30 października 2011

Zapach spalonych kwiatów, Melissa de la Cruz


Zapach spalonych kwiatów, Melissa de la Cruz
Oryginał: The Witches of East End
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 304
Gatunek: fantasy
W ostatnim czasie trafiłam na wiele pozytywnych opinii o najnowszej powieści popularnej autorki serii młodzieżowych - Melissy de la Cruz. Poprzeczkę temu tytułowi zawiesiłam więc dosyć wysoko, oczekując pasjonującej i wciągającej lektury. Trochę się rozczarowałam, niestety...

Po pierwsze: historia nieco się dłuży, ma sporo nudnych przestojów i wcale nie wciąga tak niesamowicie, jak mogłoby to wynikać ze wszystkich pochlebnych recenzji.
Po drugie: niektóre wątki są nielogicznie ułożone, niespójne i jakby "oderwane od rzeczywistości".
Po trzecie: z wielką siłą uderza rażąca przewidywalność historii - właściwie tylko raz dałam się zaskoczyć i to tylko dlatego, że autorka mocno poplątała kilka wątków.

Ale generalnie powieść jest całkiem niezła. Jej główną zaletą są wyraziści bohaterowie i ciekawa wizja świata, w którym obecne są czarownice, demony i inne dziwaczne stworzenia. Jasne, takie postaci w literaturze figurują od dawna, ale akurat Melissa de la Cruz pokusiła się o stworzenie czegoś nowego z tego, co już powszechnie znane. W tym upatruję wielkiej zalety Zapachu spalonych kwiatów.

O czym opowiada powieść? O czarownicy Joannie i jej córkach - Frei i Ingrid, o dwóch niezwykłych mężczyznach - Killianie i Branie oraz o tajemniczym mieście, którego nie sposób znaleźć na mapach.

Czarownicom nie wolno używać magii. Ale jak nie wykorzystać swoich mocy, kiedy wokół jest tyle potrzebujących? Rozważna Ingrid pomaga więc w przywracaniu zdrowia, rezolutna Freya komponuje miłosne mikstury, a ich matka pozwala sobie na drobne sztuczki, by rozradować pewnego chłopczyka, przypominającego jej o zaginionym przed laty synu.

Do tego wszystkiego dochodzą tajemniczy mężczyźni, zamieszkujący pobliską posiadłość. Freya ma wkrótce poślubić jednego z nich, jednak sytuacja komplikuje się, kiedy poznaje jego młodszego brata. W ułamku sekundy wybucha między nimi pożądanie tak ogromne, że wokół unosi się zapach spalonych kwiatów...

Jak skończy się niewierność Frei i nielegalna magia, uprawiana w mrocznym miasteczku?
Czy powtórzą się brutalne procesy czarownic?
Czy biała magia zwycięży ciemne mocy demonów?
Odpowiedzi na te i inne pytania, znajdziecie w powieści Melissy de la Cruz. Zapewniam, że czas, jaki poświęcicie na lekturę Zapachu spalonych kwiatów, nie będzie czasem straconym

Teraz pozostaje niecierpliwie wyczekiwać kolejnej części cyklu!

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.



literatura amerykańska | recenzja | Melissa de la Cruz | literatura | recenzje książek


Amerykańska autorka książek dla młodzieży i dorosłych. Najpopularniejsze stworzone przez nią cykle powieściowe to Au Pair oraz Blue Blood. Współpracuje także z czasopismami, m. in. Glamour, Cosmopolitan, oraz The New York Times. Ukończyła Columbia University (Nowy Jork) ze specjalizacją historia sztuki i język angielski. Obecnie mieszka wraz z mężem w Los Angeles. Jej powieści były wielokrotnie polecane przez Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich.
Źródła: foto | opis






PS. Jeszcze tylko przez kilka godzin możecie zgłaszać się po książkę wydawnictwa Znak - Co widział pies.... Powodzenia!

28 października 2011

Top 10: ulubione okładki książek

top 10 kreatywa

Pięknych, ciekawych i fascynujących okładek jest naprawdę wiele. Tak wiele, że trudno to nawet zliczyć. Z tego też powodu wybranie tych dziesięciu "naj" przysporzyło mi sporo problemów. Nie wiedząc, jakie kryterium przyjąć, zdecydowałam się na wybranie okładek tych książek, z którymi miałam styczność w minionym roku:

Czyste sumienie, Charlaine Harris


Czyste sumienie, Charlaine Harris
Oryginał: Shakespeare's Trollop
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 299
Gatunek: sensacja, kryminał
Czyste sumienie jest czwartym tomem cyklu poświęconego dzielnej sprzątaczce - Lily Bard. Jak zwykle nasza bohaterka ma niebywałe szczęście i kolejny już raz natrafia na trupa. Tym razem w lesie. Trup to nie byle jaki - miejscowa łatwa dziewczyna, Deedra. Postać o tyle ciekawa, że trudno jest znaleźć w całym mieście faceta, który by się z nią nie zadawał. Lista podejrzanych obejmuje więc pół Shakespeare - ciekawie, prawda?

To jednak nie wszystko. W mieście wybucha tajemniczy pożar (oczywiście jego świadkiem jest Lily) i ktoś ewidentnie chce pozbyć się pewnego upierdliwego staruszka. Kto? I w tym wypadku grono podejrzanych jest spore, bowiem okazuje się, że z dziaduniem spokrewnione jest... pół miasta.

Oprócz wątków kryminalnych (a właściwie - pseudokryminalnych), mamy też w tym tomie sporo wynurzeń romantyczno-obyczajowych. W końcu znalazł się facet, któremu Lily gotowa jest oddać swe serce, w związku z czym nieustannie zalewa czytelnika swoimi tęsknotami.

Trochę nudno i trochę smętnie.

Nie jest to ani najlepsza, ani najgorsza część z dotychczas wydanych. Umieściłabym ją gdzieś pośrodku, z zastrzeżeniem, że warto dać jej szansę. Dlaczego?

Po 1: zamordowana Deedra przedstawiona zostaje nieco bliżej. Można ją poznać, zrozumieć i nawet polubić. Jest to jedna z najbarwniejszych postaci cyklu.

Po 2: sam pomysł na intrygę jest całkiem niezły. Co prawda rozwiązania domyśliłam się niemal od razu, ale i tak wizję Charlaine Harris uważam za całkiem interesującą.

Po 3: Harris postawiła na bardziej skąpe opisy i sporo dialogów. Akcja jest dzięki temu jeszcze bardziej dynamiczna, a sama narratorka mniej irytująca. To ważne, ponieważ lektura poprzednich części nie zawsze przebiegała płynnie i miło.

Nie nastawiajcie się na wielki kryminał. Raczej na sporą dawkę odprężającej, miejscami elektryzującej, rozrywki. Łatwo przepaść przy książkach Harris - i za to je właśnie lubię.

PS. Okładka jest piękna, prawda?

Moja ocena: 6,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.



Zobacz również:
Seria Sookie Stackhouse


literatura amerykańska | recenzja | Charlaine Harris | literatura | recenzje książek | Lily Bard


Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis

25 października 2011

Steve Jobs: Sekrety innowacji. Zupełnie inaczej - reguły przełomowego sukcesu, Carmine Gallo


Steve Jobs: Sekrety innowacji. Zupełnie inaczej - reguły przełomowego sukcesu, Carmine Gallo
Oryginał: The Innovation Secrets of Steve Jobs
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 246
Gatunek: poradniki
Steve Jobs nie był zwyczajnym człowiekiem, a to nie jest zwyczajny poradnik. Nie znajdziecie tu dobrych rad, ustawionych w zgrabnym rządku. Nie znajdziecie gotowych sposobów na zrewolucjonizowanie świata. Nie dowiecie się, jak w godzinę stać się innowatorem i miliarderem. Ale nauczycie się myśleć, jak Steve Jobs i jego naśladowcy. A to naprawdę wiele zmienia!

Na książkę Carmine'a Gallo składają się liczne anegdoty i wspomnienia ludzi, którzy osiągnęli ogromny sukces, przestawiając się na myślenie typowe dla Jobsa. Autor zachęca, by i czytelnik zmienił sposób rozumowania, odkrył w sobie prawdziwą pasję i zaczął działać. Istnieją pewne reguły, którymi kierowali i kierują się wielcy ludzie, osiągający niebywałe sukcesy. Te właśnie reguły otwierają się przed czytelnikami dzięki Sekretom innowacji. Chcecie je poznać? Zachęcam do lektury.

Do kogo skierowana jest książka Gallo? Do biznesmenów? Wynalazców? Komputerowców? Niekoniecznie! Owszem, tak mogłoby się wydawać, bo w końcu to im przypisuje się wprowadzanie na rynek innowacyjnych produktów - ale tak nie jest. I Steve Jobs, i Carmine Gallo prezentują myślenie kreatywne i nieszablonowe - w związku z tym, z Sekretów innowacji skorzystają ludzie szukający pracy, właściciele małych przedsiębiorstw, pracownicy wielkich korporacji i właściwie każdy, kto chciałby mierzyć wyżej, osiągać więcej i - po prostu - myśleć inaczej.

Sekrety innowacji nie opierają się na schemacie typowym dla poradników - forma tej książki jest niezwykle przyjazna, przejrzysta i nie zalewa czytelnika dyrektywami czy moralizatorstwami. Książka ta ma zmuszać do myślenia, działania i odkrywania. Ma kierować umysłami tych, którzy wciąż poszukują swojego miejsca, którzy chcą realizować pasje i marzenia i pragną zarazić nimi innych. Prześwietna, inspirująca pozycja - gorąco polecam!

Moja ocena: brak


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak.



Tutaj możecie zajrzeć do książki. Tu znajdziecie o niej więcej informacji, a tu poznacie inne książki z serii Punkty Przełomowe.



literatura amerykańska | recenzja | Carmine Gallo | Steve Jobs | literatura | recenzje książek

24 października 2011

Służące (The Help)

Służące (The Help)
reż. T. Taylor • USA, Indie, 2011
Czy istnieje w blogowym świecie osoba, która nie słyszałaby o bestsellerowej powieści Służące, amerykańskiej pisarki - Kathryn Stockett? Nie sądzę! Ja co prawda książki tej nie miałam jeszcze przyjemności przeczytać, ale po obejrzeniu filmu o tym samym tytule, pewna jestem, że wkrótce po nią sięgnę. Dlaczego? Tak znakomity film, opierać się musi na równie znakomitej książce...

Rzecz dzieje się w niewielkim Jackson, w stanie Mississippi. Lata '60. Martin Luther King walczy o zniesienie dyskryminacji rasowej, JFK zostaje zamordowany, a Ku Klux Klan zabija czarnych w biały dzień. Przykładne gospodynie domowe pogrywają w brydża, a ich służące wychowują im dzieci za marne grosze. Nie mają prawa korzystać z toalet swoich "panów", nie wolno im czytać tych samych książek, nie wolno domagać się jakichkolwiek swobód. Jako "kolorowe", od maleńkości przygotowywane są do bycia służącymi...


Kontrasty. Z nich składa się ten film. Czarne niewolnice, biali "władcy". Ubóstwo kontra przepych. Zahukanie kontra wyniosłość. W tym świecie żyją służące - Aibileen i Minny, a "kwestia rasowa" odbiera im prawo głosu. Do czasu. Oto bowiem do miasta wraca przebojowa Skeeter, sprzeciwiająca się konwenansom i uprzedzeniom. Dziewczyna ma jasną misję - poprzez pisanie chce otworzyć innym oczy na problemy małych ludzi, poświęcających życie dla swoich białych "panów". Skeeter urasta do rangi rewolucjonistki i głośno wypowiada sądy, za które zostaje zepchnięta na margines konserwatywnego społeczeństwa. Jej walka to jednak nie tylko chęć pomocy czarnym kobietom, które darzy ogromnym sentymentem i szacunkiem - Skeeter musi udowodnić swoją wartość. Ukończone studia i marzenia o karierze dziennikarki wywołują kpiące uśmieszki wśród wymuskanych koleżanek, a niechęć do ożenku, obawy matki. Dziewczynę podejrzewa się nawet o "zwichnięcie" i "nienaturalne skłonności". W końcu każda panna powinna marzyć o wielkim domu, gromadce dzieci i bogatym mężu. Skeeter ma problem, bo marzenia ma inne i do typowych panienek z Południa nie należy. Na szczęście - jak twierdzi rodzicielka - tę jej "przypadłość" można leczyć "herbatką korzenną"... Ach! Klimat tamtych stron oddany znakomicie, prawda?


Służące to nie jest słodka i przyjemna opowieść. Owszem, momentami można się przy niej porządnie uśmiać, ale w scenariuszu przewidziano sporo miejsca na łzy, dreszcze emocji, strach i zaskoczenie.


Na szczególną uwagę zasługują przede wszystkim: dopracowana w każdym szczególe scenografia, idealnie oddająca ducha konserwatywnego Południa; genialne(!) kreacje aktorskie; prześwietne dialogi i naprawdę ciekawie zawiązana akcja. Jeżeli miłośnicy książki Kathryn Stockett obawiali się, że wersja filmowa okaże się banalna, przesłodzona i płytka - pragnę ich uspokoić - tak dopracowany film z pewnością godnie będzie reprezentował ten światowy bestseller. Zachęcam, byście tłumnie odwiedzali kina od czwartego listopada, kiedy to Służące wejdą na ich ekrany. Polecam!

Moja ocena: 8,5/10

Zdjęcia pochodzą ze strony FilmWeb.

Tony i Susan, Austin Wright


Oryginał: Tony and Susan
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Stron: 381
Gatunek: dramat psychologiczny, thriller
Brakuje mi słów. Naprawdę. Za mną dziesięć dni z jedną książką, ponad godzina od jej przeczytania i pustka w głowie. Okładka krzyczy: "arcydzieło amerykańskiej literatury", a ja kompletnie nie potrafię się do tego odnieść. Nawet nie potrafię określić, czy zrozumiałam sens i przesłanie tej zdumiewającej powieści. Ale spróbujmy...

Tytułowi bohaterowie - Tony i Susan - nie funkcjonują w tej samej rzeczywistości. On jest bohaterem powieści, w którą zaczytuje się ona. Co łączy ich dwa światy? Edward. Dla niej - eksmąż. Dla niego - stwórca.

Edward tworzy elektryzujący thriller Nocne zwierzęta, opowiadający - w znacznym uproszczeniu - o zemście i zezwierzęceniu. O instynkcie, który pcha człowieka do mordu. Tony jest zagubionym matematykiem, ofermą, która traci z oczu córkę i żonę, po to, by za jakiś czas odnaleźć ich zwłoki na zapuszczonej polanie. Po czasie bohater odnajduje w sobie instynkt mściciela i postanawia wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Nieco nieświadomie, dalej będąc zagubionym i pociesznym. Dziwna to postać, ten Tony. Typowy flegmatyczny profesorek, który na widok zagrożenia wpada w panikę i nerwowym ruchem poprawia przekrzywione okularki. Irytujący facet! Nie raz i nie dwa miałam ochotę wbić mu pinezkę między żebra, żeby mniej się zastanawiał, a więcej robił.

To samo Susan. Duma nad tą powieścią i duma. Bohater przeżywa tragedię, a ona snuje rozważania na totalnie błahe, oderwane od wszystkiego tematy. Na szczęście poważnieje, kiedy odkrywa, jak wiele łączy ją z Tony'm i ze światem, wymyślonym przez Edwarda. Wtedy właśnie ujawnia się wspólny mianownik obu historii, przedstawionych w powieści Wrighta.

Edward - przykład osamotnionego, neurotycznego pisarza - rozlicza się z przeszłością i stawia czoła temu, przed czym przez długie lata uciekał. Jego śladem podąża Susan, odkrywająca prawdę o sobie i o krzywdzie, jaką w przeszłości wyrządziła Edwardowi. On dzięki temu przeżywa katharsis, ona obarcza się cierpieniem i poczuciem winy. Znów mamy do czynienia z zemstą, czyż nie?

Nierówna jest ta powieść, jak mało która. Raz wciąga tak, że czytelnik wpada na słup, zatopiony w lekturze (pozdrawiam pana słupa z mej okolicy ;)), a raz nudzi tak, że czytelnik też wpada, ale w szał. Na szczęście te pierwsze momenty przeważają - zwłaszcza, kiedy stykamy się z Nocnymi zwierzętami. Ta powieść w powieści zachwyca i wstrząsa, jest naprawdę znakomita!

Dobrze się czyta to "arcydzieło amerykańskiej literatury". Napisane jest niezwykle sprawnie - dialogi nadają dynamizmu, bohaterowie autentyczności. Czasem można się poplątać w toku rozumowania Susan - niezwykle krytycznej czytelniczki, czasem można przy jej rozważaniach ziewnąć. Zakończenie powieści jest jednak tak genialne, że wszelkie uchybienia schodzą na dalszy plan. Warto czytać takie książki, warto nie dać im zginąć...

Moja ocena: 8/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.



literatura amerykańska | recenzja | Austin Wright | literatura | recenzje książek


Austin Wright urodził się w Nowym Jorku w roku 1922. Był powieściopisarzem i przez wiele lat profesorem literatury angielskiej na uniwersytecie w Cincinnati. Mieszkał w Cincinnati z żoną i córkami. Zmarł w roku 2003 w wieku osiemdziesięciu lat.

Źródła: foto | opis

23 października 2011

Jak było na Targach Książki?

Wiele się działo w ostatnim czasie. Przybyło mi sporo książek, przybyło parę literackich wydarzeń, które pozostawię w swej pamięci na zawsze i kilka naprawdę interesujących znajomości. Odkrywam właśnie, że bywają w życiu momenty tak piękne, że wszelkie niepowodzenia i problemy schodzą na dalszy plan...

W dniu wczorajszym miałam przyjemność uczestniczyć w katowickich Targach Książki. Jak wiadomo, najważniejszym punktem programu było rozdanie Złotych Zakładek - nagród blogerów książkowych. Był to pierwszy tego typu plebiscyt, ale - jak zapowiedziała nasza koleżanka Agnieszka Tatera - będą kolejne. Jestem pewna, że z roku na rok wydarzenie to będzie się rozwijało i za jakiś czas Złota Zakładka stanie się jedną z ważniejszych nagród literackich w naszym kraju (ale by było!). Jeżeli jesteście ciekawi wyników plebiscytu, zapraszam na stronę Złotej Zakładki.

Wspomnę jedynie, że w trzech kategoriach konkurencję zdetronizowała powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy. Nie dziwi to wcale - saga ta podbiła serca blogerów i od dawna jest chwalona na wielu blogach. Mnie zaskoczyło coś innego - przemówienie autorki, która... wywołała moją skromną osobę na scenę! Nie pamiętam co prawda ani sekundy z tamtych chwil, bo byłam tak przejęta, ale wkrótce pojawi się w sieci materiał video z tego wydarzenia i wtedy wszyscy dowiemy się, jak cudowne wrażenia zapewniła mi pani Małgorzata :) Dowodem na to, że nie przyśniło mi się tamto zdarzenie, jest prezent, jaki otrzymałam od autorki:

Większej niespodzianki chyba w życiu nikt mi nie sprawił! A to jeszcze nie wszystko - w zbiorach pani Magłosi znajduje się pewien tekst, który napisałam na swój temat sto lat temu. Do tej pory zaśmiewam się na samo wspomnienie tych głupotek w stylu: "ostro walnięta" albo "za bardzo zżyta z kulturą skejtów". Kiedy będę miała gorszy dzień, na pewno te wspomnienia całkowicie odciągną mnie od smutków!

Poniżej trzy migawki ze wczorajszej imprezy. Kolejno: z panią Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, z blogerką-Kasią (molksiazkowyy.blogspot.com) i moją drogą Izabelą:

Oczywiście nie wpadłam na to, by upamiętnić spotkanie z innymi blogerami (a było nas tam całkiem sporo), ale za rok nadrobię! Zwłaszcza, że wczoraj nie mogłam uczestniczyć we wspólnym wyjściu, z racji obowiązków narzeczeńskich, które wzywały mnie do rodziny wybranka. Mam przy tym nadzieję, że przy okazji następnej edycji Targów zagoszczę w Katowicach na dłużej...

Więcej zdjęć z imprezy znajdziecie na blogu Izy.

21 października 2011

Top 10: ulubione serie książkowe

top 10 kreatywa

Lubicie wielotomowe serie? Czy raczej trzymacie się krótszych historii albo książek całkowicie odrębnych od innych? Wspólne motywy i ci sami bohaterowie raczej Was przyciągają czy zdecydowanie odpychają? Ja mogę o sobie powiedzieć "umiarkowany miłośnik serii", a na ewentualnej liście ulubieńców umieścić:

19 października 2011

KKD #9: Kim jesteś, blogerze?

Klub Dyskusyjny

#9: Kim jesteś, blogerze?

Niewiele jest spośród nas osób, które w pełni profesjonalnie zajmowałyby się krytyką literacką czy pisaniem w ogóle. Tzw. "blogerzy książkowi" to z reguły amatorzy - uczniowie, studenci, zwyczajni pasjonaci, dla których literatura jest jednym z najważniejszych elementów życia. Ponieważ obecnie mówi się o słabości krytyki literackiej i spychaniu kultury gdzieś na margines (sami przyznajcie - kiedy w telewizji poświęca się czas np. książkom?), my zajmujemy w całej tej machinie miejsce szczególne...

14 października 2011

Top 10: najlepsze ekranizacje

top 10 kreatywa

Ponieważ ostatni temat okazał się zbyt ciężki, dzisiaj proponuję lżejszy, książkowo-filmowy. Przedstawcie swoje ulubione filmy i/lub seriale nakręcone na podstawie książek.

13 października 2011

Ja i czytanie, czyli Klaudyna i jej KKD :)

Zachęcałam Was ostatnio do udzielania odpowiedzi na pytania w Kreatywnym Klubie Dyskusyjnym, podczas gdy sama chwilowo wstrzymałam się od głosu. Teraz nadrabiam i przyłączam się do zabawy!

1) Gdzie najchętniej czytacie - czy macie swoje ulubione miejsca, w których czytanie smakuje najlepiej?
Zdecydowanie najlepiej czuję się we własnych czterech ścianach - moje łóżko jest moim zdecydowanym ulubieńcem. Trochę uwiera i nieco się już zapada, ale to nic - i tak je kocham. Nigdzie nie jest mi tak dobrze, jak na łóżku!

Nie należę za to do zwolenników oddawania się lekturze w wannie. Jakoś skupić się nie potrafię, kiedy wokół woda szybko stygnie. Poza tym, wanna ma na mnie dziwaczny wpływ - momentalnie przenoszę się w inny wymiar i całkowicie odpływam... :)

2) Jak wiele czasu poświęcacie książkom? Czy czytacie tylko do poduszki, tylko do kawy czy może zawsze i wszędzie, kiedy tylko się da?
Jasne, że zawsze i wszędzie! Kiedy oglądam telewizję, stoję w kolejce w sklepie (albo - co gorsza - pod dziekanatem!) czy na przystanku - nie chcę marnować czasu i od razu sięgam po książkę. Poza domem najczęściej można mnie spotkać zaczytaną w lekturze i zasłuchaną w muzyce. To dwa najważniejsze elementy mojego życia!

3) Czy macie jakieś książkowe nawyki? Odprawiacie szczególne rytuały przed przystąpieniem do lektury?
Nie ma tego wiele - najpierw sprawdzam liczbę stron oraz rozdziałów i dopiero wtedy zaczynam czytać. Dodatkowo w czasie lektury przypominam sobie te liczby po kilka razy. Właściwie nie wiem po co... Lubię też głaskać okładki - teraz często mają one wypukłe litery czy obrazki - jakoś daje mi to sporo przyjemności :) Jakkolwiek by to nie brzmiało!

4) Jak oznaczacie stronę, na której skończyliście lekturę? Zaginacie rogi? A może odkładacie książkę grzbietem do góry? Używacie zakładek, papierków, długopisów i wszystkiego, co wpadnie w ręce?
Zaginanie rogów i odkładanie książki grzbietem do góry to największe zbrodnie, którym nigdy się nie oddaję! Dbam o swoje zbiory i wolę oznaczyć stronę byle czym (papierkiem po gumie do żucia, biletem, paragonem), niż niszczyć je barbarzyńskimi zachowaniami.

5) Czy zdarza Wam się czytać kilka książek jednocześnie? Z jakiego powodu?
Rzadko. Nie lubię plątać się w lekturach. Musiałyby to być kompletnie różne pozycje - np. poradnik i powieść, albo powieść i tomik poezji. W przeciwnym wypadku jestem pewna, że kompletnie bym się pogubiła.

6) Najczęściej kupujecie książki na własność czy wypożyczacie? Należycie do grona gromadzących zbiory czy nie zależy Wam na wypychaniu półek książkami?
Jak wiadomo, mam wiele fobii, lęków i urojeń (pamiętacie?) i np. czuję ogromne obrzydzenie do wielu książek z mojej osiedlowej biblioteki. Brudne, śmierdzące, pozalewane, utłuszczone, popisane. Bez przymusu nie tykam się ich. Zdecydowanie wolę posiadać książki na własność - fakt, półki się już uginają pod ich ciężarem, ale ogromna biblioteczka jest jednym z moich największych marzeń (o tym NAJ wspominałam tutaj). Książki gromadzę póki mogę - pewnie za jakiś czas nie będę już sobie mogła na to pozwolić.

7) Czy chcielibyście, aby w autobusach pojawiały się specjalne oznaczenia Ustąp miejsca czytającemu?
A gdzie tam! Idea może nie należy do najgorszych, ale doskonale radzę sobie z czytaniem na stojąco - przywilejów więc żadnych mi nie trzeba. W autobusach wolałabym klimatyzację, niż specjalne miejsca dla miłośników książek :)

* * *

Hej, czy ktoś jeszcze zechce przyłączyć się do zabawy?

PS. Przypominam o konkursie :)

12 października 2011

KKD #8: My i czytanie [ankieta]

Klub Dyskusyjny

#8: My i czytanie

Na dziś przygotowałam temat luźny, który pozwoli Wam się nieco otworzyć. Zanim jednak się rozgadam, przedstawiam Wam kilka grafik z serwisu demotywatory.pl:

Jutro 3. W objęciach chłodu, John Marsden


Jutro 3. W objęciach chłodu, John Marsden
Oryginał: Tomorrow: The Third Day, The Frost
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 256
Gatunek: przygodowe, dla młodzieży
Jak zapewne większość z Was wie - należę do grona miłośników książek Johna Marsdena i z wielką przyjemnością zagłębiam się w każdą kolejną część kultowej serii Jutro, gdyż wiem, że australijski pisarz znów mnie czymś zaskoczy. Z nieskrywaną ekscytacją podeszłam więc do trzeciej części - W objęciach chłodu - licząc na to, że kolejny raz zostanę powalona na ziemię. Moje pragnienia się nie spełniły - po bardzo dobrej części pierwszej i fenomenalnej drugiej, trzecia nieco dołuje. Oczywiście wciąż jest arcyciekawa i pasjonująca, ale nie wywołuje aż takich emocji, jak tomy poprzednie.

Nie jestem w stanie wymienić konkretnych zarzutów wobec tej książki. Wydaje mi się po prostu, że nieprawdopodobne akcje, w jakich biorą udział młodzi bohaterowie, nieco mnie już nużą. W kółko to samo - wysadzanie w powietrze, mordowanie, zacieśnianie więzi z przyjaciółmi, odkrywanie siebie. Jutro wciąż czyta się znakomicie - powieść jest pasjonująca i wciągająca oraz - przede wszystkim - spełnia swą rolę, nieustannie podkreślając ważne dla młodego człowieka wartości - odwagę, braterstwo, lojalność. Mimo tego - chciałabym, aby autor czymś kompletnie zaskoczył. W końcu ileż można wierzyć, że grupka nastolatków potrafi wysadzić w powietrze i wymordować połowę złowrogiej armii?

Wielkie nadzieje wiążę z częścią kolejną. Przede wszystkim z powodu zakończenia, które - po pierwsze - wywołało we mnie potok łez, po drugie - zwiastuje ogromny zwrot akcji. Oby zadziało się ciekawie! Póki co - oczywiście zachęcam Was do lektury tej niesamowicie interesującej serii.

Moja ocena: 7/10

ZAJRZYJ DO KSIĄŻKI

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.



literatura australijska | recenzja | John Marsden | literatura | recenzje książek


John Marsden zaczął pisać, ponieważ uczniowie w prestiżowej szkole, w której pracował, nie chcieli czytać. Jego debiut So much to tell you powstał w zaledwie trzy tygodnie, ale natychmiast trafił na listy bestsellerów.

Po pierwszym sukcesie Marsden przez kilka lat łączył karierę pisarską z pracą pedagoga. Później zrezygnował z pracy w szkole, ale nie z pracy z młodzieżą - organizował warsztaty pisarskie, w których brali udział także młodzi ludzie z Turcji czy Indonezji. Sukces tych warsztatów zainspirował go do założenia w 2006 roku szkoły, w której nie tylko pełni funkcję dyrektora, ale też prowadzi lekcje.

Źródła: foto | opis






A o tym, że serię Jutro bardzo lubię i chcę promować, wie już całe moje miasto /Gazeta Częstochowska, nr 39, 2011/:

/szkoda tylko, że redakcja nie umieściła całości tekstu - w ten sposób wiadomo np. że można się zgłosić mailowo, ale gdzie? Któż to wie? :)/


Na dokładkę parę słów od autora:


Ponieważ mam dwa egzemplarze książki (wygrana z fejsbuka i egz. recenzencki), bardzo chętnie podaruję komuś jedną sztukę. Wystarczy zgłosić się w komentarzu do 23:45 najbliższego piątku.

9 października 2011

Skarb heretyka, Scott Mariani


Skarb heretyka, Scott Mariani
Oryginał: Heretic's Treasure
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Stron: 422
Gatunek: sensacyjne, przygodowe
Zostaje zamordowany młody egiptolog. Prawdopodobnie wpadł na trop legendarnego skarbu, ukrytego gdzieś w pustynnych piaskach. Zrozpaczony ojciec dzwoni do dawnego przyjaciela - byłego żołnierza SAS - Bena Hope'a, z prośbą, by ten pomścił jego syna. Wizja dokonania krwawego mordu nie wydaje się kusząca, ale jak można odmówić człowiekowi, który w przeszłości uratował nam życie? Nie można, więc Hope decyduje się wykonać wyrok. Sprawy komplikują się jednak tak niewyobrażalnie, że wszystko to, w co wierzył dotąd Ben, staje się nieistotne. Przyjaciele stają się wrogami, wrogowie sprzymierzeńcami, sprzymierzeńcy sprzedawczykami... Komu wierzyć? Jak (prze)żyć w świecie pełnym hipokryzji? I gdzie znaleźć ratunek, kiedy umierają wiara z nadzieją?

Scott Mariani kolejny raz całkowicie zawładnął moim światem - od jego powieści nie mogłam się oderwać. Czytałam, jedząc. Czytałam, chodząc. Czytałam, oglądając telewizję. Bo Skarb heretyka pochłonął mnie od pierwszej do ostatniej strony...

Wspominałam już przy okazji Proroctwa Sądnego Dnia, że książki pana Marianiego mają w sobie wszystko to, czego w literaturze i filmie nie znoszę - mnóstwo krwi, pistoletów, fanatyków wszelkiego rodzaju, terrorystów i degeneratów. Jeden facet jest w stanie wymordować kilkunastu uzbrojonych przeciwników - zupełnie jak w "uwielbianych" przeze mnie produkcjach z Seagalem albo Chanem. Trochę mnie to śmieszy, zwłaszcza, że akurat w tej części autor wyrządził swojemu bohaterowi wielką krzywdę - zrobił z niego totalnego idiotę, wplątując go w sidła szczeniackiej miłości. Romantyczna jestem bardzo, ale nigdy nie uwierzę, że taki morderczy typ nagle doznaje olśnienia i zakochuje się w pięknej nieznajomej (żonie przyjaciela, tak swoją drogą), następnego dnia wyznaje jej dozgonną miłość, a jeszcze kolejnego biegnie dla niej zbawiać świat. Przerysowanie Bena sięgnęło w Skarbie heretyka szczytu.

Nie znaczy to oczywiście, że powieści Scotta Marianiego mi się nie podobają. Wręcz przeciwnie - jest jednym z niewielu twórców, którym wybaczam przeładowanie brutalnością i testosteronem. Przede wszystkim dlatego, że od wartkiej akcji w jego opowieściach nie mogę się oderwać. Lubię ten dreszczyk emocji, który przebiega mi po plecach, kiedy Ben Hope wpada w kolejną zasadzkę. To jasne, że zawsze wychodzi cało z tarapatów, ale i tak jego przygody robią na mnie wielkie wrażenie.

Skarb heretyka to powieść odpowiednia dla miłośników starożytnych zagadek i legend, dalekich podróży i brutalnych bijatyk. Co prawda Egipt jest już w literaturze przerobiony na milion sposobów, ale i tak ciekawe przedstawienie kolejnej legendy wydaje mi się dobrym pomysłem. Powieść Marianiego w sam raz nadaje się na wieczorny relaks w te chłodne dni. Zapewniam, że wartka akcja rozgrzeje Was do czerwoności!

Moja ocena: 6,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.



literatura szkocka | recenzja | Scott Mariani | literatura | recenzje książek


Scott Mariani, autor rewelacyjnych thrillerów, jest prównywany do Dana Browna i Roberta Ludluma, a Ben Hope, główny bohater kolejnych książek, to niewątpliwie młodszy brat Jasona Bourne'a. Mariani zadebiutował świetną Tajemnicą alchemika (MUZA 2008).

Źródła: foto | opis

Królestwo czarnego łabędzia, Lee Carroll


Królestwo czarnego łabędzia, Lee Carroll
Oryginał: Black Swan Rising #1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Stron: 397
Gatunek: fantasy, urban fantasy
Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio jakaś książka wywołała we mnie tak mieszane uczucia. Wciągająca fabuła i ciekawa kreacja świata przedstawionego, kontrastują tutaj z nadmiarem. Nadmiarem wszystkiego. Bohaterów - za dużo. Dziwnych stworów - za dużo. Wcieleń głównej bohaterki - za dużo. I wydarzeń za dużo również. Przy całym tym przesycie ujawnia się jednak niezwykła zdolność autorów (Lee Carroll to pseudonim pisarki Carol Goodman i jej męża - Lee Slonimsky'ego) do spójnego i logicznego łączenia wszystkiego w jedną całość. Zdolność ta jest niezwykle pożądana, kiedy na czterystu stronach chce się umieścić kilkadziesiąt postaci i parę różnych światów...

Królestwo czarnego łabędzia zaliczyć można do bardzo popularnego ostatnio gatunku - urban fantasy. Ważnym elementem opowieści jest specyficzny klimat miasta, w którym ciemne moce i magia stykają się z nowoczesnością i przepychem. Otoczenie, w jakim żyją bohaterowie przedstawione zostało niezwykle szczegółowo i ciekawie. Właściwie cały świat wykreowany przez autorów urzeka oryginalnością - postaci szeroko w literaturze omawiane (jak np. wampiry) przedstawione są inaczej, niż dotąd, a niektórych stworzeń nie spotka się nigdzie wcześniej. Niezwykle ważne jest to, aby do tego przebogatego świata literatury fantasy dołożyć choć cząstkę czegoś unikalnego. Dobrze jest, kiedy autorzy nie opierają się wyłącznie na utartych schematach, tylko oferują czytelnikom coś nowego, świeżego, interesującego.

Główny zarzut, jaki wysnuć można pod adresem Królestwa czarnego łabędzia - to fatalnie poprowadzona narracja. Opowieść fantasy opowiedziana z perspektywy naiwnej kobietki? Nietrafione. Bardzo dobrze, że główna bohaterka nie jest już podlotkiem, zapatrzonym w swojego wampira, ale nie zmienia to faktu, że jak na dojrzałą kobietę jest wyjątkowo naiwna i głupiutka. Wszystkim wierzy, nad losem każdego płacze i nie ma nikogo, do kogo by przylgnąć nie chciała. Irytujące, wierzcie mi. Zwłaszcza kiedy tylko ona jedna dochodzi do głosu...

Uwagę przykuwa piękne wydanie książki - ozdobniki zamieszczone na okładce ładnie układają się w całość z tymi, które pojawiają się przy poszczególnych rozdziałach. Jedynym mankamentem jest samo zdjęcie, które w żaden sposób nie oddaje specyficznego klimatu powieści.

Gdybym miała komuś polecić twórczość Lee Carroll z pewnością byliby to miłośnicy mitologii, baśni, legend i magii. Nie jest to kolejna historyjka stworzona z myślą o nastolatkach, które lubują się w opowieściach o miłości między superbohaterami i przeciętnymi dziewczynami. Z pewnością znajdą tu coś dla siebie i starsi odbiorcy. Polecam.

Moja ocena: 7/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.



literatura amerykańska | recenzja | Lee Carroll | literatura | recenzje książek


Lee Carroll to pseudonim literacki Carol Goodman – autorki popularnych kryminałów – i jej męża Lee Slonimsky’ego, poety i menedżera funduszu hedgingowego. Małżeństwo mieszka w Great Neck w Nowym Jorku.

Źródła: foto | opis

7 października 2011

Top 10: największe rozczarowania literackie

top 10 kreatywa

Ciekawa jestem Waszych literackich rozczarowań. Mnie skompletowanie pełnej dziesiątki wcale nie przyszło łatwo, ale mam nadzieję, że Wam nie sprawi to większych problemów. W razie czego - zawsze lepiej wymienić mniej punktów, niż szukać jakichś na siłę. Powodzenia!

6 października 2011

Steve Jobs: Sztuka prezentacji. Jak świetnie wypaść przed każdą publicznością, Carmine Gallo


Steve Jobs: Sztuka prezentacji. Jak świetnie wypaść przed każdą publicznością, Carmine Gallo
Oryginał: The Presentation Secrets of Steve Jobs
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 255
Gatunek: poradniki

Kiedy sięgałam wczoraj po tę książkę, nie spodziewałam się, że przeczytam dziś wiadomość o śmierci jej głównego bohatera. Dziwaczne to uczucie - kontynuować lekturę ze świadomością, że ten niezwykły wizjoner, geniusz i wspaniały mówca już nigdy nie będzie mógł czarować publiczności swoimi wystąpieniami. Wystąpieniami, za które pokochał go cały świat.

W 2007 roku uznano go "najpotężniejszym człowiekiem biznesu", w 2009 "CEO dekady", a w 2010 jego wartość wyceniono na 25 000 000 000 dolarów. Robi wrażenie, prawda? Chyba nie na każdym, ponieważ wczoraj i dziś słyszałam wokół komentarze: "co ty za nudy czytasz?", kiedy tylko pojawiałam się gdzieś z książką w dłoni.

Żadne nudy, moi drodzy!

Ten poradnik to jedna z najświetniejszych pozycji tego typu na rynku! I teraz, po śmierci Steve'a Jobsa nabiera jeszcze innego charakteru - jest hołdem dla tego wybitnego twórcy, potężnego biznesmena i niezwykłego człowieka.

Kiedy przemawiał - publiczność słuchała oczarowana, żywo reagując na każdy jego dowcip i każdą złotą myśl. Jego wystąpienia królują na YouTube, a każdy, kto miał z jego postacią styczność mówi krótko: "ten człowiek to geniusz". Geniusz sceny, moi drodzy! Dlatego ten poradnik nie jest żadną nudą. Tak mogłoby się wydawać, kiedy skojarzy się tylko najprostsze fakty z życia Jobsa - że był założycielem Apple, że wymyślił iPoda i iPhone'a, że był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Carmine Gallo przedstawia Jobsa inaczej - jako tego, który rozkochiwał w sobie ludzi. Wystarczyło tylko, że pojawił się na scenie...

W czym tkwi wielka moc wystąpień Steve'a Jobsa?
Dlaczego jego prezentacje są tak fenomenalne?
Jakie triki stosować, aby dorównać mistrzowi?

Te i inne sekrety odkrywa przed nami Carmine Gallo, pokazując czytelnikom, jak mądrym człowiekiem był twórca iPada. Niesamowite jest to, od jak wielu czynników zależy powodzenie naszych wystąpień. I to, jak łatwo można skorygować najczęściej popełniane błędy, których z reguły nie zauważamy. Gallo daje wiele praktycznych wskazówek, przedstawia proste ćwiczenia i drobne triki, które pozwolą czytelnikowi osiągnąć doskonałość w publicznych wystąpieniach.

To znakomita pozycja dla uczniów i studentów, dla biznesmenów i nauczycieli oraz dla wszystkich tych, którzy chcieliby, aby ich prezentacje wzbudzały entuzjazm równy temu, kiedy na scenę wkraczał Steve Jobs.

Warto poznać tego niezwykłego człowieka i odkryć sekrety jego największych sukcesów. Jestem pewna, że każdy z Was znajdzie w tej lekturze coś dla siebie. Założę się, że mało kto z Was zdaje sobie sprawę, jak głupie błędy popełnia, używając prostego PowerPointa!

Chcecie się wzbogacić i dokształcić? Dobrze bawić?
Polecam książkę Steve Jobs: Sztuka prezentacji. Jak świetnie wypaść przed każdą publicznością.

Moja ocena: brak

Kolejny raz nie udaje mi się zestawić książki z obecną na blogu skalą :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak.



Tutaj możecie zajrzeć do książki. Tu znajdziecie o niej więcej informacji, a tu poznacie inne książki z serii Punkty Przełomowe.


literatura amerykańska | recenzja | Carmine Gallo | Steve Jobs | literatura | recenzje książek

Tomas Tranströmer laureatem Literackiej Nagrody Nobla

Nieprzespane noce, godziny oczekiwań, odliczanie sekund. A wszystko po to, by punktualnie o 13 przeżyć małe rozczarowanie. Bo czy ktoś z nas spodziewał się takiego rozwiązania? Że najbardziej prestiżowa nagroda literacka świata powędruje do człowieka, który od wielu lat nie publikuje? Od dawna spekulowano, że Noblistą zostanie poeta - świetnie, dawno poetów nie doceniano, więc niech wyróżnienie powędruje w tę stronę. Ale dlaczego akurat Tranströmer? Uzasadnienie Akademii brzmi: za "zwięzłe, przejrzyste obrazy, które dają nam świeży pogląd na rzeczywistość". Ponieważ twórczość tego pana nie jest mi bliżej znana, nie mnie oceniać zasadność tego wyboru, choć zadziwiające jest to, że człowieka docenia się tak późno. Wybór niepublikującego 80-latka ze Szwecji wywoła teraz zapewne lawinę dyskusji na całym świecie. Być może w jakiś sposób Tomas Tranströmer wciąż udziela się literacko, a jego twórczość ma wymiar ponadczasowy - wybór jego osoby byłby wtedy bardziej zrozumiały. Ale ponieważ nie jest to postać w Polsce bardzo znana - szersze uzasadnienie poznamy zapewne na dniach - w końcu nagrodzie Nobla w mediach poświęca się trochę uwagi.

Tomas Gösta Tranströmer (ur. 15 kwietnia 1931 w Sztokholmie) – szwedzki poeta, pisarz i tłumacz. Był głównym kontrkandydatem Wisławy Szymborskiej do Nagrody Nobla.

Poezję Tranströmera cechuje duża zwięzłość. Pisze o doznaniach religijnych, jego wiersze ujawniają inspiracje muzyczne (poeta grał na fortepianie i organach), poruszają problemy zagubienia człowieka we współczesnym świecie. Język poezji Tranströmera jest wyciszony, jednocześnie w utworach spotyka się obrazy pełne paradoksów.
Biogram i zdjęcie: Wikipedia.

Znacie poezję Szweda?
Co sądzicie o takim wyborze Akademii?

Twórczość Noblisty znajdziemy m.in. na poema.art.pl.

5 października 2011

KKD #7: Czytelnictwo wokół nas

Klub Dyskusyjny

#7: Czytelnictwo wokół nas

Niejednokrotnie zdarzało nam się wymieniać anegdotami z życia czytelniczego naszego otoczenia. Ktoś wspominał koleżanki dziwiące się, że można czytać, ktoś rodzinę nastawioną anty-książkowo, a ja studentów polonistyki żywiących do czytania poważną awersję. Jednych takie wieści szokują, innych bawią i bulwersują, a jeszcze innych wcale nie dziwią. W końcu statystyki odnoszące się do poziomu czytelnictwa w naszym kraju są jasne - Polacy czytają niewiele albo wcale. I choć mnie nikt nigdy do grupy badawczej nie wciągnął i generalnie średnio w takie rankingi wierzę, to jednak "coś jest na rzeczy". Dlaczego? Dlatego, że niewielu mam znajomych, z którymi o książkach można pomówić. A już z grona przyszłych magistrów polonistyki mogłabym takowych na palcach jednej ręki policzyć...

4 października 2011

Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, Magdalena Grzebałkowska


Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego,
Magdalena Grzebałkowska
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 376
Gatunek: biografie
Życiorys księdza T. to niezwykle skomplikowana układanka. Układanka, której elementy rozsiane są wszędzie wokół - często ukryte, nierzadko podniszczone. Zebranie ich wszystkich nie było możliwe, ale Magdalenie Grzebałkowskiej udało się stworzyć z niepełnego zbioru kompletną, zapierają dech całość. Biografia Księdza Paradoksa jest niezwykła - wciąga, jak najlepsza powieść akcji i - mówiąc krótko - przygniata nieprzeciętnością. Nie jest to zwyczajna biografia, pełna suchych faktów i anegdotek, bo grzechem byłoby spłycenie opowieści o tak barwnej postaci. Magdalena Grzebałkowska przedstawia historię księdza Jana oryginalnie, rzetelnie, sumiennie i obiektywnie, ocenę pozostawiając czytelnikowi. W tym ujęciu Twardowski nie jest aniołem, a jego dusza pełna jest skaz. Tak, jak pełni skaz byli ludzie z jego otoczenia, którym autorka poświęca wiele uwagi.

Ciekawym przerywnikiem dla faktów z życia księdza T. są fragmenty listów i rozmów, z których wynika, że Magdalena Grzebałkowska miała ogromny problem z zebraniem materiału do swojej książki. Są tacy, którzy z tajemnicami Twardowskiego pójdą do grobu. Wiele pytań pozostaje przez to bez odpowiedzi - autorka snuje więc domysły i przedstawia różne hipotezy, prowokując czytelnika do samodzielnego wyboru, która z proponowanych opcji jest najbardziej prawdopodobna.

Nie mniej ciekawe jest ulokowanie faktów w rzeczywistości. Co działo się w kraju, kiedy ksiądz przyjmował święcenia? W chwili gdy umierał? Dzięki Grzebałkowskiej poznajemy nie tylko Twardowskiego, ale i spacerujemy bliskimi mu ulicami i żyjemy tym, czym żył niegdyś świat. Nie brak tu więc i polityki, i życia kulturalnego, i historii naszego kraju.

Kawał solidnej, dobrej roboty. Chylę czoła!

Warto zwrócić uwagę na zdjęcia, skany listów i odręcznych zapisków księdza Jana Twardowskiego. Na rozmowy i wspomnienia różnych ludzi. Na znakomite wydanie książki. Ta niezwykła postać zasłużyła sobie na przedstawienie w tak pięknej formie...

Moja ocena: brak
Dzieło tak niezwykłe ciężko umieścić w jakiejkolwiek skali.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.



literatura polska | recenzja | Magdalena Grzebałkowska | literatura | recenzje książek


Ukończyła historię na Uniwersytecie Gdańskim, od 13 lat jest reporterką „Gazety Wyborczej". Mieszka w Sopocie.

Źródła: foto | opis