30 listopada 2011

Dallas '63, Stephen King

Kochani, oto przed Wami gościnna recenzja mojej drogiej S.! Udanej lektury!


Dallas '63, Stephen King
Oryginał: 11/22/63
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 860
Gatunek: science fiction
Pierwsze zetknięcie z tą książką mającą około dziewięciuset stron wywołało u mnie szok. Bynajmniej nie dlatego, że była ciężka czy miała kującą w oczy czerwoną okładkę, a dlatego, że narracja prowadzona przez Stephena Kinga płynie w niej jak muzyka w symfonii. Informacja na okładce głosi:

Jake Epping to nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls. Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mu tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake'owi szaloną - i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną - misję ocalenia prezydenta Kennedye'go. Tak oto Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Odwald i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake'a - życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu.

Patrząc na te kilka zdań, na pierwszy plan wysuwa się myśl, że to powieść polityczno-historyczna z elementami science fiction. Powieść jakich wiele, bo alternatywne losy świata, chociaż tematycznie wyeksploatowane, to wciąż fascynują jak wszystkie białe plamy na mapie. Wyraża bowiem pewną ponadczasową ideę czy pragnienie, które jest udziałem każdego z nas. Co by było gdyby…? Stephen King zestawia ze sobą dobro jednostki i ogółu, pokazuje czym tak naprawdę może być „mniejsze zło” czy „większe dobro”.

Równocześnie ta książka to wartko prowadzona historia o losie zwykłego człowieka, którego udziałem stało się wykonanie niemożliwego. Widoczne jest doskonałe przygotowanie merytoryczne autora do stworzenia tej pozycji, wszystko, co napisał jest bardzo realne. Tak więc dowiadujemy się jaki program około 1960 r. mogły oglądać dzieci, co tańczyli dorośli i że młodzież od tego czasu nic a nic się nie zmieniła.

Można pomyśleć, że pisząc Dallas ’63 autor odszedł od „poetyki” horroru. Chyba nic bardziej mylnego. Chociaż nie można nazwać tej książki horrorem, to posiada pewne cechy symptomatyczne, które King wykorzystuje w swoich pozostałych pozycjach. Widzimy morderstwo, cierpienie, alkoholizm, ale także bliżej niesprecyzowaną grozę charakterystyczną dla pewnych miast (Derry, Dallas).

Dallas ’63 to pozycja, którą z czystym sercem mogę polecić miłośnikom historii, powieści obyczajowej, thrillerów, literatury akcji a nawet romansu. Jego wielowątkowość pozwala mu na obracanie się we wszystkich powyższych sferach. Kingowi należą się wielkie brawa za powieść tak rozległą, miejscami wzruszającą, barwną i ciekawą

Sitriel

Moja ocena: 9/10 Czemu nie oczekiwać jeszcze więcej?)


Na dokładkę:



Sitriel za książkę dziękuje mnie, a ja dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka :)



literatura amerykańska | recenzja | Steohen King | literatura | recenzje książek
Amerykański pisarz, autor głównie literatury grozy. W przeszłości wydawał książki pod pseudonimem Richard Bachman, raz jako John Swithen. Jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie.

Jest autorem horrorów, które przeszły do klasyki gatunku, jak np. Lśnienie, Miasteczko Salem, Podpalaczka. Nie ogranicza się jednak do jednego gatunku, czego przykładem są: Cztery pory roku, Zielona mila, Oczy Smoka, Bastion oraz 7-tomowy cykl powieści fantasy Mroczna Wieża.

W 2003 został odznaczony prestiżową nagrodą DCAL (Medal za wybitny wkład w literaturę amerykańską) przez National Book Foundation.

Stephen King ma córkę i dwóch synów, również pisarzy: Owena Kinga oraz Joe Hilla.

Źródła: foto | opis

28 listopada 2011

Świat według Bertiego, Alexander McCall Smith


Świat według Bertiego, Alexander McCall Smith
Oryginał: The World According to Bertie
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Stron: 343
Gatunek: powieść środowiskowa
Nie mogę uwierzyć, że aż pół roku trwała moja rozłąka z mieszkańcami Scotland Street. Mam wrażenie, że poprzednią część ich przygód poznałam raptem kilka tygodni temu, a i samych znam całe życie - stale przecież o nich rozmyślałam, przypominając sobie różne zdarzenia, będące ich udziałem. Bohaterowie powieści McCall Smitha są mi tak bliscy, że aż czas się zaciera, niesamowite...

We wstępie do tego tomu, autor uzasadnia dlaczego poświęcony on będzie w dużej mierze Bertiemu - chłopcu, który stał się ulubieńcem czytelników (w tym również i moim!). Malca pokochał świat - fani serii dopytują autora o jakiego dalsze losy i kibicują dzieciakowi, aby udało mu się kiedyś zaznać upragnionej wolności, którą tak surowo ogranicza mu despotyczna, skrzywiona psychicznie matka...

Bertie jednak jakoś specjalnie nie skupia uwagi na sobie w tym tomie. Fakt, prawie 1/4 książki dotyczy jego osoby (co przy takiej liczbie bohaterów stanowi "pakiet większościowy"), ale można odnieść wrażenie, że jego przygody nieco rozmywają się w zalewie przygód innych (byłych i obecnych) mieszkańców Scotland Street. Dzieje się w tej części bowiem dużo - związek Pat i Matthew przechodzi zawirowania, do historii wraca Bruce, przed którym jawi się interesująca wizja przyszłości a Domenica odkrywa prawdziwą twarz Antonii, która wpada w romans z polskim budowlańcem. Jest jeszcze Angus Lordie i jego aresztowany pies - Cyril, Duża Lou z nową miłością i Stuart, przechodzący koszmar z okrutną Irene. Pojawiają się też nowi (i nowi-starzy) bohaterowie, którzy solidnie namieszają w czyichś losach... Dzieje się zatem wiele - jest i smutno, i wesoło, i poważnie, i sentymentalnie. Nigdy nudno!

Alexander McCall Smith "starym zwyczajem" pięknie oddaje cześć swoim rodakom i ojczyźnie. Poznamy tu więc wiele szkockich obyczajów, wiele historycznych faktów i wiele interesujących postaci z życia politycznego i kulturalnego tego kraju. Nie brak tu również akcentu polskiego, który przedstawię dwoma cytatami:

Starszy Polak skłonił się i ruszył wraz z kolegą w stronę kuchni. Szkoccy robotnicy budowlani nie mają zwyczaju kłaniać się jak ci tutaj, pomyślała Antonia, no ale też nie dźwigają na barkach takiego ciężaru historii składającej się z porażek, najazdów i pogrzebanych nadziei. Powiodła wzrokiem za Polakami. Jak musi się człowiek czuć tak daleko od domu, w kraju, którego język jest mu obcy, bez rodziny? Przypuszczała, że ci dwaj znali świetnie odpowiedź na to pytanie, lecz nie potrafiliby jej tego powiedzieć.

Zamknięcie drzwi mogło być całkiem naturalnym odruchem osoby zatrudnionej do prac remontowych, w końcu z reguły nie pracuje się przy otwartych drzwiach. Poza tym Polak prawdopodobnie wolny jest od paranoidalnej nieufności przebywania kobiety i mężczyzny razem przy zamkniętych drzwiach, jaka istnieje w niektórych krajach. Ta nieufność, z gruntu dla wszystkich obraźliwa, nie dotarła jeszcze do Polski, kraju o niezbyt na szczęście rozwiniętej poprawności politycznej. Oby nigdy Polacy nie popadli w ten idiotyzm, myślała w duchu Domenica.

Jak widać, nie tylko na swoich rodaków zwraca uwagę McCall Smith. Co prawda Polacy w jego historii znają tylko jedno słowo po angielsku i rozumieją jeden tylko gest, ale obok tak ważnego "elementu", jakim są imigranci, nie przechodzi on obojętnie. Dla kogoś ten fakt będzie mało istotny, ale dla mnie staje się on niemal kluczowy... Bardzo lubię autora za ten obiektywizm i uczciwe podejście do rzeczywistości.

Lubię go też za krajobraz Szkocji w jego powieściach, za interesujących bohaterów i ciekawe zdarzenia. Za ciepło, jakie zalewa mnie podczas lektury i za to, że tomów tej historii może być, właściwie, nieskończenie wiele. Póki co - ten uznaję za mój ulubiony i niecierpliwie wyczekuję kolejnych...

Moja ocena: 8/10
Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.




literatura szkocka | recenzja | Alexander McCall Smith | literatura | recenzje książek

Urodzony w Zimbabwe szkocki pisarz i profesor prawa medycznego. Autor ponad 50 książek. Podstawy wykształcenia zdobywał w Bulawayo a następnie przeprowadził się do Szkocji, gdzie studiował prawo. Po powrocie do Afryki podjął pracę na uniwersytecie w Botswanie, gdzie wykładał prawo. Później osiadł na stałe w Szkocji, w Edynburgu z żoną Elizabeth (lekarka), dwoma córkami Lucy i Emily oraz kotem Gordonem. Jego hobby to gra na instrumentach dętych, jest współzałożycielem amatorskiej orkiestry "Naprawdę Straszna Orkiestra", gdzie Smith gra na fagocie a jego żona na flecie. Jest także wiceprzewodniczącym the Human Genetics Commission of the UK, przewodniczącym British Medical Journal Ethics Committee, oraz członkiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej przy UNESCO.

Źródła: foto | opis

25 listopada 2011

Gorzej niż martwy, Charlaine Harris


Gorzej niż martwy, Charlaine Harris
Oryginał: From Dead to Worse
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2011
Stron: 431
Gatunek: horror, opowieści o wampirach
Gorzej niż martwy to książka wyjątkowa. Może nie wybija się genialną fabułą, może jest miejscami nudna i irytująca, ale na tle pozostałych części cyklu o Sookie Stackhouse ewidentnie się wyróżnia. Z tego też powodu nie będę wspominać o nielogicznych i żenująco śmiesznych zachowaniach głównej bohaterki, które sprawiały, że miałam ochotę wyrzucić książkę za okno. Nie, to nie to jest w Gorzej niż martwy najważniejsze...

Akcja serii SVS rozgrywa się w stanie Luizjana. To tam przed kilkoma laty miała miejsce wielka tragedia, kiedy Stany Zjednoczone nawiedził huragan Katrina. Echa tego kataklizmu odbijają się na kartach całej powieści. Co więcej - jestem pewna, że na przebieg akcji miały ogromny wpływ. Oprócz wielu wspomnień o zmasakrowanym Nowym Orleanie i tysiącach ofiar, Charlaine Harris serwuje nam również nowych bohaterów powieści, którzy - jak przypuszczam - bez Katriny w ogóle by się w tej serii nie pojawili. W ogarniętym rozpaczą regionie, pojawiają się bowiem "nowi" krewni głównej bohaterki - pradziadek i młodziutki telepata - syn zmarłej niedawno kuzynki Sookie. Dlaczego przypuszczam, że realny dramat USA miał wpływ na akcję powieści? Od dawna nasza bohaterka była samotna, a jedynym żyjącym członkiem jej rodziny był ćwierćinteligentny brat, który zresztą wżenił się w zupełnie inną społeczność, porzucając swoje dotychczasowe życie. Panna Stackhouse została więc sama - czy wobec tak tragicznych wydarzeń nie było warto ubarwić nieco jej życia i wlać nadziei w serce? Ja myślę, że właśnie tego było trzeba tej sponiewieranej życiem kobiecie. Co prawda u niej nigdy nic nie jest proste, a więc pradziadek wcale nie jest idealny, a mały Hunter dopiero za jakiś czas odegra jakąś rolę w jej życiu, ale już teraz dało się zauważyć pewne zmiany w sposobie myślenia głupawej Sookie. Uznajmy to za duży postęp.

Sama powieść Gorzej niż martwy niesie ciekawe przesłanie. Autorka skumulowała tutaj wszelkie konflikty wewnątrzrasowe. Wampiry wybijają się nawzajem, wilkołaki wybijają się nawzajem, a pumołaki robią sobie nawzajem krzywdę. Wszystko przez złe intencje, przez zdrady, niedomówienia i brak współpracy między "swoimi". Sookie staje się mediatorką i wybawicielką - co prawda jej działania są mocno naciągane, ale kiedy chodzi o tak ważny przekaz, jaki serwuje nam Harris, wszystko inne schodzi na dalszy plan. Dzięki działaniom głównej bohaterki, odkrywamy jak łatwo można dojść ze sobą do porozumienia, jeżeli tylko się wysili i jak łatwo zrobić drugiemu krzywdę, oglądając się wyłącznie na czubek własnego nosa. Dlatego w tej części serii różne istoty mordują swoich pobratymców, czyniąc ich wrogami - Sookie porównuje zresztą z nimi ludzi i ich działania. Ma w tym sporo racji, prawda?

Nie było mi łatwo przebrnąć przez ósmy tom serii, ponieważ kulawy język, jakim posługuje się bohaterka-narratorka jest już naprawdę męczący. Szkoda, że Charlaine Harris wkłada w usta 27-letniej, doświadczonej kobiety potok pustosłowia dobry dla rozhisteryzowanej nastolatki. Z potencjału, jaki niosą za sobą poszczególne tomy serii, można by wycisnąć dużo więcej - a tak, jest to zwyczajne czytadło, o którym łatwo się zapomina...

Moja ocena: 7,5/10

Za książkę dziękuję portalowi Granice.pl.



Zobacz również:
Seria Lily Bard

literatura amerykańska | recenzja | Charlaine Harris | literatura | recenzje książek | Sookie


Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis

Top 10: wymarzone prezenty książkowe

top 10 kreatywa

Pora na bardzo miły i przyjemny temat rankingowy, który - mam nadzieję - nieco pobudzi do działania Was i... Waszych bliskich :) W końcu chodzi o to, czym chcielibyśmy zostać obdarowani w najbliższe święta. Jakie książki, serie i gadżety mógłby przynieść Wam Mikołaj?

Ja wybieram następujące (kliknięcie na zdjęcie, spowoduje przeniesienie na stronę, z której zostało ono pobrane):

22 listopada 2011

Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 1

Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 1
(The Twilight Saga: Breaking Dawn - Part 1)

reż. B. Condon • USA, 2011
Fatalnym przeżyciem była moja ostatnia wizyta w kinie. Sala wypełniona do ostatniego miejsca, chrupanie popcornu ze wszystkich stron, piski unoszące się pod sam sufit, a na ekranie film nudny, jak flaki z olejem. Co najzabawniejsze - pierwszy z całej serii, tak wiernie odzwierciedlający powieść Stephenie Meyer. Nietrudno było jednak to osiągnąć - w końcu zobrazowano tylko część książki. W dodatku tę, w której niewiele się dzieje. Zła jestem na twórców filmu, że ze wszystkich sił chcą wydusić z fanów sagi pieniądze, dzieląc ostatni tom powieści na dwie części. Wszystko to, co rozwleczono tu na dwie godziny, można by spokojnie zmieścić w trzydziestu minutach. Co prawda Jacob świeciłby klatą krócej, a Bella mniej gapiła się w lustro, ale przynajmniej widownia nie musiałaby przysypiać...


Trudno cokolwiek powiedzieć o filmie, który niczym nie zaskakuje, ani nie zachwyca. Gra aktorska dalej trzyma mocno średni poziom, scenariusz oddaje treść powieści wyjątkowo wiernie, a najmocniejszym punktem całości, kolejny raz okazuje się ścieżka dźwiękowa. Myślę, że sadze nie przysłużyła się zmiana reżysera - zrobił on bowiem z Przed świtem totalną sieczkę. Wciska się go do rubryczek "romans" i "horror", nie zważając, że z tym drugim obraz ma niewiele wspólnego. Akurat tę część spokojnie można by umieścić na półce z napisem "komedie romantyczne". Wiele tu scen śmiesznych i sympatycznych (Charlie - jak zwykle - wymiata!), wiele wzruszających i pełnych lukru, za to budzących grozę - prawie wcale.

Ślub głównych bohaterów, ich pierwsze przygody łóżkowe, podróż poślubna i ciąża Belli są niewątpliwie ważnymi elementami sagi i pewnie wielu fanów książki ucieszy ich wierne odzwierciedlenie w filmie, ale moim zdaniem zabieg ten okazał się nietrafiony i mocno naciągany. Z tego też powodu nie będę nikogo zachęcać, by odwiedzał kino dla pierwszej części Przed świtem. Nie warto, ot co. Już lepiej zaczekać rok na część kolejną - w niej przynajmniej "będzie się działo"...

Moja ocena: 4/10

Zdjęcie pochodzi ze strony FilmWeb.

18 listopada 2011

Top 10: największe wyciskacze łez

top 10 kreatywa

Wzruszacie się przy książkach? Lubicie ultraromantyczne albo ultrasmutne historie? Jakie książki sprawiają, że łzy cisną się Wam do oczu?

W moim rankingu znajdują się:

17 listopada 2011

KKD #11: Czy boimy się czytać polskich autorów?

Klub Dyskusyjny

#11: Czy boimy się czytać polskich autorów?

W ostatnich miesiącach niejednokrotnie byliśmy świadkami dyskusji na linii blogerzy-pisarze. Zdarzało nam się chwalić miłymi wiadomościami od autorów, zainteresowanych blogowymi recenzjami. Wspaniała rzecz - doceniamy czyjąś pracę, ktoś docenia naszą. Bywa też jednak inaczej - recenzja nie zawsze jest przychylna, a reakcja autora pełna agresji i niezrozumienia. Zamiast dyskusji - pyskówka. Do tego złe wrażenie i śmiałe deklaracje: "więcej nie przeczytam nic polskiego, a już tego autora omijać będę na pewno". Jak odnosicie się do takich sytuacji? Czy i Wy powoli zniechęcacie się do współczesnej literatury polskiej? Czy i Wy boicie się sięgać po niektóre tytuły, żeby nie narazić się na ataki ze strony autora? Czy zdarza Wam się - bo i z takimi słowami się spotkałam - łagodniej traktować rodzimych pisarzy, wiedząc, że mogą Wasze słowa przeczytać?

16 listopada 2011

Odkryj smak fizyki, Jerzy Przystawa


Odkryj smak fizyki, Jerzy Przystawa
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2011
Stron: 400
Gatunek: popularnonaukowe
Oto książka, poświęcona fizyce. F-I-Z-Y-C-E! Połowa z Was w tym momencie ze znużeniem wyłącza przeglądarkę, druga połowa zaczyna się trząść na wspomnienie szkolnych koszmarów. Nudna teoria, upierdliwi nauczyciele, wkuwanie wzorów i skomplikowane wyliczenia - tak większości z Was kojarzy się nauka fizyki (i chemii, i matematyki, i innych przedmiotów "nie-humanistycznych"). Jerzy Przystawa też nie przepadał za tymi lekcjami, a mimo to - odkrył w fizyce to, co my dostrzegamy w książkach, nasze babcie w pieczeniu ciast, a koledzy w komputerach i futbolu. Zafascynował się fizyką, prosta sprawa. I ja mu się nie dziwię, bo to dziedzina tak obszerna, tak ciekawa i tak inspirująca, że kiedy przedrze się przez wykresy, wyliczenia i suche regułki, ukazuje się człowiekowi zupełnie nowy, frapujący świat. Świat pełen ciekawostek i eksperymentów, pełen mądrości i wielkich osobowości. Ten świat Jerzy Przystawa zapragnął przybliżyć studentom - uwaga, uwaga! - wydziałów humanistycznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Na bazie wykładów wygłoszonych dla tych fascynatów nauki, powstała książka Odkryj smak fizyki. Teraz wiedza profesora Przystawy dotrze więc nie tylko do grupy studentów, ale do całej rzeszy ludzi ciekawych świata, ludzi zafascynowanych nauką. Podręczniki i encyklopedie są dla przeciętnych śmiertelników zbyt toporne i zniechęcające, stąd właśnie książka Jerzego Przystawy - książka, która jest naładowana wiedzą, przedstawioną w tak przystępny sposób, że bezustannie uśmiechałam się podczas lektury. Tak! Uśmiechałam się do geometrii hiperbolicznej, prawa zachowania pędu i do podobizny Einsteina, a co? Myśleliście, że fizyka to tylko nuda, teoria, wzory, nuda, teoria i wzory? No to się myliliście!

Co znajdziecie w książce Odkryj smak fizyki? Dużo smakowitości! Okej, kilka wzorów i teorii będzie. Autor pozwoli Wam je nawet ominąć, ale nie radzę - sporo ciekawego można się z nich dowiedzieć. Co jeszcze? Obrazy, zdjęcia, ilustracje, skany znaczków pocztowych i listów - dla wzrokowców - prawdziwa gratka! Najmocniejszym punktem programu są jednak biogramy fizyków, noblistów - fascynujących ludzi, o których można powiedzieć dużo więcej, niż że wysnuli jakąś wielką teorię, albo dołożyli nową literkę do tablicy Mendelejewa. Możecie mi nie wierzyć, ale ja Was zapewniam - warto poznać historie takich ludzi. Bez ich wiedzy, walki i poświęcenia, nie mielibyście dzisiaj komputerów, ultrasonografów i aparatów fotograficznych. Chyba warto dać sobie szansę, by ich poznać, prawda?

Jeżeli ktoś z Was zamierza rzucić mi tu jakiś banał, w stylu: "ta książka nie jest dla mnie", niech od razu uzbroi się w solidne argumenty. Człowiek wykształcony, zwłaszcza ten, który sam siebie szumnie nazywa "humanistą", powinien być światły i otwarty. Powinien pasjonować się światem i człowiekiem. Powinien stale się rozwijać i poszerzać swoją wiedzę. Dzięki książkom takim jak ta, nie trzeba katować się tomiszczami encyklopedii, które pełne są zawiłych teorii. Jerzy Przystawa doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że większość ludzi na hasło "fizyka" zamyka się w skorupie, odwraca zadem i ucieka. Dlatego właśnie stworzył książkę, która w przystępny sposób przekazuje wiedzę, pozwalającą zrozumieć świat. Wiedzę, która przyda się każdemu, kto fascynuje się swoim otoczeniem i nauką. Każdemu, kto nie ogranicza swoich horyzontów. Nie twierdzę, że teraz wszyscy mamy pokochać fizykę i zacząć płakać za lekcjami, które ignorowaliśmy, głosząc "to mi się w życiu nie przyda". Nie. Spokojnie. Chciałabym jednak, abyście dali szansę tej publikacji. Nie porwie Was jak Zmierzch, nie poruszy jak Jesienna miłość, ale otworzy przed Wami drzwi, które tak długo były zamknięte. Dla mnie poznawanie świata z Jerzym Przystawą było znakomitą przygodą. Życzę Wam, abyście i Wy mogli to przeżyć. Bo dobrze jest się otworzyć i rozruszać nieco szare komórki.

Książka Odkryj smak fizyki pojawi się w księgarniach już 28 listopada!

Moja ocena: brak

Standardowo - są książki, które do proponowanej skali nie pasują.


literatura polska | recenzja | Jerzy Przystawa | literatura | recenzje książek


Jerzy Andrzej Przystawa (ur. 29 kwietnia 1939 w Czortkowie) – polski naukowiec, fizyk, profesor dr hab., specjalista kwantowej teorii ciała stałego, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim (były kierownik Zakładu Fizyki Fazy Skondensowanej i Teorii Wielu Ciał w Instytucie Fizyki Teoretycznej).

Źródło: Wikipedia


Zdjęcie koszulki pochodzi ze strony spreadshirt.pl - podobną znajdziecie w książce.

15 listopada 2011

Kara, Maja Wolny


Kara, Maja Wolny
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Stron: 212
Gatunek: literatura kobieca
Chyba nie zrozumiałam tej książki. Nie żeby mi się nie podobała - po prostu nie pojmuję sensu jej istnienia. A raczej - celu, w jakim została napisana. Jeżeli autorka chciała jakoś rozliczyć się ze swoim życiem - wyszło jej to całkiem nieźle. Nie wiem tylko czego inni mieliby w tej powieści szukać. Bo ja nie znalazłam w niej nic, co zapadłoby mi w pamięć.

Dokładnie rok temu przeczytałam Dom tysiąca nocy, Mai Wolny i byłam tą książką oczarowana (recenzja tutaj). Spodobał mi się sposób prowadzenia narracji, ciekawe kreacje bohaterów, plastyczne opisy rzeczywistości i naprawdę piękny język, jakim posługuje się autorka. Te wszystkie elementy znalazłam i w Karze, ale o ile tamta historia pochłaniała, o tyle ta... odpycha. Niby wszystko jest na miejscu - Kara wzrusza i wstrząsa, zachwyca i oczarowuje, ale cała opowieść jest przedstawiona tak oschle i zimno, że czytelnik czuje się jak intruz, który podsłuchuje wyznania kobiety pełnej bolesnych wspomnień.

Sam zamysł był bardzo ciekawy - młoda kobieta samotnie sunie autostradą, prowadząc monolog, pełen wspomnień z życia dawnej Polski i dawnej emigracji. Mamy tu żołnierza, zdradzającego swą żonę. Kobietę, która uparcie pragnie potomstwa. Mężczyznę, który przeżył śmierć bliskich osób. Są zdrady i kłamstwa, są niedomówienia i ukryte pragnienia. Wszystko opowiedziane przepiękną polszczyzną, w której można się zatracić. Zabrakło mi jednak tego "czegoś", co wryło by się w moją pamięć i już z niej nie uleciało. Czegoś, co zmusiłoby mnie do długiej refleksji. Niestety, Kara jest książką, koło której się przechodzi i zaraz o niej zapomina. Ot, jakaś babka na drodze wspomina życie swoje i swoich bliskich. Dużo patosu i wzruszeń, dużo bólu. Człowiek sobie myśli: "cóż, takie jest życie" i idzie dalej...

Moja ocena: 6/10

Książka z akcji "Włóczykijka", przekazana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.


literatura polska | recenzja | Maja Wolny | literatura | recenzje książek


Doktor nauk humanistycznych, absolwentka Wydziału Polonistyki oraz Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Studiowała w Krakowie, Warszawie i Brukseli. W Delfach odebrała prestiżowy dyplom europejskiego menadżera kultury. W latach 1998-2002 była publicystką i recenzentką tygodnika „Polityka”. Od 2003 roku mieszka w Belgii, gdzie przez siedem lat prowadziła fundację promującą kultury Europy Wschodniej, a obecnie pełni funkcję dyrektora Muzeum Morskiego.

Źródła: foto | opis

13 listopada 2011

Love Story, Erich Segal


Love Story, Erich Segal
Oryginał: Love Story
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 1989
Stron: 80
Gatunek: romans
W dniu świętego Walentego, w roku 1970 Erich Segal wydał swoją debiutancką minipowieść, która błyskawicznie stała się światowym bestsellerem, a film nakręcony na jej podstawie bił rekordy popularności na początku lat '70. Niebywałe powodzenie Love Story przysporzyło amerykańskiemu pisarzowi tyleż samo zwolenników, co przeciwników. Krytycy nie pozostawiali na dziele Segala suchej nitki, zaś czytelnicy pokochali je bezgranicznie, co pozwoliło książce zaistnieć w dwudziestu różnych językach. Ja Ericha Segala kojarzyłam dotąd jedynie ze scenariusza do Yellow Submarine - filmu, opartego na muzyce Beatlesów. Teraz sytuacja się zmieniła - i ja dołączyłam do miłośników twórczości Amerykanina.

Historia jest raczej banalna - bogaty dzieciak zakochuje się w dziewczynie z tzw. "niższych sfer", co wywołuje sprzeciw jego dobrze sytuowanej rodziny. W końcu taki mezalians to wielki skandal, prawda? Oliver Barrett IV jednak niewiele sobie z tego robi - wydziedziczenie? W porządku, w końcu miłość do przebrzydle inteligentnej Jennifer jest najważniejsza. Na przekór wszystkim bohaterowie związują się ze sobą i całkiem nieźle sobie radzą. Do czasu, aż wyrastają przed nimi przeszkody nie do pokonania...

Krótka historia miłości Olivera i Jennifer musiała stać się murowanym bestsellerem, co wydaje się oczywiste już po kilku pierwszych zdaniach książki. Człowiek nie zdąży zmęczyć się lekturą (w końcu to raptem 80 stron), a wzruszy się i zaśmieje przy niej nie raz i nie dwa. Love Story czyta (a raczej - pochłania) się błyskawicznie, bowiem narratorem Segal uczynił młodego, bystrego studenta, który powala bystrością i poczuciem humoru. Takiego Olivera od razu chciałoby się wziąć za męża. Albo przynajmniej za przyjaciela...

Nie dziwi mnie, że przed czterdziestoma laty, ta książka odniosła tak ogromny sukces. Mamy mezalians, walkę z uprzedzeniami, konflikt pokoleń, hokeja, muzykę Beatlesów, Harvard i Nowy Jork. Do tego dochodzą wyraziści, zabawni bohaterowie i bardzo przyjemne relacje między nimi (bez wielkich uniesień, patosu i niepotrzebnego lukrowania). No i oczywiście jest jeszcze kusząca narracja, od której nie sposób się oderwać. Ta książka musiała podbić serca czytelników - i tak się w istocie stało.

Moje też podbiła, oczywiście.

Moja ocena: 9,5/10

literatura amerykańska | recenzja | Erich Segal | literatura | recenzje książek

Erich Wolf Segal (ur. 16 czerwca 1937 w Brooklynie, zm. 17 stycznia 2010 w Londynie) - współczesny amerykański pisarz, scenarzysta i naukowiec. Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda. W roku 1965 uzyskał doktorat w zakresie komparatystyki literackiej. Segal był profesorem literatury greckiej i łacińskiej na uniwersytetach Harwarda, Yale, Princeton. Wykładał też jako profesor wizytujący w Dartmouth College i na Uniwersytecie Monachijskim. Ostatnio wykładał w Wolfson College, Oxford. Zajmował się głównie dramatem antycznym, a w szczególności komedią.

Źródła: foto | opis

11 listopada 2011

Top 10: ulubione książki, w których widać Polskę

top 10 kreatywa

Tak wyjątkowy dzień, jak 11 listopada, chciałam uczcić specjalną edycją rankingu "top-10". W tym tygodniu skupiać się będziemy na książkach o Polsce i Polakach. Uważam, że warto poświęcić nieco uwagi wizerunkowi naszej ojczyzny w literaturze polskiej i światowej (choć sama wybrałam dzieła jedynie rodzimych autorów).

Moje typy wyglądają następująco:

Spacer po szczęście, Lucy Dillon


Spacer po szczęście, Lucy Dillon
Oryginał: Walking Back To Happiness
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 400
Gatunek: obyczajowa

Przez ostatnie trzy dni chłonęłam niespiesznie historię przedstawioną na kartach Spaceru po szczęście, Lucy Dillon. Trafiłam w międzyczasie na parę pochlebnych opinii, nieustannie dziwiąc się, co też wszyscy w tej książce dostrzegają. Dla mnie była tendencyjna, przewidywalna i naciągana. Od razu orientowałam się kto z kim jest bądź bywał, kto jest kim i kim chce się stać. Główna bohaterka irytowała mnie ciągłym biadoleniem, a unoszący się wokół niej psi szczek zaczynał doprowadzać do szału. Do tego doszły jeszcze oczywiste skojarzenia z wieloma innymi tytułami i katastrofa wisiała w powietrzu.

Co więc trzymało mnie dalej przy powieści Lucy Dillon? Ujmujący styl pisania autorki i wylewająca się ze wszystkich stron miłość do zwierząt i dobrego rocka. Koło czegoś takiego nie można przejść obojętnie.

Ostatnie dwa dni przyniosły w moim życiu wiele zmian. Zmian, które przygniotły mnie i wpędziły w podły nastrój. Żeby nie myśleć o tym - czytałam. I wtedy ta "tendencyjna i irytująca" powieść podniosła mnie na duchu i otworzyła oczy na wiele spraw. Cóż mogłam zrobić? Do ostatniej linijki chłonęłam ciepło, urok i mądrość płynące z lektury...

Zaczyna się od opłakiwania bliskiej osoby. Co może czuć młoda kobieta, kiedy jej mąż umiera samotnie na ulicy, w chwilę po ich kłótni? Wyrzuty sumienia, odrętwienie, pustka, samotność, wyobcowanie - to tylko niektóre ze skojarzeń, jakie mogą przyjść Wam do głowy. Prawdą jest jednak, że nikt nigdy nie wczuje się w pełni w uczucia drugiego człowieka. Każdy z nas czuje inaczej, przeżywa inaczej i cierpi inaczej. W żałobie młodej wdowy - Juliet - kryje się pierwsza lekcja dla czytelnika - Lucy Dillon prezentuje dwa spojrzenia na kwestię oswajania tej sytuacji. Z jednej strony mamy pogrążoną w smutku kobietę, z drugiej - zmartwioną jej stanem rodzinę. Ona nie może znieść nadopiekuńczości i stosu dobrych rad, oni nie potrafią biernie przyglądać się cierpieniu bliskiej osoby. Każdy chciałby z jej barków ściągnąć ciężar, z jakim przyszło jej się mierzyć. Każdy na swój sposób przeżywa żałobę - po synu, zięciu, szwagrze, przyjacielu. W tym trudnym czasie niełatwo jest się dotrzeć, bo nie dość, że szereg niedomówień krępuje ludziom ręce, to jeszcze trzymanie wdowy pod szczelnym kloszem wydaje się im najlepszym wyjściem. Czy na pewno? Sami oceńcie.

Lekcję drugą daje nam historia Louise - siostry Juliet - i Petera. Sytuacja jest raczej typowa - zakochani w sobie pracoholicy zakładają rodzinę. Pojawia się dziecko. On więcej pracuje, ona z pracy rezygnuje. Już nie są ani kochankami ani ludźmi zafascynowanymi sobą. Ona staje się "mamą" on "tatą", a jedynym wspólnym tematem zostają pieluchy i dokonania pierworodnego. Typowy koszmar wielu małżeństw. Ile może wytrzymać kobieta w stanie takiej beznadziei? Przestaje czuć się atrakcyjna, przestaje czuć się kochana, przestaje być sobą... Jej rola została sprowadzona do przewijania dziecka i zdawania mężowi raportów z dnia, spędzonego w towarzystwie kupek i zasypek. Nic dziwnego, że łatwo wtedy ulec czarowi innego mężczyzny. Mężczyzny, który słucha, który intryguje i który wspiera. Wydaje się "taaaaaaaak inny" od nudnego męża. Tfu, "tatuśka"! Oddalanie się od siebie i zapominanie o tym, za co kocha się drugiego człowieka, łatwo może przerodzić się w tragedię. Sytuacja Louise i Petera pokazuje jak niewiele trzeba, by coś zbudować albo zniszczyć. Dobrze jest przyjrzeć się ich obumierającej miłości, by wyciągnąć lekcję dla siebie...

Kto jeszcze edukuje czytelnika w powieści Lucy Dillon? Cóż... W uporządkowane, "żałobne" życie Juliet wkracza pewna rozkrzyczana rodzina. To ona pozwala nam dostrzec przemianę bohaterki ze zgorzkniałej baby, zamkniętej w szczelnym kokonie w radosną i otwartą, pełną ciepła kobietę. Niebagatelną rolę odgrywają tu również psy, które machają do czytelnika ogonem na każdej niemal stronie. Dogoterapia - z nią mamy do czynienia w Spacerze po szczęście. Ona pomaga bohaterce w pokochaniu życia na nowo i w zaakceptowaniu go takim, jakie jest...

Powieść Lucy Dillon opowiada o kruchości życia, o niestabilności ludzkich relacji, o sile miłości. Autorka powołuje się nierzadko na wyświechtane powiedzonko o docenianiu rzeczy małych i cieszeniu się drobnostkami. Taki banał, a jak wielkiej mocy nabiera wpleciony w tak niezwykłą historię - nawet sobie nie wyobrażacie. Niesamowite, jak wiele można wynieść z tak niepozornej i - wydawałoby się - banalnej książki... Polecam ją czytelnikowi wrażliwemu, który pod warstwą tego, co już znane i oklepane, będzie w stanie dostrzec piękno i niezwykłość tak ciepłej i urzekającej opowieści. Spacer po szczęście będzie też odpowiedni dla tych, którzy przeżywają miłosne zawirowania. Nie, nie ma tu żadnych ckliwych momentów - raczej gorzkie relacje, które pokażą Wam, jak rozumieć, jak wybaczać, jak doceniać i jak dostrzegać to, co przykrywa gruba warstwa pozorów. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że każda para powinna dać porwać się tej historii. Ludzie chętnie korzystają z poradników - niepotrzebnie. Wszystko, czego Wam trzeba, znajdziecie w powieści Lucy Dillon. Zachęcam!

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.



literatura angielska | recenzja | Lucy Dillon | literatura | recenzje książek

Brytyjska pisarka. Swój czas dzieli między Londyn a Wye Valley, gdzie uwielbia spacerować ze swoim psem, bassetem o imieniu Violet. Jej bestsellerowa powieść „Psy, Rachel i cała reszta” została okrzyknięta przez Romantic Novelist Association książką roku.
Źródła: foto | opis

8 listopada 2011

Miłe niespodzianki i niemiłe wiadomości

Poprzednią notkę (polecam!) rozpoczęłam wspomnieniami o wszystkich złych rzeczach, zaprzątających ostatnio mój umysł. Zapomniałam wspomnieć przy tym o najważniejszym - "samozniszczeniu" uległ jeden z dysków na moim komputerze. Efekt? Zniknięcie zdjęć, moich tekstów oraz materiałów do pracy magisterskiej. Jestem załamana, bo choć zdjęcia odzyskam z kart aparatów, to teksty i materiały przepadły. Dużo roboty na marne, niestety. Wiadomo już, dlaczego tak się pochorowałam... :)

Z innych negatywów jest jeszcze sprawa, którą obiecałam Wam kiedyś przedstawić i całkiem o tym zapomniałam. Chodzi mianowicie o zakupy w księgarni Gandalf. Napisałam jakiś czas temu, że już więcej nie zrobię tam zakupów i wciąż tkwię w tym postanowieniu. W dzisiejszym newsletterze Gandalfa pojawia się hasło, że oni to "potrafią rozpieszczać czytelników" - bzdura. Czekałam ostatnio na jedno zamówienie o wiele dłużej, niż było to przewidywane. Problem leżał po stronie księgarni i ta - zamiast zatrzeć złe wrażenie, dodając do zamówienia choćby głupią zakładkę - przeszła obok problemu zupełnie obojętnie. I ja mogłabym na sprawę nie zwrócić uwagi, ale inne księgarnie przyzwyczaiły mnie do tego, że o mnie - jako klienta - naprawdę dbają. Chętniej zrobię zakupy tam, gdzie czytelnika traktuje się profesjonalnie i po przyjacielsku, a nie jak kogoś, kto przeszkadza, bo raczył zwrócić uwagę, że skoro płaci za przesyłkę, którą kurier ma dostarczyć następnego dnia, to chce ją dostać szybciej, niż po prawie dwóch tygodniach. A jak już istnieje problem, to trzeba czytelnika czymś ugłaskać. Nie każdy to rozumie, jak widać.

Z negatywów to już wszystko. Z radością przejdę więc do kwestii radosnych. Na początek - niespodzianka z katowickich Targów Książki:


Na filmie: Agnieszka i Paweł wręczają statuetki Złotej Zakładki. Przemawia pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk, która zdetronizowała konkurencję. Na scenie zobaczyć można również Martę Kisiel, Marka Krajewskiego i... mnie. Sami zobaczcie! :)

Dziękuję za to zaszczytne wyróżnienie. Wspomnienia takich chwil pozostaną we mnie na długo!

4 listopada 2011

Mowa trawa. Słownik piłkarskiej polszczyzny, Marcin Rosłoń


Mowa trawa. Słownik piłkarskiej polszczyzny, Marcin Rosłoń
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2011
Stron: 272
Gatunek: słowniki
Tak wiele myśli kłębi się w mojej głowie po lekturze tej niezwykłej książki, że aż nie wiem, od czego zacząć. O tym, że piłkę nożną kocham całą sobą, wiecie doskonale (dla przypomnienia: o marzeniach i wspaniałych momentach). Nie wiecie natomiast, jak ważną dla mnie osobą jest Marcin Rosłoń - autor Mowy trawy. Po pierwsze - figuruje na liście osób, które inspirują mnie najbardziej (czego dowodzi stosowna rubryczka na fejsbuku). Po drugie - jest człowiekiem, którego mogłabym słuchać i oglądać godzinami. Gdzie słuchać? Podczas spotkań Premier League. Gdzie oglądać? W fantastycznym programie 1 na 1 (nietypowo przeprowadzane wywiady z ludźmi futbolu). Tak, kocham piłkę i niezwykle cenię pana Marcina. Już samo to wystarczy Wam, aby pojąć, jak ogromną ekscytację poczułam na wieść o wydaniu Słownika piłkarskiej polszczyzny.

Nigdy nie grałam zawodowo w piłkę. Po dziesięciu latach spędzonych na osiedlowym boisku (na którym obecnie stanął blok) nabawiłam się tak okrutnej kontuzji ścięgna Achillesa, że od ośmiu lat codziennie walczę z bólem i nic nie może mi pomóc. Poza tym - jestem kobietą, więc i tak najpewniej nigdy nie mogłabym odczuć na własnej skórze wszystkiego, o czym Marcin Rosłoń opowiada w Mowie trawie. Lektura tej książki była więc dla mnie niezwykłą przygodą - autor pozwolił mi przez uchylone drzwi zajrzeć do piłkarskiej szatni, zaprosił na trybuny i odkrył tajemnice, o których nie mogłam mieć pojęcia. Fantastyczna sprawa! Mowa trawa to słownik nietypowy - nie razi nadmiarem suchej teorii, nie nudzi i nie przytłacza szablonowością. Aby odpowiednio zobrazować słownikowe hasła, autor powołuje się na przykłady z życia. Mamy tu więc zabawne anegdoty, smaczne cytaty i piękne wspomnienia - charyzma i poczucie humoru Rosoła gwarantują naprawdę udaną lekturę! Miłe wrażenia dopełniają fantastyczne(!) ilustracje Andrzeja Jankowskiego.

Dużo tu piłki, to zrozumiałe. Są moi ulubieńcy - van Basten, Brzęczek, Best, Węgrzyn, Rooney, Wieszczycki. Jest ukochana Premiership, są przezabawne dialogi prosto z murawy. Hasła wyjaśniono rzetelnie, w sposób przystępny i obrazowy - jako piłkarski słownik Mowa trawa spełnia swą rolę znakomicie. Znajdziecie tu jednak dużo więcej - Marcin Rosłoń przemycił w futbolowych wspominkach sporo przemyśleń człowieka z pokolenia, które wychowywało się w zupełnie innym świecie. Ciepło robi się na sercu, kiedy ktoś z takim rozrzewnieniem wspomina czasy gry w kapsle i latania po betonowym boisku za biedronką. Też grywałam w kwadraty, też nie rozumiem pustych Orlików i bliżej mi do pokolenia autora, niż do tych wszystkich skomputeryzowanych dzieciaków, wychowywanych na przełomie wieków. Dzięki Mowie trawie odkryłam kolejną twarz Marcina Rosłonia, utwierdzając się tym samym w przekonaniu, że takimi postaciami warto się inspirować...

Jeżeli lubicie piłkę, z pewnością pokochacie Mowę trawę. Jeśli nie - i tak powinniście ją kupić. Idą święta i nic tak nie ucieszy piłkarskiego fana (a pewnie takowych do obdarowania macie), jak tak niezwykły prezent. Oto bowiem na rynku pojawiła się książka, która jest esencją futbolu - jej autorem jest prawdziwy pasjonat - człowiek, który nie dość, że swą miłością do piłki zaraża i inspiruje, to jeszcze dokłada do tego ogromne poczucie humoru i dystans wobec samego siebie. To wszystko składa się na naprawdę wyjątkową książkę. Książkę, którą polecam Wam z całego serca. Ze sportowym pozdrowieniem!

Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.



literatura polska | recenzja | Marcin Rosłoń | literatura | recenzje książek

Były zawodowy piłkarz pierwszoligowy, w 2006 r. z Legią Warszawa zdobył tytuł Mistrza Polski. Od 2000 r. związany z Canal+ jako komentator sportowy. Jego domeną są ligi polska i angielska. Gospodarz programu 1 na 1, w którym rozmawia z postaciami polskiego futbolu, wybierając niekonwencjonalne miejsca spotkań i zadając niestandardowe pytania.

Współautor filmów dokumentalnych, m.in. Łazienkowska 2/3 i O krok od pucharu: Legia Warszawa 1969/70. Wspólnie z kucharzem reprezentacji Polski Tomaszem Leśniakiem prowadzi w kanale Kuchnia+ program Spalony?, o tym, co gotować i jeść, a czego unikać, by mieć sportową sylwetkę. Czas wolny spędza z rodziną, jest szczęśliwym tatą małej Marysi.
Źródła: foto | opis

Top 10: zalety blogowania

top 10 kreatywa

Blogowanie jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Tak już jest - wsiąknęłam w ten świat, stałam się jakąś jego częścią i nie mam zamiaru z tego rezygnować. Aby o blogowaniu podyskutować szerzej, postanowiłam właśnie na nim skupić uwagę w najnowszym rankingu top-10. Mam nadzieję, że to zadanie okaże się dla Was łatwe i przyjemne - wymieńmy największe zalety blogowania.

2 listopada 2011

1Q84 (tom 3), Haruki Murakami


1Q84 (tom 3), Haruki Murakami
Oryginał: 1Q84
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Stron: 512
Od paru godzin czuję pod mostkiem dziwny ucisk. Coś zapiera mi dech, wywołuje niepokój i dreszcze. Moje myśli galopują, serce drży, dłonie nie potrafią zastygnąć w bezruchu. Kolejny raz po obcowaniu z Murakamim dzieje się ze mną coś niebezpiecznie fascynującego. Z głośników sączy się Sinfonietta Janáčka, przytłaczając i czyniąc atmosferę jeszcze bardziej niepokojącą. A ja rozglądam się nerwowo wokół, szukając Little People, powietrznej poczwarki i dwóch księżyców, górujących na niebie. Zalewa mnie fala emocji - mam ochotę płakać, śmiać się, zagryzać paznokcie ze zdenerwowania. Wszystko przez tego Japończyka. Jego umysł przeraża mnie i zniewala.

W trzecim tomie serii Tengo i Aomame wciąż szukają ścieżek, które zaprowadzą ich do siebie. Droga ku wspólnej wolności jest jednak długa i kręta - jego przyciąga tajemnicze miasto kotów, ona skrywa się przed światem po zabiciu Lidera. Oboje widzą te same dwa księżyce, oboje wypatrują siebie nawzajem. I choć dystans między nimi zdaje się być minimalny i tak nie potrafią schwycić swych dłoni, aby zaznać wreszcie upragnionego spokoju. Czas ucieka. Powrót do rzeczywistości niebawem nie będzie możliwy. Czujny i niebezpieczny wróg jest już coraz bliżej. A dla Tengo i Aomame Little People przewidzieli nową rolę...

Myślałam, że Haruki Murakami powiedział już wszystko w poprzednich dwóch tomach serii 1Q84. Spodziewałam się, że ostatnia część historii opierać się będzie na tym, co już poznaliśmy - że pewne wątki zostaną rozwinięte i wzbogacone a wątpliwości rozwiane. Że zamiast stawiać nowe pytania, autor odpowie na te, które wcześniej pozostały bez odpowiedzi. Nic bardziej mylnego. Niesamowita wyobraźnia Murakamiego - mówiąc kolokwialnie - znokautowała mnie i powaliła na ziemię. Tom wieńczący serię jest kwintesencją tego, co w twórczości japońskiego mistrza prozy najlepsze. Murakami wspiął się na wyżyny, a całą tę historię, spisaną na ponad 1400 stronach uważam za arcydzieło współczesnej literatury. Nic mnie nie obchodzą teorie, że arcydzieł już się nie tworzy, że dziś tylko przerabia i odtwarza się to, co już znane. Seria 1Q84 jest perłą. Jest dynamitem. Ma moc. Takie książki zmieniają świat.

Moja ocena: 10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.



literatura japońska | recenzja | Haruki Murakami | literatura | recenzje książek


Ojciec Murakamiego był buddyjskim duchownym, zaś matka córką handlowca z Osaki. Dorastał w Kobe. Ukończył Dramat Klasyczny na Wydziale Literatury Uniwersytetu Waseda w Tokio.

W wieku 30 lat Murakami wydał swoją pierwszą powieść Hear the Wind Sing (1979). Po napisaniu wysłał ją na konkurs literacki, zajmując pierwsze miejsce i zdobywając nagrodę Gunzō.

Źródła: foto | opis

KKD #10: Nie wszystko złoto, co się świeci?

Klub Dyskusyjny

#10: Nie wszystko złoto, co się świeci?

Ponieważ tematem przewodnim aktualnej edycji „top 10” są nasze ulubione okładki, postanowiłam i w Kreatywnym Klubie Dyskusyjnym poruszyć ich temat. Bo choć znane jest powiedzenie o nie ocenianiu wnętrza na podstawie tego, co na zewnątrz – nierzadko jest tak, że to właśnie okładką sugerujemy się przy wyborze tytułu, po który sięgamy lub który odrzucamy.