31 stycznia 2013

Nowe oblicze Greya, E L James

Nowe oblicze Greya, E L James
Oryginał: Fifty Shades Freed
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2013
Stron: 688
Gatunek: romans, erotyczna
Dawno żadna książka nie wywołała we mnie tylu sprzecznych uczuć. Czytając ją, przechodziłam kolejno przez wszystkie stadia znużenia, rozbawienia, ekscytacji, rozczarowania i zaskoczenia. Fabularnie jest to najlepsza część ze wszystkich. Językowo też wypada całkiem nieźle, bo oszczędzono nam świętego Barnaby i pary innych dziwactw, choć oczywiście wulgarność i miałkość języka wciąż w prozie E L James są obecne. Pomyślałam sobie, że autorka ma parę dobrych pomysłów na opowieść i portrety ciekawych bohaterów, ale tak bardzo stara się do tego dodać pieprzu, że - no cóż - przepieprza wszystko.

Bo okej, ja rozumiem, że to ma być najsłynniejsza trylogia erotyczna XXI wieku - doskonale wiem, co powinno się z tą etykietą wiązać. Ale jeszcze żeby w tym erotycznym życiu bohaterów było coś pasjonującego - ale nie. W kółko to samo - nieważne czy jest słońce czy pada deszcz, czy przed chwilą ktoś nie umarł albo obok nie przebywa ktoś z rodziny - oni muszą zawsze i wszędzie. W dodatku wciąż rzucając do siebie te same teksty i rozpadając się na pierdyliardy kawałków (oczywiście w tym samym czasie). Kto by się spodziewał - taka rutyna u boskiego Christiana i wspaniałej Any...?

Teraz umówmy się, że przymykam oko na nadmiar nudnego życia intymnego bohaterów, wciąż wywijającą numery wewnętrzną boginię i zaczytaną w dzieła Darwina podświadomość Any. Zostaje nam z tego całkiem interesująca fabuła, niosąca wraz z sobą elementy thrillera psychologicznego. Choć generalnie kryminalne zagadki tej powieści okazały się niespecjalnie zaskakujące czy odkrywcze, to jednak stanowiły bardzo miłą odmianę, dowodzącą, że pani Erika Leonard ma jakiś pomysł na dobrą, intrygującą historię. Po prostu zarówno jej, jak i jej idolce - Stephenie Meyer - brakuje warsztatu, talentu czy doświadczenia, co powoduje, że wydają bestsellery, które zdaniem publiki wstyd czytać (i - tym bardziej - wstyd lubić).

Ale ja się wstydzić nie zamierzam, o! Przez pierwszych kilkaset stron byłam nieco znużona, ale z czasem akcja Nowego oblicza Greya rozwija się całkiem ciekawie i - co tu kryć - porwała mnie. Może nie jakimś wartkim nurtem, nie bez reszty i do utraty tchu, ale z siłą wystarczającą, bym z ciekawością przerzucała każdą kolejną kartkę.

Ciekawi mnie, co jeszcze zaoferuje nam E L James - być może odgrzeje jeszcze tę historię, przedstawiając nam opowieść poprowadzoną z perspektywy Christiana Greya? Zakończenie mogłoby na to wskazywać...

Moja ocena: 7/10

literatura angielska | recenzja | E L James | literatura | recenzje książek

Pozostałe tomy:

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Book-Trotter'.

Smutna refleksja w dniu urodzin...

Dwudzieste piąte urodziny. Ćwierć wieku. Jakie to... smutne? Piętnaście lat temu na urodzinowej imprezie piłam oranżadę, jadłam pączki i pytałam mamę czy daleko jeszcze do mojej osiemnastki. Czy daleko jeszcze do dorosłości… „Nawet się nie zorientujesz, kiedy to zleci”. No i zleciało.

Musiałam iść na studia. Jak wszyscy z mojego rocznika. Bo teraz trzy litery przed nazwiskiem to już nie nobilitacja, a wymóg. Chciałam przerwać w połowie, gdy dostrzegłam, że obrana przeze mnie ścieżka donikąd nie prowadzi. Nie pozwolono mi. O kolejne dwa lata odwleczono mi wyrok…

W kilka miesięcy po dołożeniu trzech liter przed imieniem i nazwiskiem, wciąż utrzymuję kontakt z połową grupy. Spotykamy się raz na kilka tygodni i wprowadzamy w ten sam depresyjny stan, przerzucając liczbami – kto ile CV posłał w świat, kto ile rozmów kwalifikacyjnych odbył. Mam podejrzenie, że moim curriculum vitae podciera sobie tyłki już ¾ Częstochowy. I co z tego? Czytam po dwadzieścia parę książek w miesiącu, sypiam od 4 do 11 i mogę odwiedzać znajomych w południe, co najdobitniej świadczy o tym, że mam 25 lat i żyję na koszt rodziców. W moim mieście, gdzie bezrobocie dotyka co 4 mieszkańca nie jest to jakoś specjalnie zadziwiające…


Polska zmusza do kończenia studiów. Tymczasem ci z moich znajomych, którzy przerwali edukację po szkole średniej i wybyli do Anglii, Holandii czy innej Norwegii, budują domy i zakładają rodziny. To, że język odchodzi w zapomnienie, to że wszystko, co ważne, zostało tutaj – nieistotne. Bo polskości do garnka nie wsadzisz. Możesz sobie ją między pośladki wcisnąć, co najwyżej…

Ej, Polsko! Dasz nam jeść?
Oj, chyba nie…


To, co teraz uskuteczniam to gderanie frustrata. Nic nowego, nic odkrywczego. Ale dzień urodzin wywołuje u mnie smutek, zamiast radości. Spotkanie z przyjaciółmi z lat studenckich potęguje poczucie otępienia, zamiast dawać ukojenie. Bo patrzę na twarze młodych, bystrych ludzi, których głupi kraj wyprowadził w pole i widzę, że dla nas nie ma żadnej nadziei.

Ej, Polsko! Oddasz nam stracone lata?

W chwilach takich jak ta, kiedy zalewa mnie fala frustracji, mam w głowie popularne pytanie: jak żyć? Jak żyć bezustannie na cudzy rachunek? Jak żyć z wyrokiem: „niedługo będzie dla pani za późno na dzieci”? (Ej, doktorze, mam je powietrzem wykarmić?) Jak żyć tu, gdzie byle bałwan dostaje kilkadziesiąt tysięcy premii od państwa, a przyjaciółka walczy o 70zł zasiłku rodzinnego?
Piękne są te wszystkie porady – wyjedź z miasta, wyjedź z kraju (najlepiej wyemigruj na księżyc, co?). Bo ja mam być robotem bez uczuć, rzucić rodzinę, rzucić strony, które kocham i gnać do obcych, bo tu mnie na zimowe obuwie, wyjście do kina albo kostkę masła nie stać? Ilu jeszcze ludzi musi podciąć sobie żyły, zniknąć z powierzchni ziemi albo wybyć w świat, żeby dało się tutaj normalnie żyć?


Po co było stawiać się zaborcy, po co było przelewać krew niewinnych ludzi i w podziemiach uczyć rodzimej mowy, skoro teraz mamy się wyludniać? Skoro teraz najprostszym rozwiązaniem jest posłanie Polaka do Niemców i Anglików? Czy kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym Polak obudzi się, sięgnie po gazetę, pocałuje dziecko w czoło i pomyśli: „Boże, jak to dobrze żyć w normalnym kraju”?

Jasne. Jak kolejne zabory zrównają jego dawną ojczyznę z ziemią. Bo kto będzie chciał oddać życie za taki kraj?

29 stycznia 2013

Więzień nienawiści (American History X)

Więzień nienawiści (American History X)
reż. T. Kaye • USA, 1998
Dziwne nastroje towarzyszą mi ostatnimi czasy. Między innymi dlatego zdecydowałam się na filmowe mocne uderzenie - American History X - jeden z najważniejszych filmów mojego życia.

Stany Zjednoczone, koniec lat '90. Na ulicach, w szkołach i sklepach zaznacza się wyraźny podział na czarnych, białych, Latynosów i innych kolorowych. W ślad za podziałami idzie nienawiść. Dlatego ulice pełne są gangów, skinheadów, młodych ludzi dzierżących pistolety i noże. Tam gdzie broń i nienawiść, musi być też krew.

Derek (w tej roli absolutnie fenomenalny Edward Norton) - guru bandy neonazistów - z zimną krwią zabija dwóch czarnoskórych mężczyzn. Kiedy trafia do więzienia, jego ideały postanawia pielęgnować Danny - młodszy brat (grany przez jeden z najbardziej zmarnowanych talentów ostatnich lat - Edwarda Furlonga). Spirala nienawiści wciąż się nakręca, młody chłopak robi wszystko, by zaimponować starszemu bratu i jego kumplom, ale ten opuszcza więzienie zmieniony. Ideały, za które gotów był ginąć, powoli tracą na znaczeniu...

Źródło: filmweb.pl

Więzień nienawiści nie jest filmem dla wrażliwych - obfituje w szokująco brutalne sceny. Nie jest filmem dla zaciemnionych i niemyślących - wykłada pewną filozofię, prowokuje do dyskusji, zmusza do refleksji. Jego przekaz jest wyłożony wyjątkowo prosto i jasno, przy użyciu najbardziej oczywistych zabiegów (np. czarno-białe retrospekcje), ale nie zmienia to faktu, że obraz zapada w pamięć, trzyma w napięciu i porusza. Od strony technicznej odznacza się sporą ułomnością, ale i to przestaje mieć znaczenie w kontekście wymowy całej opowieści. Opowieści, obok której nie da się przejść obojętnie, za co odpowiadają m.in. niebanalna fabuła, złożone charaktery postaci, mądry przekaz, surowe tło, nienachalna muzyka i naprawdę wyjątkowa gra aktorska.

Nienawiść to ciężar puentuje jeden z bohaterów, kiedy okazuje się, że spirali nienawiści przerwać się nie da. Że każdy popełniony czyn może do nas wrócić. Uwielbiam ten film za to, że jest niejednoznaczny. Za to, że zostaje w głowie i zmusza do myślenia. Za to, że - choć miejscami zbyt patetyczny - nie jest banalny i schematyczny. Tutaj zło i dobro nie są oczywiste, a przemianom bohaterów nie brak logiki i sensu. Mimo niskiego budżetu i sporej liczby technicznych błędów, Więzień nienawiści przytłacza i zachwyca. To jeden z tych filmów, którego nigdy nie pozbędę się ze swojej głowy. Był dla mnie ważny, gdy byłam narwaną szesnastolatką, jest ważny teraz. I będzie. Polecam każdemu.

Moja ocena: 10/10

Nauka słówek metodą MultiWords (hiszpański)

Kącik Językowy Kreatywa

W ostatnich miesiącach całkowicie oddawałam się językowi angielskiemu, swoje podstawy hiszpańskiego spychając gdzieś w daleki kąt. Ponieważ jednak z tym pierwszym jestem już na dość zadowalającym poziomie (i wciąż uczę się go z wielkim zapałem!), postanowiłam do codziennego programu na nowo włączyć hiszpański. Celem wybrania odpowiedniej metody, testowałam ostatnio kurs z platformy multikurs.pl - Hiszpański. Nauka słówek metodą MultiWords.

28 stycznia 2013

Lew, czarownica i stara szafa oraz Książę Kaspian, Clive Staples Lewis

Lew, czarownica i stara szafa oraz Książę Kaspian,
z cyklu Opowieści z Narnii, Clive Staples Lewis
Oryginał: The Lion, the Witch and the Wardrobe, Prince Caspian
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 183, 223
Gatunek: fantasy, dla dzieci i młodzieży
Ze słynnymi Opowieściami z Narnii C.S. Lewisa mierzyłam się długi, długi czas i dopiero teraz, chyba za sprawą wyzwania Book-Trotter, znalazłam odpowiednią mobilizację, by nadrobić ewidentne braki czytelnicze. Mówi się o książkach Lewisa, że są ponadczasowe, że nie można być dla nich czytelnikiem za starym, że każdy znajdzie w nich coś dla siebie. I chyba rzeczywiście tak jest, bo podczas godzin spędzonych z pierwszymi dwoma tomami cyklu, bawiłam się naprawdę doskonale.

Nie jestem miłośniczką fantasy. W dzieciństwie ponad baśniami stawiałam przygody Tomka Wilmowskiego, a i dziś nieczęsto sięgam po przedstawicieli tego gatunku - tyczy się to zarówno literatury, jak i filmu. Może więc właśnie dlatego Opowieści z Narnii ujęły mnie, ale też do zachwytów trochę mi daleko...

Żeby z piekła przejść do nieba, opowiem najpierw o tym, co w książkach Lewisa mnie nie przekonuje. Na pewno rzuca się w oczy rażąca przewaga dialogu nad opisem. Młody czytelnik, do którego cykl jest adresowany, z pewnością prędzej przeczyta powieść, w której znajdzie więcej akcji, a mniej gadania o otoczeniu, ale i jemu przydałoby się nakreślenie tła, przedstawienie miejsca, głębsze wprowadzenie w akcję. Tymczasem tutaj narrator stosuje prosty zabieg: "opisałbym Wam to, ale szkoda papieru/czasu, więc lećmy dalej".

Skupienie na dialogu (nierzadko mocno infantylnym, tak swoją drogą) przynosi również skutek w postaci marnego przedstawienia bohaterów. Czytelnik nie ma sposobności wniknąć w psychikę postaci, poznaje je dosyć powierzchownie i tak naprawdę nie może znaleźć żadnego punktu zaczepienia w tych historiach. Ot, przepływa przez nie szybko i gładko. Na szczęście - nie bezrefleksyjnie.

To, co podoba mi się w Opowieściach z Narnii to prosty, jasny przekaz oraz parę morałów i złotych myśli, ukrytych gdzieś między wierszami. Młodzi bohaterowie trafiają do świata pełnego magii i dziwów, biorą udział w niezwykłych eskapadach, poznają niesamowite istoty. Ich przygody śledziłam z wielkim przejęciem i wyobrażałam sobie, że gdybym tylko była młodsza, z pewnością marzyłabym o tym, aby znaleźć się wśród nich.

Ale jestem stara, niestety. I z dzieciakami i młodzieżą utożsamiać już się nie mogę. Nie zmienia to jednak faktu, że tęskno mi do takich przygód i uciech. Dałam się porwać opowieściom snutym przez klasyka, moja wyobraźnia nieustannie pracowała na pełnych obrotach i mam teraz pewność, że czekają mnie dziś... kolorowe sny.

Moja ocena: 8/10 i 7,5/10

literatura irlandzka | recenzja | C.S. Lewis | literatura | recenzje książek

Książki przeczytane w ramach wyzwań: 'Book-Trotter' i 'Z półki' (obie) oraz 'Pod hasłem' (druga).

27 stycznia 2013

Johnny Depp. To tylko iluzja, Denis Meikle

Johnny Depp. To tylko iluzja, Denis Meikle
Oryginał: Johnny Depp. A kind of illusion
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 496
Gatunek: biografia
Najlepiej sprzedająca się biografia Johnny'ego Deppa to twór doprawdy przedziwny, bo stanowi raczej kompendium wiedzy z zakresu dziejów kina współczesnego, aniżeli rzeczywisty zapis życia jednego z najlepszych aktorów świata. W związku z tym, nazwałabym publikację Meikle'a monografią twórczości Johnny'ego Deppa, bo w tym przypadku jest to najbardziej trafne i czytelne określenie...

Na książkę To tylko iluzja składa się kilka, zręcznie ze sobą splecionych, elementów: fragmenty sztampowych biogramów (z datami urodzenia i imionami rodziców, dziadków i wujków); bardzo ładne zdjęcia; cytaty z książek i scenariuszy; lista plotek i ploteczek z bulwarówek oraz krótkie wypowiedzi ludzi kina. Najobszerniejszą jej część stanowią jednak streszczenia filmów, opinie o filmach i anegdoty związane z ich powstawaniem. To wszystko sprawia, że najlepiej sprzedająca się biografia Johnny'ego Deppa kierowana jest raczej nie do każdego.

Ci, którzy nie znają wszystkich filmów Deppa, powinni uważać na ich streszczenia oraz opinie autora, bowiem te zdradzają najważniejsze szczegóły, relacjonując akcję od pierwszej do ostatniej sceny. Zwolennicy talentu Amerykanina nie zawiodą się - Meikle lubi porządnie posłodzić idolowi. Z kolei zwolennicy samych filmów Deppa (albo książek, na podstawie których zostały nakręcone) mogą poczuć się już nieco gorzej, bo na większość tytułów spada sporo krytyki, a za jedyny ich jasny punkt autor uważa właśnie Johnny'ego. Ta książka jest więc tworem dosyć specyficznym - obfitującym w wiele ciekawostek ze świata kina, ale jednocześnie nieco nazbyt subiektywnym i niespecjalnie biograficznym.

Nie da się ukryć, że Johnny Depp. To tylko iluzja jest książką interesującą i bogatą - zwłaszcza dla fanów amerykańskiego kina, miłośników ploteczek czy wielbicieli aktora. Trzeba jednak odpowiednio do niej podejść i nie oczekiwać, że obfitować będzie wyłącznie w fakty z życia Deppa. To przede wszystkim mała encyklopedia kina - opowiada o kulisach powstawania filmów, rysuje sylwetki wielu gwiazd, przytacza historyjki i anegdoty zza kulis. Johnny Depp to tylko element spajający większość z tych składników. Najważniejszy element.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.


literatura angielska | recenzja | Denis Meikle | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Pod hasłem' i 'Book-Trotter'.

25 stycznia 2013

David Beckham. Barwy zdrady, Virginia Blackburn

David Beckham. Barwy zdrady, Virginia Blackburn
Oryginał: David Beckham: the Great Betrayal: The Inside Story of How Britain's Greatest Football Club Lost Their Greatest Player
Wydawnictwo: Mireki
Rok wydania: 2004
Stron: 236
Gatunek: biografia
Książka Barwy zdrady wydana została niedługo po tym, jak w oparach skandalu, Manchester United pozbywał się swojej największej gwiazdy, dumy angielskiego futbolu - Davida Beckhama. Virginia Blackburn postanowiła opowiedzieć o tym, jak wyglądały ostatnie chwile Becksa w klubie z Old Trafford, w jaki sposób dowiedział się o tym, że w Anglii nie ma już dla niego miejsca oraz jak wyglądało jego życie, zanim stał się futbolowym bożyszczem.

Zaczyna się od końca - jest rok 2003, Becks z rodziną przebywa w USA, gdzie z telewizyjnych newsów dowiaduje się, iż Manchester United ugadał się z Barceloną w kwestii sprzedania go. Wiadomość ta jest szokiem dla całego środowiska piłkarskiego - sytuacji nie potrafią zrozumieć koledzy z boiska, trenerzy, działacze, rodzina i sam Beckham, oczywiście. Ale trener sir Alex Ferguson pozostaje nieugięty - idol homoseksualistów i małolatów ma zniknąć. A więc znika. Wciąż jest lojalny - nie wybiera innego angielskiego klubu, decyduje się na lukratywny kontrakt, zaproponowany przez wielki Real Madryt. I tak jego wieloletnia przygoda z MU dobiega końca...

Kolejne rozdziały Barw zdrady to już cofnięcie się w daleką przeszłość. Blackburn snuje opowieść o Davidzie Beckhamie, rozpoczynając od dnia jego urodzin. Opowiada o szkolnych wybrykach, problemach z dziewczynami i wielkim zainteresowaniu futbolem. Razem z nią śledzimy poszczególne stopnie, jakie musiał pokonać młody zawodnik, aby stać się jednym z najważniejszych ogniw Czerwonych Diabłów i reprezentacji Anglii. Jednak to nie piłka wysuwa się w tej książce na pierwszy plan, bowiem w pewnym punkcie biografii pojawia się ona - Posh Spice. I tak jak Beckham z ikony futbolu stał się ikoną popkultury, tak i książka Virginii Blackburn staje się raportem z celebryckiego życia najbardziej medialnej pary wszech czasów.

Futbolowe wzloty i upadki przewijają się w tle opowieści o prywatnych dokonaniach Victorii i Davida Beckhamów. Zaglądamy pod ich pościel, do szafy i kuchni, czytamy o ich brylowaniu na bankietach, jesteśmy świadkami wielu dziwnych zdarzeń. A wszystko to opowiedziane z perspektywy piłkarzy, rodziny, znawców różnej maści, samych Beckhamów oraz autorki. Niewątpliwie jest to opowieść barwna i ciekawa, ale czy tego można by oczekiwać od biografii jednego z najzdolniejszych piłkarzy w historii Manchesteru United?

I tak, i nie. W pewnym momencie Becks przestał być już tylko zawodnikiem i stał się chodzącą reklamą. Zyskał swoich wyznawców(!) i fanów na całym świecie, wyznaczał trendy i do środowiska celebrycko-piłkarskiego wprowadził zupełnie nową jakość. Nie dziwi więc, że tak, jak w jego życiu futbol był tylko jednym z elementów codzienności, tak i w biografii Virginii Blackburn musiał on pojawić się zaledwie jako tło kolorowego portretu ikony.

Czy Barwy zdrady uznać można za portret rzetelny? Nie jest to łatwe do określenia - jeżeli chodzi o sam konflikt na linii Ferguson-Beckham, poznajemy relację zaledwie jednej strony - z pewnością parę słów do całej opowieści mógłby dorzucić przedstawiciel drugiej. Całą opowieść należałoby więc traktować bardziej jako subiektywny zapis wrażeń pani Blackburn, niż jako obiektywny rys biograficzny. Pojawia się tu pewna krytyka postawy duetu Posh&Becks, ale jest to zaledwie drobna skaza na przyjemnym, barwnym obrazku. Ale przeczytać warto.

Moja ocena: brak

literatura angielska | recenzja | Virginia Blackburn | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Pod hasłem', 'Book-Trotter' oraz 'Z półki'.

23 stycznia 2013

Bez serca, Pożądane, Uwikłane, Pretty Little Liars, Sara Shepard

Bez serca, Pożądane, Uwikłane z serii Pretty Little Liars, Sara Shepard
Oryginał: Heartless, Wanted, Twisted
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2012
Stron: 286, 282, 326
Gatunek: literatura młodzieżowa
Ponieważ Sara Shepard nie ustaje w kreowaniu coraz to bardziej zawiłych historii z życia uroczych Kłamczuch, postanowiłam dalej wgryzać się w jej opowieści i za jednym zamachem przeczytać wszystkie dostępne na mojej półce tomy serii. Za mną wielogodzinna, wyjątkowo emocjonująca lektura...

Zaczyna się niewinnie - Bez serca to jedna z najmniej pasjonujących części cyklu. Miały być wielkie emocje, miało się wiele dziać, tymczasem po wielkiej eksplozji na zakończenie poprzedniego tomu, ten okazał naprawdę średni. Zabrakło kryminalnej nuty, zagadek do rozwiązania i tajemnic do odkrycia. Bohaterki wiodły raczej nudny, niespecjalnie pasjonujący żywot.

Pożądane z kolei okazały się częścią najbardziej emocjonującą ze wszystkich - zaskakującą, mocną, naszpikowaną sekretami i nerwowymi sytuacjami. To właśnie tu nastąpił niesamowity zwrot akcji, który sprawił, że ze zdziwieniem śledziłam każdy kolejny wątek, wpleciony w tę zawiłą, ultraciekawą akcję.

Tom dziewiąty - Uwikłane - nie zagwarantował już tak wielu emocji, ale okazał się wyjątkowo ciekawie skonstruowany. Wiemy, że coś naprawdę wielkiego się wydarzyło, ale układankę tę składamy powoli, łącząc ze sobą strzępki rozmów, wspomnień, snów i rozważań.

Bez serca, Pożądane i Uwikłane wprowadzają do akcji wielu nowych, interesujących bohaterów, gwarantujących świeżość, wzbudzających ciekawość, podkręcających temperaturę nowych wątków. Kolejny raz mam poczucie, że zarówno nowe książkowe postacie, jak i zdarzenia, w jakie zostały uwikłane, z wielką chęcią powitałabym w serialu Pretty Little Liars, którego scenariusz w pewnym momencie niemal całkowicie odseparował się od książkowej wersji przygód Arii, Emily, Spencer i Hanny.

Powieści Sary Shepard czyta się lekko i sprawnie. Są dobrze i sprytnie napisane, a autorka nieustannie podgrzewa temperaturę, wikłając bohaterów w coraz dziwniejsze zdarzenia. Momentami mam wrażenie, że zaczyna przesadzać, że przekracza granicę logiki i dobrego smaku, ale właśnie wtedy następuje kulminacja i akcja nieco się uspokaja. To sprawia, że od cyklu Pretty Little Liars nie sposób się oderwać - w końcu chciałoby się dowiedzieć, co jeszcze wydarzy się w malowniczym Rosewood...

Moja ocena (zbiorcza): 8/10

literatura amerykańska | recenzja | Sara Shepard | literatura | recenzje książek

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii „Pretty Little Liars" oraz „The Lying Game" stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

Źródła: foto | opis

Książki przeczytane w ramach wyzwania 'Z półki'.

Harry Potter and the Philosopher's Stone, J.K. Rowling

Harry Potter and the Philosopher's Stone, J.K. Rowling
Czyta: Stephen Fry
Czas trwania: 8 godz. 25 min.
Gatunek: dla młodzieży, fantastyka
O pierwszym tomie kultowej serii Harry Potter opowiadałam Wam w październiku 2010 roku (o, tutaj). Wspominałam wówczas moje pierwsze chwile z książką i wrażenie, jakie zrobiła na mnie przy ponownej lekturze kilkanaście lat później. W tym zakresie nic się nie zmieniło, więc zainteresowanych odsyłam do tamtej recenzji. Dziś wspomnę jedynie o tym, jak Harry Potter sprawdza się, jako pomoc w nauce języka angielskiego.

Zgodnie z sugestiami Davida Snopka (autora ebooka Naturalna nauka języka bez nauczyciela!), postanowiłam nie tylko czytać książki w oryginale, ale również je odsłuchiwać. To sprawia, że kontakt z językiem jest bliższy, pełniejszy. Pozwala poprawić zdolność rozumienia ze słuchu, która akurat u mnie nie była nigdy najlepsza.

Stephen Fry to bardzo dobry lektor - jego interpretacja przygód małego czarodzieja naprawdę mnie urzekła. Wspaniale operuje głosem, bawi się akcentem, potrafi genialnie oddać emocje, jakie targają bohaterami i czytelnikiem. Sprawdza się w roli lektora naprawdę doskonale!

Sama książka w wersji anglojęzycznej podoba mi się bardzo, aczkolwiek muszę przyznać, że polskie tłumaczenie jest naprawdę godne. Nie ma tu takich rozbieżności, jak np. w przypadku Zmierzchu Stephenie Meyer. Obie wersje są po prostu bardzo dobre, przy czym - jako mały maniak językowy - zawsze na szczycie stawiać będę wersję oryginalną.

Jeżeli lubicie wracać do książek, przy których dorastaliście, z pewnością nieraz najdzie Was ochota powrócić do przygód Harry'ego Pottera. Polecam taką wycieczkę w przeszłość, bo to jedna z tych lektur, która nawet po latach smakuje tak samo. A może nawet lepiej. Jeżeli, z kolei, nie znacie jeszcze powieści J.K. Rowling lub macie wobec niej jakieś uprzedzenia - spróbujcie. Dajcie sobie szansę na przeżycie niesamowitej przygody.

Moja ocena: brak

literatura angielska | recenzja | J.K. Rowling | literatura | recenzje książek


Książka odsłuchana w ramach wyzwań: 'Pod hasłem', 'Book-Trotter' oraz 'Z półki', a także mojego małego czytania w oryginale :)

22 stycznia 2013

Okrągły przekręt - gorący fragment

Tydzień temu opowiadałam Wam przedpremierowo o powieści Maurycego Nowakowskiego, Okrągły przekręt, która już za kilka tygodni pojawi się na naszym rynku. Tutaj przypomnicie sobie recenzję, a poniżej znajdziecie krótki fragment, będący przedsmakiem tego, co czeka Was podczas lektury. Polecam!


Do Wrocławia dotarł szybciej niż przypuszczał. Gdyby nie korki już w samym Wrocławiu, osiągnąłby cel po dwóch i pół godzinie. Dochodziła osiemnasta, kiedy wjeżdżał ruchomymi schodami na najwyższe piętro centrum handlowego. Odnalazł kawiarnię, w której czekał już na niego mecenas Adamski. Bez słowa przysiadł się do niego.

– Wziąłeś szczoteczkę? – zapytał adwokat zaczepnie.

Bojarski spiorunował go wszystko mówiącym spojrzeniem.

– Nie mam nastroju do żartów – burknął. – Wyjaśnij mi, na czym stoję. Tylko prosto, jak krowie na rowie, bez prawniczego pieprzenia.

Mecenas rozmieszał cukier w kawie i odłożył łyżeczkę.

– Rozbiliśmy interes na dwie grupy, na winnych i mniej winnych. Ty jesteś w grupie mniej winnych, czyli oficjalnie czystych. Mówiąc krótko, jesteś bezpieczny i jak nie będziesz wywijać dziwnych numerów, to nikt ci adresu zamieszkania na wrocławski nie zamieni.

Bojarski patrzył tępo nie wykazując żadnych emocji.

– Co to znaczy dziwnych numerów?
– Rób, co ci mówię i miej to w dupie.
– To co mam robić jutro?

Adamski sięgnął po aktówkę stojącą przy stoliku i wyciągnął z niej notatki.

– Mrowiec na razie zbiera za kupiony awans do drugiej ligi sprzed czterech lat. Gwizdałeś mu wtedy kilka spotkań. Brałeś za nie siano?
– Za jedno wziąłem, drugą grę mieli u siebie z jakimiś kelnerami. Pojechali ich bez mojej pomocy.
– Czyli w tym pierwszym meczu pomagałeś?
– Pomagałem.
– I właśnie to powiesz jutro prokuratorowi. Ile dostałeś za ten ustawiony mecz?
– Nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że dużo jak na trzecią ligę. Chyba piętnaście klocków…

Bojarski opadł plecami na oparcie niewygodnego krzesełka i patrzył na Adamskiego ze sztucznym, kpiącym uśmieszkiem.

– Chyba cię pogięło, jak myślisz, że ja pójdę tam jutro i tak sam z siebie im powiem, że drukowałem. I jeszcze im kwotę podam – parsknął nerwowo – Przecież ja z tego przesłuchania w kajdankach wyjdę!

(...)

– Niech mi pan powie panie reżyserze – zwrócił się do sędziego, parodiując oficjalny sądowy ton. – Jak pan myśli, ilu sędziów drukuje?
– Dobrze wiesz, że niemal wszyscy.
– A jak pan myśli – Adamski poparł słowa uniesionym palcem wskazującym – ilu trenerów lub prezesów klubów, bezpośrednio, tudzież via kierownik, lub kapitan drużyny, kupiło albo sprzedało mecz?
– Niemal wszyscy.
– A ile klubów jest zamieszanych w korupcję sportową?

Bojarski już otwierał usta, aby odpowiedzieć.

– Nic nie mów! – uciszył go Adamski. – Wiem, co powiesz. I powiem to za ciebie, tylko wyrzucę niepotrzebne słowo „niemal”. Wszystkie! Prawda jest taka, że gdyby tym syfem ktoś się na poważnie chciał zająć, to by dla was miejsc w celach nie starczyło, a w lidze graliby trampkarze z Kozich Wólek, choć pewnie i oni mają sporo za uszami. Nie ma ludzi niewinnych, pokaż mi sędziego, piłkarza, trenera, albo prezesa w polskiej lidze, a ja ci w ciągu doby znajdę przynajmniej jeden mecz, który sprzedał, kupił lub ustawił.


* * *

Jak wrażenia?

Czy powieść z gatunku football fiction wzbudza Wasze zainteresowanie?

Oskar i pani Róża, Éric-Emmanuel Schmitt

Oskar i pani Róża Éric-Emmanuel Schmitt
Oryginał: Oscar et la dame Rose
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2009
Stron: 78
Są takie książki, których nie trzeba przedstawiać. Książki, o których trudno napisać coś nowego, nieoczywistego, niebanalnego. Oskar i pani Róża to opowiastka, którą znają niemal wszyscy. Opowiastka, która wywołuje taką lawinę uczuć i emocji, że przedstawienie jej za pośrednictwem recenzji jest sprawą wybitnie niełatwą.

Ilekroć sięgam po tę książkę, odnajduję w niej coś nowego. Nową mądrość, nową prawdę, świeżą porcję trudnych do zdefiniowania emocji. Schmitt wdzięcznie operuje pewnego rodzaju banałem, potrafi uderzyć w czuły punkt i wie, jak poruszać w czytelniku najwrażliwsze struny. Dlatego krótka opowieść o chorującym na raka Oskarze poruszyła tak wielu...

Historia ta najeżona jest życiowymi mądrościami, pięknymi cytatami, jakie wpisuje się w kajet. Są to uniwersalne prawdy o życiu, wierze, cierpieniu, sile, walce. Wciśnięte w usta umierającego dziesięciolatka nabierają mocy, są jeszcze bardziej poruszające, powodują niewygodne kłucie w sercu.


Nie da się przejść obojętnie obok tej pięknej przypowieści, słusznie porównywanej do Małego księcia. Być może momentami proza Schmitta za bardzo ociera się o mędrkowanie Coelho. Być może niełatwo zaakceptować słownictwo, jakim posługuje się główny bohater. Mam świadomość, że lektura ta balansuje na granicy banału i może wywoływać ambiwalentne uczucia. Ja jednak wciąż pozostaję jej miłośniczką - za to ciepło, które w sobie kryje, za przekaz, który niesie i za mądrość, którą upaja czytelnika.

Moja ocena: brak

literatura francuska | recenzja | Eric-Emmanuel Schmitt | literatura | recenzje książek

Eric-Emmanuel Schmitt to francuski dramaturg, eseista i powieściopisarz, z wykształcenia filozof. Mieszka w Brukseli.

W ciągu zaledwie dekady stał się jednym z najpoczytniejszych francuskojęzycznych autorów na świecie. Jego książki tłumaczone są na 35 języków, a sztuki wystawiane w ponad czterdziestu krajach. Książki Schmitta w większości bazują na sztukach teatralnych o tych samych tytułach.
Źródła: foto | opis

Książka przeczytana w ramach wyzwań: 'Pod hasłem' oraz 'Z półki'.

20 stycznia 2013

Dom nad morzem, Santa Montefiore

Dom nad morzem, Santa Montefiore
Oryginał: House by the Sea
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 608
Gatunek: obyczajowa
Tak wiele myśli siedzi w głowie, a tak mało słów chce spłynąć na papier. Spędziłam dzień z książką tak niezwykłą, tak pełną słońca, tak wzruszającą i urokliwą, że aż trudno uporać mi się z uczuciami, jakie siedzą teraz pod moją skórą. Bo Dom nad morzem to książka po prostu piękna. P i ę k n a.

Santa Montefiore w zdumiewający sposób splotła ze sobą historię biednej, włoskiej dziewczynki zakochanej w swoim księciu z bajki i enigmatycznej Angielki o łagodnym usposobieniu. Pierwsza boryka się ze społecznymi uprzedzeniami, wzdychając do tego, który jest dla niej zbyt wysoką półką, druga usiłuje uporać się z finansową zapaścią i niechęcią wyniosłej pasierbicy. Zwyczajny świat, zwyczajne problemy, prości ludzie, którzy chcą kochać i cieszyć się życiem - taki jest świat powieści Montefiore. Kryje się jednak w tej historii tyle dramatów, tyle marzeń i celów, tyle dobra i zła, że nie sposób nie płakać i nie uśmiechać się nad tą lekturą.

Jedna z inspiracji autorki - Hotel Endsleigh w Devon, źródło: concierge.com

Gdyby przyjrzeć się warstwie wierzchniej, można by Dom nad morzem łatwo opatrzyć oczywistymi etykietkami: literatura kobieca, klimaty toskańskie, kolejna historia o kobiecie, która rzuca wszystko i otwiera pensjonat. Byłoby to jednak rażącym niedopowiedzeniem, ignorancją wobec magii, ukrytej na kartach tej opowieści. Bo najnowsza powieść Santy Montefiore to poruszająca, dramatyczna historia o przyjaźni i miłości, zdradzie i zbrodni, poświęceniu i marzeniach. A wszystko to podszyte nutą tajemnicy i umiejscowione w pięknych plenerach Italii i Wielkiej Brytanii.

Santa Montefiore umiejętnie oddała rzeczywistość włoskiej prowincji końca lat '60 i współczesnej, angielskiej wsi. Jej bohaterowie są wyraziści i ciekawi, a pomysł na fabułę wprawia w - no cóż, użyję dużego słowa - prawdziwy zachwyt. Może nie ma tu ogromnych zaskoczeń, może morał jest oczywisty, a schemat powieści dosyć powszechny - nie obchodzi mnie to. Spędziłam z tą lekturą długie, naładowane przeróżnymi emocjami godziny i była to dla mnie wspaniała, pełna wzruszeń przygoda. Przygoda, której na pewno nie zapomnę!

Moja ocena: 8,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.


literatura angielska | recenzja | Santa Montefiore | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwania Book-Trotter.

19 stycznia 2013

Pamiętniki Wampirów. Mrok, Lisa Jane Smith

Pamiętniki Wampirów. Mrok, Lisa Jane Smith
Oryginał: Dark Reunion
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2009
Stron: 224
Gatunek: literatura młodzieżowa
Lisa Jane Smith potrzebowała prawie dwudziestu lat, aby wydane przez nią na początku lat '90 książki odniosły wreszcie sukces. Co prawda o ich sławie zadecydowały nie walory literackie, a komercyjny sukces ekranizacji, ale nie zmienia to faktu, że ta nagła sława L.J. Smith bardzo mnie cieszy. Uświadomiłam sobie to właśnie teraz, przy okazji lektury czwartego tomu sagi Pamiętniki Wampirów - pierwszego, który naprawdę przypadł mi do gustu.

Co przemawia na korzyść Mroku to to, że autorka postanowiła zepchnąć do podziemia najsłabszy punkt programu - Elenę. Jej obecność w tej części, to zaledwie kilka mignięć, maleńkich epizodów, o których szybko się zapomina. Główną bohaterką Mroku L.J. Smith uczyniła czarownicę Bonnie, wikłając ją i jej przyjaciół w wiele interesujących zdarzeń. Pojawiają się tu wątki tak ciekawe, że bardzo żałuję, iż prawie wcale nie przeniesiono ich na ekran...

Pamiętniki Wampirów czyta się szybko i sprawnie, opisy są mało rozbudowane, a na większość tekstu składają się dialogi. Dialogi nieco kulawe, wyciągnięte z wczesnych lat gimnazjum, ale jednocześnie napędzające całą akcję, podkręcające dynamikę.

Fabularnie Mrok przebija poprzednie tomy serii, ale autorka nie uniknęła wpadnięcia w banał i wyjątkowo absorbującą opowieść zwieńczyła do wyrzygania słodkim zakończeniem, którego można było się spodziewać. Zero zaskoczenia, tylko kicz i banał. A w tym wszystkim oczywiście... męcząca Elena. Nie narzucano jej obecności przez 200 stron, to trzeba było dorzucić jej żałosną osobę na sam koniec. Staram się jednak wyrzucić ten obrazek z pamięci, pielęgnując wspomnienie całkiem udanej, wampirzej historii, rozgrywającej się zanim nastąpiło fatalne zakończenie...

Moja ocena: 7/10

literatura amerykańska | recenzja | L.J. Smith | literatura | recenzje książek

Lisa Jane Smith - amerykańska autorka tworząca powieści i opowiadania skierowane głównie do nastoletnich odbiorców.

Do tej pory napisała dwie serie książkowe: liczący sobie już 9 tomów Świat nocy (Night World) i osiem Pamiętniki wampirów (The Vampire Diaries) oraz trzy trylogie (czwarta jeszcze się nie ukazała). Poza tym spod jej pióra wyszło kilka krótkich opowiadań.

Źródła: foto | opis

Zobacz również:
Pamiętnik Stefano
Świat Nocy


Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Z półki'.

18 stycznia 2013

Whitney, którą znałem, BeBe Winans

Whitney, którą znałem, BeBe Winans
Oryginał: The Whitney I Knew
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2012
Stron: 230
Czyta: Wojciech Żołądkowicz
Czas trwania: 5 godz. 40 min.
Gatunek: biografia, wspomnienia
Dziś będzie nietypowo, oceniam bowiem książkę, którą momentami czytałam, ściskając egzemplarz w dłoni, a momentami chłonęłam w wersji audio (nie będę dodawać, że kroiłam wtedy warzywa albo sprawiałam rybę). Wszystko to dzięki wydawnictwu Anakonda, które wydało wspomnienia BeBe Winansa w dwu wersjach.

Nigdy nie byłam fanką Whitney Houston, choć na jej talent nie dało się być obojętną. Bo była to wielka osobowość o fenomenalnym, niespotykanym głosie. Kiedy umiera taka postać, znajduje się wielu, którzy pragną zbić majątek na tragedii - powstają filmy, książki i gadżety, pojawiają się nieznane dotąd utwory, a media za wszelką cenę próbują wyciągać jakieś brudy, byle tylko wciąż mówiono o tych, którym najwidoczniej (w ich mniemaniu) spokój się nie należy. Ilekroć przy takiej okazji spisywane są biografie i wspomnienia gwiazd, mam w głowie mętlik. Nie sięgam po nie często, ale dla BeBe Winansa, jednego z najbliższych przyjaciół wielkiej divy, zrobiłam wyjątek. I było to jak najbardziej słuszne posunięcie!


Nie jest to typowa biografia - raczej zbiór wspomnień tych, którzy znali Whitney, jako współpracowniczkę, przyjaciółkę, siostrę, córkę, autorytet. Sami bliscy, sami życzliwi. Wydaje Wam się, że będzie to jednostronna, słodka opowiastka, jaką to Houston była dobrą kobietą? Błąd. Oczekujecie skandali, wywlekania brudów, zaglądania pod pościel? Kolejny błąd. Whitney, którą znałem to słodko-gorzka opowieść, która do zmarłej przed rokiem gwiazdy odnosi się z należnym szacunkiem. Żadnych bulwarowych historyjek, żadnych relacji z libacji. Ale krytyki tu nie brakuje. Bo Whitney lubiła stawiać na swoim, potrafiła gwiazdorzyć, podejmowała wiele niezrozumiałych decyzji i nigdy się nie oszczędzała. Niezwykle cieszy mnie to, że BeBe Winans postawił na odmalowanie portretu odpowiednio wyważonego, niejednoznacznego, nieidealnego. Wspomina o dobroci i religijności swej siostry, jednocześnie przytaczając mało chlubne historie z jej życia. Jakie? Sięgnijcie po książkę, a sami się przekonacie.

Wydanie książkowe na pewno oczaruje Was ozdobnikami, zdjęciami, okładką, szyciem, nawet czcionką. To kolejna perełka na półce. Audiobook, którego lektorem jest Wojciech Żołądkowicz, pozwoli Wam zamknąć oczy i płynąć przez tę poruszającą, pełną wzruszeń i gorzkich wspomnień historię. Świetnie się ją czyta i świetnie słucha. Zachęcam do sprawdzenia tego na własnej skórze.

Moja ocena: brak
Za książkę i audiobooka dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura amerykańska | recenzja | BeBe Winans, Tim Willard | literatura | recenzje książek

Książka przeczytana w ramach wyzwania 'Pod hasłem'.

Twilight, Stephenie Meyer

Twilight, Stephenie Meyer
Czyta: Ilyana Kadushin
Czas trwania: 12 godz. 51 min.
Gatunek: dla młodzieży
Tegoroczne wyzwanie Czytam w oryginale, postanowiłam rozpocząć od wysłuchania książki, którą dobrze znam. Postawiłam na łatwo dostępny, przyjemny w odbiorze, przeczytany przeze mnie kilka razy pierwszy tom sagi Zmierzch.

Fabuły słynnego debiutu Stephenie Meyer przytaczać nie ma sensu. To jedna z najbardziej znanych książek świata. Książka, która wywołała prawdziwą rewolucję na rynku wydawniczym - śladem amerykańskiej pisarki ruszyły tysiące innych twórców, pragnących ugrać coś na nagłym szaleństwie na punkcie wampirów. Tak, jak kiedyś Harry Potter, a obecnie 50 twarzy Greya, tak przed paroma laty Zmierzch przekonał do czytania całe rzesze tych, którzy wcześniej literatury starali się unikać.

Zmierzchowi zarzuca się u nas wiele - że bohaterowie płytcy, jak kałuża; że On wcale nie posługuje się mową sprzed stu lat, a Ona nie ma nic ciekawego do powiedzenia; że język powieści jest tragiczny, a liczba powtórzeń brutalnie rzuca się w oczy. To wszystko prawda, jeśli weźmiemy pod uwagę wybitnie słabe tłumaczenie na język polski. Tłumaczenie, które odbiera Edwardowi dżentelmeńską nutę jego wypowiedzi, a Belli całą ironię i humor, jakimi posługuje się, relacjonując wydarzenia ze swego życia. Kolejny już kontakt z oryginalną wersją powieści Stephenie Meyer, pozwolił mi na przeżycie przygody pozbawionej irytacji ciągłym zbijaniem z pantałyku i serwowaniem sójki w bok albo wszechobecnymi marmurowymi ustami.

Fabularnie Twilight nie powala - ot, zwykła dziewczyna zakochuje się w kimś na kształt superbohatera - schemat stary jak świat. To, gdzie żyje i jak żyje też raczej nie przytłacza świeżością - zarówno jej relacje rodzinne, jak i rzeczywistość szkolna przedstawione są dosyć zwyczajnie. Typowe amerykańskie liceum, typowa rozbita rodzina, typowe problemy nastolatek. Kontrastem dla tej normalności ma być świat wampirów - ich pasjonująca przeszłość, sposób bycia, specyficzna natura. Stephenie Meyer odchodzi od kultywowanego przez długi czas schematu wampira-mordercy, stawiając na wizerunek wygładzony, niemal milutki. Wampir-superbohater to u niej uosobienie ideału męstwa. Obiekt westchnień i pragnień. Typowy bad boy w świecącej powłoce.

Walory Zmierzchu to kwestia wciąż szeroko dyskutowana. Ja muszę przyznać się do dużej porcji sympatii i sentymentu, jakimi obdarzam sagę. Jest to przyjemne czytadło, które nie może pretendować do miana arcydzieła, ale jednocześnie przebija wiele innych książek dla nastolatków. Dlatego pokochały go i matki, i córki, i babcie z całego świata.

Jeżeli zaś chodzi o samą stronę techniczną audiobooka - Ilyana Kadushin to bardzo dobra lektorka - z wielką przyjemnością wysłuchałam jej interpretacji. Znakomicie operuje głosem, nie słychać u niej żadnych zawahań - pewnie i starannie prowadzi swoją opowieść, przenosząc czytelnika-słuchacza do deszczowego Forks. Przy osłuchiwaniu się z angielskim, Twilight jest świetnym wyborem - proste słownictwo, przyjemna opowieść, dobry lektor. Polecam!

Moja ocena: 7,5/10

literatura amerykańska | recenzja | Stephenie Meyer | literatura | recenzje książek

Urodziła się 24 grudnia 1973 roku w Connecticut. O jej życiu prywatnym wiadomo tylko tyle, ile sama o nim opowiedziała, autorka bowiem unika rozgłosu medialnego i nie zależy jej na taniej sensacji. Dzieciństwo spędziła w Phoenix, w stanie Arizona. Uczęszczała do liceum Chaparral High School w Scottsdale (Arizona) i na Brigham Young University w Provo w stanie Utah, gdzie ukończyła wydział literatury angielskiej. W 1994 roku wyszła za mąż za Christina (przydomek „Pancho”). Mają trzech synów: Gabe’a, Setha i Eliego. Stephenie Meyer jest mormonką, należy do Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Zgodnie z nauką swego Kościoła nie pije alkoholu ani napojów, które mogą zakłócać zdolność wyrażania wolnej woli.

Źródła: foto | opis

Książka odsłuchana w ramach wyzwania 'Z półki'.

16 stycznia 2013

Okrągły przekręt, Maurycy Nowakowski

Okrągły przekręt, Maurycy Nowakowski
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Stron: ok. 400
Gatunek: football fiction
Premiera: luty 2013
Dziś będzie przedpremierowo. I maksymalnie ostro! Bo oto przed Wami autentyczna bomba - prawdziwie poruszająca i poruszająco prawdziwa powieść football fiction, osadzona w polskich realiach.

Na kartach Okrągłego przekrętu splatają się ze sobą dwie historie - bohaterem jednej jest ambitny dziennikarz Marcin Faron, drugiej - znakomity drukarz sędzia piłkarski - Maciej Bojarski. Dwa różne środowiska, dwie różne historie, a jednak coś ich nierozerwalnie łączy - to brudna, futbolowa rzeczywistość, w której żyją.

Wydawać by się mogło, że temat korupcji w polskiej piłce to już przeszłość. Że brudy zostały wyprane, karty odkryte, zagadki rozwiązane. Że zło zamknięto w celi i unicestwiono. Tymczasem Maurycy Nowakowski i jego zadziwiająco prawdziwa powieść przekonują, że śmieci jedynie zmieciono pod dywan, nie spalono. Że brudne praktyki w tym środowisku nie przestały być kontynuowane. Wręcz przeciwnie - mają się zadziwiająco dobrze. Bo ktoś działa ciszej, sprawniej, na większą skalę...

Okrągły przekręt to opowieść o brudach, w których jeszcze nikt się nie babrał. Bo to tematyka niełatwa, kontrowersyjna, do bólu prawdziwa. Choć mamy do czynienia z powieścią, która z zasady ma być fikcyjna, nie oprzecie się wrażeniu, że skądś znacie te miejsca i tych ludzi, te wydarzenia i anegdoty. Autor pozostawia miejsce dla myślenia i kojarzenia, podsuwa dyskretne wskazówki i zaprasza czytelnika do zabawy w kotka i myszkę.

Lektura powieści Maurycego Nowakowskiego to znakomita przygoda, przypominająca układanie puzzli i brodzenie w błocie. Znajdziecie tu elementy dobrego thrillera i powieści psychologicznej, a nawet odrobinę komedii. To wszystko sprawia, że książka - kiedy już wgryziemy się w akcję - właściwie sama się czyta. Akcja została znakomicie poprowadzona, a fabuła to kawał naprawdę frapującej historii. Do tego autor postawił na mocne dialogi i skąpe partie opisowe, dzięki czemu lektura ani na moment nie zwalnia. Co ważne - tematyka futbolowa czy też polityczna, stanowi jedynie tło opowieści, w której na pierwszy plan wysuwają się ciekawe, złożone osobowości i ich losy. Często do bólu normalne, prawdziwe, bardzo poruszające. Wiele radości z lektury dostarczyły mi te wątki poboczne, mądrze i logicznie splecione z głównym nurtem opowieści. To właśnie one sprawiają, że Okrągły przekręt nie jest jedynie piłkarską opowiastką dla kibiców, piłkarzy, sędziów, dziennikarzy i innych, którzy siedzą w tej tematyce. Jeżeli lubicie ciekawe historie, poprowadzone z zachowaniem wszelkiej autentyczności, idealnie osadzone w rodzimej rzeczywistości - powieść Maurycego Nowakowskiego na pewno wzbudzi Wasze zainteresowanie. Bo gwarantuje dużo emocji, wywołuje sporo niepokoju i skłania do myślenia.

Okrągły przekręt jest bombą, którą uznać można za prawdziwe novum na naszym rynku wydawniczym. Przytłacza autentycznością i niepowtarzalnym klimatem. Jest powieścią wyjątkową, napisaną sprawnie i z pazurem. Kiedy już pojawi się na rynku, może wzbudzić niepokój i poruszenie, może sprowokować do wielu dyskusji. Ta historia, te zdarzenia i ta prawda ukryta między wierszami, zasługują na to, by o nich mówić i chłonąć je z niesłabnącą ciekawością.

Gwarantuję, że po tej lekturze inaczej spojrzycie na otaczającą Was rzeczywistość.

Moja ocena: 8,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda.


literatura polska | recenzja | Maurycy Nowakowski | literatura | recenzje książek

15 stycznia 2013

Zepsute i Zabójcze, Pretty Little Liars, Sara Shepard

Zepsute, Zabójcze z serii Pretty Little Liars, Sara Shepard
Oryginał: Wicked, Killer
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2012
Stron: 316, 322
Gatunek: literatura młodzieżowa
Ponad pół roku minęło, odkąd ostatni raz spędzałam czas z bohaterkami kultowej serii Pretty Little Liars, autorstwa Sary Shepard. Za to zdążyłam w tym czasie obejrzeć wszystkie odcinki serialu, nakręconego na jej podstawie i jedno muszę przyznać - nieważne jak bardzo bohaterki i ich losy by mnie irytowały - i tak zostałam fanką Pretty Little Liars.

Lubię tę serię, ponieważ ma w sobie coś ekscytującego i niepokojącego. Trochę thrillera, trochę romansu, trochę elementów powieści psychologicznej, a wszystko to w przyjemnej, młodzieżowej oprawie. Piąty i szósty tom serii to dalszy ciąg przyjemnej, niegłupiej lektury, do której zapałałam niemałą sympatią.

Zepsute i Zabójcze to moje pierwsze kontakty z Pretty Little Liars odkąd zaczęłam oglądać serial, toteż dostrzegam znaczną różnicę w odbiorze. O ile wcześniej przeżywałam całą falę ekscytacji wywołanej tajemnicami, zagadkami i pewną świeżością oferowaną przez tomy poprzednie, o tyle teraz czułam się tak, jakbym wiedziała, co czai się za rogiem. Koniec końców okazało się jednak, że choć niektóre wątki są mi dobrze znane lub w jakimś stopniu przypominają te, które kojarzę z ekranu, to jednak widać wiele różnic pomiędzy jednym tworem, a drugim. Twórcy serialu poszli w nieco innym kierunku, pozbyli się niektórych bohaterów i wątków, przez co powieści Sary Shepard wciąż są w stanie zaoferować coś nowego i zaskakującego.

Wydaje mi się, że zdarzenia, w jakie uwikłane zostają Emily, Spencer, Hanna i Aria o wiele lepiej znoszę w wersji literackiej, niż telewizyjnej. Książka ma to do siebie, że poświęca czas przeżyciom wewnętrznym bohatera, pozwala poznać go bliżej i wplątać w więcej codziennych, zwyczajnych sytuacji. W serialu stawia się raczej na błyskawiczną akcję i efektowne przygody, niekoniecznie zgodne z logiką. Skala nieprawdopodobnych zdarzeń w przypadku produkcji AXN momentami irytowała mnie tak bardzo, że ze znużeniem wyłączałam serial i czekałam na lepszy moment. W przypadku powieści Shepard chłonę akcję błyskawicznie, bez najmniejszej przerwy na głębszy oddech.

Można mówić, że młodzieżowe czytadło z wyższej półki nie jest dostatecznie godną lekturą, by uznać ją za wartą polecenia, ale prawda jest taka, że jak na amerykańską opowieść o przygodach licealistów, Pretty Little Liars wypada naprawdę bardzo dobrze. Nie przypominam sobie, abym w tych klimatach poznała bardziej absorbującą, lepiej napisaną i ciekawszą lekturę. Naprawdę warto odprężyć się wśród przygód bohaterek Shepard!

Moja ocena: 8/10

literatura amerykańska | recenzja | Sara Shepard | literatura | recenzje książek

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii „Pretty Little Liars" oraz „The Lying Game" stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

Źródła: foto | opis

Książki przeczytane w ramach wyzwania 'Z półki'.

Przeniesienie bloga na własną domenę

Pytacie często o proces podpięcia własnej domeny do bloga na blogspocie i o korzyści płynące z takiego działania. Minęły ponad dwa miesiące odkąd funkcjonuje kreatywa.net, mogę więc rozwiać Wasze wątpliwości i wypunktować najważniejsze wnioski/wady/zalety:

  • statystyki bloga nie maleją - w moim przypadku akurat wzrosły (z 25 000 wejść miesięcznie do 31 000 /a nawet 46 000/, choć ruch na stronie zależy oczywiście od wielu różnych czynników, więc nie można się takimi wynikami sugerować - jasne jest jednak, że drastyczny spadek w statystykach to tylko mit);
  • PageRank faktycznie zostaje wyzerowany, ale z przekierowaniami nie ma żadnych problemów, odnośniki do kreatywa.blogspot.com automatycznie przenoszą na kreatywa.net;
  • warto wyrabiać sobie markę - nazwa witryny jest wizytówką, która może stanowić wstęp do czegoś większego - blog można przekuć w portal, jego nazwę drukować na koszulkach i gadżetach albo wykorzystać przy zakładaniu własnego biznesu (rysuje się przed Wami wiele możliwości - pomyślcie, jaki adres będzie łatwiejszy do zapamiętania i zajmie mniej miejsca na wizytówkach ;));
  • kiedy najdzie Was ochota na zmianę platformy blogowej albo przeniesienie strony na własny hosting, domena nie zmieni się, co oznacza, że czytelnicy nie będą mieli problemu z namierzeniem Was gdziekolwiek się ze swoim bagażem zabierzecie;
  • koszt domeny nie jest wysoki - waha się od kilku do kilkudziesięciu złotych rocznie (w moim przypadku - 24zł); w tym miejscu polecić mogę korzystanie z oferty ovh.pl - przyjaźnie, profesjonalnie, solidnie - nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń.

Samego procesu przeniesienia bloga na własną domenę opisywać nie będę, bo musiałabym skopiować cudzą pracę. Zainteresowanych odsyłam do stosownego wpisu na blogu drogadowlasnegom.pl.

Jestem bardzo zadowolona z milowego kroku, jakim było przeniesienie bloga na własną domenę - mam co do niego wieeelkie plany, a to dopiero początek :)

14 stycznia 2013

Gracze, Renata Chaczko

Gracze, Renata Chaczko
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 246
Gatunek: erotyczna
Za mną bardzo dziwna przygoda literacka. Graczy poprzez modną ostatnio tematykę porównuje się do Pięćdziesięciu twarzy Greya, choć moim zdaniem niewiele obie powieści mają ze sobą wspólnego. Zazwyczaj nie czytam recenzji danego tytułu przed lekturą, ale tym razem zrobiłam wyjątek i jestem szczerze zdziwiona - albo to ze mną coś jest nie tak, albo z innymi, bo powieść Chaczko zbiera prawdziwe cięgi. Moim zdaniem - niezasłużenie.

Podobno książka jest wulgarna, najeżona ordynarnym słownictwem - ciekawy argument. Chyba wysuwają go ci, którzy przeczytali tylko pierwsze dwa rozdziały, bo w kolejnych sześciu albo przekleństw wcale nie ma, albo pojawiają się w paru uzasadnionych przypadkach.

Podobno książka jest o niczym. A raczej - tylko o seksie. I znów - albo ktoś nie zrozumiał przekazu, albo ja nadinterpretuję, ale widzę tu znacznie więcej. Dla mnie jest to ciekawie zarysowany łańcuch tragicznych zdarzeń. Osiem osób, osiem krótkich opowieści, które splatają się ze sobą i zazębiają, jak segmenty z New York, I Love You czy epizody z Sin City - Miasta grzechu. Mamy symboliczną zapalniczkę, która przechodzi z rąk do rąk, jak - no cóż - choroba weneryczna, ale przecież nie o taki łańcuch chodziło autorce. Renata Chaczko w ciekawy i bardzo wymowny sposób opowiada o tym, jak niewiele nas dzieli, jak łatwo jedną decyzją doprowadzić do tragedii wielu osób. Efekt domina - upadek jednej jednostki, to upadek całego szeregu ludzi. Teoretycznie nic nie mogło ich łączyć - mamy tu wieczną imprezowiczkę, gwiazdora filmowego, dziennikarkę, grupę prawników, striptizerkę i studenta medycyny. Jak to się stało, że w ich gronie zatoczyła koło prawdziwa tragedia, która pociągnęła za sobą szereg innych? Przekonacie się, kiedy przeczytacie Graczy.

Zakończenie powieści nie zaskoczyło mnie. Mniej-więcej od początku wiadomo, jaki był zamysł Renaty Chaczko i jaki morał mamy wyciągnąć z tej historii, ale prawda jest taka, że i tak dałam się nie tyle zadziwić, co zaszokować. Ostatnie dwa zdania epilogu to prawdziwa szpila. Daje do myślenia, uwydatnia głębię przekazu i jest jednocześnie kpiącym uśmieszkiem skierowanym do czytelnika. Bardzo dobra robota!

Gdybym miała wystosować zarzuty wobec Graczy, na pewno nie czepiałabym się warstwy językowej - autorka zadbała o to, by bohaterowie z różnych środowisk posługiwali się nieco inną mową. Tam gdzie powinno być wulgarnie - jest. Tam gdzie na poziomie - jest. Tam gdzie wyjątkowo prostacko - również. Jedynym problemem jest mieszanie czasów - w jednym zdaniu używanie zarówno formy przeszłej, jak i teraźniejszej, co wygląda na błąd, a nie zamysł autorki. Do tego parę literówek czy błędów w odmianie - czyli nic, co rzucałoby się w oczy przeciętnemu odbiorcy. Z poważniejszych kwestii - nie podoba mi się pewna schematyczność w sposobie kreowania postaci. Chociaż być może i tutaj można znaleźć uzasadnienie, bo powieść na pewno miała być prawdziwym, brutalnym zapisem rzeczywistości, a nie podkoloryzowaną fantazją, w której prostacki aktorzyna będzie robił coś innego, poza zaliczeniem panienek i imprezowaniem, a syn lekarza-alkoholika poza zaspokajaniem marzeń i ambicji ojca.

Debiut Renaty Chaczko to powieść udana i interesująca. Na pewno nie jest jeszcze szczytem możliwości autorki, bo dostrzec w niej można zarówno pewne niedociągnięcia, jak i odrobinę niewykorzystanego potencjału. Jest w niej jednak coś intrygującego i magnetycznego, warto więc czekać na kolejne kroki Renaty Chaczko. Na pewno czymś nas zaskoczy!

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

literatura polska | recenzja | Renata Chaczko | literatura | recenzje książek

13 stycznia 2013

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Cañón

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Cañón
Oryginał: Tales From The Town Of Widows: And Chronicles From The Land Of Men
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 398
Gatunek: społeczno-obyczajowa
Debiut Kolumbijczyka, Jamesa Cañóna, to dosyć zaskakujące zjawisko. Powieść świeża, oryginalna, niezwykła. Mądra, poruszająca, przepełniona magią i urokiem, który określić mogę jednym tylko przymiotnikiem: dziwaczny. Jeżeli należycie do miłośników prozy Gabriela Garcíi Márqueza, Carlosa Fuentesa czy Jorge'a Luisa Borgesa albo filmów Federica Felliniego i Emira Kusturicy, z pewnością zapragniecie przyjrzeć się bliżej powieści Jamesa Cañóna, który pełnymi garściami czerpie z tradycji realizmu magicznego.

W Opowieściach z miasta wdów i kronikach z ziemi mężczyzn, mamy do czynienia z dwoma przeplatającymi się zjawiskami. Z jednej strony poznajemy historię miasteczka Mariquita, z którego pewnego dnia zniknęli wszyscy mężczyźni. Z drugiej zgłębiamy relację z wojennego żywota partyzantów,  wysiedleńców, dowódców i żołnierzy. Oba te światy poruszają na swój sposób - to, co dzieje się na ziemiach mężczyzn wprawia w osłupienie i szokuje. To, co rozgrywa się w mieście wdów wywołuje najróżniejsze uczucia - rozbawienie, irytację, obrzydzenie, niepokój, zadumę czy podziw.

Debiut Cañóna to opowieść specyficzna i niełatwa w odbiorze. Miejscami przytłaczająca i ciężka, ale jednocześnie zadziwiająco porywająca. Kroniki z ziemi mężczyzn to krótkie migawki, będące zapisem wojennej rzeczywistości. Pomimo brutalnej prawdziwości, pochłania się je wyjątkowo szybko. To takie krótkie, rozrywające serce strzały, których przeciwwagą mają być nieco rozwlekłe opowieści z miasta wdów.

Co zatem spotkamy w zarządzanej przez kobiety Mariquicie? Przede wszystkim - wiele trudnych, poruszających historii kobiet skrzywdzonych, porzuconych, odtrąconych. Kobiet, które przez lata uświadamiają sobie, że do miłości, utrzymania bezpieczeństwa i porządku czy zarobienia na chleb mężczyzna wcale nie jest potrzebny. Kobiet, które próbują wspólnymi siłami stworzyć niezniszczalną, samowystarczalną społeczność. Ich losy stają się pretekstem do snucia refleksji na temat inności, tolerancji, człowieczeństwa.

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn to sztandarowy przykład powieści realizującej założenia realizmu magicznego. Wiele tu nawiązań do folkloru, mitów i legend. Na pierwszy plan wysuwają się doznania zmysłowe i seksualność, zaś fantazja i magia usuwają z pola widzenia wszelką logikę. Tu do głosu dochodzą sny i wróżby, religijność i spirytyzm. Czas nagle staje w miejscu i cofa przy jednoczesnym posuwaniu się naprzód. Nic nie jest takie, jak się wydaje, a pól do interpretacji pozostaje właściwie nieskończenie wiele.

Powieść Kolumbijczyka uznaję za naprawdę udany, wyjątkowy debiut. Na tyle specyficzny, że albo będzie się go kochać, albo nienawidzić. Ja zaliczam siebie do grona zwolenników. Zostałam oczarowana.

Moja ocena: 8,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.


literatura Kolumbijska | recenzja | James Cañón | literatura | recenzje książek

12 stycznia 2013

Niewierni, Vincent V. Severski

Niewierni, Vincent V. Severski
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Stron: 862
Gatunek: thriller, kryminał
Oficer polskiego wywiadu wydaje powieść, w której przewijają się: terroryzm, służby wywiadowcze największych krajów, Al-Kaida, zdeterminowani wyznawcy Allaha czy czeczeńscy bojówkarze. Powieść ta jest niepokojąco prawdziwa i poruszająca. Ponoć inspirowana autentycznymi wydarzeniami...

Kiedy sięgniecie po Niewiernych, przepadniecie na długie godziny. Nie tylko ze względu na porywającą, pełną napięcia akcję. Przede wszystkim dzięki poczuciu, że to wszystko mogło wydarzyć się naprawdę. Ciekawość popchnie Was wgłąb wielowątkowej historii, którą Severski prowadzi z zadziwiającą zręcznością i konsekwencją. Na 862 stronach splata ze sobą ogrom wątków, rozciągających się przez Jemen, Austrię, Polskę, Rosję, Irlandię czy Szwecję, zahaczając nawet o... Koreę Północną. Przedstawia sylwetki kilkudziesięciu bohaterów - agentów, polityków, policjantów, dziennikarzy czy terrorystów. I choć początkowo nietrudno pogubić się w zawiłości historii i liczbie nakreślonych portretów, sytuacja błyskawicznie się rozjaśnia i klaruje. Wtedy też czytelnik przepada całkowicie, bowiem nie sposób oderwać się od opowieści tak pasjonującej, emocjonującej i brutalnie prawdziwej.

W Niewiernych poznajemy jednak nie tylko brudną stronę tego świata. Terrorysta opowiada o swojej religii i ideologii, agenci pokazują łagodniejsze oblicze, gdzieś tam rodzi się miłość, gdzieś indziej znajduje się miejsce na odrobinę humoru czy nostalgii. Mnie w tych pobocznych historiach najbardziej poruszył maleńki epizodzik prostej kobiety, zniewolonej nie tylko przez apodyktycznego męża, ale i hasła, głoszone z ambony.

Żywiłam sporo obaw wobec powieści Severskiego - nie znałam części pierwszej (Nielegalni) i z reguły nie lubuję się w historiach z pistoletami, granatami, agentami i polityką w tle. Tym razem jednak dałam się autorowi omamić i z wypiekami na twarzy śledziłam akcję. Warto było! Dość, że sama fabuła jest wyjątkowo frapująca, to jeszcze Severski pisze naprawdę zajmująco, sprawnie operując piórem i umiejętnie dawkując napięcie. Wszystko to składa się na znakomity thriller szpiegowski, obok którego nikomu nie uda się przejść obojętnie.

Moja ocena: 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

literatura polska | recenzja | Vincent V. Severski | literatura | recenzje książek

11 stycznia 2013

Andrea Bocelli, Concerto: One Night In Central Park

Andrea Bocelli • One Night In Central Park
Sześćdziesiąt tysięcy ludzi w samym sercu Nowego Jorku wzięło udział w widowisku najwyższej klasy. Na scenie Orkiestra Filharmonii Nowojorskiej (najstarsza do dziś istniejąca orkiestra symfoniczna w USA) pod dyrekcją Alana Gilberta, znakomity tenor Andrea Bocelli oraz jego niezwykli goście, m.in. walijski śpiewak operowy Bryn Terfel, przepiękna sopranistka Ana María Martínez, fenomenalna Céline Dion czy prawie dziewięćdziesięcioletni, charyzmatyczny wokalista jazzowy - Tony Bennett.

Musicie wyobrazić sobie skalę widowiska i to, jakim precedensem ono było. Zostawiasz garnitur w szafie, wkładasz płaszcz przeciwdeszczowy, bluzę z kapturem czy czapeczkę ulubionej drużyny baseballowej i ruszasz do Central Parku. Tam rozsiadasz się na trawie, na drzewie, na krześle i w swoim codziennym, przybrudzonym ubraniu, całkowicie za darmo oglądasz Andreę Bocellego, Orkiestrę Filharmonii Nowojorskiej i tuzów sceny operowej. Czyż nie jest to fenomenalne?

One Night In Central Park to prezent dla nowojorczyków, wejście w interakcję z tymi, których mogłoby nigdy nie być stać, by doświadczyć czegoś tak niezwykłego. To dla nich Bocelli z Bennetem wyśpiewali New York, New York i dla nich artysta przygotował interpretację wzruszającej pieśni Amazing Grace. Ten koncert to także pretekst do oddania hołdu wielkim Włochom. Ennio Morricone i Nino Rota - to o nich z przejęciem opowiadał na scenie włoski tenor.

Źródło: shopireland.ie

Przez cały czas trwania tego dwugodzinnego, niezwykłego widowiska, łzom wzruszenia, oklaskom i piskom nie było końca. Publiczność żywiołowo reagowała zarówno na klasyki (Verdi, Puccini, Schubert), jak i na  lżejsze propozycje - Volare, The Prayer czy wspomniane wcześniej New York, New York. Mimo zimna, mimo deszczu, nazwani przez Bocellego bohaterami trwali dzielnie przez całe dwie godziny (a pewnie i kilka więcej wcześniej, by zająć dogodne miejsca) i ze wzruszeniem i przejęciem chłonęli muzykę i energię, płynącą ze sceny.

Koncert One Night In Central Park to wyborny, muzyczny spektakl, w którym wzięli udział znakomici artyści, ze wspaniałym Andreą Bocellim na czele. Jestem pewna, że jak tylko uruchomicie DVD z zapisem tego niesamowitego widowiska, przepadniecie tak, jak przepadłam ja. Wspaniała, muzyczna perełka.

Moja ocena: 10/10
Za płytę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.


muzyka | recenzja | Andrea Bocelli | recenzje płyt

10 stycznia 2013

Jutra może nie być, Gabriela Gargaś

Jutra może nie być, Gabriela Gargaś
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 2012
Stron: 383
Gatunek: społeczno-obyczajowa, dla kobiet
Chyba mam serce z kamienia. Albo nie potrafię bezkrytycznie przyjmować tych wszystkich ckliwych historyjek dla kobiet. Zawsze byłam nadwrażliwa, nie wiem więc dlaczego tak bardzo obojętnie podeszłam do dramatycznej opowieści o zdradzie, samotności i stracie. To historia, nad którą powinno się płakać, która powinna wzbudzać skrajne emocje - od wzruszenia i przejęcia, po złość i irytację. A ja wzięłam ją na zimno i tylko niecierpliwie przerzucałam strony w nadziei, że wreszcie coś się zadzieje, że bohaterka przestanie snuć swoje rozwlekłe opowieści i uwikła się w jakieś interesujące zdarzenia. Nic z tego. Tylko refleksje, rozmyślania, smutne historie, wspomnienia i jeszcze więcej smutnych historii.

Nie lubię irytujących, naiwnych kobiet, które z wywieszonymi językami latają wokół facetów, oplatają ich, jak bluszcz i całkowicie podporządkowują życie do cudzego widzimisię. Nie podoba mi się ciągłe biadolenie, jak to źle jest być tą drugą i nie mieć szans na normalny związek z żonatym facetem. Tutaj właśnie wokół tego nakreślona jest cała historia. Historia, którą spokojnie można by zamknąć na dwustu stronach, które czytałoby się z niegasnącym zainteresowaniem, zamiast rozwlekać ją na czterysta tylko po to, by upchnąć jak najwięcej dramatycznych historii z kobiecego życia (włącznie z ultrafascynującymi wywodami na temat cyklu miesiączkowego).

Trzeba przyznać Gabrieli Gargaś, że posługuje się naprawdę ładnym i przyjemnym w odbiorze językiem, wyznaje piękne wartości (ważną rolę w powieści odgrywa przyjaźń czy miłość w różnych jej odmianach) i  kreśli ciekawe portrety psychologiczne, ale jej powieść w ogólnym rozrachunku jest maksymalnie przegadana. Zbyt wiele tu filozoficznych złotych myśli, żywcem wyciągniętych z Coelho. Zbyt wiele tanich tekstów, rodem z popularnych piosenek pop. Do tego całość nadaje się do Rozmów w toku, jakichś opowieści napisanych przez życie czy na forum zwierzeń, nie zaś do literatury. Bo trzeba by do tej powieści podejść naprawdę wyjątkowo bezkrytycznie, by spokojnie przyjąć na siebie tyle przewidywalności, trywialności i ckliwości, podszytych pseudofilozoficzną nutą.

Ktoś na pewno wysunie tu mój ulubiony argument, że za młoda i/lub za głupia jestem, by dostrzec głębię przekazu i wszystkich tych złotych myśli, ale ja przekornie powiem, że zbyt wiele widziałam i zbyt wiele przeżyłam, aby robiło na mnie wrażenie coś tak banalnego i pseudointeligentnego. I choć debiut Gabrieli Gargaś kompletnie nie trafił w mój gust, jestem pewna, że wielu z Was chwyci za serce i oderwie od własnych problemów. Trudna tematyka, dużo dramatu i jasny, mądry przekaz. To może się podobać. Ale akurat nie mnie.

Moja ocena: 6/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria.

literatura polska | recenzja | Gabriela Gargaś | literatura | recenzje książek

Pies Baskerville'ów, Arthur Conan Doyle

Pies Baskerville'ów, Arthur C. Doyle
Oryginał: The Hound of the Baskervilles
Dostęp: audeo.pl
Czyta: Jakub Sender
Czas trwania: 6 godz. 20 min.
Gatunek: kryminał
Kompletnie nie znam się na klasyce kryminału, a "Sherlock Holmes" był dla mnie dotąd jedynie symbolem kultury, a nie rzeczywistą postacią znaną z literatury czy filmu (choć fragmentami miałam okazję widzieć wersję Guy'a Ritchie'ego). Trochę czułam się z tego powodu zacofana, więc skwapliwie skorzystałam z okazji poznania audiobooka Pies Baskerville'ów, którego w ramach promocji, platforma Audeo udostępnia za darmo tutaj.

Rzecz tyczy się tajemniczej zbrodni i klątwy, ciążącej na pewnej zamożnej rodzinie. Sherlock Holmes i jego przyjaciel - narrator powieści - doktor Watson, pierwszy raz trafiają na sprawę tak skomplikowaną i na zbrodniarza tak bezwzględnego i przebiegłego. Aby odnieść sukces, sami muszą wykazać się niesamowitym sprytem, darem przewidywania i cierpliwością. Nie przychodzi to jednak łatwo, kiedy muszą się rozdzielić, w grę wchodzi ogromny majątek, a czas ucieka nieubłaganie.

Sherlock Holmes i doktor Watson to duet znakomity - panowie znają się doskonale, są zabójczo inteligentni i bystrzy, potrafią być zabawni i wyjątkowo przebiegli. Muszę przyznać, że z ogromną ciekawością śledziłam ich poczynania, dając porwać się atmosferze grozy i wielkiej tajemnicy. Akcja jest odpowiednio zawiła, każdy z wątków zostaje logicznie poprowadzony i rozwiązany (chociaż nie przekonuje mnie zastosowany tutaj zabieg - bohaterowie spotykają się po czasie i wyjaśniają wszystkie fakty, jeden po drugim), a portrety psychologiczne postaci są ciekawie zarysowane. Całość chłonie się z ogromną przyjemnością i niesłabnącym zainteresowaniem.

Pies Baskerville'ów to powieść wydana w roku 1902, czego potwierdzeniem może być język, jakim posługują się bohaterowie. Staranny, nieco staroświecki i wytworny, bardzo przyjemny w odbiorze. Choćby dla samego słownictwa i sposobu budowania zdań, warto sięgać po książki wydane kilkaset lat temu - mają w sobie pierwiastek elegancji, który zatarł się gdzieś we współczesności.

Książki w wersji audio przekonują mnie do siebie coraz bardziej. Początkowo nie byłam przekonana do lektora, którego głos kojarzy mi się raczej z nastolatkiem, ale z czasem nabrałam do niego sympatii i zaczęłam zapominać, co w ogóle przeszkadzało mi w jego tonie. Jakub Sender jest doskonałym przewodnikiem po tej pełnej tajemnic, pasjonującej historii. Warto śledzić z nim przygody wielkiego Sherlocka Holmesa.

Moja ocena: 8/10

literatura szkocka | recenzja | Arthur C. Doyle | literatura | recenzje książek

Sir Arthur Ignatius Conan Doyle zanim zyskał rozgłos był początkującym lekarzem, który miał problemy z przyciągnięciem do siebie pacjentów. Sławę zyskał jako czołowy przedstawiciel nurtu powieści detektywistycznych i twórca postaci Sherlocka Holmesa - detektywa, który w swych pracach wykorzystywał z ogromnym powodzeniem metodę dedukcji i indukcji. Pierwowzorem Sherlocka Holmesa był dr. Joseph Bell królewski lekarz z Edynburga. Arthur w młodości był jego studentem. Bell słynął z dedukcji (można też śmiało powiedzieć że był on również pierwowzorem dr House'a). Potrafił postawić trafną diagnozę na podstawie krótkiej obserwacji, a przy okazji określić także zajęcie i miejsce zamieszkania pacjenta którego widział po raz pierwszy. Do jego najważniejszych dzieł należą: "Pies Baskerville'ów", "Studium w szkarłacie" oraz wielokrotnie ekranizowana powieść "Świat zaginiony", w której wykreował postać ekscentrycznego naukowca George'a Challengera. Oprócz utworów kryminalnych pisał również powieści historyczne, fantastyczno-naukowe i sensacyjne.

Źródła: foto | opis


Książka odsłuchana w ramach wyzwania 'Book-Trotter'.

9 stycznia 2013

Bejbi blues (2012)

Bejbi blues
reż. K. Rosłaniec • Polska, 2012
Galerianki były filmem, który oceniałam dobrze, powyżej przeciętnej. Kasię Rosłaniec z kolei już po wersji krótkometrażowej, z 2006 roku, uznawałam za reżyserkę interesującą, znacznie wyróżniającą się na tle wielu innych. Dlatego też z ogromnym zainteresowaniem podeszłam do jej kolejnego dzieła - Bejbi blues.

Uczucia, jakie towarzyszyły mi podczas seansu, to, kolejno: przytłoczenie (nadmiarem barw), zagubienie (kręcenie z ręki nie zawsze wychodzi na dobre filmowi czy oczom widza), rozbawienie (totalną abstrakcyjnością świata przedstawionego), zażenowanie (małolatami non-stop latającymi nago przed kamerą) i znudzenie (przydługimi scenami). A! Była jeszcze irytacja spowodowana ciągłymi westchnieniami, chichotami i głośnymi pytaniami: "co ona tam bełkotała?" panoszącymi się po sali.

Generalnie mamy do czynienia z dziełem totalnie surrealnym i pozbawionym logiki - bohaterowie są i znikają, szkoła nie istnieje, samotne małolaty stać na odjazdowe ciuchy, amfetaminę, dyskoteki i modne knajpy, do żłobka można oddać malucha niemal z marszu, zamknięte w ciemności dziecko ani nie zakwili, na komisariacie można spokojnie się pociąć, a po zrobieniu krzywdy dzieciakowi bez słowa można uciec ze szpitala. W ogóle te małolaty żyją jak w bajce - własne mieszkanie, kasa spadająca z nieba, bezproblemowe zatrudnienie w ekskluzywnym butiku i dziecko-gadżet, które czasem zapłacze, czasem krzyknie, ale generalnie żyje sobie, jak jedna z maskotek, wciśniętych gdzieś w kąt pokoju.

Z tego można było zrobić dobry, poruszający film. Bo pomysł na fabułę nie był zły, a i aktorsko Bejbi blues stoi na naprawdę wysokim poziomie. Na fali popularności wszystkich Trudnych spraw i innych tego typu, historia siedemnastolatki, która z braku miłości załatwia sobie coś do kochania, mogłaby cieszyć się u nas ogromną popularnością. Ale Rosłaniec wolała zrobić z tej historii kolorowo-błyszczącą papkę, którą kupi co najwyżej mało rozgarnięta trzynastolatka. Te bardziej kumate zorientują się, że ich świat wcale nie jest taki różowy, że ich dialogi nie są tak drętwe, a problemy tak wyimaginowane. Czy znalazł się w ogóle ktokolwiek, kto uwierzy w tę historię, w tych bohaterów i w takie problemy? Wątpię.

Źródło: filmweb.pl

Smutne jest to, że można mieć dobry pomysł, można stworzyć opowieść z wielkim potencjałem, zaangażować zdolnych debiutantów, mieć znakomite zaplecze finansowe, a i tak nie wykorzystać ani kawałka z tego, co jest. Bejbi blues to film z tragicznym scenariuszem i słabymi dialogami, na siłę wydłużany niemożliwie ciągnącymi się scenami (z wielką fascynacją obserwowałam minutowy spacer, minutową jazdę na rolkach, minutowy proces wkładania rajstop albo siedzenia na klozecie). I chyba jedyne, co jest mnie w stanie do niego przekonać, to rysy psychologiczne poszczególnych postaci.

Nie wierzę w świat, w którym żyją bohaterowie, ale jestem w stanie uwierzyć w ich uczucia, ufam ich emocjom. Trzydziestoparoletnia babcia, która widzi swe tragiczne odbicie we własnej córce. Nieodpowiedzialny nastolatek, który nie potrafi zrezygnować z uroków młodości na rzecz ojcostwa. Młoda dziewczyna z wpadki, która szuka miłości u własnego dziecka. Wymuskany cwaniaczek, wykorzystujący naiwność nastolatek. Wiele różnych charakterów, wiele prawdy w ich osobowościach. Chciałabym, aby w tym krył się sekret filmu, aby to był jego najważniejszy element, ale tak ciężko przekonać się o tym, kiedy ciekawych bohaterów wikła się w problemy rodem z Manhattanu. Kiedy wkleja się ich do przerysowanego, kompletnie odrealnionego świata. W dodatku całość zapakowuje się w szkaradną, ciężką do strawienia otoczkę.

Chciałabym polecić Wam pójście do kina, ale Marcin świadkiem, że momentami z nudów prawie zjeżdżałam na podłogę, zaziewana. Może gdyby wyciąć wszystkie przydługie sceny i zrobić z tego etiudę, jaką pierwotnie były Galerianki - mogłabym zostać fanką Bejbi blues. Ale nie zostanę nią, bo musiałam przez dwie godziny znosić ten film w kinie. Stanowczo zbyt długo, jak na moje oczy, nerwy i dobre serce.

Moja ocena: 5/10