29 maja 2012

Zapach świeżych malin, Krystyna Wasilkowska-Frelichowska


Zapach świeżych malin,
Krystyna Wasilkowska-Frelichowska
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2012
Stron: 256
Gatunek: kucharskie, wspomnienia
Według Krystyny Wasilkowskiej-Frelichowskiej na pytanie postawione dorosłemu człowiekowi, jakie wakacje utkwiły mu w pamięci, najczęściej pada odpowiedź: "Spędzone u dziadków". Sama co prawda nie mam, niestety, takich wspomnień i wrażeń, ale całkowicie zawierzam autorce, że aromaty i smaki z dziecięcych lat spędzonych na polskiej wsi są tym, co tkwi w nas najdłużej. Sama - podobnie jak jeden z rozmówców autorki - nie pamiętam nazw wszystkich cudowności, jakie kojarzą mi się z początkiem lat '90, za to ich smak wciąż pozostaje mi w ustach...
Smakowite opowieści o życiu wielokulturowej społeczności nadwiślańskiego miasteczka Nieszawa, którego tradycję od wieków współtworzyli Polacy, Żydzi i Niemcy. Autorka zajrzała do kuchni nieszawskich gospodyń, wysłuchała relacji o przedwojennej przeszłości i ułożyła w całość barwne historie rodziny oraz znajomych, wplatając w nie oryginalne przepisy kuchni polskiej, kresowej, niemieckiej i koszernej. Ta porywająca lektura zaprasza do czasów, kiedy zapach chleba z opalanej drewnem piekarni unosił się nad miastem, a przygotowania do marcowych imienin wuja Jana rozpoczynały się wczesną jesienią, bo pani domu musiała zamarynować grzybki, usmażyć gruszki w słodko-kwaśnym syropie i zapeklować mięso. Dawne gospodynie wykazywały się wielką pomysłowością oraz zaradnością, potrafiły przygotować wykwintne potrawy z najprostszych składników. Pełną smaków i zapachów opowieść ilustrują niepowtarzalne archiwalne fotografie.

Źródło: merlin.pl
Chciałabym błyskawicznie opowiedzieć Wam o wszystkich smakowitościach Zapachu świeżych malin (bo wciąż cieknie mi od nich ślinka), ale zacznę od tego, co powinno pierwsze rzucić się Wam w oczy - ta książka jest wprost fenomenalnie i obłędnie pięknie wydana. To najprawdziwsza uczta dla zmysłów. Małe, drukowane dzieło sztuki. Chciałam nawet zaprezentować kilka zdjęć, ale - na Wasze szczęście - aparaty odmówiły mi posłuszeństwa i nie zalałam Was setką ujęć stron, z których każda kolejna jest wspanialsza od poprzedniej. Ktoś powie, że przesadzam, że nadmiernie się egzaltuję, ale prawda jest właśnie taka, że książka Krystyny Wasilkowskiej-Frelichowskiej rzeczywiście zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Warte uwagi jest to, że piękne wydanie stanowi uzupełnienie naprawdę wyjątkowej treści. Autorka składa hołd polskiej wsi i ukochanym Kujawom. Historie zwyczajnych-niezwyczajnych mieszkańców nadwiślańskiej Nieszawy przeplata zdjęciami z międzywojnia i czasów późniejszych oraz z przepisami na największe smakowitości kuchni staropolskiej, niemieckiej i żydowskiej. Piękne jest przede wszystkim to, że skupia się ona na historiach ludzi prostych i naturalnych - jej rozmówcy nie są znanymi osobistościami, choć często ich przodkowie pełnili we wsi ważną rolę (rzeźnik, fryzjer, piekarz). Dzielą się oni swoimi wspomnieniami z młodzieńczych lat - o tym, jak smakowała pajda ze smalcem i skwarkami, jak pachniało babcine ciasto, jak wyglądało zbiorowe wypiekanie chleba i smakołyków w miejscowej piekarni. Te historie są magiczne, pełne ciepła i nostalgii, wywołują falę gorąca w sercu i uporczywe burczenie w żołądku.

Zapach świeżych malin to książka idealna dla miłośników gotowania i zajadania się pysznościami, dla tych, którzy tęsknią za sielskością polskiej wsi i dla ciekawych świata. Nie trzeba być mieszkańcem Nieszawy, aby znaleźć w tej książce coś dla siebie. Zwłaszcza, że wiele tu zdjęć i wspomnień z innych miejsc. Że nie napomknę o kulinarnych recepturach, które przydadzą się w każdej kuchni...

Zapraszam w smakowitą podróż!

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.

literatura polska | recenzja | Krystyna Wasilkowska-Frelichowska | literatura | recenzje książek
Krystyna Wasilkowska-Frelichowska jest zagorzałą regionalistką, zakochaną w rodzinnych Kujawach, a także zwolenniczką prostej polskiej kuchni z zamiłowaniem do smażenia powideł i konfitur. Od kilku dekad pełni funkcję prezesa Towarzystwa Miłośników Nieszawy, jest również redaktorką lokalnego magazynu "Głos Nieszawski". Wraz z grupą przyjaciół wydała trzy tomy "Nieszawskiego kalejdoskopu" - swoistego silva rerum. Uwielbia podróże!

Opis pochodzi ze strony merlin.pl

Top 10: najlepsze książki dla dzieci

top 10 kreatywa

Swoje czytelnicze przygody z czasów dzieciństwa wspominam ze sporym rozrzewnieniem i łzą kręcącą się w oku. Średnio orientuję się we współczesnych tworach, dlatego za najlepsze uznaję to, co sama znam i cenię.

Początki. Jak 9 miesięcy w łonie matki wpływa na resztę naszego życia, Annie Murphy Paul


Początki. Jak 9 miesięcy w łonie matki wpływa na resztę naszego życia, Annie Murphy Paul
Oryginał: Origins: How the Nine Months Before Birth Shape the Rest of Our Lives
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 304
Gatunek: poradnik
Początki Annie Murphy Paul opatruje się etykietką poradnik, choć od początku chcę Was uprzedzić, iż jest to spore uproszczenie, które przypadkowo mogłoby kogoś zniechęcić. Książka ta ma bowiem niewiele wspólnego z typowym poradnikiem. Przyjmuje raczej formę pamiętnika z dziewięciu miesięcy życia ciężarnej kobiety i dziecka rozwijającego się w jej ciele.
Prawdy i mity na temat znaczenia życia prenatalnego w życiu dorosłego
człowieka.Wpływ wydarzeń w czasie ciąży na na późniejsze zachowania
dziecka i dorosłego człowieka. Pasjonująca lektura.

Źródło: swiatksiazki.pl
Do postawionego przed sobą zadania Annie Murphy Paul podeszła bardzo rzetelnie, przedstawiając tematykę życia prenatalnego szczegółowo i wielopłaszczyznowo. Sama oferuje trzy własne punkty widzenia - kobiety ciężarnej, matki dziecka w wieku przedszkolnym oraz dziennikarki, a do nich dokłada jeszcze opinie naukowców, laborantów, psychologów oraz innych matek i ciężarnych. Wszystko to sprawia, że Początki to ani nie typowy poradnik, ani nie rozprawa naukowa, ani też żaden zwyczajny dziennik z życia kobiety z brzuchem. Książka ma formę przyjazną, napisana jest z lekkością i nawet teorie naukowe przedstawione są w niej w formie zrozumiałej dla przeciętnego odbiorcy.

Autorka wiele miejsca poświęca wynikom badań i eksperymentów nad życiem prenatalnym, przywołuje fachowe publikacje, rozmawia z mnóstwem specjalistów, a do tego dokłada historie z życia wzięte zaczerpnięte z gazet i archiwów oraz rozmów z mnóstwem osób. Sama jest świadkiem niektórych badań i eksperymentów, a do tego relacjonuje również własne przygody związane z życiem kobiety ciężarnej - opowiada o zmianie nawyków żywieniowych i przyzwyczajeń, o zagrożeniach i korzyściach, na jakie się natyka oraz o rozmowach z otoczeniem i całej tej drodze, jaka doprowadziła do powstania książki.

Dzięki przyjaciółce, jestem aktualnie na bieżąco w temacie ciążowym, więc mogę jeszcze dodać, że każdy z rozdziałów ponumerowanych według kolejnych miesięcy stanu błogosławionego, dopasowany jest do tego, co rzeczywiście w tym czasie dzieje się z kobietą i płodem. I tak np. wiadomości tyczące się poznawania płci dziecka umieszczone są w rozdziale piąty miesiąc, bo właśnie w tym miesiącu można już udać się na stosowne badanie itd.

Podoba mi się to, że Annie Murphy Paul nie używa swojej publikacji jako straszaka na kobiety, które ponoć stanowią ciągłe zagrożenie dla swych dzieci. Odchodzi ona od przekonań, głoszących, że ciężarnej nic nie wolno, że musi ona trzymać restrykcyjną dietę, unikać kontaktów z tym a tamtym i uważać na każdy stawiany krok. Autorka nie straszy, nie zamęcza i ze sporą dawką humoru podchodzi do zagadnień związanych z życiem prenatalnym. Zamiast mówić o tym, ile złego matka może uczynić płodowi, decyduje się na odwrotny punkt widzenia i skupia się na tym, ile dobrego można zrobić przez te dziewięć miesięcy dla swojego dziecka i jego dalszego życia. Jej wskazówki okażą się cenne dla każdego, kto planuje dzieci lub już je ma albo właśnie wyczekuje ich nadejścia. Wiele tu wspaniałych rad, cennych podpowiedzi i ciekawostek, które dla każdego przyszłego lub obecnego rodzica mogą okazać się bezcenne. Szczerze polecam!

Moja ocena: brak
Standardowo - poradnikom ocen nie wystawiam.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.



literatura amerykańska | recenzja | Annie Murphy Paul | literatura | recenzje książek


Jeżeli chcecie wygrać tę książkę, zajrzyjcie do Skarletki!

28 maja 2012

Japoński nie gryzie!, Agata Jagiełło

Sądzę, że jeszcze tego nie zauważyliście, ale najważniejsze posty z mojego bloga językowego zostały przeniesione na kreatywę, czego efektem jest powstanie nowego działu - Kącik Językowy (choć jeszcze nie jest to ta stała akcja, o której wspominałam przed tygodniem i którą powoli wdrażam w życie). Kolejnym punktem Kącika Językowego są moje wrażenia z lektury innowacyjnego kursu językowego wydawnictwa Edgard:


Japoński nie gryzie!, Agata Jagiełło
Wydawnictwo: Edgard
Rok wydania: 2011
Stron: 183
Gatunek: podręcznik
Całkiem niedawno zapragnęłam rozpocząć przygodę z językiem japońskim. Angielski idzie mi dobrze, z hiszpańskim też nie mam większych problemów, więc pragnąc poznać rodzimy język Murakamiego, sięgnęłam po Japoński nie gryzie!, Agaty Jagiełło.

JAPOŃSKI nie gryzie! to kurs, z którym:
- aktywnie uczysz się języka od podstaw,
- poznajesz japońskie pismo,
- uczysz się pierwszych znaków kanji,
- praktycznie trenujesz znajomość gramatyki,
- przyjemnie poznajesz użyteczne słownictwo.

Kurs przeznaczony jest zarówno dla uczniów, jak i dorosłych samouków dopiero zaczynających naukę, którzy chcą łatwo i przyjemnie opanować podstawy języka japońskiego.

Źródło: jezykiobce.pl
Książka zbudowana jest z dwunastu rozdziałów, poprzedzonych krótkim wstępem i zakończonych kluczem odpowiedzi, słowniczkiem i kratkami do pisania znaków. Ponieważ podręcznik ten ma uczyć podstaw japońskiego, pierwsze trzy rozdziały poświęcone są językowi, pismu i wymowie. Sama ta część teoretyczna stanowi ponad 1/3 książki. Cieszy mnie tak obszerne poświęcenie uwagi tym zagadnieniom, ale proporcje nie zostały tu prawidłowo zachowane, bowiem gramatyce, słownictwu i ćwiczeniom należy się zdecydowanie więcej, niż pozostałe 93 strony...

Bardzo podoba mi się struktura samouczka Japoński nie gryzie! - marginesy zostały znakomicie wykorzystane - zawierają minisłowniczki oraz ciekawostki dotyczące kultury Japonii. Najważniejsze zagadnienia są wyróżnione graficznie, nie brak tu obrazków, tabel i wypunktowań oraz instrukcji tyczących się pisma i transkrypcji. Całość wypada bardzo atrakcyjnie dla oka - nauka jest dzięki temu dużo przyjemniejsza i ciekawa.

Ważnym elementem podręcznika są te miejsca, w których zdobytą wiedzę można przełożyć na praktykę, a więc ćwiczyć słownictwo i gramatykę. Bez ćwiczeń praktycznych wiadomości są dużo słabiej przyswajane i z czasem mogą łatwo ulecieć. Obszerny trening pisania pozwala szybciej i prościej (niemal mechanicznie) przyswajać materiał. Cieszy mnie zatem bardzo, że autorka praktyce poświęca naprawdę dużo miejsca.

Dużo miejsca znajduje ona również dla różnych ozdobników, które co prawda uatrakcyjniają odbiór, ale jednocześnie stanowią nieco zbędne zapełniacze papieru. Japoński nie gryzie! ma co prawda przekazywać podstawy podstaw, w dodatku w pigułce, ale dużo lepiej można by tę książkę odbierać, gdyby była obszerniejsza, bardziej rozbudowana i rozwinięta. Autorka dotyka wielu tematów i zagadnień, ale przekazuje raczej wiedzę szczątkową, która nikogo nie nauczy sprawnego posługiwania się japońskim, a stanowić raczej będzie inspirację do dalszego poznawania języka. To świetna publikacja dla tych, którzy dopiero mają ochotę odkryć japoński, chcą liznąć jego podstaw i pragną przekonać się, czy jest to język dla nich. Ja poczułam się pozytywnie zainspirowana i przekonałam się, że nauczenie się tak egzotycznej mowy wcale nie jest wybitnie trudne. Trzeba tylko znaleźć w sobie dużo siły i samozaparcia, wciąż drążyć i zgłębiać wiedzę...

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Edgard.

literatura polska | recenzja | Agata Jagiełło | literatura | recenzje książek

Przypominam, że z serią Nie gryzie! możecie uczyć się również innych języków - angielskiego, chińskiego, duńskiego, niderlandzkiego, norweskiego, portugalskiego, tureckiego, ukraińskiego, włoskiego oraz polskiego dla obcokrajowców. Zajrzyjcie na jezykiobce.pl i przekonajcie się sami.

Ucz się i myśl, Andrzej Bubrowiecki


Ucz się i myśl, Andrzej Bubrowiecki
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2012
Stron: 496
Gatunek: popularnonaukowa
Dawno nie przeżyłam czegoś takiego. Zgłębiałam tę książkę, przy każdym kolejnym rozdziale wpadając w zdumienie, jak wiele zagadnień autor był w stanie w niej poruszyć. I nie to, że o czymkolwiek mówi szczątkowo - o, nie! Tutaj każde z zagadnień omówione jest dokładnie, szczegółowo i rzetelnie. To takie totalne kompendium wiedzy dla każdego, kto chciałby pracować i uczyć się wydajniej, kto stawia na samorozwój i pracę nad własnym umysłem. Ja czuję się od tej książki tak mądra i naładowana pozytywną energią, że dziś chyba nic nie będzie w stanie zmącić mojego spokoju.
Z tej książki dowiesz się jak efektywnie wykorzystać potencjał umysłu w szkole, biznesie i życiu prywatnym.
Autor pokazuje jak posługiwać się swoją inteligencją, by sprostać wymaganiom współczesności:

- zarządzać czasem i emocjami
- skutecznie się uczyć
- doskonalić pamięć i twórcze myślenie
- kreatywnie zarządzać biznesem
- budować niezależność finansową

Źródło: muza.com.pl
Publikacja Bubrowieckiego podzielona jest na 38 rozdziałów, wśród których znajdziemy m.in. fundamenty wysokiej efektywności (jak pracować nad swoimi obszarami duchowymi, mentalnymi, emocjonalnymi i in.), rozpoznawanie własnego stylu uczenia się i skuteczna strategia uczenia się (co jest niezbędne w osiąganiu jak najlepszych wyników i czerpaniu radości z nauki), sztuka zdawania egzaminów (w sam raz dla wszystkich przed sesją), dieta dla uczącego się mózgu, codzienny trening kreatywności, umysł dla biznesu itd. Paleta zainteresowań autora jest szeroka i niezwykle różnorodna, przekazuje on wiedzę z całego szeregu dziedzin i - zgodnie z zapowiedziami z okładki - uczy jak wykorzystać potencjał umysłu w szkole, w biznesie, w życiu prywatnym. Jak sprostać wymaganiom epoki inteligencji.

Mocną stroną książki jest jej struktura - podział na rozdziały, wypunktowywanie poszczególnych teorii, wyróżnianie graficznie najciekawszych cytatów, przywoływanie wyników różnorodnych badań, przedstawianie wykresów, tabel i (moich ukochanych) map myśli, tworzenie ćwiczeń i oferowanie testów. Dzięki takim szczegółom widać, że autorem książki jest człowiek, który rzeczywiście orientuje się, czego potrzebuje umysł czytelnika i jak zaprezentować treść, by była odbierana jak najpełniej i jak najdokładniej.

Jedyną wadą, jaką znalazłam w Ucz się i myśl Andrzeja Bubrowieckiego są powtórzenia niektórych treści. Być może mają się one bardziej utrwalić odbiorcy, być może nie da się pominąć tak ważnych szczegółów przy niektórych zagadnieniach. Tego nie wiem, ale z mojego punktu widzenia były to zbędne zapychacze stron, bo jeśli pewne treści były niezbędne, wystarczyło dać odnośnik do rozdziału poprzedniego. Takich sytuacji było na szczęście niewiele i książkę odbieram w pełni pozytywnie, czując na samą myśl o niej przyspieszone bicie serca. Żałuję, że jest tak ciężka, bo przydałoby mi się mieć ją przy sobie i w domu, i w szkole, i poza domem też. Ale nie ma tego złego - autor podał mi tyle ciekawych sposobów notowania, że przez następne dni wracać będę do ulubionych rozdziałów, z których wyłuskam to, co dla mnie najważniejsze.

Was zachęcam do tego samego. Tak mądre książki powinni czytać wszyscy.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

literatura polska | recenzja | Andrzej Bubrowiecki | literatura | recenzje książek
Trener rozwoju osobistego, prelegent, trener i konsultant w biznesie. Ekspert w dziedzinie twórczego wykorzystania umysłu; doskonalenia pamięci, kreatywnego myślenia, nowoczesnych metod uczenia się. http://andrzejbubrowiecki.pl/

Źródła: foto | opis

27 maja 2012

Rodzinę mniej znaną pożyczę na chwilę..., Agnieszka Gołas-Ners


Rodzinę mniej znaną pożyczę na chwilę...
Rozmowy z dziećmi sławnych rodziców
,
Agnieszka Gołas-Ners
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2012
Stron: 190
Gatunek: biografia, wywiad
Mówi się, że rodziców się nie wybiera, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu. Że dzieci sławnych rodziców mają łatwiej, bo znane nazwisko otwiera im wszystkie furtki i rozwija u ich stóp czerwone dywany. Mało kto zastanawia się, ile trudu trzeba włożyć, by pozbyć się etykietki syn swojego ojca czy córka swojej matki. Ile trzeba mieć w sobie samozaparcia, by osiągać wytyczone cele i wyjść z cienia rodzica. Ile trzeba wiary w siebie, by z domu, w którym trudno o skupienie uwagi na sobie, wkroczyć w dorosłość bez kompleksów. Ile cierpliwości, by wciąż i wciąż udowadniać, że świeci się własnym blaskiem, a nie blaskiem odbitym od rodzica...
Dziecko znanego człowieka ma w pierwszym rzędzie do przerobienia wielki bagaż psychiczny. Jeśli zechce wyjść z cienia, musi najpierw "pokonać" w sobie własnego rodzica, strząsnąć jego publiczny wizerunek. Musi "dojść do siebie", odzyskać swoją tożsamość, a potem dopiero pokazać, co potrafi. Jeśli potrafi i jeśli mu się uda.

Agnieszka Gołas-Ners - córka sławnego ojca - zaprosiła do rozmowy dzieci innych sławnych rodziców, wśród nich: Romana Dziewońskiego, Jerzego Kisielewskiego, Tomasza Lema, Katarzynę Lengren, Agatę Młynarską, Joannę Szczepkowską, Macieja Stuhra... To poruszające rozmowy o blaskach i cieniach dzieciństwa, dojrzewania i budowania własnej tożsamości w życiu osobistym i zawodowym.

Źródło: merlin.pl
Bohaterowie książki Agnieszki Gołas-Ners wyrośli w domach artystów - muzyków, aktorów, kabareciarzy, pisarzy, w domach sportowców i naukowców. Według autorki dzielą się na dzieci-kontynuatorów i dzieci-fanów swoich rodziców, na tych którzy mają żal o takie, a nie inne wychowanie i takich, którzy życie w sławnych rodzinach zawsze sobie cenili. Tylko nieliczni zgodzili się udzielić wywiadu na potrzeby tej publikacji - byli tacy, którzy odmawiali z powodów politycznych, tacy, którzy nie mają o rodzicach do powiedzenia nic dobrego i tacy, którzy odmowę tłumaczyli: nie, bo nie. Tych dwanaście osób, które zgodziło się wziąć udział w projekcie, przyczyniło się do powstania naprawdę znakomitej kroniki, którą śledziłam z wypiekami na twarzy.

Agnieszka Gołas-Ners nie wchodzi z butami w prywatne życie tych, których znamy z telewizji i gazet. Dotyka spraw intymnych, ale wszystko odbywa się w granicach dobrego smaku i rozsądku. Choć z wieloma swoimi bohaterami ma od lat bliski kontakt, wykorzystuje przede wszystkim te fakty z prywatnego życia gwiazd, o których dowiemy się również z wielu innych źródeł. O tym jak mocno rozmówcy zostaną obdarci z prywatności decydują oni sami, snujący wspomnienia rodzinnych domów, wakacji z rodzicami, ważnych momentów z ich wspólnego życia. Niektórzy otwierają się w pełni, bez skrępowania wspominając przykre momenty, inni starają się być powściągliwi i zdystansowani. Żaden z rozmówców nie wybiela jednak swych rodziców, nie przedstawia tylko blasków życia w sławnych domach. To ważne, by umieć wyważyć fakty brudne i bolesne, z czystymi, przynoszącymi radość i ukojenie. Dobrze czyta się wspomnienia, które nie są jednostajne, przesłodzone i nudne. Zabrakło mi tu jednak zdjęć i biogramów rozmówców. Niby to na nich miała koncentrować się uwaga, a jednak książka obfituje w fotografie i informacje biograficzne niemal wyłącznie o ich sławnych rodzicach.

Rodzinę mniej znaną pożyczę na chwilę... uważam niemniej za książkę niezwykle wartościową. Wielu z jej bohaterów nie znałam dotąd wcale, a teraz ich życiorysami zainteresowana jestem bardzo. Poznałam fascynujące opowieści z życia znanych i cenionych, przyjrzałam się bliżej twórczości tych, których darzę sympatią i tych, których kojarzę tylko - a jakże - z nazwiska rodzica. Moje ulubione wywiady, to te z Maćkiem Stuhrem, Jerzym Kisielewskim i Piotrem Michnikowskim, choć prawda jest taka, że każda z przedstawionych w książce historii ma w sobie coś fascynującego. Coś, co bardzo miło było odkryć dzięki publikacji PWN-u. Zachęcam Was zatem gorąco do sięgnięcia po tę książkę, z pewnością wielu z Was chciałoby poznać bliżej Dobrowolskich, Dziewońskich, Jaraczów, Kisielewskich, Lemów, Lengrenów, Michałowskich, Michnikowskich, Młynarskich, Stuhrów, Szczepkowskich (oraz Parandowskich), Zabłockich i Gołasów. Naprawdę warto poznać ich bliżej...

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.

literatura polska | recenzja | Agnieszka Gołas-Ners | literatura | recenzje książek

Ukraina. Przewodnik historyczny, Sławomir Koper


Ukraina. Przewodnik historyczny, Sławomir Koper
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2011
Stron: 449
Gatunek: historyczna
Sławomir Koper to znany i niezwykle ceniony polski pisarz, wydający książki historyczne. W ostatnich latach dużą popularnością cieszyły się jego publikacje Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej, Życie prywatne i erotyczne w starożytnej Grecji i Rzymie, Kobiety w życiu Mickiewicza czy Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej. Ja przygodę z tym autorem zdecydowałam się rozpocząć od przewodnika historycznego po Ukrainie.
Kresy - magiczne słowo dla Polaków, synonim krainy utraconej na zawsze. A dla wielu rodzinnych stron, które na zawsze zapisały się w dziejach i kulturze naszego kraju. Niniejsza książka to nostalgiczna podróż po polskich śladach na Ukrainie.

Autor koncentruje się na śladach polskości, pozostałościach naszej kultury, które na zawsze pozostały na wschód od Bugu. Nie unika trudnych tematów, takich jak stosunki polsko-ukraińskie z rzezią wołyńską czy powstaniem Chmielnickiego na czele, ale zachowuje obiektywizm. Opisując trudną historię wzajemnych relacji, nigdy nie zapomina, że Kresy były ojczyzną dwóch narodów, a przez wieki mieszkali tam ludzie mówiący różnymi językami i wyznający inne religie.

Źródło: bellona.pl
Nie jest łatwo pisać o wydarzeniach trudnych i bolesnych, o ludziach, którzy zdradzali i przyczyniali się do cierpienia narodu polskiego. Trudno o obiektywizm i powściąganie emocji, kiedy opisuje się momenty tragiczne i niełatwe. Dlatego książka ta jest w pełni subiektywna, nie pozbawiona emocjonalnych odniesień, wykrzyknień i ironicznych uwag. Ktoś powie, że historykowi nie wypada być nieobiektywnym, ale ja uważam, że rzetelność może iść w parze z uczuciowością i uczciwością wobec samego siebie. Dlatego ta książka jest tak autentyczna i poruszająca.

Sławomir Koper przywołuje fakty mało znane - takie, których odkrycie wymaga wysiłku i sięgnięcia do źródeł, znajdujących się poza oficjalnymi monografiami. Nie boi się dotykać spraw intymnych, trudnych i głęboko skrywanych. Nie boi się odzierać z legendy wielkich wieszczów czy bohaterów narodowych. Przywołuje historie skandali, romansów i układów. Nie jest to jednak książka utkana ze smaczków i ploteczek. To rzetelny i solidny zapis wspólnej historii Polski i Ukrainy.

Ukraina. Przewodnik historyczny to znakomita gratka dla miłośników nie tylko historii, ale przede wszystkim literatury. Z Kresami związani byli Słowacki, Zapolska, Rodziewiczówna, Parandowski, Lem, Iwaszkiewicz, Sienkiewicz, Schulz, Mickiewicz i wielu innych. Stamtąd pochodzili, tam mieszkali lub tamtymi stronami się zachłysnęli i przedstawiali je w swoich dziełach. Koper poświęca wiele uwagi sylwetkom ludzi związanych z Kresami, przywołuje wiersze i piosenki. Jego poświęcanie uwagi literaturze zachwyciło mnie i sprawiło, że urzekła mnie ta książka jeszcze bardziej.

Co zadziwiające, równie ciekawych wrażeń dostarczyło mi przywoływanie faktów historycznych. Nie tylko tych trudnych i bolesnych, ale również lżejszych, mających zabarwienie nieco rozrywkowe. Sławomir Koper znakomicie wyważa wątki ciężkie z lekkimi, pozwala sobie na snucie własnych wspomnień, przedstawia kilka rad, jak odnaleźć się na ulicach współczesnej Ukrainy, zestawia historię z nowoczesnością. Przez to jego przewodnik historyczny po Ukrainie jest tak ciekawy i absorbujący. Nie da się go pochłonąć w jeden wieczór, ja zgłębiałam go kilka tygodni, ale z całego serca polecam Wam znalezienie czasu i udanie się w tę niezwykłą podróż na Wschód. Nie ma jak dobra książka, piękne krajobrazy, historie wielkich wydarzeń i biogramy ważnych ludzi. Nie ma jak rozbudzanie ciekawości, pogłębianie wiedzy i zachwyt na światem. Nie ma jak Lwów, nie ma jak Ukraina!

Moja ocena: brak
Standardowo - trudno zestawić tego typu książkę z tymi, które zazwyczaj czytuję.

Za książkę dziękuję księgarni Matras.

literatura polska | recenzja | Sławomir Koper | literatura | recenzje książek
Sławomir Koper (ur. 1963), historyk, absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m. in.: Tajemnic i sensacji świata antycznego, Miłości, seksu i polityki w starożytnej Grecji i Rzymie, Śladami pierwszych Piastów, Wędrówek po Polsce piastowskiej, Spaceru po Lwowie, Życia prywatnego elit II Rzeczypospolitej. Aktualnie specjalizuje się w okresie międzywojennym dziejów Polski i historii polskiej obyczajowości XIX stulecia.

Źródła: foto | opis





PS. Dwie recenzje w ciągu dnia są wynikiem moich zaległości, spowodowanych sprawami szpitalnymi i magisterskimi. W związku z nimi przesunęłam Pojedynki Okładek na kolejny tydzień, z kolei nowy temat top-10 (najlepsze książki dla dzieci) możecie już wypełniać, a ja nadgonię Was około wtorku.

Nowa Ziemia, Świat po Wybuchu, Julianna Baggott


Nowa Ziemia. Świat po Wybuchu, Julianna Baggott
Oryginał: Pure
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2012
Stron: 472
Gatunek: science fiction, dla młodzieży
Nigdy nie lubiłam science fiction, nie lubiłam wizji postapokaliptycznych, powieści o antyutopiach. Nigdy nie lubiłam historii, w których bohaterowie żyją na gruzach świata, stykają się z dziwacznymi maszynami, a w ich otoczeniu pojawiają się tajemnicze zmutowane stwory. I nagle pojawia się na rynku Nowa Ziemia i wszystko to, co dotąd sądziłam, wszystko to, w co dotąd wierzyłam, przestaje mieć znaczenie. Bo oto pokochałam rasową powieść science fiction!
16-letnia Pressia żyje w świecie po Wybuchu. Każdego dnia walczy o przetrwanie wśród zmutowanych po eksplozji kreatur, które kiedyś były ludźmi. Pyły żyją w ziemi, ich oczy pojawiają się nagle gdy wciągają swoje ofiary pod ziemię, za miastem mieszkają okrutne Matki zrośnięte ze swoimi dziećmi.

Pressia nienawidzi lalki, która zespoliła się z jej ręką, przeraża ją wizja, że wiatrak w szyi ukochanego dziadka któregoś dnia przestanie działać, fascynują ją ptaki na plecach towarzysza podróży. Marzy o normalnym świecie, który pamięta z pozostałości zdjęć, tęskni za rodzicami, którzy umarli w czasie eksplozji. Lada dzień zostanie powołana do wojska. Wtedy wszystko się zmieni…

Partridge to 18-letni adept Akademii w sterylnym świecie Kopuły. Jest jednym z ocalałych Czystych. Dowiaduje się, że jego matka być może jeszcze żyje wśród zmutowanych. Postanawia wydostać się z Kopuły i ją odnaleźć. Znajdzie się wśród niebezpieczeństw, których istnienia nie mógł przewidzieć, gdzie jego Czystość jest przekleństwem.

Jego spotkanie z Pressią zmieni bieg historii Nowej Ziemi…

Źródło: egmont.pl
Pierwsza część trylogii Świat po Wybuchu, napisana jest lekko i z polotem. Pochłania się ją błyskawicznie, z zapartym tchem. Świat wykreowany przez Juliannę Baggott szokuje i zaskakuje, wzbudza przestrach i odrazę, fascynuje i przyciąga. Autorka wiernie oddaje mechanizmy władzy, znakomicie odzwierciedla ludzkie instynkty - potrzebę walki o przetrwanie, eliminowania wroga dla własnych korzyści. Nie boi się sugestywnych, naturalistycznych opisów, okrutnych wizji i szokujących rozwiązań. Splata ze sobą klimat science fiction z przygodówkami i kryminałami, czego efektem jest rozbudowana, zaskakująca i naprawdę pełna napięć fabuła. Wszystkie zagadki i tropy w Nowej Ziemi splatają się w spójną całość, tworząc znakomitą, absorbującą historię, od której nie sposób się oderwać.

Wielki aplauz należy się Baggott za stworzenie niebanalnej powieści postapokaliptycznej, za przedstawienie oryginalnej wizji świata. Za zaserwowanie czytelnikom nowych rozwiązań i nowych, niespotykanych dotąd wrażeń. Za wykreowanie interesujących i różnorodnych bohaterów. Za stworzenie powieści na naprawdę wysokim poziomie. Koło Nowej Ziemi nie można przejść obojętnie. Nie ginie ona w zalewie historii z nurtu fantastyki naukowej. Wyróżnia się i zapada w pamięć. Informacja z okładki, głosząca, że to bestseller tłumaczony na 20 języków nie dziwi i nie jest tanim chwytem. Bo takie właśnie książki zasługują na światowy sukces.

Moja ocena: 9/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Egmont.

Koniecznie zajrzyjcie na stronę swiatpowybuchu.pl oraz na fejsbuka SwiatPoWybuchu.


literatura amerykańska | recenzja | Julianna Baggott | literatura | recenzje książek
Julianna Baggott jest uznaną przez krytyków autorką bestsellerów. W ciągu ostatnich dziesięciu lat wydała siedemnaście książek – dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Wykłada na Uniwersytecie Stanowym Florydy, gdzie prowadzi zajęcia z twórczego pisania. Działa też w założonej wraz z mężem fundacji Kids in Need – Books in Deed, której celem jest przekazywanie darmowych książek dzieciom z ubogich rodzin.
Źródła: foto | opis

24 maja 2012

Top 10: kreatywowe pytania i odpowiedzi (zabawa!)

top 10 kreatywa

Nadszedł czas, aby w świecie "topdziesięciowych" rankingów pojawiła się odrobina zabawy i szaleństwa. Z tego też powodu przygotowałam dla Was 10 pytań z różnych dziedzin, które pozwolą nam się bliżej poznać. Liczę na Waszą kreatywność i otwartość!

17 maja 2012

Dania z anegdotą, Hanna Szymanderska


Dania z anegdotą, Hanna Szymanderska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 224
Gatunek: kucharskie
Moi drodzy, ta książka jest re-we-la-cyj-na! Rewelacyjna! Napisana z pasją i humorem, pięknie wydana, bogata i solidna. Po prostu znakomita!

Nie ma dobrej biesiady bez miłej pogawędki ani miłej pogawędki bez dobrego poczęstunku. Autorka, pomna tej staropolskiej zasady, snuje barwne opowieści o jedzeniu, okraszając je wybornymi przepisami. Czy sałatkę Cezara jadał Juliusz Cezar? Co łączy markiza de Nointel z beszamelem? Co wielki kompozytor Rossini miał wspólnego z sałatą? Kiedy wymyślono majonez? I kto pierwszy na koniec posiłku jadał sery? Ważne wydarzenia, słynne postacie, anegdoty i historie miłosne i oczywiście… mnóstwo przepisów, a wszystko podane w doskonałym stylu. Wyborna lektura – zaspokaja ciekawość, pobudza apetyt i bawi!

Źródło: swiatksiazki.pl
Autorka podzieliła przepisy na grupy. Mamy więc kolejno zestawione:
- sosy,
- sałaty,
- przekąski zimne i gorące,
- zupy,
- ryby,
- drób,
- mięsa,
- dania różne,
- desery.

Tym, co wyróżnia tę książkę na tle innych są anegdoty i wspomnienia, które poprzedzają każdy z przepisów. Szymanderska cytuje dzieła sprzed wieków, przytacza historie znanych miejsc i osobistości, opiera się na szerokiej literaturze. Samych przepisów skompletowała ok. 110, ale przy wielu z nich pojawia się po kilka, a nawet kilkanaście propozycji wariacji, odmian, ulepszeń i udziwnień. Do tego dodać należy kilkadziesiąt historii, anegdot i wspomnień, które wraz z przepisami tworzą wspaniałą, bogatą i interesującą całość.

Dania z anegdotą to książka pełna ciekawostek, w których rozsmakują się wielbiciele literatury, historii czy malarstwa. Miłośnicy dobrej kuchni również się nie zawiodą, bowiem autorka sięga zarówno do podstaw, jak i do półek wyższych. Znajdują się tu zatem zarówno podstawowe przepisy na majonez czy sos holenderski, popularne gazpacho i spaghetti, jak również na kwiczoły w auszpiku czy tort Pawłowej. I laik, i mistrz kuchni znajdą w Daniach z anegdotą coś dla siebie!

Jeżeli jesteście ciekawi świata, lubicie jeść i gotować albo nie macie pomysłu na prezent na Dzień Matki - koniecznie sięgnijcie po książkę Hanny Szymanderskiej. Ja jestem nią oczarowana.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.


literatura polska | recenzja | Hanna Szymanderska | literatura | recenzje książek

16 maja 2012

Anna we krwi, Kendare Blake


Anna we krwi, Kendare Blake
Oryginał: Anna Dressed in Blood
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 320
Gatunek: dla młodzieży
Zapowiadało się ciekawie. Kusząca okładka, interesująca zapowiedź, sporo przychylnych recenzji na światowych portalach. Chłopak mordujący duchy? Coś nowego, świeżego, ciekawego. Z entuzjazmem podeszłam więc do powieści pani Blake, ale ów entuzjazm opadł nieco zbyt szybko. Nie było tak różowo, jak można było oczekiwać…
Cas Lowood odziedziczył po ojcu niezwykły zawód: zabija umarłych.

Ojciec chłopaka został w makabryczny sposób zamordowany przez ducha, którego sam miał uśmiercić. Teraz, uzbrojony w sztylet athame, Cas podróżuje po całym kraju ze swoją matką-czarownicą i potrafiącym wyczuć obecność zjaw kotem. Razem śledzą wątki lokalnych legend, próbując wyplenić co bardziej niebezpieczne upiory ze świata. Gdy przybywają do kolejnego miasta w poszukiwaniu ducha nazywanego przez mieszkańców Anną we Krwi, Cas nie spodziewa się niczego odbiegającego od normy: chce zjawę wyśledzić, zdybać, zabić. Zamiast tego spotyka obłożoną klątwą dziewczynę, istotę z jaką nigdy przedtem się jeszcze nie mierzył.

Źródło: proszynski.pl
Główne zarzuty wobec powieści? Przede wszystkim – nagromadzenie nieścisłości i niedopowiedzeń, niezrozumiałych zachowań i rozwiązań. Fabuła nie układa się w logiczną, klarowną całość, ma sporo uchybień i słabszych momentów. Portrety psychologiczne postaci również pełne są niedociągnięć, a i otoczenie, w którym rozgrywa się akcja nie jest zbyt spójne i autentyczne. Bardzo trudno zaakceptować reguły rządzące światem, który wydaje się totalnie nielogiczny, nienaturalny i mocno naciągany.

Drugi poważny zarzut – tendencyjność. O ile sam pomysł z polowaniem na duchy, wspomaganiem się magią i innymi paranormalnymi zjawiskami można uznać za całkiem świeży i interesujący, o tyle sama akcja pozostawia wiele do życzenia. Kendare Blake nie oferuje czytelnikowi żadnych zaskoczeń, niespodziewanych zwrotów czy czegoś, co wywołałoby przyspieszone bicie serca. Od początku wiadomo, w jakim kierunku potoczy się historia, gdzie czai się wróg, a gdzie za maską zła tak naprawdę kryje się dobro. Oczywistości w Annie we krwi jest tak wiele, że aż dziw bierze, że czytelnik od tego nie zasypia…

No właśnie. Nie zasnęłam. Nie wynudziłam się też jakoś specjalnie, choć nie mogę powiedzieć, żeby ta historia porywała. Ot, po prostu pojawiło się na rynku kolejne przyjemne czytadło, które podciągnąć można pod szyld „paranormal romance”. Lektura nie dłuży się i absorbuje na kilka godzin. Autorka ma wyrobione lekkie pióro, naturalnie posługuje się językiem młodzieży, przez co zarówno dialogi, jak i rozmyślania narratora (którym jest nastoletni Cas) pochłania się z wyjątkową przyjemnością. Choć cała opowieść jest dosyć poważna (bo przecież w zamierzeniu miała być niebywale mroczna), nie brak tu fragmentów zaprawionych inteligentnym humorem i sarkazmem. Lubię takie książki. Nie należą do najwyższej półki, ale zapewniają znakomitą rozrywkę. Kendare Blake raczej nie osiągnie sukcesu na miarę Stephenie Meyer, ale Anna we krwi z powodzeniem mogłaby zostać przeniesiona na ekran. Sporo w tej książce scen, które przed telewizorem mogłyby przyprawiać o dreszcze…

Moja ocena: 6/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


literatura amerykańska | recenzja | Kendare Blake | literatura | recenzje książek


* * *


Jak zapewne widzicie, blog się przeobraża. Wszelkie niedociągnięcia, braki w linkach i etykietach poprawiać będę dziś w nocy :)

13 maja 2012

Śmierć w żużlowym świecie. Śmierć tak blisko mnie...

Za Sportowymi Faktami: "Tragiczne informacje nadeszły z Wrocławia. Nie żyje żużlowiec PGE Marmy Rzeszów Lee Richardson.

Anglik zanotował bardzo groźny upadek w niedzielnym meczu Betard Sparta - PGE Marma. Zaraz po nim został przewieziony do szpitala. Zmarł na stole operacyjnym."


Śmierć w środowisku sportowym jeszcze nigdy nie była tak blisko mnie... Odejście Lee Richardsona jest tak namacalne, tak bolesne i tak straszne, że całą sobą czuję kruchość mojego świata. Mam wrażenie, że wszystko to, w co dotąd wierzyłam, rozpadło się na maleńkie kawałeczki. Żużel od zawsze był dla mnie wszystkim. Kiedy urodził się mój bratanek i istniało podejrzenie, że nie będzie widział, pierwsza bolesna myśl, tłukąca się po mojej głowie, brzmiała: "przecież muszę pokazać mu żużel!". Kiedy dostałam propozycję znakomitej pracy w innym mieście, odmówiłam, uświadomiwszy sobie, że nie pogodzę jej z meczami mojego Włókniarza. Bo żużel to jeden z najważniejszych elementów mojego życia...

W tym sporcie ryzyko jest ogromne. Zawsze miałam świadomość tego, że zawodnicy ginęli na torze. Że byle upadek odbierał ludziom marzenia i szansę na normalne życie. Byłam sobie w stanie wyobrazić, że widowisko, które daje mi tyle radości, może dla kogoś skończyć się źle, ale kiedy dziś doszło do skonfrontowania moich wyobrażeń z rzeczywistością... Poległam.

Lee Richardson przez kilka lat reprezentował barwy mojego Włókniarza. Widziałam z bliska jego poczynania, ściskałam za niego kciuki, cieszyłam każdym sukcesem. To jednak nie jest ważne. Jego śmierć jest dla mnie tak bolesna nie dlatego, że jeździł w Częstochowie, ale dlatego, że był żużlowcem. Członkiem tej niewielkiej społeczności, którą uważam za jeden z najważniejszych elementów mojego świata. Możecie nie rozumieć mojej rozpaczy, bo być może dla Was to 'tylko jakiś sportowiec', który 'sam się pchał do jazdy'. Ale jeśli uświadomicie sobie, jak ważne miejsce w moim sercu zajmuje żużel, zrozumiecie.

Śmierć w środowisku sportowym jeszcze nigdy nie była tak blisko mnie. Dopiero teraz naprawdę odczuwam kruchość zawodników i ryzyko jakie podejmują, by dać mi radość, niesamowite emocje i rozrywkę. Nie wiem czy jeszcze kiedyś spojrzę na żużel tak, jak widziałam go do tej pory...

Poległam i muszę się podnieść. Nie wiem jak prędko wrócę do blogowania, ale czuję, że aktualnie potrzebuję kilku dni przerwy. Wybaczcie.

11 maja 2012

Fashion Babylon, Imogen Edwards-Jones


Fashion Babylon, Imogen Edwards-Jones
Oryginał: Fashion Babylon
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2011
Stron: 446
Gatunek: literatura faktu
Imogen Edwards-Jones przy wsparciu grupy osób o nieujawnionej tożsamości (spiętych klamrą "Autor Anonimowy") przenosi nas do świata, który znamy z kolorowych magazynów, serwisów plotkarskich i telewizji. Blichtr, sława, wielkie pieniądze, łatwe narkotyki i łatwe kobiety - tak w wielkim skrócie można by przedstawić świat mody. Ale autorka na skróty nie idzie i w swej książce pozwala sobie na powolne, brutalne odkrywanie tego, co zazwyczaj przesłaniają kurtyny...

Fashion Babylon opisuje sześć miesięcy z życia cenionej brytyjskiej projektantki mody, która próbuje się przebić na światowym rynku Londynu, Paryża i Nowego Jorku. Dzięki reporterskiej przenikliwości Imogen Edwards-Jones razem z bohaterką przedzieramy się przez perfekcyjnie zorganizowany biznes, gdzie kobietom płaci się dziesiątki tysięcy dolarów za założenie ubrania, a nieodpowiednia długość spódnicy może kogoś kosztować karierę. Razem ze znakomicie zarysowanymi postaciami uczestniczymy w procesie powstawania nowej kolekcji. Możemy zobaczyć, kto pojawia się na pokazach i gdzie siada oraz poznać niezliczoną ilość anegdot i sekretów branży modowej. Szokujące, komiczne, nieocenzurowane spojrzenie na to, co naprawdę dzieje się za kulisami świata mody.

Źródło: pascal.pl

Jeżeli ktoś spodziewa się, że Fashion Babylon będzie zbiorem ploteczek ze świata mody, nieco się rozczaruje. Książka ma bowiem ciekawie zarysowaną fabułę - nieistniejąca w świecie rzeczywistym projektantka-narratorka opowiada o sześciu miesiącach ze swojego funkcjonowania w branży modowej. Obserwujemy jej trud i walkę o zaistnienie na światowych wybiegach i w czołowych magazynach. Widzimy powolne rodzenie się marki, która początkowo prosi się o każdego klienta, by koniec-końców gościć na największych galach i pokazach. Historię tę chłonie się wyjątkowo szybko, a zawdzięczamy to właśnie narratorce - kobiecie zabawnej i ironicznej, szczerej i otwartej. Może za dużo przeklina, może zbyt często wpada w panikę i daje sobą manipulować, ale jej opowieść i tak śledzi się z zaciekawieniem.

Smaczki i ploteczki świata wielkich gwiazd, modelek i kreatorów mody zajmują w Fashion Babylon sporo miejsca. Pozwala to spojrzeć na osoby "dobrze nam znane" w zupełnie innym świetle. Wiadomym jest, że to, co widzimy na ekranach i okładkach pism nijak ma się do prawdy zza kulis. "Najprawdziwsza prawda" jednak rzadko do nas dociera, dlatego książki Imogen Edwards-Jones cieszą się tak dużą popularnością wśród czytelników i tak wielką niechęcią wśród gwiazd. Bo prawda może boleć.

To jednak nie plotki o sławnych personach stanowią największą wartość Fashion Babylon. Najciekawsze fragmenty dotyczą samych mechanizmów rządzących branżą modową. Kulisy pokazów, proces kreowania marki, działania marketingowe. Opowieści o tym, kto i kiedy może nosić kreacje danych projektantów; o tym skąd na bazarach biorą się oryginalne torebki największych marek; o tym, jak można wypuścić na wybieg cudzą spódnicę ze zmienioną metką i o tym, jak łatwo można stracić cudzy szacunek i zaufanie. Nie jest to może lektura specjalnie wzbogacająca, ale na pewno otworzy niektórym oczy. A innym zapewni parę godzin przedniej rozrywki.

Moja ocena: 7/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Pascal.


literatura angielska | recenzja | Edwards-Jones Imogen | literatura | recenzje książek

Top 10: książki fantastyczne

top 10 kreatywa

Przyszła pora na kolejny temat wybrany przez Was. Sama książek fantastycznych, sci-fi i innych w podobnym typie czytam niewiele, toteż do rankingu wybrałam ich nie 10, a 8. Za to naprawdę je lubię i wiem, że będę do nich wracać. Są to:

Kontrakt Paganiniego, Lars Kepler


Kontrakt Paganiniego, Lars Kepler
Oryginał: Paganinikontraktet
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2012
Stron: 524
Gatunek: kryminał, thriller
Dokładnie miesiąc temu uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie i ja ulegnę szałowi na skandynawskie powieści z dreszczykiem. To wtedy dałam się oczarować Hipnotyzerowi, autorstwa duetu Ahndoril - Coelho Ahndoril, tworzącego pod pseudonimem "Lars Kepler". Błyskawicznie zdobyłam kolejną część cyklu Joona Linna, by przekonać się, czy i tę powieść pochłonę w kilka godzin. Pochłonęłam! Gabaryty tej książki nie powinny zatem nikogo przestraszyć.

Pewnej letniej nocy stary rybak dostrzega dryfujący po zatoce Jungfrufjärden uszkodzony jacht. Na pokładzie znajduje ciało dziewczyny. Jej płuca pełne morskiej wody, ale ubranie, skóra i włosy pozostały suche. Policja szybko ustala, że zmarła była młodszą siostrą Penolope Fernandez, szwedzkiej aktywistki na rzecz pokoju, która wraz ze swoim chłopakiem, właścicielem jachtu, zapadła się pod ziemię. Komisarz kryminalny Joona Linna chce jak najszybciej odnaleźć dwójkę zaginionych. Ma powody podejrzewać, że są w ogromnym niebezpieczeństwie. Może się okazać, że niektórych kontraktów nie zrywa nawet śmierć... Elektryzujący, trzymający w napięciu kryminał o kulisach wielkiej polityki i handlu bronią.

Źródło: merlin.pl

Gdybym miała zestawić ze sobą ten tom i poprzedni, Kontrakt Paganiniego w niektórych kategoriach pozostałby w tyle za Hipnotyzerem. Same zbrodnie są tutaj ciekawsze i dużo bardziej wyszukane, a portrety psychologiczne postaci jeszcze lepiej skonstruowane, ale fabularnie momentami książka leży. Autorzy postawili na tanie efekciarstwo rodem z filmów sensacyjnych, w których królują sceny pościgów i walki wręcz, strzelaniny i efekty specjalne. Nudne to i irytujące, jeśli przynajmniej 1/3 książki stanowią sceny z karabinami, granatami, ucieczkami i nożami w tle. Oczywiście wszystkie te pościgi i starcia szalenie napędzają akcję, czyniąc ją jeszcze bardziej emocjonującą, ale trudno złapać chwilę oddechu podczas lektury, jeżeli ze wszystkich stron leje się krew i huczą wystrzały.

Co jest dobre w tej części cyklu to to, że wreszcie da się zauważyć, iż to faktycznie Joona Linna jest głównym bohaterem serii. W Hipnotyzerze to inni wysuwali się na pierwszy plan - teraz stery przejął ten, którego osoba ma scalać ze sobą wszystkie tomy cyklu. Poznajemy go w Kontrakcie... dużo lepiej, zaczynamy lubić i podziwiać, choć pewne zagadki wokół niego mogą wprawiać serca czytelników w drżenie. A przynajmniej dają nutkę niepewności i tajemniczości...

W Kontrakcie Paganiniego zetkniemy się z wartką akcją, bezwzględnymi zbrodniarzami, wielką polityką, walką o prawa człowieka i z niesamowicie ciekawymi bohaterami. Autorzy opowiadają kilka wstrząsających i fascynujących opowieści, które składają się na naprawdę wartą uwagi całość. Całość, którą - kolejny raz - pochłania się na jednym wdechu, bez chwili na oderwanie. Dotknięcie ważnych problemów społecznych jest dodatkowym atutem powieści. Czyni ją autentyczną i jeszcze bardziej porażającą.

Jeżeli lubicie historie, które jeżą włoski na karku i przyspieszają bicie serca - koniecznie sięgnijcie po powieści Larsa Keplera. Stoją na najwyższym poziomie!

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję sklepowi internetowemu merlin.pl, kupicie ją tutaj.


literatura szwedzka | recenzja | Kepler Lars | literatura | recenzje książek

10 maja 2012

Gotuj z Julią, Julia Child


Gotuj z Julią. Niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni, Julia Child
Oryginał: Julia's kitchen wisdom
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2011
Stron: 247
Gatunek: kucharskie
Kiedy obejrzałam Julie i Julia - ciepły i nastrojowy film o miłości do gotowania, z ukochaną Meryl Streep, uwielbianym Stanleyem Tuccim i uroczą Amy Adams, do której długo musiałam się przekonywać - wiedziałam, że kiedyś sięgnę po książki Julii Child. Przepisy i porady zawarte w Gotuj z Julią towarzyszą mi od grudnia poprzedniego roku, zatem po kolejnym przejrzeniu książki 'od deski do deski' nadeszła pora na jej przedstawienie.

Autorka zaczyna od krótkiego wprowadzenia w wir gotowania, by potem gładko przejść do przepisów, kolejno na:
- zupy i dwa podstawowe sosy;
- sałatki i dressingi;
- warzywa;
- mięso, drób i ryby;
- dania z jaj;
- pieczywo, naleśniki i tarty;
- ciasta i ciasteczka.

Po nich znalazła miejsce dla informacji o wymaganym sprzęcie kuchennym, słowniczka kulinarnego i podziękowań. Ostatnie strony z kolei zawierają informacje o pani Child oraz indeks przepisów i porad.

Nie jest to typowa książka kucharska, czego powinniście domyślić się już przy pierwszym myślniku. Dwa podstawowe sosy? - spytacie - a reszta?. Spieszę z wyjaśnieniami! Autorka pokusiła się o podział grupowy, tj. skoro sosu winegret używamy do sałatek, umieściła go przy sałatkach, sosy brązowe - przy mięsach, sosy pomidorowe - przy warzywach itd. Jest to bardzo wygodne, nie trzeba bowiem skakać po całej książce, aby skompletować jeden przepis.

Gotuj z Julią to poradnik skonstruowany bardzo wygodnie i przejrzyście. Autorka opiera się na prostym schemacie - najpierw przedstawia bazę dania wraz z przykładowym przepisem, a zaraz po nich wariacje, tj. kilka propozycji modyfikacji. W nie wplata jeszcze kilka porad, spisywanych przez lata na przypadkowych kartkach. Co ważne, owe porady wyróżniono graficznie, co pozwala na łatwe przejrzenie wszystkich niezbędnych zagadnień i wskazówek.


Jak podkreśla Julia Child jej książka "nie pretenduje do zastąpienia wielkiej, szczegółowej, uniwersalnej książki kucharskiej", toteż spodziewać się tu możecie przepisów raczej nieskomplikowanych. Nie znaczy to wcale, że dania proponowane przez autorkę nie są wyszukane, albo że z powodzeniem wykona je pierwszy z brzegu laik. Nie. Posłużę się cytatem z wprowadzenia:

Jest to raczej mini aide-mémoire (pomoc dla pamięci) dla osób z elementarną znajomością słownictwa kulinarnego i z kuchnią wyposażoną w takie narzędzia, jak brytfanna, robot kuchenny i przyzwoity wałek do ciasta; dla tych, którzy mniej więcej wiedzą, jak obchodzić się z kuchenką.

A zatem - jeżeli lubicie gotować, lubicie dobrze zjeść i jesteście chłonni wiedzy - z całego serca polecam Wam ten kulinarny poradnik. Nie zawiera on zdjęć, więc komuś może się wydać mniej atrakcyjny, ale miłośnicy gotowania na pewno zgodzą się ze mną, że jeśli przepisy są naprawdę znakomite, a ich autorką jest prawdziwa legenda światowej kuchni, wszelkie ozdobniki i zapychacze stron są tu zbędne.

Moja ocena: brak


literatura amerykańska | recenzja | Julia Child | literatura | recenzje książek

Autorka pierwszego w Stanach Zjednoczonych telewizyjnego programu kulinarnego "Francuski Szef Kuchni" oraz słynnej książki kucharskiej "Francuska sztuka gotowania".

Jedzenie i gotowanie pokochała podczas pobytu nad Loarą. Pierwszy posiłek w Paryżu (ostrygi, solę meuniere ze zrumienionym masłem, dobre wino) zjadła w słynnej restauracji La Cauronne i właśnie wtedy postanowiła poznać tajniki sztuki kulinarnej. W legendarnej paryskiej szkole Le Cordon Bleu wzbudziła nie lada poruszenie – swoim temperamentem, wzrostem (188 cm!) oraz niesłychanie wysokim, piskliwym głosem, który kilkanaście lat później pokochały tysiące Amerykanów. Za swoje show w 1966 roku Julia Child otrzymała nagrodę Emmy. Zmarła na dwa dni przed swoimi 92 urodzinami.

Źródła: foto | opis




Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

PS. Pamiętajcie o pojedynkach, głosować możecie jeszcze tylko przez kilka godzin!

8 maja 2012

Siostra, Rosamund Lupton


Siostra, Rosamund Lupton
Oryginał: Sister
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Stron: 319
Gatunek: thriller
Straszliwie długo wgryzałam się w tę powieść. Przez miesiąc podchodziłam do niej cztery czy pięć razy, cały czas nie potrafiąc przebić się przez pierwsze strony. Natrafiłam jednak ostatnio na pochlebną recenzję, której autorka (przepraszam, nie pamiętam kto to był) zapewniała, że po trudnych początkach powieść naprawdę wciąga i absorbuje. Dałam więc debiutowi Rosamund Lupton kolejną szansę. Nie zawiodłam się.

Beatrice musi zmierzyć się z potworną prawdą: po wielu godzinach poszukiwań odnaleziono ciało jej ukochanej młodszej siostry Tess. Policja, przyjaciele, a nawet matka są przekonani, że Tess popełniła samobójstwo. Beatrice wie, że to niemożliwe. Postanawia sama rozwikłać mroczną zagadkę, lecz prawda, którą stopniowo odkrywa, okazuje się bardziej bulwersująca od najgorszych podejrzeń...

Opis pochodzi z okładki

Spisywanie wrażeń z lektury zdecydowanie warto rozpocząć od kilku słów na temat specyficznej narracji w powieści Rosamund Lupton. Autorka oddała głos Beatrice, która swą opowieść snuje z kilku perspektyw czasowych, mieszając je i łącząc. Raz zwraca się do zmarłej siostry, wspominając ich wspólne chwile i relacjonując wydarzenia, jakie miały miejsce po jej śmierci, innym razem adresatem jej słów jest prokurator, któremu Bee opowiada o śledztwie, jakiego się podjęła, by dowiedzieć się prawdy o śmierci siostry. Przeplatanie ze sobą przyczyn i skutków, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości daje efekt taki, że niemal od początku wiadomo, iż Beatrice doprowadzi sprawę do końca. Nie wiemy tylko, jaką drogą do tego dojdzie. I wszystko może ułożyłoby się w piękną i klarowną całość, gdyby Rosamund Lupton nie lubiła wpuszczać czytelnika w maliny - do ostatniej linijki nie możemy więc być niczego pewni. Zaskakiwanie i wypuszczanie w kręty labirynt pełen pułapek i ślepych zaułków jest zabiegiem świetnym i znacznie wpływa na atrakcyjność książki, ale już plątanie perspektyw, mieszanie wydarzeń, wspomnień, fantazji i faktów powoduje zbyt duże zamieszanie. I choć sama historia od pewnego momentu szalenie mocno pochłania, to jednak specyficzna narracja spowalnia lekturę, czyniąc ją toporną i męczącą.

Siostra stoi na granicy thrillera medycznego, kryminału i powieści psychologicznej. Bardzo silnie oddziałuje na uczucia i emocje czytelnika, potrafi wzruszyć, zaskoczyć i przerazić. Sama historia jest na tyle dobra, frapująca i mocna, że niedogodności techniczne można autorce spokojnie wybaczyć.

Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę jest jedna z najważniejszych postaci powieści - Kasia. Polski akcent u Rosamund Lupton bardzo mile mnie zaskoczył, ponieważ stanowi jeden z ciekawszych punktów historii. Bo obok kwestii siostrzanej miłości, tolerancji, poszukiwania własnych ścieżek czy też obok rozważań etycznych i filozoficznych, pojawia się dosyć obszerny wątek uprzedzeń wobec ludzi - w tym wypadku obcokrajowców, Polaków. Kasia słabo mówi po angielsku, jest niechlujnie ubrana, trwa przy mężczyźnie, który ją gnębi i generalnie wygląda na typową, głupią niedojdę, która wyjechała zmywać gary w Londynie. Czytelnik wraz z Beatrice powoli odkrywa mądrość, czułość, wrażliwość, przejmującą naiwność i szczerość prostej dziewczyny z Polski. I otwarcie przyznać muszę, że jej historia wzruszyła mnie bardzo mocno. Wcale nie dlatego, że była Polką, ale dlatego, że wiele wody musiało upłynąć w Tamizie, aby ktoś wreszcie docenił dobro i bezinteresowność tej głupiutkiej istoty. Nie lubię uprzedzeń i cieszę się, że autorka dała prztyczka w nos wszystkim tym, którzy bardzo łatwo przyklejają innym etykiety.

Powieść brytyjskiej pisarki porusza ogrom istotnych i problemowych kwestii, dotyka tematów śliskich i niewygodnych. Autorka osadza je w ciekawej historii, którą - mimo niedogodności - pochłania się z zapartym tchem. To ważna i poruszająca książka. Nie dziwi mnie wcale, że stała się jednym z głośniejszych debiutów ostatnich lat...

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.



literatura angielska | recenzja | Rosamund Lupton | literatura | recenzje książek

6 maja 2012

Skazani na Shawshank, Stephen King


Skazani na Shawshank, Stephen King
Oryginał: Rita Hayworth and Shawshank Redemption
Wydawnictwo: Prima
Rok wydania: 1999
Stron: 106
Skazani na Shawshank to nowela wchodząca w skład zbioru Cztery pory roku, Stephena Kinga. Jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale pewna jestem, że nie ostatnie, ponieważ na liście moich ulubionych filmów znajduje się kilka adaptacji jego książek, co w myśl zasady, że "książka jest lepsza od filmu" nakazuje mi wierzyć, iż kolejne spotkania z jego twórczością będą naprawdę udane. O tym, że przygodę z tym słynnym autorem zacznę akurat od Skazanych... zadecydował przypadek - książka wpadła mi w oko w osiedlowej bibliotece dzięki słynnemu tytułowi. Któż z nas nie słyszał o jednym z najlepszych filmów wszech czasów - Skazani na Shawshank z Morganem Freemanem i Timem Robbinsem? Od dawna chciałam go obejrzeć i wreszcie nadarzy się stosowna okazja...

Książka wsławiona filmem pod tym samym tytułem, mianowanym do Oscara w dziewięciu kategoriach. Andy Dufresne odsiaduje karę dożywotniego więzienia za podwójne morderstwo, którego nie popełnił. W Shawshank rządzą sadystyczni strażnicy; dyrektor więzienia to hipokryta i oszust. Ale Andy jest sprytniejszy od każdego z nich; lata, jakie przyjdzie mu spędzić w celi, wykorzysta na przygotowanie misternego planu zemsty - tak zaskakującego, że zmyli nawet najbliższych współwięźniów...

Opis pochodzi z okładki

Opowieść o legendarnym Andy'm Dufrense snuje jeden z jego współwięźniów - Rudy - człowiek, który "potrafi wszystko załatwić". Zdystansowany, piekielnie inteligentny i sprytny Andy wzbudza szacunek całego zakładu, choć wiele lat zajmuje mu zdobycie bezpiecznej pozycji. Rudy obserwuje jego poczynania przez wszystkie lata ich wspólnej odsiadki. A kiedy intryga Andy'ego zostaje wcielona w życie - postanawia opowiedzieć czytelnikom jego historię. Zebranie wszystkich faktów o pobycie Dufrense'a w Shawshank nie jest łatwe - ile ust, tyle opowieści, ile głów, tyle przypuszczeń. Ale Rudemu udaje się ze strzępków rozmów i wspomnień stworzyć piękną, poruszającą opowieść o życiu człowieka, który nigdy nie stracił nadziei...

Bezpośrednie zwroty nadawcy do odbiorców sprawiają, że czytelnik podczas lektury czuje się, jakby razem z kumplem sączył piwo w towarzystwie tajemniczego nieznajomego, spotkanego w przydrożnym barze. Opowieść Rudego jest naładowana emocjami - bohater-narrator to wzrusza się, to zaśmiewa, głośno myśli, stawia pytania i popada w zadumę, by za chwilę jego historia znów wybuchnęła z pełną siłą. Emocje opowiadającego udzielają się jego odbiorcom - czytelnik płacze się i śmieje razem z nim. Bo historia Andy'ego chwyta za serce, wprawia w zdumienie, wywołuje uśmiech i przejęcie.

Emocje i wzruszenia, które towarzyszyły mi podczas lektury zostaną we mnie już chyba na zawsze. Bo takich historii się nie zapomina...

Moja ocena: 10/10


literatura amerykańska | recenzja | Steohen King | literatura | recenzje książek
Amerykański pisarz, autor głównie literatury grozy. W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. Lśnienie, Miasteczko Salem, Podpalaczka. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: Cztery pory roku, Zielona mila, Oczy Smoka, Bastion oraz 7-tomowy cykl powieści fantasy Mroczna Wieża.

W 2003 został odznaczony prestiżową nagrodą DCAL (Medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską) przez National Book Foundation.

Stephen King ma córkę i dwóch synów, również pisarzy: Owena Kinga oraz Joe Hilla.

Źródła: foto | opis

4 maja 2012

Pretty Little Liars - II, III, IV

Bez skazy, Doskonałe, Niewiarygodne
z serii Pretty Little Liars, Sara Shepard

Oryginał: Flawless, Perfect, Unbelievable
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
Stron: 316, 294, 322
Gatunek: literatura młodzieżowa
Odkąd sięgnęłam po pierwszą część tej niezwykle popularnej serii książek, minęło już kilka miesięcy (przeczytaj moją recenzję). Pamiętam, że mimo sporego podobieństwa do słynnej Plotkary powieść Sary Shepard oceniłam dość wysoko, znakomicie bawiąc się podczas lektury. Błyskawicznie też przeszłam do oglądania serialu, ale kiedy zorientowałam się, że jeden odcinek mieści całą historię zawartą w pierwszym tomie, postanowiłam odłożyć oglądanie do czasu, aż zapoznam się z pozostałymi częściami Pretty Little Liars. Po Bez skazy sięgnęłam minionej nocy i w ciągu doby pochłonęłam wszystkie tomy, zalegające na moich półkach.

W takiej historii naprawdę można się zatracić!

Bez skazy
Śledztwo w sprawie zniknięcia Alison przybiera nieoczekiwany obrót. Do Rosewood powraca Toby, który jest jak czarny kot - zawsze zwiastuje kłopoty. Aria, Emily, Spencer i Hanna tracą grunt pod nogami.
Dziewczyny muszą połączyć siły, ale czy potrafią sobie zaufać?

Doskonałe
Do mediów trafia film z ostatnich wspólnych wakacji Emily, Hanny, Arii, Spencer i Ali. Wspomnienia tamtego lata wracają ze zdwojoną siłą, a tajemniczy nadawca SMS-ów zaczyna realizować swoje groźby.
Sekrety czterech przyjaciółek już wyszły na jaw, teraz gra toczy się o najwyższą stawkę.
A. popełnia jednak błąd. Czy to wystarczy, by zdemaskować A.?

Niewiarygodne
Wakacje w Iowa, zajęcia artystyczne ze „sztuki mimowolnej”, udział w prestiżowym konkursie - nic nie dorówna atrakcjom, jakie A. serwuje Arii, Hannie, Spencer i Emily. Myli tropy i wodzi dziewczyny za nos, a krąg podejrzanych wciąż się powiększa.
Niespodziewanie na jaw wychodzi nieznany epizod z życia Ali, który rzuca nowe światło na jej tajemnicze zniknięcie.
Teraz zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Kto wytrzyma to tempo?

Źródło: znak.com.pl

Oceniam wszystkie tomy razem, ponieważ od strony technicznej niczym się od siebie nie różnią - ten sam styl, to samo tempo, tak samo skonstruowane dialogi, opisy miejsc i postaci. We wszystkich częściach pojawiają się liczne retrospekcje - nawiązujące zarówno do poprzednich tomów, jak i sytuacji, które miały miejsce jeszcze przed wydarzeniami opisanymi w Pretty Little Liars. Dobre jest to, że wcale nie trzeba znać poprzednich części, aby doskonale orientować się w akcji - autorka w nienachalny i zręczny sposób wplata wspomnienia przeszłych wydarzeń, by czytelnik nie pogubił się i o niczym ważnym nie zapomniał.

Akcja pędzi jak szalona - bohaterki co chwilę wpadają w tarapaty, przeżywają nowe przygody i krzyżują swoje drogi z demonami przeszłości i tajemniczym prześladowcą. Stara przyjaźń i stare problemy odżywają, ale nowych Sara Shepard dziewczynom nie żałuje, przez co czytelnik cały czas znajduje się w centrum pełnych napięcia, ekscytujących wydarzeń. Tu nie ma ani chwili na nudę. Ba! Tym rollercoasterem pędzi się tak szybko, że szanse na przytrzymanie się barierki i złapanie chwili oddechu są bliskie zeru. Dlatego właśnie tę powieść pochłania się tak błyskawicznie.

Komu poleciłabym serię Pretty Little Liars? Na pewno fanom Plotkary, ale tego już na pewno się domyśliliście. Myślę, że w tych książkach odnajdzie się każdy, kto potrzebuje chwili wytchnienia od ambitnej, absorbującej literatury. Powieści Sary Shepard są typowymi czytadłami z nieco wyższej półki. Skonstruowane są naprawdę dobrze, pochłaniają i intrygują. Przypominają o szczenięcych latach, w których zdobywało się na największe szaleństwa życia. Warto wybrać się w taką sentymentalną podróż szaloną kolejką górską, która nigdy się nie zatrzymuje...

Moja ocena: 8/10

literatura amerykańska | recenzja | Sara Shepard | literatura | recenzje książek

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii „Pretty Little Liars" oraz „The Lying Game" stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

Źródła: foto | opis

Cichy wielbiciel, Olga Rudnicka

Cichy wielbiciel, Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Stron: 440
Gatunek: thriller psychologiczny
Olgę Rudnicką znałam dotąd z jednej powieści - Natalii 5. Autorka urzekła mnie niesamowitym poczuciem humoru i ogromną pomysłowością, które przekuła na świetną komedię kryminalną. Ponieważ jednak młoda autorka kojarzona jest głównie z powieściami z dreszczykiem, sięgając po Cichego wielbiciela spodziewałam się ogromnej dawki emocji...

Przekonaj się, jak cienka jest granica między uwielbieniem a nękaniem.

Julia jest zwyczajną dziewczyną. Skończyła studia, pracuje, zakochała się. Gdy dostaje bukiet kwiatów od tajemniczego wielbiciela, jest podekscytowana i zaintrygowana. Wiersze, kolejne kwiaty i wiadomości zaczynają ją najpierw niepokoić, a potem przerażać. Nikt nie rozumie jej strachu. Przecież posiadanie wielbiciela jest takie romantyczne. Jak uwolnić się od stalkera, gdy nie wiesz, kim on jest? Ale on wie wszystko o tobie. Wie, gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz… i wie, jak zniszczyć twoje życie.

Źródło: proszynski.pl


Cichy wielbiciel to powieść ekscytująca i pełna napięcia. Opowiada o zniewoleniu psychicznym, które obejmuje nie tylko ofiarę, ale i jej przyjaciół, rodzinę czy współpracowników, a także samego prześladowcę, który na wpół żywy egzystuje w utkanej przez siebie niebezpiecznej sieci.

Książkę pochłonęłam na jednym wdechu - chwyciłam o osiemnastej, wypuściłam z rąk po dwudziestej trzeciej. W międzyczasie szybkie wmuszenie w siebie kolacji, rzut oka na piłkarską ekstraklasę, a potem już tylko emocjonujące chwile z lekturą. Dałam się porwać tej historii, razem z bohaterami przeżywając ich lęki i  pragnienia, radości i nerwy. Bywały momenty, w których do oczu cisnęły mi się łzy, a dłonie drżały niebezpiecznie. Przeżywałam opowieść Rudnickiej całą sobą, co dowodzi temu, iż powieść naprawdę wzbudza emocje i wywiera na czytelniku silne wrażenie.

Doceniam pracę, jaką w tę powieść włożyła autorka. Spełniła ona bowiem pewną misję uświadamiającą, od podstaw wyjaśniając czym jest stalking, jak zachowuje się oprawca i co czuje ofiara, a także informując jak i gdzie szukać pomocy, będąc prześladowanym przez stalkera. Wszystko to zostało w powieść zręcznie wplecione, przez co czytelnik nie ma wrażenia, że ktoś uświadamia go na siłę. Ot, przeżywa wywołującą dreszcz emocji opowieść, jednocześnie odkrywając parę faktów, o których dotąd nie miał pojęcia...

Jak dowiadujemy się z posłowia, autorka dostrzegła trudność płynącą z przedstawienia powtarzalnych i nudnych działań, jakie towarzyszą stalkerowi. W swojej powieści nie zanudziła jednak mnie, jako czytelnika, co oznacza, że z zadaniem tym poradziła sobie bardzo dobrze. Ja dostrzegam jednak w jej historii pewną niedogodność - schematyczność. Prześladowca jest typowy, ofiara typowa, typowo zachowują się jej przyjaciele, rodzice, partner i współpracownicy. Znajomi stalkera też nie uniknęli osadzenia w szablonie. Schemat działań jest tak przewidywalny, że chyba bardziej już nie mógł być. Dla mnie jest to ogromna wada Cichego wielbiciela, choć oczywiście dreszcze emocji i przejęcia świadczą o tym, że mimo przewidywalności, autorce udało się mnie porwać. Może nie zaskoczyć, ale pochłonąć na wiele ekscytujących godzin - owszem. Warto było!

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


literatura polska | recenzja | Olga Rudnicka | literatura | recenzje książek
Absolwentka Pedagogiki w Wyższej Szkole Komunikacji i Zarządzania w Poznaniu, autorka powieści kryminalnych: „Martwe Jezioro”, „Czy ten rudy kot to pies?”, „Zacisze 13” i „Zacisze 13 Powrót”.

Pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. Kocha jazdę konną i rytmy latynoamerykańskie, zwłaszcza salsę.

Namiętnie czyta Joannę Chmielewską, Stephena Kinga, Joe Hilla, Tess Gerritsen i Jeffery'ego Deavera.

Źródła: foto | opis

3 maja 2012

Nieznośna lekkość maślanych bułeczek, Alexander McCall Smith

Nieznośna lekkość maślanych bułeczek,
Alexander McCall Smith

Oryginał: The Unbearable Lightness of Scones
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2012
Stron: 327
Gatunek: powieść środowiskowa
Nieznośna lekkość maślanych bułeczek jest piątym tomem popularnej serii 44 Scotland Street, opowiadającej o urokach codziennego życia Edynburga. I tym razem Alexander McCall Smith przyszykował dla swoich czytelników sporo niespodzianek, zaskakujących metamorfoz i niespodziewanych zwrotów akcji. Znów jest ciepło i barwnie, zwyczajnie i niezwyczajnie...

Piąta część cyklu powieści o słynnej kamienicy przy Scotland Street 44 w Edynburgu - kolejna porcja pogodnej literatury. McCall Smith to istny geniusz w przedstawianiu jasnej strony codziennego życia W kolejnym tomie sześcioletni Bertie wstępuje do scautów; Matthew próbuje na nowo odkryć uroki życia małżeńskiego; narcystyczny Bruce z przerażeniem odkrywa swoją pierwszą zmarszczkę, a bandzior z Glasgow, Smalec O'Connor, przybywa z darami... Co z tego wyniknie? Odpowiedź znajdziemy w kolejnej książce ulubionego autora naszych czytelników.

Źródło: muza.com.pl

Piąta część serii wciąż podtrzymuje równy, dobrze znany nam poziom. Choć Świat według Bertiego wybijał się ponad pozostałe tomy i uznaję go za najlepszy, Nieznośna lekkość maślanych bułeczek, Miłość buja nad Szkocją, Opowieści przy kawie oraz 44 Scotland Street daleko w tyle nie pozostają. Trudno zresztą o jakąś rażącą nierówność, kiedy mamy do czynienia z historią, która pierwotnie funkcjonowała jako powieść w odcinkach, publikowana na łamach jednej z gazet.

Kiedy przedstawiam swoje wrażenia z lektury poszczególnych części wielotomowych serii, zazwyczaj mam problem z wyłuskaniem czegoś nowego. Najwięcej kłopotu sprawia mi właśnie seria McCall Smitha, która wciąż rozgrywa się na tych samych ulicach, przedstawiając tych samych bohaterów. Pojawiają się co prawda nowe epizodyczne postaci, a przygody i zwroty akcji jakie serwuje nam autor są naprawdę zaskakujące, ale to wciąż ten sam świat i ten sam język.

W tym jednak właśnie tkwi cały urok 44 Scotland Street. Do Edynburga wracamy jak na stare śmieci, znów spotykając dobrze nam znanych przyjaciół i znajomych. Trzymamy kciuki za małego Bertiego, irytujemy się narcystycznym Bruce'm, współczujemy naiwnej Dużej Lou i znów przeżywamy wspaniałe chwile. Bo świat opisywany przez McCall Smitha jest pogodny i pełen uroku, prawdziwy i naturalny, barwny i przyciągający. Aż chciałoby się tam znaleźć!

W każdym tomie serii napotkamy nazwiska wielkich Szkotów - pisarzy i poetów, malarzy i polityków. Od dawna zauważyć można, jak wielki hołd składa im Alexander McCall Smith. W Nieznośnej lekkości maślanych bułeczek mam jednak wrażenie, że autor kwestiom społecznym i tożsamościowym poświęca więcej uwagi, niż dotychczas. Sporo mówi o kształtowaniu społeczności, sąsiedzkiej życzliwości i relacjach przyjacielskich. Zwraca uwagę na istotne problemy, wbija szpilę tym, którzy nie interesują się historią kraju i wciąż, niestrudzenie podkreśla swoje przywiązanie do Edynburga i Szkocji. Uwielbiam go za to. Nie zapomina skąd pochodzi, czci wielkich i małych ludzi, przedstawiając ich losy w niby-zwyczajnej i prostej historii, która z szarej telenoweli w odcinkach staje się głęboką i piękną opowieścią o miłości do kraju i rodaków. Wielka rzecz, chylę czoła!

A czyta się to znakomicie, jak zawsze. Koniecznie wybierzcie się na Scotland Street!

Moja ocena: 7,5/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.


literatura szkocka | recenzja | Alexander McCall Smith | literatura | recenzje książek

Urodzony w Zimbabwe szkocki pisarz i profesor prawa medycznego. Autor ponad 50 książek. Podstawy wykształcenia zdobywał w Bulawayo a następnie przeprowadził się do Szkocji, gdzie studiował prawo. Po powrocie do Afryki podjął pracę na uniwersytecie w Botswanie, gdzie wykładał prawo. Później osiadł na stałe w Szkocji, w Edynburgu z żoną Elizabeth (lekarka), dwoma córkami Lucy i Emily oraz kotem Gordonem. Jego hobby to gra na instrumentach dętych, jest współzałożycielem amatorskiej orkiestry "Naprawdę Straszna Orkiestra", gdzie Smith gra na fagocie a jego żona na flecie. Jest także wiceprzewodniczącym the Human Genetics Commission of the UK, przewodniczącym British Medical Journal Ethics Committee, oraz członkiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej przy UNESCO.

Źródła: foto | opis

1 maja 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami "Cukierni Pod Amorem"

Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia
z czytelniczkami "Cukierni Pod Amorem"
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2012
Stron: 370
Spodziewałam się, że babskie pogaduchy wciągną mnie z pełną mocą i nie puszczą. Że nie oderwę się od lektury i wchłonę ją w jeden wieczór. Cóż za pomyłka! Rozmowa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk z czytelniczkami była dla mnie niełatwą i pełną emocji przeprawą...
Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Cukierni Pod Amorem oraz tych, którzy lubią niebanalną, choć z pozoru zwyczajną rozmowę.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, która swą książką uwiodła tysiące czytelników, opowiadając im o przeszłości Polski, tym razem podejmuje temat naszej codzienności. Książkę zainspirowały liczne spotkania, podczas których często pytano o poglądy autorki na kwestie kobiece oraz inne aspekty życia społecznego.

Źródło: pwn.pl
Sześć kobiet o różnych marzeniach, z różnym bagażem doświadczeń niesionym na plecach. Sześć kobiet o różnych wspomnieniach, z odmiennym podejściem do świata, życia i otoczenia. Życiorys każdej z nich mógłby posłużyć za osobną powieść, ale - póki co - w księgarniach znajdziemy ich wspólny, pasjonujący dialog. Z pozoru banalny, ponieważ rozmowy krążą wokół takich tematów, jak miłość, partnerstwo, macierzyństwo, religia, praca czy kobiecość. Z książki tej płynie jednak taka mądrość i siła, że nie sposób nazwać ją banalną czy zwyczajną.

Kiedy sięgniecie po rozmowę Gutowskiej-Adamczyk z czytelniczkami, pierwszym co powinno zwrócić Waszą uwagę jest naprawdę atrakcyjne wydanie. Skromna i schludna okładka, eleganckie ozdobniki przy stronach otwierających rozdziały i - co najważniejsze - wyróżnione graficznie złote myśli, najbardziej znaczące i najpiękniejsze cytaty. Wszystko to sprawia, że lektura ta jest nie tylko ucztą dla duszy, ale i dla oka.

Płakałam przy tej książce wiele razy. Wydawać by się mogło, że to tylko zwykła, babska rozmowa, w której kobiety przekrzykują się i paplają. Nic bardziej mylnego. To poruszająca i emocjonująca rozprawa o życiu. O prawdziwym, brutalnym i pełnym pułapek życiu. Nie brak tu pachnących pomarańczami wspomnień dziecięcych lat, nie brak tu rozmów o marzeniach i szczęściu. Jednak tym, co dla mnie wysunęło się na pierwszy plan były fragmenty tyczące się relacji rodzinnych i przyjacielskich. Niektóre z opowiedzianych tu historii mogłyby znaleźć się w moim pamiętniku. Nie sposób nie płakać, przyjrzawszy się swojemu życiu z zewnątrz...

Dlatego właśnie lektura tej książki nie była dla mnie łatwa i lekka. Wiele razy przystawałam, włączałam się do dialogu, przyklaskiwałam jednym paniom, by za chwilę prychać, denerwować się i płakać. Sporo wyniosłam z tej książki - choć napełniła mnie smutkiem, dała też nadzieję i kilka chwil pełnych uśmiechu. Poznałam dzięki niej grono inspirujących, silnych i mądrych kobiet, które - choć właściwie obce - są mi już tak bliskie, jak mało kto.

Zachęcam Was do lektury i życzę, byście doświadczyli tego samego.

Moja ocena: brak
Za książkę dziękuję autorce oraz wydawnictwu PWN.

literatura polska | recenzja | Małgorzata Gutowska-Adamczyk | literatura | recenzje książek
Małgorzata Gutowska-Adamczyk jest absolwentką Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST (obecnie Akademia Teatralna), w przeszłości była nauczycielką języka polskiego i łaciny, a także współwłaścicielką firmy handlowej.

Mieszka z mężem, reżyserem Wojciechem Adamczykiem, synami Maciejem i Piotrem oraz sukami Mambą, Neską i Milką w Warszawie-Aninie.

Źródła: foto | opis



Koniecznie odwiedźcie Salonik Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk!