milionów. Dekalog przedsiębiorcy, Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński

Łowcy milionów. Dekalog przedsiębiorcy, Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński
Wydawnictwo: Agora oraz Ernst&Young
Rok wydania: 2012
Stron: 296
Gatunek: wywiady
Zdaniem mojego nauczyciela przedsiębiorczości, byłam w latach licealnych odbierana jako osoba najbardziej przedsiębiorcza w całej szkole. Od tamtej pory zamknęłam w szufladzie kilka pomysłów na biznes, które pozwoliłby mi wyrwać się z bagna, w jakim tkwię, jako bezrobotna absolwentka polonistyki/animacji kultury. Mam zresztą przeczucie, że niebawem znów ujrzą one światło dzienne, żebym nie musiała już dłużej liczyć na przychylność częstochowskich firm i instytucji kultury. Zarysowuję ten obraz nieprzypadkowo, chciałam bowiem uzasadnić, dlaczego z ogromnym przejęciem podeszłam do publikacji Łowcy milionów, zawierającej wywiady z właścicielami największych polskich firm.

Mówi się, że milionerzy na pewno dorobili się na kradzieżach i układach, są dobrze urodzeni i mają plecy. Tymczasem rozmówcy Leszka Kostrzewskiego i Piotra Miączyńskiego udowadniają, że po prostu mają w sobie coś, co nazwałabym genem łowcy albo zwyczajną smykałką. Potrafią wyprzedzać innych już na starcie, ryzykować i inwestować w coś dotąd nieznanego, budować od podstaw marki, które dziś znają miliony. Zebrane w książce wywiady, to nic innego, jak najprawdziwsza szkoła biznesu. Składają się na nią wspomnienia nie tylko spektakularnych wzlotów, ale i głośnych upadków, bo zanim czołowi polscy przedsiębiorcy wdrapali się na swoje szczyty, po drodze wiele razy błądzili. To właśnie na ich błędach ma uczyć się czytelnik. Od nich też ma czerpać inspirację i pozytywną energię, której tytułowi łowcy milionów naprawdę nie skąpią...

Sławę (i majątek) zdobyli dzięki butom, grom komputerowym, czasopismom i książkom, farbom, rowerom, szkolnictwu czy logistyce. A raczej: nie dzięki nim, a na nich. Bo sukces każdy z panów (niestety, w zestawieniu nie pojawiły się żadne kobiety) zawdzięcza przede wszystkim własnemu uporowi, odwadze i umiejętnościom. Na pewno również korzystnym warunkom, jakie gwarantowała odpowiednia pora na otwieranie wielkiego biznesu...

Właściciele/założyciele takich marek, jak: PKM DUDA, Fakro, CD Projekt Group, Grupa Maspex Wadowice, Śnieżka, CCC, Wyższa Szkoła Biznesu - National-Louis University, Grupa Raben, Kross, Winkowski opowiadają o tym, co uczyniło ich tak dobrymi przedsiębiorcami. Wspominają swoje największe porażki i dylematy, udzielają rad i wskazówek. Ich pasje, cele, ideologie są tak fascynujące, że z pewnością każdy z Was po lekturze Łowców milionów poczuje się zainspirowany do działania i pozytywnie nakręcony.

Szczerze przyznaję, że to jedna z najciekawszych publikacji, z jakimi stykałam się od lat. Opowiada o ludziach takich jak my, nasi rodzice i dziadkowie. O ludziach, którzy osiągnęli sukces na gruncie polskim. Którzy mają wpływ na większość z nas, na społeczności, w których żyją, na ludzi, których obsługują. Wspaniała jest możliwość poznania ich wskazówek i sekretów. Kto wie, być może ktoś, kto dziś sięgnie po Łowców milionów za jakiś czas sam będzie udzielał inspirujących wywiadów? Życzę tego każdemu z Was, kto ma zamiar wziąć sprawy w swoje ręce i być samemu sobie szefem.

A książkę polecam bardzo, naprawdę. Bo to pouczająca, interesująca i naprawdę fascynująca lektura.

Moja ocena: brak
Choć gdybym wystawiała oceny tego typu książkom, ta uplasowałaby się na szczycie :)

Za książkę dziękuję wydawcy - Ernst & Young.

Drive, James Sallis

Drive, James Sallis
Oryginał: Drive
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2012
Stron: 208
Gatunek: czarny kryminał
Rzadko mam do czynienia z powieścią kryminalną noir, ale jeżeli Drive Sallisa jest solidnym reprezentantem gatunku, bardzo chętnie sięgać będę po niego częściej. Może nie są to moje klimaty, ale jest coś takiego w dusznej atmosferze czarnego kryminału, co sprawia, że nie sposób się od niego oderwać.

Drive to powieść (powiastka? nowela?) niełatwa w odbiorze, specyficznie splątana i okrutnie mroczna. Są spelunki i ciemne interesy, leje się krew, sypią przekleństwa. Brakuje wyraźnego podziału na dobrych i złych, happy end nie nadchodzi, na bohaterów czyhają najróżniejsze niebezpieczeństwa, a atmosfera jest wybitnie niepokojąca. W tym wszystkim mamy głównego bohatera - Kierowcę - którego strzępki życia zarysowują poszczególne rozdziały (rozdzialiki?) książki. Odnalezienie się w tym labiryncie retrospekcji i wspomnień jest naprawdę niełatwe - raz przenosimy się do dziecięcych lat bohatera, innym razem do jego ostatniej akcji, a jeszcze innym do początków jego kariery. Akcja biegnie niespiesznie, jest splątana i mało porywająca.

Sekretem tej książki jest specyficzny, duszny i mroczny klimat. Zainteresowanie podkręca przede wszystkim przewijający się gdzieś w tle wątek kryminalny, ale tak naprawdę całość nie wypada wybitnie. Być może spowodowane jest to kompletnym brakiem dynamiki, być może naprawdę zawiłą fabułą, którą - tak po prawdzie - nawet fabułą nazywać nie można, bo na Drive składa się kilkanaście strzępków luźno powiązanych ze sobą zdarzeń. Co by to nie było, sprawia, że powieść Sallisa czyta i rozgryza się dosyć topornie, efektem czego jest totalny braki sympatii czytelników. Zwłaszcza tych, którzy przed lekturą mieli okazję podziwiać ekranizację z Ryanem Goslingiem w roli głównej.

Do czego przekonała mnie powieść Drive? Na pewno do sięgania po czarne kryminały. Na pewno do obejrzenia filmu, tak podziwianego przez wielu blogerów. I być może również do przeczytania kontynuacji, zatytułowanej (ależ zaskakujące!) Kierowca.

Moja ocena: 7/10

literatura amerykańska | recenzja | James Sallis | literatura | recenzje książek

Książka zaliczona do wyzwania 'Pod hasłem'.

3 lutego 2013

Paw królowej, Dorota Masłowska

Paw królowej, Dorota Masłowska
Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża
Rok wydania: 2005
Stron: 155
Jest coś w tej Masłowskiej, że odkąd ją wreszcie polubiłam, mam ochotę do niej wracać i odkrywać to, czego nie dostrzegałam przed laty.

Kiedy Paw królowej pojawił się na rynku, miałam 17 lat. Etap jazdy na desce i rymowania miałam już za sobą, ale ponieważ to właśnie wtedy hip-hop był jednym z najważniejszych elementów mojego świata, z ogromną ciekawością podeszłam do powieści stylizowanej właśnie na piosenkę hip-hopową. Nie potrafiłam wówczas czytać między wierszami i dostrzegać ukrytych w Pawiu królowej smaczków, ale dziś, kiedy mam za sobą pracę badawczą, poświęconą twórczości Masłowskiej i wreszcie nabrałam do autorki sympatii - jest lepiej.

Jest lepiej, co oznacza, że niezrozumiałej kiedyś przeze mnie Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną zamierzam w najbliższym czasie ponownie dać szansę.

Ale dziś miało być o Pawiu..., więc ad rem: ktoś powie, że to afabularny bełkot, epatujący brzydotą, kpiący ze wszystkiego i wszystkich i pewnie bardzo daleki od prawdy nie będzie. Bo rzeczywiście druga powieść Masłowskiej to twór specyficzny, niełatwy w odbiorze i na swój sposób brutalny. Brutalny, bo z niesłychaną bezwzględnością wykpiwa naszą rzeczywistość. Prawie dekada minęła, a Paw królowej ani trochę nie stracił na aktualności - to dopiero przykre. Co więcej - myślę, że w swej ironicznej gadce autorka mogłaby dziś pójść o wiele dalej. Bo raczej w tej naszej Polsce gorzej, niż lepiej...

Paw królowej zasadniczo nie ma żadnej sensownie zawiązanej fabuły - ot, najróżniejsi bohaterowie stykają się ze sobą i żyją każdy swoim pokręconym życiem. To, co zwraca uwagę, to ich problemy, rozmowy i codzienność, przedstawione za pośrednictwem ironicznego hip-hopowego tworu, wychodzącego z ust MC Doris. MC Doris, która jak nikt inny potrafi inteligentnie wykpić i zmieszać z błotem nasze przywary, przyzwyczajenia i zachowania, bawiąc się i eksperymentując z językiem.

I właśnie dla tego ostatniego - eksperymentu, warto zmierzyć się z Pawiem królowej. Nie gwarantuję, że będziecie się dobrze bawić, że przekaz powali Was na łopatki, ale jedno jest pewne - obok takiej ciekawostki lingwistycznej nie da się przejść obojętnie.

Moja ocena: 7,5/10

literatura polska | recenzja | Dorota Masłowska | literatura | recenzje książek

Dorota Masłowska, urodzona w 1983, pisarka, autorka sztuk teatralnych. Zadebiutowała w 2002 powieścią "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną", wydany dwa lata później "Paw królowej" przyniósł jej nagrodę Nike.

Jej dramat "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" wystawiany był m.in w Australii, USA i na Sachalinie. Za napisaną dla Teatru Rozmaitości sztukę "Między nami dobrze jest" (2008) otrzymała nagrodę Ministra Kultury.

Źródła: foto | opis
Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Z półki'.

1 lutego 2013

Na zawsze, Alyson Noël

Na zawsze, Alyson Noël
Oryginał: Everlasting
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2012
Stron: 272
Gatunek: dla młodzieży
Nieśmiertelni to jeden z najbardziej nierównych i zadziwiających cykli, jakie znam. Jego poprzednie tomy oceniałam kolejno na: 6,5/10, 7/10, 6,5/10, 4/10 oraz 2/10. Na zawsze, jako zwieńczenie historii, plasuje się gdzieś między tomami bardzo dobrymi, a średnimi.

Alyson Noël dołączam do panteonu gwiazd pisarstwa, które mają bardzo dobre pomysły i bardzo marne umiejętności. Niełatwo czyta się teksty takich autorek - zwłaszcza, że z reguły narratorkami czynią młode, niezbyt rozgarnięte dziewczęta, których myśli, pragnienia i osądy zdają się być maksymalnie płytkie i pozbawione wyrazu. Ever - główna bohaterka cyklu - musi mierzyć się z wyzwaniami wielkiej wagi. Wyzwaniami obciążonymi filozoficzną i moralną iskrą. Rozwiązuje problemy istotne dla świata (a nawet wszechświata), staje w obliczu śmierci, sama musi zadawać ból i walczy o dojrzałe uczucie, łączące ją od setek lat z jednym mężczyzną. Do całej tej otoczki nie pasuje charakter prostego, infantylnego dziewczęcia, które miałkim językiem opowiada o kwestiach najwyższej wagi. Nie pasują do tego również dialogi, jakie rozgrywają się między nią, a tajemniczym, przystojnym, ultradojrzałym Damenem.

To wszystko stanowi pewną nieścisłość. Bo Alyson Noël stworzyła naprawdę interesujący, bogaty i skomplikowanie piękny świat, uwikłała swoich bohaterów w zdumiewające rozgrywki i całe to swoje wielkie dzieło sprowadziła do romansidła dla nastolatków, gdy tymczasem można było stworzyć z tego sagę niemalże... Niemalże epicką, naprawdę!

Gdyby pomysły Alyson Noël przelał na papier ktoś naprawdę zdolny, mielibyśmy tutaj do czynienia z genialną opowieścią o karmie, nieśmiertelności, walce o miłość, poddawaniu się i przeciwstawianiu przeznaczeniu, o ludziach, którzy muszą dokonywać najtrudniejszych wyborów. Wystarczyło osadzić akcję gdzie indziej, niż w stereotypowym, amerykańskim liceum. Wystarczyło skonstruować bardziej bogate i dojrzałe postaci oraz dialogi na ciut wyższym poziomie. Pomysł na fabułę autorka miała wyborny, potrafi brawurowo poprowadzić akcję i niewiele zabrakło jej do tego, by z cyklu Nieśmiertelni uczynić coś więcej niż czytadełko z nurtu paranormal romance. Ale nie udało się, więc Na zawsze muszę umiejscowić na półce z lekkimi, młodzieżowymi historiami o sporym, niewykorzystanym potencjale.

Cieszę się, że to koniec przygód Nieśmiertelnych. Alyson Noël zręcznie doprowadziła do końca wszystkie wątki, nie zaskoczyła zaproponowanymi przez siebie rozwiązaniami, ale zapewniła na finiszu sporo emocji i wzruszeń. To ważne, aby zakończyć przygody swoich bohaterów tak, by czytelnik miał poczucie, że warto było czekać do końca...

Moja ocena: 7/10

literatura amerykańska | recenzja | Alyson Noël | literatura | recenzje książek

Alyson Noël wychowała się w Orange County w Kalifornii. Po szkole wyjechała do Myken w Grecji, a następnie przeprowadziła się na Manhattan, gdzie pracowała jako stewardessa. Wolny czas spędza w podróży, uciekając od życia na przedmieściach. Podczas jednej z takich podróży napisała powieść dla młodzieży Faking 19, w której opisuje współczesne życie nastolatków. Od tej pory Alyson Noël pisze...

Źródła: foto | opis

Książka zaliczona do wyzwania 'Pod hasłem'.

Profesjonalna krytyko, poszukaj równych sobie!

Źródło : sxc.hu
Cóż za skandal! Cóż za komedia! "Profesjonalna krytyka literacka" czepiła się amatorszczyzny i zdobywa sławę jakimś dziwacznym, niezbyt logicznym wywodem, zatytułowanym Blogi. Korupcja, kompleksy i partyzanci.

Ej, nędzarze, wiedzieliście, że z Was nurzające się w chaosie słabiaki? Przyznajcie się – jesteście wyznawcami stosików czy ich przeciwnikami? Jeśli podnieśliście rączkę w górę przy opcji numer jeden, „profesjonalna krytyka literacka” uznaje Was za hobbystów-zbieraczy, którzy nie widzą sensu w prowadzenia bloga bez prezentowania fotki z górą książek. Jeżeli zaś opowiadacie się za opcją numer dwa (w tym systemie nie ma nic pomiędzy, sorry, amatorzy!), „profesjonalna krytyka literacka” uznaje, że macie wyższe ambicje! To podobno granica, która dzieli superzajebistych blogerów od cieniasów, czatujących na darmowe książki. Jesteś pomiędzy wyznawcami i przeciwnikami? Nie istniejesz, nie ma Cię! I co Ty na to?

Wydawcy nas korumpują, a my dzięki temu zbijamy fortuny na książkach. No co?! Nie wiedzieliście, że w oczach „profesjonalnej krytyki literackiej” czy rzekomego "postronnego czytelnika" tylko po to istniejemy? My, marionetki w rękach wydawnictw. My, tępe prostaki i sfrustrowane studentki polonistyki? /bez obaw, zarzut ten tyczy się studentek i nauczycielek – doktoranci to wyższy level, który wybija się ponad tępą hołotę, więc jeżeli dostąpiliście tego zaszczytu, możecie spać spokojnie/

Podobno wojujmy z „papierem” i „profesjonalną krytyką”, bo zakompleksione, ciemne bestyjki z nas. Nie wykorzystujemy swej mocy, nie pchamy się wyżej i tkwimy w swym przykrym, nędznym bagienku. Oj, jakie biedne z nas istoty! Zadziwiające, jak niewiele wiedzy na temat środowiska blogerskiego ma „profesjonalistka”, która ponoć sama bloguje (chociaż po liczbie komentarzy na jej blogu wnioskuję, że odbiorców nie ma wcale, więc może do końca nie ma możliwości zorientować się w temacie). Co jeszcze robimy – my, amatorszczaki? Latamy po Empikach i jaramy się nowościami, czytamy chłam polecany przez innych blogerów, zachwalamy harlequiny i wysnuwamy prymitywne sądy.

I zarzuty takie snuje „profesjonalistka”, która Érica-Emmanuela Schmitta nazywa Erichem Emmanuelem Schmidtem (gratuluję wiedzy!), do swojego „profesjonalnego” bloga nie ściągnęła jeszcze ani jednego stałego czytelnika i generalnie wygląda na rozżaloną, bo jej „tfórczość” wzbudza mniejsze zainteresowanie, niż „prymitywne wywody” nastolatek, zaczytanych w „Zmierzch”.

Czy jest sens wchodzić w polemikę z kimś, kto wypowiada się na tematy słabo przez siebie zapoznane? Trudno podjąć dyskusję z osobą, która ponoć wykształcona i oczytana, a szydzi z młodziaków, mających ochotę popisać trochę o książkach. Cristiano Ronaldo czy inny Messi nie jedzie na mecz polskiej ligi zakładowej i nie śmieje się z chłopaka, który pokopie trochę w piłkę, a potem odrabia lekcje i idzie dorobić w miejscowym multipleksie. Czy to na pewno przeciętny bloger ma tu kompleksy czy może ktoś inny? Człowieku, który zarabiasz na pisaniu, który mianujesz się profesjonalistą, znaj swoje miejsce w szeregu i pojmij, że niewiele da Ci dowartościowywanie się na tle amatorów i hobbystów, bo dzielą Was priorytety, ambicje, cele, doświadczenia i możliwości. Ja nie podniecam się tym, że wypowiadam się składniej od mojego pięcioletniego bratanka, bo mój "prymitywny" umysł jest w stanie dostrzec wyraźną różnicę między nami. Może, szanowna „profesjonalistko”, porównasz swe dokonania na gruncie własnej ligi i tam zmierzysz się z równymi sobie? Albo poświęcisz chwilę „prymitywnym amatorszczakom” i doczytasz po co i dlaczego blogują, jakie przyświecają im ambicje i cele? Tylko wtedy cały ten wywód o nędzy blogosfery będzie już niczym więcej, jak tylko smutnym żalem, mającym podkręcić nieco statystyki… Ups, a czy właśnie nie tym miał być?

Top 10: ulubione seriale

top 10 kreatywa

Ponieważ raz na jakiś czas na blogach pojawiały się różne rankingi seriali, nie prezentowałam dotąd tego tematu. Pomyślałam jednak, że skoro teraz temat w blogosferze nieco przycichł, mogę zaprosić Was do zabawy w wybranie dziesięciu ulubionych seriali. Sama miałam ogromny problem z wybraniem swojego top ponieważ istnieje dużo świeżych produkcji, które lubię i lubiłam w ostatnich latach, np. Pamiętniki wampirów, Plotkara, Pretty Little Liars, The Lying Game czy Hellcats. Pomyślałam jednak, że w przypadku tego rankingu pokuszę się o przekrój z całego mojego życia, znajdą się tu zatem tytuły, których od lat świat nie widział. Lista poniżej.