29 lipca 2012

Dla miłośników oszczędności w kuchni i fanów makaronów


Kuchnia na każdą kieszeń, Alina Stradecka
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 96
Gatunek: kucharskie
Oto przykład książki, która już samym tytułem i pięknym wydaniem powinna kusić. W końcu któż z nas nie chciałby zaoszczędzić na tym, co towarzyszy mu każdego dnia - na jedzeniu? I któż z nas nie lubi nacieszyć oka starannie, przemyślanie i schludnie wydawanymi książkami? Alina Stradecka doskonale wie, jak przyciągnąć uwagę miłośników gotowania i tych, którzy chcą lub muszą rozważniej kierować swoimi wydatkami.

W środku znajdziemy krótkie przepisy, przydzielone do działów:
- zupy,
- dania mączne,
- warzywa,
- mięso, drób i ryby,
- sałatki i surówki,
- coś słodkiego.

Autorka przekonuje, że można niedrogo i dobrze zjeść, modyfikując nieco doskonale znane przepisy lub zastępując popularne składniki innymi. Wiele jej propozycji przypadło mi do gustu - szczególnie nowe pomysły na dania mączne i sałatki, których jestem ogromną fanką.

Jeden poważny mankament burzy mi nieco dobry obraz Kuchni na każdą kieszeń - oszczędność idzie tu czasem ze spadkiem jakości lub - właściwie - z pozorną oszczędnością. Niekiedy kostki bulionowe, sosy z torebki, piure w proszku czy sosy ze słoika, które stale przewijają się w przepisach Aliny Stradeckiej są może i ciut tańsze, ale do zdrowych, naprawdę smacznych i wartych polecenia produktów nie należą. Wolałabym szukać oszczędności gdzieś indziej, niż przekonywać czytelników, że warto stosować produkty instant i marne gotowce...


Łatwe makarony, Dr. Oetker
Oryginał: Blitz Pasta
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 96
Gatunek: kucharskie
Kolejna propozycja kulinarna - tym razem kopalnia inspiracji na urozmaicone dania z makaronem.

Książkę otwiera lista dziesięciu makaronowych hitów, wśród których znajdują się takie klasyki, jak spaghetti carbonara czy farfalle z pesto. Kolejne rozdziały, to już propozycje na:
- dania z patelni,
- dania wegetariańskie,
- dania dla dzieci.

Przepisów jest naprawdę sporo (ponad 45) i najpewniej znaczna część z nich będzie dla Was całkowitym zaskoczeniem - mnóstwo tu wariacji z różnych stron świata, które nawet dla takiego makaronowego wyjadacza jak ja, okazują się być czymś świeżym, nowym i interesującym.

Warto zwrócić uwagę na piękne wydanie książki (która obfituje w zdjęcia i grafiki) oraz na jej solidną i przemyślaną formę - urzekły mnie zwłaszcza wyróżnione graficznie rady (dotyczące modyfikacji czy sposobu podania) oraz wyszczególnienia ile białka, węglowodanów, tłuszczu, kilodżuli, kalorii i jednostki chlebowej wypada na jedną porcję zaprezentowanego dania. Dla zwolenników zdrowego żywienia powinien być to niepodważalny atut Łatwych makaronów. Innym jest niewątpliwie czas przygotowania, bowiem każda z propozycji zamyka się w trzydziestu minutach, co powinno przekonać tych wiecznie niemających czasu, że jednak da się przygotować pyszne i urozmaicone danie w naprawdę krótkim czasie.


literatura polska | literatura niemiecka | recenzja | Alina Stradecka | Dr. Oetker | literatura | recenzje książek


Za książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

22 lipca 2012

Dziewczynki ze Świata Maskotek, Anja Snellman


Dziewczynki ze Świata Maskotek, Anja Snellman
Oryginał: Lemmikkikaupan tytöt
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Stron: 269
Dziś będzie krótko. Bo oto książka, która wymęczyła mnie, zamiast wstrząsnąć. Wynudziła, zamiast zainteresować. W zapowiadaną "językową maestrię" autorki nie wątpię, natomiast tego, że jej prozę czyta się lekko i z wypiekami na twarzy potwierdzić nie mogę. Choć pomysł z ciągłą zmianą perspektywy i nadawcy, czasu i miejsca podobał mi się bardzo, choć dialogi czytało się świetnie, to cała reszta - tło, bohaterowie, opisy, fabuła - była nudna, naciągana, bezsensownie splątana i mało ciekawa.

Czego brakowało czternastoletniej Jasmin z całkiem zwykłego, dobrego domu, że zaczęła oddawać się starszym panom? Co się zdarzyło, że pewnego dnia zniknęła z miasta w towarzystwie jednego z nich? Jak działa podziemny seksbiznes z udziałem nieletnich? Na tę wstrząsającą powieść składają się: dziennik Jasmin, obecnie dwudziestosześcioletniej, wspomnienia jej matki lekarki, opowieść o pedofilu – znanym intelektualiście, który porwał Jasmin – oraz historia ludzi organizujących cały proceder. Wybitna, sugestywna proza robi ogromne wrażenie.

Źródło: swiatksiazki.pl

Opis brzmi, ciekawie? Niestety, to tylko opis...

Moja ocena: 4/10

literatura fińska | recenzja | Anja Snellman | literatura | recenzje książek
Anja Snellman urodzona 23. maja 1954 roku w Helsinkach. Fińska pisarka. Jedna z najwybitniejszych pisarek skandynawskich. Feministka, autorka 19 powieści, przełożonych na 12 języków, łączących świetną psychologię z opisem współczesnej obyczajowości i diagnozę ważkich problemów społecznych.

Źródła: foto | opis

20 lipca 2012

Polska według Kreta, Jarosław Kret


Polska według Kreta, Jarosław Kret
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2012
Stron: 352
Gatunek: podróżnicze, reportaże
Ostatnią książką, jaką przeczytałam w ubiegłym roku była Planeta według Kreta (recenzja), która pozwoliła mi odkryć, że ciepły i zabawny prezenter pogody wcale nie musi pisać ciepłych i zabawnych reportaży. Czułam się wówczas nieco rozczarowana, ale za to tym razem byłam przygotowana na to, że czeka mnie spotkanie z człowiekiem, który jako autor książek jest raczej sztywny i - cóż - miejscami przynudzający...

Odkrywając piękno ojczystego kraju, Jarosław Kret zabiera widzów swojego programu i czytelników książki w miejsca mniej popularne, nie do końca odkryte, tajemnicze i barwne. Zatem sięgając po Polskę według Kreta zwiedzimy m.in. Biebrzański Park Narodowy, Pojezierze Litewskie, Bochnię, Dolinę Karpia, Milówkę czy Region Kozła. Tu nawet Kraków i Poznań odkrywają przed zwiedzającymi coś nowego, niepopularnego, oryginalnego. W sumie w książce znalazły się dwadzieścia dwa rozdziały - każdy poświęcony innemu miejscu.

Polska według Kreta to - w pierwszej kolejności - nazwa emitowanego w Telewizji Polskiej autorskiego programu znanego podróżnika i prezentera. Książka przyjęła zatem formę zbioru reportaży nie tyle z samych podróży, co z kręcenia kolejnych odcinków programu. Dzięki temu czytelnicy mają niepowtarzalną okazję poznać kulisy pracy ekip telewizyjnych, prawdziwą twarz autora i prezentera (który potrafi na planie wybuchnąć gniewem) czy też anegdoty z poczynań tych, którzy pojawiają się obok Jarosława Kreta, kiedy zgasną kamery. Miejscami bywa całkiem więc zabawnie, ale całość tekstu jest raczej sztywna i niespecjalnie porywająca.

Kolejna wyjątkowo schludnie i solidnie wydana propozycja wydawnictwa PWN przyciąga pięknymi zdjęciami i opisami naprawdę interesujących miejsc, spośród których mnie najbardziej kuszą Sandomierz i Jezioro Solińskie. Ogromnym plusem każdego z rozdziałów jest zwieńczenie go punktem Smaki Polski, prezentującym przepisy kulinarne typowe dla przedstawianych okolic.

Polska według Kreta to barwny zbiór reportaży z miejsc ciekawych i wartych odkrycia. Z pewnością skusi fanów autora oraz miłośników podróży po kraju. Na pewno wart jest polecenia, o ile nie nastawiamy się na lekką i przyjemną lekturę. Niech będzie to dla Was raczej podręcznik i ciekawostka, a nie przewodnik czy zbiór pasjonujących opowieści.

Moja ocena: 7/10
PS. Nie zdzierżę nazywania Johnny'ego Deppa - Deepem. Dlaczego ludzie mają tak ogromny problem z tym nazwiskiem? Czy autor, redaktor i korektor naprawdę nie znają tak wyjątkowego aktora?

Za książkę dziękuję wydawnictwu PWN.


literatura polska | recenzja | Jarosław Kret | literatura | recenzje książek

Jarosław Kret – polski dziennikarz telewizyjny i fotoreporter.

Z wykształcenia jest egiptologiem. Pracował jako dziennikarz i reporter, przez krótki okres był też prezenterem Teleexpressu.Prowadził przez 4 lata swoje autorskie programy: Klub Podróżników, Kino Klubu Podróżników i Filmy Kapitana Baranowskiego w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym.

Stale współpracuje z National Geographic, jest członkiem The Explorers Club. Autor ponad 20 reportaży i filmów dokumentalnych o tematyce światopoznawczej. Od jesieni 2009 prowadzi nadawany w TVP Info program Planeta według Kreta, w którym opowiada o kulturze i obyczajach zwiedzanych przez niego krajów. Prowadzi prognozę pogody w Wiadomościach TVP 1.

Źródła: foto | opis

Była sobie dziewczyna, Lynn Barber


Była sobie dziewczyna, Lynn Barber
Oryginał: An Education
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2010
Stron: 205
Gatunek: autobiografia
Mając w pamięci pełen uroku film z Carey Mulligan w obsadzie, z radością sięgnęłam po książkę, na podstawie której go nakręcono. Zapowiedź z okładki głosiła jasno - oto historia romansu nastoletniej dziewczyny i dużo starszego elegancika, która stała się inspiracją dla filmowego scenariusza Nicka Hornby'ego. Ponieważ ekranizację odebrałam wyjątkowo dobrze, dałam się tej książce skusić.

Już po zakupie i przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów z ciekawością przejrzałam oceny, jakie Była sobie dziewczyna zbiera na portalach literackich. Jakież było moje zdziwienie, gdy natknęłam się na cały szereg "jedynek" i "trój" w skali 1-10. W Polsce książkę uznano za słabą i nudną, z kolei - co nieco mnie podniosło na duchu - za granicą za pełną uroku i interesującą. Przekonałam się, jak wielką rolę odgrywa "nastawianie się", bowiem niskie noty wystawiali ci, których rozczarowało, że książka jest biografią Lynn Barber, w której rozdział Edukacja (będący podstawą scenariusza) stanowi zaledwie niewielki ułamek całej historii.

W porządku, rozumiem rozczarowanie, w końcu wydawca sprytnie wykorzystał popularność wersji kinowej. Nie rozumiem natomiast, jak książkę tę można oceniać wyłącznie przez pryzmat okładkowego rozczarowania. Oprócz elektryzującego rozdziału Edukacja Lynn Barber zaserwowała czytelnikom pasjonującą i barwną opowieść o swym życiu. Ja w tej historii szczerze się zakochałam i z czystym sumieniem dołączę ją do grona najciekawszych autobiografii, jakie było mi dane zgłębiać.

Była sobie dziewczyna to szalenie interesująca dokumentacja zmian społecznych, jakie zaszły w Wielkiej Brytanii na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat. To niesamowita kronika rozwoju brytyjskiej prasy, w której Lynn Barber była i jest ważną postacią. To wreszcie pasjonujący zapis życia tej, która z rozwiązłej trzpiotki stała się oddaną żoną Tego Jedynego. Jest zatem w tej książce miejsce i na uniesienia, i na interesujące fakty ze świata, w jakim żyje Lynn Barber. Nie brak tu humoru i ironii, nie brak ciepła, ale i pewnej surowości. Autorka - której brak zapędów powieściopisarskich - ma w sobie więcej z dziennikarza-rzemieślnika, aniżeli z literata. Niemniej, swą opowieścią potrafi zainteresować i oderwać od rzeczywistości. A na kanwie jej biografii mogłoby powstać więcej ciekawych filmów, niż tylko - rejestrujący ułamek jej życia - An Education.

Moja ocena: 8/10

literatura angielska | recenzja | Lynn Barber | literatura | recenzje książek


PS. Bardzo bym chciała, aby tłumacze i redaktorzy zdobyli wiedzę na temat George Eliot, która w kolejnej już książce uważana jest za mężczyznę.

19 lipca 2012

Starsza pani wnika, Anna Fryczkowska


Starsza pani wnika, Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 440
Gatunek: kryminał, czarna komedia
Kiedy przed rokiem zapoznałam się ze znakomitą Kobietą bez twarzy, nazwisko Anny Fryczkowskiej na stałe zagościło w mym umyśle z etykietką "wyczekiwać kolejnej książki". Z wielką radością przyjęłam więc wieść o publikacji nowego kryminału, który miał być "brawurowo ironiczny" i "ironicznie brawurowy". Pierwszą próbę lektury podjęłam ponad miesiąc temu, ale zabrakło mi do niej chęci i serca. Teraz przez kilka dni mocno zaciskałam zęby i pozostawiłam już tę książkę za sobą, ale uczucia miałam tak mieszane, że potrzebowałam kilkunastu godzin na zebranie polekturowych myśli i wniosków...
Brawurowo ironiczna, ironicznie brawurowa powieść, która jest czymś więcej niż tylko kryminałem.

Torturowany przed śmiercią nauczyciel angielskiego, zostaje znaleziony we własnym mieszkaniu. Pewna księgowa znika bez śladu. Ktoś w okrutny sposób pastwi się nad kotami. Te na pierwszy rzut oka niepołączone ze sobą wątki wiąże osoba starszej pani, która – korzystając z nieformalnych powiązań z zaprzyjaźnioną agencją detektywistyczną – usiłuje dociec, kto bruździ na jej podwórku. I jest w tym zaskakująco skuteczna! Zapewne dlatego, że potrafi wykorzystać atuty, jakimi dysponuje tylko kobieta naprawdę dojrzała...

Źródło: proszynski.pl
Anna Fryczkowska pisze wyjątkowo zajmująco - z wielką przyjemnością chłonę powieści napisane ładną, poprawną polszczyzną, pełne plastycznych opisów, świetnie skonstruowanych dialogów i humoru na wysokim poziomie. Podoba mi się konkretna wizja subtelnego połączenia ze sobą kilku napisanych przez siebie powieści, dzięki czemu w Starszej pani poznajemy dalsze losy bohaterów Kobiety bez twarzy. Nie jest to cykl, nie łączy obu tytułów jakiś znaczący, wspólny mianownik, a jednak udało się autorce bardzo zręcznie spleść ze sobą świat Hanny Cudny z bohaterami nowej powieści.

O ile Kobietę bez twarzy uznać można za rasowy, mrożący krew w żyłach dreszczowiec, o tyle w Starszej pani zbrodnie są jedynie mało znaczącym pretekstem dla satyrycznego przedstawienia świata pań 60+. Fryczkowskiej doskonale udało się w komediowy i barwny sposób przedstawić dylematy i osobowości typowych babć, jakich wiele w blokowiskach i autobusach. Tutaj staruszki latają z gazem pieprzowym, za broń mają kijki do nordic walkingu, potrafią węszyć lepiej niż detektywi, mścić się i romansować z młodzieniaszkami. Ich świat jest pełen barw i emocji, a ich poczynania zamiast wzbudzać pobłażanie, wywołują raczej nerwowy śmiech i zgrozę. Bo autorka odziera urocze babinki z wszelkich masek, za jakimi się kryją, porównując je do psów gończych i nazistów. Wszystko oczywiście z solidną dawką dystansu i humoru.

Zarówno narracja, świat wykreowany przez autorkę, jak i portrety psychologiczne bohaterów zasługują w Starszej pani na spore uznanie. Najsłabszym punktem okazuje się zawiła, miejscami bezsensownie błądząca akcja, która niejednego czytelnika mogłaby znużyć i zniechęcić. Mnie uderzyło jeszcze podobieństwo w zachowaniu i sposobie bycia niektórych bohaterów obu powieści Fryczkowskiej. Powielenie schematu, który znałam już z Kobiety bez twarzy nie jest korzystnym zabiegiem, ale też trzeba przyznać, że nie wysuwa się w rażący sposób na pierwszy plan. Ot, lekko irytuje, gdyby bardziej zagłębić się w treść...

Postawiłam tej książce poprzeczkę dosyć wysoko - widziałam dobre oceny na innych blogach, zapamiętałam Fryczkowską jako naprawdę znakomitą pisarkę, tymczasem tutaj lekko się rozczarowałam. Ale ponieważ wielki wpływ na moją ocenę miało uprzednie nastawianie się, Wam polecam tę książkę z całego serca - bo jest napisana naprawdę dobrze i czyta się ją świetnie. Jeżeli tylko nie będziecie oczekiwać cudów, na pewno się nie zawiedziecie...

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


literatura polska | recenzja | Anna Fryczkowska | literatura | recenzje książek
Italianistka, scenarzystka, dziennikarka. Napisała powieści „Straszne historie o otyłości i pożądaniu” oraz „Trafioną-zatopioną”. Obecnie mieszka w Warszawie, studiuje gendery, najbardziej lubi pisać w kawiarniach.

Źródła: foto | opis




PS. Przypominam o oddawaniu głosów w plebiscycie Złota Zakładka - jedną z nominowanych książek jest właśnie Kobieta bez twarzy Anny Fryczkowskiej.

16 lipca 2012

W plątaninie uczuć, Gabriela Gargaś


W plątaninie uczuć, Gabriela Gargaś
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 2012
Stron: 392
Gatunek: obyczajowa, dla kobiet
Od momentu premiery powieści Gabrieli Gargaś minęło zaledwie kilka dni, a w sieci już zaroiło się od entuzjastycznych, pełnych patosu i zachwytu recenzji. Dzięki nim mój początkowy sceptycyzm przerodził się w ekscytację - w końcu skoro jakaś książka poruszyła tyle serc, musiała być wyjątkowa. I wyjątkowo dobra. Czy była? No cóż, jak spadać, to z wysokiego konia - cudze recenzje podniosły W plątaninie uczuć poprzeczkę tak wysoko, że musiało mnie spotkać lekkie rozczarowanie...

Dorota - mężatka, matka dwójki dzieci. Zaniedbana, sfrustrowana poddaje się bezwolnym schematom codzienności. Funkcjonuje niczym mrówka w mrowisku. Pędzi przez życie bez wytchnienia. Tak jak wiele kobiet cierpi na nadmierne poczucie odpowiedzialności za rodzinę i jej sprawne funkcjonowanie. Od pewnego czasu jej małżenstwo przeżywa kryzys. Czy miłość wybaczy zdradę?

Hanna- trzydziestopięcioletnia singielka. Pnie się po szczeblach kariery w międzynarodowej korporacji. Miała kiedyś kota, ale nie miała dla niego czasu, oddała go koleżance. Potem hodowała rybkę, której nie poświęcała za dużo uwagi. Rybka zdechła. Na związki też nie ma czasu, a może nie chce mieć. Miłość przecież boli, zawsze...

Kalina – w szczęśliwym związku od dziesięciu lat. Właścicielka ekskluzywnego butiku. Życie przynosi niespodzianki, w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy wszystko wydawało się być poukładane i zapięte na ostatni guzik, kiedy myślała, że już nic ciekawego jej nie spotka, wtedy pojawił się ON. Jej pierwsza „wielka miłość”. Wywrócił jej poukładany świat do góry nogami.

Życie kobiet zmienia się kiedy stają w obliczu śmiertelnej choroby. Ich przyjaźń nabiera siły i nowego wymiaru. Prawdziwa przyjaźń potrafi pokonać czas, życiowe trudności a nawet śmierć.


Brzmi znajomo? Z pewnością, w końcu tego typu powieści od lat zalewają rodzimy rynek wydawniczy. Domyślacie się, jak potoczą się losy bohaterek? Jestem pewna, że niewielu z Was się pomyli. To nie jest jedna z tych książek, które zaskakują, wywołują przyspieszone bicie serca czy odkrywają nieznane prawdy. Nie jest i nie musi być. Bo to obdarta z magii, brutalnie szczera opowieść o szarościach życia. O prawdzie, która nie jest podlana lukrem i błyszcząca. O rzeczywistości takiej, jaką widzimy za oknami i spotykamy na ulicach. W pewnym momencie życie przestaje zaskakiwać, trudno więc wymagać od tak realistycznej powieści, by serwowała nam kolorowe niespodzianki. Jest więc znajomo i mało zaskakująco, ale na pewno nie nudno...

Powieść Gargaś czyta się jednym tchem - to z pewnością zasługa zręcznego pióra, jakim operuje autorka. Dialogi nie uniknęły co prawda sztuczności, opisy zbędnej egzaltacji, a fabuła tanich chwytów, ale całość opowiedziana została na tyle sprawnie i zajmująco, że czytelnik błyskawicznie zatapia się w tej historii, nieprędko orientując się, że całkowicie przepadł. A po zakończeniu lektury uświadamia sobie, że dzięki zwyczajnej, życiowej, prostej historii uronił sporo łez, zgrzytał zębami z irytacji i przeklinał pod nosem. To dobra rekomendacja, jeżeli książka gwarantuje całą paletę emocji...

Poczynania bohaterów nierzadko mocno mnie drażniły, jednocześnie wywołując znużenie. Ciągłe przeplatanie form czasu przeszłego i teraźniejszego w narracji również wywoływało lekką irytację (świadczy bowiem o pewnym niechlujstwie). Zdarzyły się też nielogiczności i niespójności (z niewybaczalną pomyłką w imionach bohaterek na czele), które sprawiały, że mocno zastanawiałam się nad tym, co też tak wszystkich w tej opowieści zachwyciło. Po zamknięciu książki długo o tym myślałam i doszłam do wniosku, że kobiety po prostu lubią ciepłe i brutalnie zwyczajne historie o życiu, jakie same wiodą lub wieść będą. W plątaninie uczuć to dobra książka - kobieca, subtelna, podszyta (umiarkowanym) humorem. Nie może pretendować do miana arcydzieła, ale na pewno zapada w pamięć. Fakt, że dzięki tanim chwytom - wyciskaniem łez chorobami i smutnymi historiami z życia czy kreowaniem obrazu idealnej przyjaźni, o jakiej marzy większość kobiet. W jakikolwiek sposób autorka nie grałaby z czytelnikami - liczy się jednak efekt końcowy. A ja - jeżeli mam pokusić się o jakieś podsumowanie - uważam, że dobrze spędziłam czas z powieścią Gabrieli Gargaś i chętnie polecę ją innym kobietom, które potrzebują chwilowego oderwania od własnych kłopotów - z pewnością znajdują w tej książce ukojenie, kilka mądrych rad, może nawet nadzieję i odpowiedzi na kilka palących pytań...

A panowie? Tyle tu uniwersalnych prawd o kobiecej psychice, że mogliby się dzięki tej powieści sporo nauczyć.

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria.

literatura polska | recenzja | Gabriela Gargaś | literatura | recenzje książek

15 lipca 2012

Bale Maturalne z piekła, S. Meyer, M. Cabot, K. Harrison, L. Myracle, M. Jaffe


Bale Maturalne z piekła, S. Meyer, M. Cabot,
K. Harrison, L. Myracle, M. Jaffe
Oryginał: Prom Nights From Hell
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2010
Stron: 304
Gatunek: dla młodzieży
Kiedy człowiek potrzebuje totalnego odmóżdżenia, bo nie starcza mu energii do życia, przydatna może okazać się lekka, mało wymagająca lektura. Za taką uznałam antologię Bale Maturalne z piekła, wśród której autorek znalazłam kilka dobrze znanych mi nazwisk...

Piekło na ziemi, Stephenie Meyer
Na balu maturalnym pojawia się przebrzydła demonica, która zsyła na niewinnych uczniów wszelkie możliwe plagi – dziewczyny namawia do całowania z kim popadnie, w facetach wznieca zazdrość i nienawiść, pozostałym plami sukienki i łamie obcasy. Historia prosta jak konstrukcja cepa. Sam pomysł na nowy typ demona byłby całkiem niezły, ale wykonanie jest naprawdę żałosne. Meyer na każdym kroku obraża inteligencję swoich czytelników, kreując mdłych i przewidywalnych bohaterów i wikłając ich w naprawdę „wyborne” sytuacje, które wywołują jeden tylko typ reakcji – gromki śmiech. Jak lubię Zmierzch i doceniam pióro autorki przy Intruzie, tak kompletnie nie rozumiem, co kierowało nią, by stworzyć i wydać takiego gniota. Myślę, że takimi treściami nie będzie ukontentowana nawet dwunastoletnia Amerykanka…


Córka likwidatora, Meg Cabot
Meg Cabot to jedna z ulubionych autorek moich młodzieńczych lat – swego czasu pochłaniałam każdą jej książkę z ogromną radością i satysfakcją. Wiedziałam, że jej pióro i tutaj mnie nie zawiedzie – istotnie, tę krótką historię o likwidatorce wampirów czyta się wyjątkowo prędko i miło. Myślę, że na kanwie tego szkicu mogłaby powstać całkiem interesująca, rozbudowana fabularnie opowieść. Córka likwidatora to ciekawa, podszyta humorem historia o całkiem sporym potencjale – niestety, w tak krótkiej formie opowieść nie rozwija się w pełni, brak jej smaczku i rozwinięcia. Niemniej, w zbiorze tym Meg Cabot bije osławioną Stephenie Meyer na głowę.


Madison Avery i Żniwiarz Ciemności, Kim Harrison
Kim Harrison postawiła na świeżość i oryginalność, odbiegając od typowych schematów i dobrze znanych postaci. Jej opowiadanie Madison Avery i Żniwiarz Ciemności stanowi wstęp do powieści Umarli czasu nie liczą, co jest – w mej opinii – małym naciągactwem, a do tego sprawia, że przedstawiony w tym zbiorze urywek ma niewiele sensu i niewiele wnosi. To raczej fragment reklamowy dla jej powieści, w dodatku wydany przy takich nazwiskach jak Meyer czy Cabot, co jest gwarantem szerokiej publiczności. Tani, mało chlubny zabieg. Mam jednak jej powieść na półce, więc z ciekawością do niej zajrzę, ponieważ fabuła zapowiada się na tyle interesująco, że nie straszna jest mi irytująca bohaterka i drętwe dialogi.


Bukiecik, Lauren Myracle
Uważaj o czym marzysz, bo twe życzenie może się spełnić – oto myśl przewodnia tej krótkiej historii. Fabularnie to właśnie to opowiadanie urzekło mnie najbardziej. Okazało się spójne, ciekawe i wzbudzające największe emocje. Co prawda postawa głównej bohaterki może śmieszyć i wzbudzać trwogę, a przewidywalność opowieści przytłaczać, ale pióro Lauren Myracle jest niewątpliwie warte uwagi. Autorka potrafi przyciągnąć i zainteresować – z chęcią przeczytałabym jakieś bardziej rozbudowane dzieło z jej dorobku.


Superdziewczyny nie płaczą, Michele Jaffe
Ta miniatura spokojnie może rywalizować z Piekłem na ziemi o miano najsłabszego punktu całej antologii. Niespójna i nielogiczna fabuła, irytujący bohaterowie, bolesna przewidywalność, jałowe dialogi. Całość wypada blado, nudno i koszmarnie - dawno nie męczyłam się tak bardzo przy jakiejkolwiek książce. Tej autorki, która wygląda na niedokształconą amatorkę, z pewnością nie polubię…


Zbiór Bale Maturalne z piekła niewątpliwie zainteresuje mniej wymagające nastolatki, do których zresztą książka ta była kierowana. Średnio sprawdza się ona jako zabijacz czasu czy szybka rozrywka - częściej irytuje i wzbudza niesmak, niż wywołuje przyspieszone bycie serca. Może żyjące marzeniami małoletnie dziewczęta znajdą tu coś dla siebie, ja po lekturze czuję wyłącznie niedosyt.

Moja ocena: 3/10

Electra Heart, Marina and the Diamonds

Marina and the Diamonds • Electra Heart
Znacie Marinę Diamandis - walijską piosenkarkę, greckiego pochodzenia, której singiel Primadonna od kilkunastu tygodni gości w stacjach radiowych? Jeżeli lubicie elektroniczne brzmienia Ellie Goulding i solidny przekaz twórczości Lany Del Rey, z pewnością znakomity album Electra Heart podbije Wasze serca!

Dla twórczości Walijki, znanej jako Marina and the Diamonds charakterystyczne są: eksperymentalność, typowy, brytyjski humor, mieszanka refleksyjnych ballad i elektropopowych utworów-dynamitów oraz inteligencja przekazu. Od czasu debiutanckiego The Family Jewels wokalistka i kompozytorka rozwinęła się i postawiła na spójność przekazu, jednocześnie podążając w kierunku elektroniki, rzadziej stawiając na instrumentalne, refleksyjne ballady, których nie brakowało w jej dotychczasowej twórczości. Indie-popowe klimaty Mariny w Electra Heart zeszły na dalszy plan, zepchnięte przez kawałki pełne syntezatorów i innych elektronicznych zabawek. Jeżeli ktoś liczył na to, że nowy album Mariny znów porównywać będzie można do dokonań Florence and the Machine, z pewnością się rozczaruje. O ile Diamandis postawiła na nowe kierunki i eksperymenty, o tyle Florence Welch swój album Ceremonials postanowiła utrzymać w stylistyce zbliżonej do debiutanckiego Lungs. I choć zwolennicy subtelnej strony Mariny mogą czuć się nieco rozczarowani, silnie elektropowowy krążek Electra Heart nie powinien ich zniechęcić. O ile mnie bliższe były indie-popowe klimaty pierwszego albumu, o tyle przekaz i spójność drugiego wprawiają mnie w zachwyt, mimo że do zwolenników skoczności i elektroniki nie należę.

Wielkim uproszczeniem byłoby zresztą przyklejenie do Electra Heart łatki "elektro, dyskoteka i nic poza tym", ponieważ wciąż nie brak w dorobku Mariny bardziej stonowanych, refleksyjnych kawałków, takich jak Teen Idle i Valley of the Dolls czy - dostępnego w wersji deluxe - Buy the Stars. O tym, że trudno wsadzić kawałki Mariny do jednego pudełka świadczyć może mocny akcent otwierający album - Bubblegum Bitch:


Choć muzycznie Electra Heart jest albumem różnorodnym, pełnym nowych dla Mariny brzmień - jego przekaz jest jednoznaczny. Od pierwszej do ostatniej piosenki mamy do czynienia z konsekwentnie budowaną historią zapatrzonej w siebie divy, femme fatale, łamaczki serc, samolubnej primadonny. Warto zauważyć, że Marina and the Diamonds tworzy kawałki, które nie tylko mają wpadać w ucho i łatwo zapadać w pamięć. Ona - w przeciwieństwie do wielu koleżanek po fachu - zamiast na pustosłowie stawia na przekaz. Za jej chwytliwymi melodiami staje konkretna treść, konkretna opowieść, przekaz, który stawia jej twórczość ponad dokonaniami tych, które Marina wyśmiewa (z Lady Gagą na czele) i ponad tymi, z którymi się ją zestawia (choćby głośno komentowaną w ostatnim czasie Laną Del Rey). Zaistnieć w świecie czerwonych dywanów można szybko i łatwo. Zyskać szacunek wielu, udaje się tylko nielicznym. Marina odniosła na tym polu sukces, wywołując burzę i falę dyskusji wśród gwiazdek, które parodiuje, wyśmiewa i - z dużą dozą subtelności - krytykuje.


Z połączenia znakomitego wokalu, brytyjskiego humoru, fascynacji Ameryką, chwytliwych melodii i inteligentnie prześmiewczych tekstów wychodzi mieszanka wybuchowa, jaką jest Electra Heart - album, który zaskakuje i porywa, wzbudza niepokoje wśród bandy celebrytek i zachwyca. Fani Mariny są podzieleni - nie każdemu obrany przez wokalistkę kierunek odpowiada. Warto jednak zauważyć, że w przeciwieństwie do wielu aktualnie lansowanych gwiazd, Diamandis naprawdę się rozwija, szuka nowych brzmień, eksperymentuje i nie boi się mocnego przekazu. I choć muzycznie bliższe mi były jej dokonania na płycie The Family Jewels, to konsekwencja, z jaką Walijka zbudowała świetny album Electra Heart zasługuje na ogromne uznanie. Z niecierpliwością wypatrywać będę kolejnych dokonań Mariny i jej Diamentów.

Dwa kawałki, który ujęły mnie najbardziej (pierwszy w wersji akustycznej):




Moja ocena: 9/10

Za płytę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj i tutaj.

muzyka | recenzja | Marina & the Diamonds | recenzje płyt

11 lipca 2012

Diewczyny w podróży, J. Baggett, H. Corbett, A. Pressner


Dziewczyny w podróży, J. Baggett, H. Corbett,
A. Pressner
Oryginał: The Lost Girls
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 557
Gatunek: pamiętnik, podróżnicza
Wielu z nas marzy o podróży dookoła świata. Wizja odwiedzania nieznanych zakątków, poznawania ciekawych ludzi i obcowania z całkowicie odrębnymi kulturami wydaje się kusząca i fascynująca. Jednak ilu z nas przerwałoby świetną karierę na Manhattanie, poświęciło miłość i rodzinę, wygrzebało oszczędności, spakowało plecak i na rok wyruszyło w świat? Cóż, sądzę, że niewielu. Tymczasem Jennifer, Holly i Amanda - autorki i główne bohaterki Dziewczyn w podróży postawiły wszystko na jedną kartę i - choć każdej przyświecał inny cel - zdecydowały się na odbycie niezwykłej, dalekiej podróży...

Wydawca zapowiada:

Zostawiły przyjaciół, chłopaków, pracę, aby odnaleźć to, co w życiu najważniejsze. Niezwykły pamiętnik Jen, Holly i Amandy – dwudziestoparolatek, które wybrały się w roczną podróż dookoła świata. Ze starszyzną Yagua w Puszczy Amazońskiej strzelają z dmuchawek, na brazylijskich plażach uczą się capoeiry, pracują jako wolontariuszki w kenijskiej szkole, wraz z tubylcami z plemienia Hmong wędrują po Wietnamie, zwiedzają Australię… Wyprawa przez cztery kontynenty przyniosła im wiele niezapomnianych przygód, ale przede wszystkim stała się źródłem inspiracji i przemyśleń – na temat siebie samych, stosunku do innych i do otaczającego świata.

Czyż nie wygląda to obiecująco?

Kiedy przed kilkunastoma dniami przeczytałam powyższy opis, zalała mnie fala ekscytacji - pomyślałam, że oto na rynku pojawiła się powieść, której lektura będzie dla mnie niezapomnianą przygodą i która sprawi, że dzięki sile wyobraźni, zasmakuję nieco świata. Nie spodziewałam się wówczas, że będę miała do czynienia nie z wytworem czyjejś fantazji, a z zapisem rzeczywistej podróży, w którą wybrały się trzy nietuzinkowe, nowojorskie przyjaciółki. Dziś wiem, że warto było się pomylić i tak przyjemnie zaskoczyć. Bo nawet najzdolniejszy autor nie byłby w stanie uwikłać swych bohaterów w tak niezwykłe przygody...


Podróż przez cztery kontynenty dla każdej z dziewczyn miała inny cel, inny sens i inny charakter. Holly szukała przygody, Jen usiłowała zapomnieć o rozstaniu, Amanda pragnęła nabierać doświadczeń, potrzebnych w pracy zawodowej. Przed wszystkimi wciąż wyrastało jednak to samo pytanie - na jakie tory skierować swoje dalsze życie? Rozterki egzystencjalne towarzyszyły bohaterkom od pierwszej do ostatniej minuty wielkiej eskapady, ale w miarę upływu czasu sposób postrzegania świata i priorytety każdej z nich uległy całkowitemu przeobrażeniu. Bo jak można przejmować się błahostkami, kiedy jest się naocznym świadkiem głodu, ubóstwa i wykorzystywania?


Odwiedzanie najdzikszych, najbardziej tajemniczych i - często - całkowicie niezbadanych punktów globu okazało się dla trzech przyjaciółek niezwykłą próbą sił i charakterów. Na każdym kroku bohaterki musiały mierzyć się z własnymi słabościami i lękami, dzielnie pokonując wszystkie napotkane przeszkody. Wspólnie musiały uczyć się tolerancji i odpowiedzialności, empatii i poświęcenia. Ogromnym sprawdzianem przyjaźni okazał się niemal cały rok w trzyosobowym gronie, w którym każda z osób zmuszona była posiąść szalenie trudną sztukę kompromisu. A wierzcie mi, że sytuacje z jakimi przyszło im się mierzyć, niejednego twardziela i jego towarzyszy wykończyłyby psychicznie...


Oprócz zaglądania wgłąb siebie, szukania życiowego celu i mierzenia się z własnymi i cudzymi słabościami, podróż w jaką wybrały się Holly, Jen i Amanda okazała się znakomitym pretekstem do przedstawienia nie tylko historii ciekawych miejsc, ale przede wszystkim ludzi. To właśnie im autorki Dziewczyn w podróży poświęciły najwięcej uwagi. W każdym kraju przyglądały się przede wszystkim problemom kobiet, choć ich zainteresowania oscylowały również wokół pomocy dzieciom. Dopiero unaocznienie sobie pewnych palących kwestii pozwoliło bohaterkom przewartościować własne systemy wartości.


I choć z mojego przedstawienia najpewniej wyłania Wam się obraz pełnej powagi i mądrości książki, muszę Was uprzedzić, że Dziewczyny w podróży to opowieść w pierwszej kolejności ciepła i zabawna. Holly, Jennifer i Amanda to mistrzynie pakowania się w kłopoty i wikłania w naprawdę dziwaczne sytuacje. Podczas lektury ich wspólnego pamiętnika wybuchy śmiechu, okrzyki zdumienia i łzy wzruszenia macie gwarantowane.


Dziewczyny w podróży to książka, która przeczy stereotypom na temat nowojorskich karierowiczek czy dwudziestoparoletnich Amerykanek. To książka, która pokazuje jak silne, odważne i mądre potrafią być kobiety. Jak wielką moc ma przyjaźń, ludzka dobroć i tolerancja. Jak wiele można zdziałać dzięki zjednoczeniu i poświęceniu. No i jak piękny, fascynujący i OGROMNY jest świat...

Zapraszam Was w podróż z Jennifer Baggett, Holly Corbett oraz Amandą Pressner. Warto odkrywać nieznane zakątki z tak ciekawymi osobowościami. Możecie być pewni, że z Dziewczynami w podróży nudzić się nie będziecie.

Moja ocena: 9,5/10

Zachęcam do odwiedzania strony autorek: lostgirlsworld.com - stąd właśnie pobrałam zaprezentowane wyżej zdjęcia z ich podróży, których niestety w książce zabrakło.


Zapowiedź filmowa:



Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

7 lipca 2012

Podwodny świat. Mroczny dar, Kat Falls


Podwodny świat. Mroczny dar, Kat Falls
Oryginał: Dark Life
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2012
Stron: 295
Gatunek: fantasy, dla młodzieży
Świat wampirów, aniołów, wilkołaków i innych nadnaturalnych istot jest miłośnikom literatury doskonale znany. Umieszczenie w książce przystojnego nadczłowieka stało się gwarantem murowanego sukcesu. Ponieważ historie takie w ostatnim czasie celowo omijam, z wielkim zainteresowaniem podeszłam do Mrocznego daru - powieści, której akcja rozgrywa się na dnie oceanu. Powieści, której autorka pokusiła się o nową perspektywę i nową kreację świata.
W nieodległej przyszłości na skutek globalnego ocieplenia poziom oceanów podnosi się tak bardzo, że większa cześć kuli ziemskiej zostaje zalana. Ci, którzy przeżyli, mieszkają w gigantycznych, ponurych blokach przypominających ule. Jednak dla odważnych, spragnionych wolności jest jeszcze jedno wyjście...

Tay od urodzenia mieszka na dnie oceanu. Kiedy farma jego rodziców staje się obiektem ataku banitów, chłopak rozpoczyna walkę o dom - jedyny, jaki zna. W towarzystwie Gemmy, dziewczyny z lądu, która przybyła pod wodę w poszukiwaniu brata, przekracza granicę brutalnej rzeczywistości i odkrywa sekrety zagrażające podwodnej kolonii.

Kat Falls przedstawia niesamowity świat niebezpiecznej głębi, w której walka o przetrwanie wymaga nadludzkiej siły.

Źródło: merlin.pl
Choć akcja tej dystopijnej opowieści rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, pełna jest ona odniesień do problemów cywilizacyjnych i społecznych dzisiejszego świata. Konflikt dwu społeczności - żyjących na dnie oceanu oraz nad wodą - utożsamia doskonale znany nam schemat walki silnego ze słabszym. Do głosu dochodzą tu również uprzedzenia rasowe, niesnaski polityczne, słabość systemu bezpieczeństwa i mroczne interesy władzy. Świat przedstawiony przez autorkę zasługuje na uznanie, ponieważ stworzyła ona niebanalną wizję przyszłości, osadzonej w interesującej i oryginalnej rzeczywistości.

O ile miejsce akcji i tło społeczno-polityczne stworzone przez Kat Falls potrafi zachwycić, o tyle już portrety bohaterów uznać można za jeden z najsłabszych punktów powieści. Postacie są do bólu schematyczne, mało interesujące i trudne do polubienia czy znienawidzenia. Banalni bohaterowie, którzy nie wzbudzają żadnych emocji to największy grzech, jaki popełnić można na książce.

Innym trudnym do wybaczenia grzechem jest przewidywalność. Zabrakło mi w Mrocznym darze napięcia, tajemnicy, zaskakujących zwrotów akcji. Może mniej uważnego czytelnika przekonają tanie chwyty zastosowane przez autorkę, ale mnie żadna z jej ślepych uliczek nie skusiła - z lekkością przebrnęłam przez całą historię, od początku do końca orientując się, co wydarzy się w następnej scenie...

Grzechy i niedociągnięcia nie zmienią jednak faktu, że lektura Mrocznego daru była naprawdę udaną przygodą. Wywołała u mnie łzy i śmiech, zaciekawiła i nie pozwoliła ani na chwilę odejść do innych zajęć. Tę książkę czyta się wyjątkowo lekko - akcja poprowadzona jest sprawnie, brnie szybko, opisy nie są przytłaczające, a liczne dialogi nadają dynamizmu. Warto zanurzyć się w tym świecie, na pewno nie będziecie żałować.

Moja ocena: 6,5/10
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.

literatura amerykańska | recenzja | Kat Falls | literatura | recenzje książek


11 lipca na rynku ukaże się druga część cyklu Podwodny świat - Osada:

Tay od dawna wie, że ocean to niebezpieczne miejsce. Wypływając poza granice rodzinnej farmy, musi być gotowy na zmierzenie się z najróżniejszymi stworzeniami - rekinami, kałamarnicami, orkami. Tymczasem nieoczekiwanie trafia na zatopioną osadę. Jej mieszkańców skazano na śmierć w oceanicznym grobowcu. Wszystko wskazuje, że to pierwszy krok do odkrycia tajemnicy zaginięcia setek ludzi. A wśród zaginionych znajdują się dwie osoby szczególnie bliskie sercu Taya i Gemmy... Tocząc rozpaczliwą walkę z czasem, Tay i Gemma muszą stawić czoła banitom, straży przybrzeżnej i nieprzewidywalnym, uzbrojonym w trójzęby degeneratom, a także rozmaitym morderczym stworom.

Źródło: merlin.pl

6 lipca 2012

Ksiega kłamców, Mariusz Zielke


Księga kłamców, Mariusz Zielke
Wydawnictwo: Principium
Rok wydania: 2012
Stron: 480
O tym, że Mariusz Zielke jest twórcą odważnym i nietuzinkowym wiedziałam od dawna. Tego, że Księga kłamców ma być tekstem eksperymentalnym i trudnym do osadzenia w jakichkolwiek ramach również się spodziewałam. Wiedziałam, że spotkanie z tą powieścią na długo pozostanie w mojej pamięci. Mimo tego, dałam się zaskoczyć, dałam się porwać i zaszokować.
Wciągająca opowieść o miłości, strachu i zbrodni. Znana niemiecka malarka Anna Blume wplątuje w niebezpieczną intrygę dwoje młodych kochanków: Inę i Bastiana. Gra w opowieści, jaką rozpoczynają, przywołuje z innego wymiaru tajemniczego Asmodeusza, który zaczyna bawić się artystką i jej przyjaciółmi. Co dla demonów jest zabawą, dla bohaterów książki staje się koszmarem... „Księga kłamców” to powieść szokująca, odważna i bezkompromisowa,, a przy tym skłaniająca do refleksji nad rolą kłamstwa, historii, mitów, religii w naszym życiu.

Pierwsze dwa nazwiska, jakie skojarzyły mi się z nową powieścią Mariusza Zielke, to Pilipiuk i Murakami - myślę, że to właśnie ci twórcy, gdyby połączyli swoje siły, mogliby stworzyć powieść klimatem zbliżoną do Księgi kłamców. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością, sen z jawą, fantastyka z realizmem. Akcja nie przebiega w porządku linearnym, wydaje się mało spójna i chaotyczna, a ogrom bohaterów i rozliczne retrospekcje potęgują uczucie zagubienia w treści. Lektura wymaga ogromnego skupienia i pełnego zaangażowania. Prześlizgiwanie się po literach nie może mieć miejsca, jeżeli chce się wyłapać wszystkie sensy i smaczki, a przy tym nie pogubić w fabularnych zawiłościach tej trudnej do opisania powieści.

Księga kłamców może przytłaczać nadmiarem bohaterów, zdarzeń czy nawiązań. Może szokować stale obecną seksualnością, nierzadko ocierającą się o perwersję. Może wywoływać oburzenie w konserwatywnych środowiskach i budzić niesmak u mało otwartych umysłów. Jest to powieść odważna, mocna i bezkompromisowa. A gdyby zrobiło się o niej naprawdę głośno (na co w pełni zasługuje!) - ziemia mogłaby zadrżeć, a za autorem ganialiby z pochodniami...

Co rzuca się przede wszystkim w oczy, to świetne pióro Mariusza Zielke, który - nie boję się użyć tego określenia - wybitnie operuje słowem. Pisarzowi nie straszne są eksperymenty i zabawy językowe, jego dialogi stoją na najwyższym poziomie, a opisy są niezwykle sugestywne i plastyczne. Dawno nie spotkałam autora, którego spojrzenie na świat i zręczność w posługiwaniu się słowem tak bardzo by mi imponowały. I choć momentami miałam przesyt bohaterów i zdarzeń i bałam się, że wpadłam do labiryntu, z którego nie da się uciec - ostatecznie wyszłam z tej przygody niemal bez szwanku. Czuję się po niej mądrzejsza i głupsza jednocześnie, długo musiałam analizować jej treść w swojej głowie i dałam się sprowokować do tylu niewypowiedzianych pytań i rozważań, że długo nie mogłam otrząsnąć się po tej lekturze.

W Księdze kłamców wszystko zdaje się być nieprzeciętne i oryginalne, ale tak naprawdę pewne tezy wysnute przez autora mają charakter uniwersalny i czarno-biały. W sposób oczywisty obrywa się tu politykom, kościołowi, rasistom, służbom specjalnym i wszystkim reprezentantom zła i zaciemnienia naszego świata. Co prawda, żeby to zło się ujawniło, nierzadko należy czytać między wierszami, ale dla kogoś, kto dostrzega te nawiązania do rzeczywistości i tylko je uważa za szkielet powieści, Księga kłamców może wydać się na siłę udziwnioną i splątaną historią, w której chaos przykryć ma bolesną oczywistość przekazu. Dlatego w kontakcie z Księgą... tak ważne jest szersze i głębsze spojrzenie. Bo to dzieło bogate i inspirujące, które w pełni rozkwita tylko wtedy, kiedy czytelnik bez reszty się mu podda.

To było dziwne, ale niezapomniane spotkanie. Oby dane mi było doświadczyć ich więcej...

Moja ocena: 8,5/10
Za książkę dziękuję autorowi. Życzę dalszych tak udanych eksperymentów!

literatura polska | recenzja | Mariusz Zielke | literatura | recenzje książek

Urodzony strzelec (2.12.1971), choć równie często zdarzało się mu pudłować co trafiać. W życiu rodzinnym stateczny mąż i ojciec dwójki dzieci. Od 1999 r. związany z dziennikiem gospodarczym "Puls Biznesu", wcześniej autor tekstów w branżowych periodykach filmowych i specjalistycznych wydawnictwach. Pisał teksty podróżnicze, popularno-naukowe, a - podczas studiów - także opowiadania dla kobiet "z życia wzięte". Studiował na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Źródła: foto | opis

Top 10: najlepsze wakacyjne lektury

top 10 kreatywa

I znów jestem totalnie spóźniona. Zamiast wypełniać nowy temat "top 10", dopiero przedstawiam stary. Ale przysłuży mu się to - myślę, że jeszcze przez tydzień przyda Wam się wskazywanie najlepszych lektur na wakacje, w końcu lato dopiero się rozkręca.

Zastanawiałam się, jak "ugryźć" ten temat i postanowiłam wybrać nie książki, które sama lubię czytać latem, a książki, które to Wam na lato polecam. W tym celu wybrałam 10 najbardziej odpowiednich tytułów, spośród tych, które poznałam od ostatnich wakacji.

3 lipca 2012

Kochać na zawsze. Jak sprawić, aby miłość nie przemijała, Diana Kirschner


Kochać na zawsze. Jak sprawić, aby miłość
nie przemijała, Diana Kirschner

Oryginał: Sealing the Deal: The Love Mentor's Guide to Lasting Love
Wydawnictwo: G+J
Rok wydania: 2012
Stron: 376
Gatunek: poradniki
Do wszelkich miłosnych poradników podchodzę zawsze z ogromną dozą sceptycyzmu. Niby szanuję i podziwiam tych, którzy mają wystarczającą wiedzę i doświadczenie, by pomagać innym, z drugiej strony nie wierzę, że takie książki mogłoby mi w jakiś sposób pomóc. Jak widać, i ja się mylę...
Kochać na zawsze to wyjątkowy poradnik o tym, jak przejść od niezobowiązującej znajomości do związku pełnego radości i poczucia bezpieczeństwa, jakie niesie trwała, spełniona miłość.

Doradczyni w sprawach miłosnych Diana Kirschner oferuje rewolucyjne porady, jak znaleźć i zatrzymać ukochanego mężczyznę: Spraw, aby dzięki twojemu nieodpartemu urokowi mężczyźni uwielbiali twoje towarzystwo.

- Podsycaj uczucie szaleńczego zakochania, niezależnie od tego, jak długo jesteście ze sobą.
- Poznaj sekrety błyskawicznego rozwiązywania konfliktów ze swoim mężczyzną.

Jeśli masz problemy w związku, dr Diana wie, jak je rozwiązać. Ta książka pokaże ci, jak sprawić, byście żyli "długo i szczęśliwie".

Źródło: merlin.pl
Przyznaję, opis ten może brzmieć mało przekonująco czy wręcz głupio, ale warto pozbyć się uprzedzeń i choćby z ciekawości zajrzeć do tej książki. Powinny Was do tego przekonać dwa podstawowe powody:

- autorka przytacza wiele przykładów z życia znanych sobie par - są to historie złożone, ciekawe, budujące i uświadamiające;
- za przesłaniem głównym "jak żyć z nim długo i szczęśliwie" tak naprawdę kryje się coś więcej, a tytuł Kochać na zawsze ma drugie dno - najważniejszym bowiem celem publikacji jest nauczenie czytelniczek pokochania jedynej osoby, która towarzyszy nam od urodzenia, aż do śmierci - samych siebie.

Może uważacie, że nie potrzebujecie fachowej pomocy, ani w odkrywaniu siebie, ani w budowaniu relacji z innymi, ale nie zaszkodzi sięgnąć po książkę, która porusza pełen wachlarz problemów i uświadamia całą gamę błędów, o których niekiedy nie mamy nawet pojęcia. Kochać na zawsze autorka zaadresowała do... wszystkich kobiet. Tak, wszystkich - bo jak czyta się przedstawione we wstępie cechy tych, którym poradnik ten ma się przydać, każdą z tych cech można by przypisać jakiejś kobiecie. Uniwersalność przekazu nie zawsze jest dobra, ale w tym wypadku znajduje swoje uzasadnienie...

Jeżeli wydaje Wam się, że takie poradniki nie są dla Was i budowanie związku jest sprawą tak naturalną, że poradzicie sobie bez wszystkich "dobrych rad", rozejrzyjcie się wokoło i przyjrzyjcie znajomym parom - czy rzeczywiście osiągają ze sobą szczęście i spełnienie? Zapoznajcie się ze statystykami rozwodów, zobaczcie na portalach randkowych ilu ludzi wciąż szuka miłości, poczytajcie na forach, jak wiele cierpienia zadają sobie ludzie w związkach. Jestem pewna, że gdyby każdy człowiek potrafił wyciągać wnioski z takich lektur, jak poradnik Diany Kirschner, nasz świat byłby po prostu piękniejszy.

Zabrzmi to banalnie, ale ta książka naprawdę pomogła mi spojrzeć na pewne sprawy inaczej i wiem, że część porad autorki wcielę w życie. To bardzo inspirująca, inteligentna i profesjonalna lektura, z którą warto się zapoznać!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.


literatura amerykańska | recenzja | Diana Kirschner | literatura | recenzje książek
DIANA KIRSCHNER to znana psycholog kliniczna i trenerka rozwoju osobistego. Ma bogate doświadczenie zawodowe i praktyczne w prowadzeniu terapii i szkoleń dla osób samotnych. Publikuje artykuły w prestiżowych czasopismach, często występuje w mediach. Osoby, które po raz pierwszy spotykają Dianę i jej męża, z którym związana jest od ponad dwudziestu pięciu lat, często biorą ich za nowożeńców.

Źródła: foto | opis



PS. Z pewnością z tej książki ucieszą się wszystkie dziewczyny borykające się z problemem "jak namówić go na zaręczyny", "jak sprawić by się oświadczył" i "jak przekonać go do zamieszkania razem" ;)

Teraz ją widzisz, Joy Fielding


Teraz ją widzisz, Joy Fielding
Oryginał: Now You See Her
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 287
Gatunek: psychologiczno-obyczajowa
Bardzo lubię powieści "pełne", stojące na pograniczu kilku gatunków, będące trudne do wsadzenia w jakiekolwiek ramy. Sięgając po Teraz ją widzisz Joy Fielding spodziewałam się emocjonującego thrillera, a dostałam znakomitą powieść psychologiczną i społeczno-obyczajową, zawierającą elementy rasowego dreszczowca.
Trwające blisko 25 lat małżeństwo Marcy rozpada się. Po rozwodzie z mężem kobieta wyjeżdża do Irlandii, z nadzieją, że pozwoli jej to na nowo poukładać swoje życie. Dwa lata wcześniej straciła ukochaną córkę, która zginęła podczas spływu kajakowego, a że jej ciała nigdy nie odnaleziono, matka kurczowo trzyma się myśli, że Devon sfingowała swoją śmierć. Któregoś dnia widzi ją zza szyby pubu. Lecz czy to na pewno ona? Sugestywny portret zdeterminowanej kobiety, opuszczonej przez męża i rozpaczliwie potrzebującej miłości i wsparcia, która staje się celem niebezpiecznej intrygi. Czy znajdzie się ktoś, kto pomoże jej przetrwać?

Źródło: swiatksiazki.pl
Historia przedstawiona na kartach Teraz ją widzisz jest przede wszystkim naładowana przeróżnymi emocjami. Czytelnik wraz z główną bohaterką przeżywa chwile wielkich nadziei i ogromnych rozczarowań, strachu i uniesień. Opowieść momentami budzi przestrach, innym razem wywołuje zdumienie, a jeszcze innym usypia, by za chwilę zaskoczyć niespodziewanym zwrotem akcji. Ogromny ukłon w stronę autorki za zręczne żonglowanie emocjami i stosowanie techniki suspensu, które powodują, że powieść tę przeżywa się wyjątkowo silnie.

Autorka doskonale nakreśliła portret psychologiczny swojej głównej postaci, której wspomnienia i poczynania stanowią oś całej historii. To dzięki Marcy dokładnie poznajemy zarówno jej zaginioną córkę, chorą psychicznie matkę, mającą specyficzne podejście do życia siostrę (swoją drogą, bardzo ciekawa postać!) oraz ludzi, którzy pojawili się w jej życiu, kiedy postanowiła odnaleźć spokój ducha i sumienia. Najważniejszą część powieści stanowi droga, jaką musiała przejść bohaterka, by od rozpaczy, przez wszystkie etapy godzenia się z losem i bólem przejść do zrozumienia siebie i innych. I za tę część nagradzam Joy Fielding kolejnym ukłonem.

Sam pomysł na fabułę okazał się naprawdę wyborny, ale już cała intryga, na której opierała się znaczna jej część, zupełnie mnie nie przekonała. Rozwiązania zagadki domyśliłam się zbyt szybko, na długo przed bohaterką orientując się, kto z całej plejady jej nowych znajomych zasługuje na sympatię i zaufanie, a kto nie. Domyślność sprawiła, że przez większość zawiązujących się wątków sensacyjnych na zmianę nudziłam się i irytowałam zarówno głupotą i naiwnością Marcy, jak i oczywistością niektórych zdarzeń.

W tle opowieści o życiu i wahaniach Marcy przewija się piękna Irlandia, wraz ze swą historią i kulturą. Autorka wyraźnie pragnęła zaznaczyć lokalizację, w jakiej usytuowana została jej powieść, ale momentami czyniła to zbyt nachalnie, wplatając nowych bohaterów, którzy pojawiali się tylko po to, by przedstawić jakiś fakt historyczny czy geograficzny związany z tamtymi rejonami. Wyszło zbyt szkolnie, zbyt sztampowo i mocno nachalnie. Wielka szkoda, że w tym punkcie zabrakło Joy Fielding odrobiny kreatywności, która mogłaby Irlandię z mało wyrazistego i nudzącego tła przemianować na jednego z ważniejszych bohaterów Teraz ją widzisz (jak to np. ma miejsce w twórczości Krajewskiego).

Czego by jednak nie mówić, powieść Fielding pełna jest emocji - gwarantuje dreszcze, radości i wzruszenia - całą paletę uczuć, które są niepodrabialne i świadczą o znakomitych umiejętnościach autorki, która swoimi zdolnościami wnikania w ludzką psychikę przyciąga i fascynuje. Do tego dokłada lekkość pióra i umiejętność opowiadania niesamowitych historii i kreowania interesujących światów. Dlatego wybaczam jej wszystkie uchybienia, bo wiem, że nad taką twórczością warto się pochylić.

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

literatura kanadyjska | recenzja | Joy Fielding | literatura | recenzje książek