30 czerwca 2011

I po wakacjach... :-))

Wróciliśmy! :) Wyjazd się udał - nie powiem, że nie - ale (piękny!) Kołobrzeg nudny jest, jak flaczki z olejem. Las, deptak, plaża. Tabuny staruszków i rodzin z dziećmi. Dwa muzea, kilka miernych stoisk z książkami, stadko ulicznych grajków, pyszne gofry i mnóstwo dziwacznych pamiątek. I tyle. Ale odpoczęliśmy, popływaliśmy, złapaliśmy trochę słońca i świeżego powietrza, więc wspomnienia mam jak najbardziej pozytywne. Ale drugi raz już bym się tam nie wybrała - spacerować i kąpać się można w wielu bardziej atrakcyjnych i ciekawych miejscach. Za to hotel okazał się fantastyczny i dla samego apartamentu warto było znieść piętnaście godzin w pociągowym korytarzu :)

Kilka ujęć:
Zabrałam ze sobą trzy książki, ale żadnej nie zdołałam, niestety, przeczytać. Teraz więc nadszedł czas na nadrabianie - wypatrujcie nowych wrażeń :)

22 czerwca 2011

Dziewczyna, która pływała z delfinami, Sabina Berman

Dziewczyna, która pływała z delfinami, Sabina Berman
Oryginał: La mujer que buceo dentro del corazon del mundo
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 232
Gatunek: psychologiczne, literatura piękna

Pamiętacie plakat z filmu Forrest Gump? Tom Hanks na ławce nad nim czerwono-niebieski napis. Koncepcja dokładnie taka sama, jak w przypadku Dziewczyny, która pływała z delfinami. Czy to dobrze, że tę wydawniczą nowość reklamuje się na bazie porównania do dzieła pana Grooma? Nie sądzę. Bo o ile obraz z Tomem Hanksem uznaję za naprawdę wyśmienity, o tyle książkę uważam za nużącą i przeciętną. I dla dzieła Sabiny Berman wręcz krzywdzące jest porównywanie z tamtą powieścią... Oczywiście - z punktu widzenia marketingu - doskonale rozumiem ów zabieg. Nawet bohaterów i ich losy można ze sobą porównać, ale tak naprawdę są to dwie różne historie. I to stojące na zupełnie innym poziomie...

Narratorką i główną bohaterką Dziewczyny, która pływała z delfinami jest Karen. Zdolna Inaczej. Niezwykła dziewczyna o niecodziennym spojrzeniu na świat. Nieco naiwna, nieco tajemnicza, ale przede wszystkim zabójczo ujmująca. Zawsze chadza własnymi ścieżkami, a kiedy życiowa sytuacja ją przerasta... po prostu znika. Przez wielu uważana za głupią i nienormalną, Karen wyróżnia się niesamowitą, ponadprzeciętną inteligencją. To właśnie jej osobliwe spojrzenie na świat sprawia, że powieść ta jest tak niezwykła i ujmująca. Karen nie da się nie lubić! A jej świata... Jej świata nie można nie kochać!

Dziewczynie, która pływała z delfinami zawdzięczam wiele pięknych godzin, wypełnionych wyborną lekturą. Ta historia porywa, fascynuje i intryguje. Potrafi i bawić, i wzruszać. Jest - w całej rozciągłości - po prostu niezwykła...

Powieść Sabiny Berman to nie tylko ciekawe spojrzenie na człowieka i ludzką inteligencję, ale i na okrucieństwo wobec zwierząt, działania, rządzące światem przyrody i nasze współistnienie z innymi istotami. Pod przykrywką lekkiej historyjki o ciekawej dziewczynie kryje się naprawdę głębokie przesłanie i nauka. Przede wszystkim o moralności i bezinteresownej dobroci. Sabina Berman nie daje gotowych recept na to, jak żyć i jakim być, ale ustami Karen naprowadza czytelnika na odpowiednie szlaki... Warto więc tę historię poznać i poświęcić chwilę na refleksję.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.


Powieść Dziewczyna, która pływała z delfinami kupisz w księgarni:


* * * * *

Kochani, pakuję walizy i - zgodnie z zapowiedziami - ruszam w świat! Zabieram parę książek, a w lipcu wracam z nowymi recenzjami! :)
Buziaki!


literatura meksykańska | recenzja | Sabina Berman | literatura | recenzje książek

Sabina Berman (właśc. Sabina Berman Goldberg) – Meksykanka, autorka scenariuszy teatralnych i filmowych, poetka, pisarka, publicystka.

Urodziła się 21 sierpnia 1956 roku w Ciudad de México w rodzinie polskich i austriackich imigrantów o żydowskich korzeniach. Studiowała psychologię, literaturę meksykańską i reżyserię.
Źródła: foto | opis







~Klaudyna~

19 czerwca 2011

Miłość buja nad Szkocją, Alexander McCall Smith

Miłość buja nad Szkocją, Love over ScotlandMiłość buja nad Szkocją, Alexander McCall Smith
Oryginał: Love over Scotland
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Stron: 336
Gatunek: powieść środowiskowa

To niesamowite, jak pozytywnie nastrajają mnie powieści Alexandra McCall Smitha! Pochłaniam je, jak cukierki - błyskawicznie i z wielką radością. Cyklem 44 Scotland Street szkocki pisarz udowadnia, że można stworzyć powieść pełną sielskości, która nie mdli i nie odrzuca. Odpowiednio wyważone proporcje - między tym co miłe i słodkie, a tym co okrutne i gorzkie - sprawiają, że te historie wydaję się tak prawdziwe i bliskie czytelnikowi. Z wielką ochotą napiłbym się gorącej czekolady z Angusem i jego psem, wybrała w podróż z Domenicą, poplotkowała z Pat albo zaprzyjaźniła z Matthew. No i nieba bym uchyliła temu rozkosznemu Bertiemu! Dzieciak jest tak bystry i uroczy, że nie sposób się w nim nie zakochać :)

Co znajdziemy w Miłości...? Będzie zaginięcie psa i odkrywanie prawdy o piratach, będą matactwa, kłamstwa i wyłudzenia, będzie pewna doza nienawiści i ogrooomna porcja miłości. Jak to w życiu!

Bohaterowie McCall Smitha dojrzewają - Pat już nie jest tak obrażalska i irytująca, Matthew trochę mniej ciapowaty, Bertie bardziej zadziorny, Stuart wciąż asertywny. Pojawią się też nowe interesujące charaktery - przeczytajcie, a sami się przekonacie, że warto poświęcić im nieco uwagi.

Ciężko wysnuć jakieś nowe twierdzenia na temat serii 44 Scotland Street. Trzeba pamiętać, że w zamierzeniu nie była to regularna powieść, podzielona na sześć części, w jakich jest ona teraz wydawana. McCall Smith zamieszczał poszczególne jej rozdziały w jednym z czasopism. I da się to odczuć, czytając tę serię. Często akcja urywa się i przenosi gdzie indziej, jak w filmowych scenach. Nie jest to bynajmniej nic złego, a wręcz przeciwnie, bo te krótkie fragmenty większej historii czyta się znakomicie - błyskawicznie i z wielką przyjemnością. To wszystko jednak sprawia, że wciąż towarzyszą mi te same odczucia, co przy Opowieściach przy kawie i 44 Scotland Street. Poziom epizodów przedstawionych w Miłość buja nad Szkocją jest równie wysoki, jak w częściach poprzednich. Ta historia wciąż daje radość i wzbudza zainteresowanie, a wyobraźnia autora nieustannie zaskakuje. Bo przed bohaterami nowe miejsca, nowe wyzwania i nowe emocje. Myślę, że źródło pomysłów McCall Smitha jest niewyczerpane i że czeka nas jeszcze wiele ciekawych historii ze szkockich ulic. Będę ich wyczekiwać niecierpliwie! A Wy?

Moja ocena: 7,5/10

Dziękuję wydawnictwu Muza za tę ciekawą powieść.



literatura szkocka | recenzja | Alexander McCall Smith | literatura | recenzje książek

Urodzony w Zimbabwe szkocki pisarz i profesor prawa medycznego. Autor ponad 50 książek. Podstawy wykształcenia zdobywał w Bulawayo a następnie przeprowadził się do Szkocji, gdzie studiował prawo. Po powrocie do Afryki podjął pracę na uniwersytecie w Botswanie, gdzie wykładał prawo. Później osiadł na stałe w Szkocji, w Edynburgu z żoną Elizabeth (lekarka), dwoma córkami Lucy i Emily oraz kotem Gordonem. Jego hobby to gra na instrumentach dętych, jest współzałożycielem amatorskiej orkiestry "Naprawdę Straszna Orkiestra", gdzie Smith gra na fagocie a jego żona na flecie. Jest także wiceprzewodniczącym the Human Genetics Commission of the UK, przewodniczącym British Medical Journal Ethics Committee, oraz członkiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej przy UNESCO.
Źródła: foto | opis

18 czerwca 2011

Spotkanie z Marcinem Mellerem i inne ważne wydarzenia

Parę dni temu w częstochowskiej księgarni Świat Książki miało odbyć się spotkanie z autorami popularnej ostatnio książki - Gaumardżos!. Niestety, na miejscu stawiła się tylko 1/2 składu - Marcin Meller. Z ważnych przyczyn zabrakło współautorki - Anny Dziewit-Meller, ale mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, aby poznać i tę panią. Bardzo jestem ciekawa, jak wyglądają spotkania, gdy uczestniczy w nich ta niezwykła para. Na pewno ciekawie się uzupełniają :) Niemniej, Marcin Meller znakomicie poradził sobie z częstochowską publiką i ze spotkania wyniosłam same miłe wspomnienia. Co prawda umieszczono nas w pierwszym rzędzie, co było dla mnie okrutnie stresujące, ale w ostatnim czasie w większych wydarzeniach brałam udział, więc jakoś udało mi się to przetrwać.

Jakiś czas temu brałam udział w ciekawej dyskusji na temat podróżniczych marzeń. Każdy z nas miał podać pięć miejsc, w które chciałby się udać. Ja wymieniłam wówczas Serbię, Gruzję, Australię z Nową Zelandią, Irlandię i Indie. To jedne z najbardziej fascynujących mnie miejsc na kuli ziemskiej, a po spotkaniu z Marcinem Mellerem Gruzja na mej liście oznaczona została kolorem czerwonym, pogrubiona i podkreślona. O ile wcześniej było to dla mnie jedynie małe pragnienie, o tyle teraz stało się ono celem. I wierzę, że kiedyś uda mi się ów cel zrealizować :)

Panie Marcinie - dziękuję za inspirujące spotkanie!



Korzystając z okazji, chciałabym wspomnieć o ważnym wydarzeniu, które sprawi, że na kilka dni zniknę z blogowego świata. Otóż, w środku tygodnia wybywam z narzeczonym do spa w Kołobrzegu. Tak się złożyło, że spontanicznie wzięłam udział w pewnym konkursie, organizowanym przez KJG Company oraz mój ukochany klub żużlowy i... wygrałam :) Tak więc pakuję książki, chwytam krem z wysokim faktorem i wybywam do Diva Spa. Życzcie mi - abym nawdychawszy się jodu - wróciła wreszcie do zdrowia :)

14 czerwca 2011

Stardust, Joseph Kanon

Stardust, Joseph Kanon
Oryginał: Stardust
Wydawnictwo: Atria Books
Rok wydania: 2009
Stron: 528
Gatunek: kryminał

Hollywood, koniec lat ’40. Ben Collier wraca do kraju, wciąż mając przed oczami obrazy wojennej rzeczywistości. Jednakże to, co zostawia za plecami jest równie straszne, jak to, co czeka go w domu. Oto bowiem na łożu śmierci znajduje się jego brat. Oficjalna przyczyna: upadek z balkonu, próba samobójcza. Przeczucie podpowiada Benowi, że za wypadkiem brata kryje się coś więcej. I tak też jest w rzeczywistości... Mężczyznę czeka bolesna przeprawa przez cmentarzysko rodzinnych sekretów. A to, co odkryje, na zawsze zmieni jego postrzeganie rzeczywistości...

Głównego bohatera i jego zmagania z przeciwnościami losu porównałabym do zmagań, jakie ja toczyć musiałam z tą lekturą. Akcja należycie rozwija się bowiem dopiero w połowie, a i tam zdarzają się jej przestoje. Wcześniej czeka czytelnika rozwleczona na wiele stron nużąca historia o wszystkim, i o niczym. Owo rozwleczenie, okraszone sporą dawką chaosu sprawia, że Stardust nie jest najprzyjemniejszą lekturą w odbiorze. A wrażenie to potęgują dodatkowo tak licznie nagromadzeni bohaterowie, że nie sposób ich zliczyć. Są politycy i gwiazdy filmowe, policjanci i hotelarze, reżyserzy i bohaterowie wojenni. Ich historie tworzą skomplikowaną siatkę powiązań, w której może zagubić się nawet najbardziej uważny czytelnik.

Bez wątpienia największym atutem powieści Kanona jest jej kompozycja. Tekst jest przede wszystkim spójny i czyta się go wyjątkowo dobrze. A wszystko to za sprawą licznych dialogów, które stanowią znakomitą większość książki. Opisów akcji jest niewiele, opisów scenerii prawie wcale, a i poszczególnym postaciom narrator nie poświęca zbyt wiele uwagi. Nacisk kładzie Kanon na dynamiczny dialog, który – w teorii – powinien napędzać akcję. Kiedy jednak jedna rozmowa rozwleczona zostaje na kilkanaście stron, można zacząć wątpić w dynamiczną moc dialogów. Mimo tego, przy lekturze Stardust nie można się nudzić. Autor umiejętnie buduje napięcie i splata ze sobą przeróżne wątki – romanse gwiazd filmowych, konflikty polityczne, tajemnicze zbrodnie i wojenne wspomnienia.

Owo wymieszanie sprawia, że powieść Stardust znajdzie swoich zwolenników zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn. Ja co prawda poleciłabym ją głównie mężczyznom, gdyż to tym przypisuje się zamiłowanie do thrillerów i opowieści wojennych, ale jestem pewna, że swoje z tej książki wyłuskają również kobiety. I nie chodzi tu wcale jedynie o elektryzujące wątki romansowe...

Ciekawe jest to, że w powieści Josepha Kanona nieustannie przywoływane zostają rzeczywiście żyjące postaci. Wielkie amerykańskie aktorki – np. Paulette Goddard i Greer Garson; wspaniali niemieccy pisarze – m.in. Thomas Mann i Bertolt Brecht, czy bracia Warner – założyciele Warner Bros. Entertainment. Autor przedstawia wyjątkowo ciekawe spojrzenie na grupę tak dobrze znanych nam postaci. Niewątpliwie więc obowiązkowo trzeba sięgnąć po tę powieść, jeśli uważa się za prawdziwego fana dobrego kina, znakomitej literatury, polityki i historii.

Stardust to niezwykle emocjonująca powieść, pełna zadziwiających zwrotów akcji, mrocznych sekretów oraz ciekawie sportretowanych postaci. To jedna z tych powieści, o których mówi się „surowe” i „męskie”. Ale też pełne humoru! Bo humor jest jedną z najmocniejszych stron książki. Nie wywołuje ona może gromkich wybuchów śmiechu, ale taką dawkę sarkazmu i ciętego humoru powinno się docenić. Bo to akurat czyni powieść Kanona niepospolitą i ciekawą.

Nie było mi łatwo przebrnąć przez tę opowieść, gdyż kompletnie rozmija się ona z moimi preferencjami czytelniczymi. Warto jednak zaznaczyć, że nawet dla mnie ta historia nie była ani trochę nudna. Z wypiekami na twarzy śledziłam wydarzenia wraz z głównym bohaterem, nieustannie trzymając kciuki za jego poczynania. Powieść mnie wciągnęła i zaabsorbowała, co tylko dowodzi temu, że grupa potencjalnych odbiorców powieści Kanona jest naprawdę szeroka...

Moja ocena: 7/10

11 czerwca 2011

Zaglądamy pod poduszkę...


Od paru dni krąży po blogowym świecie nowa zabawa, polegająca na zdradzaniu ciekawostek i sekretów ze swego życia. Ponieważ Niedopisanie wywołała mnie do tablicy, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was do zajrzenia pod mą poduszkę...

A jak już poznacie fascynujące fakty z mego życia, dołączcie się do zabawy. Wszyscy, bez wyjątku!
Ponieważ jednak tradycja nakazuje wskazać kogoś konkretnego, poproszę o udział w zabawie Kasię (rzeki-metafizyczne), Mag (kacikzksiazkami), Domi (moje-wysypisko), Kasię (kasiek-mysli) i Rudzielca (pomiedzy-ksiazkami).

* * *

A teraz o mnie...

√ Jestem typowym przedstawicielem gatunku "urodzonych w niedzielę". Nie znoszę obowiązków wszelakich i z reguły "nic mi się nie chce". Często tłumaczę się anemią, notorycznym zmęczeniem i niewyspaniem, ale nie radzę wierzyć w te bajki. Ja po prostu muszę robić to, na co mam ochotę...

√ Największą kompromitacją mego życia była kąpiel w gigantycznej kałuży, głębokiej na jakieś pół metra. Wzbudziło to tak wielką sensację, że licznie zgromadzona publika rzucała mi puszki i biła brawo, jeśli podpłynęłam i oddałam ją z powrotem. Miałam wówczas osiem lat i całą scenę po dziś dzień mam przed oczami.

√ Będąc niewiele starszą, wybrałam się na letnią kolonię do wioski pod Częstochową, gdzie zdołałam podbić serca kilkunastu panów jednocześnie. Przez tydzień "chodziłam" z jednym, potem wzięłam ślub z innym, a następnie związałam się z paroma naraz. Zadziwiające :-)

√ Mając 11 lat po raz pierwszy spożyłam zbyt wiele alkoholu. Degustacja napojów w San Marino przebiegała następująco: starszych kolonistów wysłano na testowanie soków, młodszych na likiery. Żadna z dziewcząt pić nie chciała, więc wszystkie kubeczki powędrowały w moją stronę. Nie miałam oporów. A potem nie potrafiłam dojść do autokaru...

√ Przez długie lata byłam jedyną niepalącą w towarzystwie. Koniec podstawówki i gimnazjum były pod tym względem koszmarem - próbowano mnie zmuszać na milion sposobów. Ale nie dałam się. A potem zmieniłam krąg bliskich osób i od razu oddychało się lepiej. Do tej pory do palenia mam stosunek tak negatywny, że za to podtruwanie i śmierdzenie umieściłabym ludzi w jakiejś karnej kolonii.

√ Jestem chodzącym paradoksem - najgłośniejsza i najbardziej wesoła w gronie znajomych, a jednocześnie najbardziej nieśmiała. Na tyle, że telefoniczna rozmowa z nieznajomym albo samotna wyprawa do sklepu jest dla mnie koszmarem. Ale walczę z tym, zapewniam, że walczę!

√ Jako dziecko wmawiałam koleżankom, że za moim blokiem sataniści obdzierają koty ze skóry i nocami przyrządzają z nich potrawki. Dziewczęta przestały chodzić za blok. Na usprawiedliwienie dodam, że naprawdę tak myślałam - te koty nocami tak niemiłosiernie się darły...

√ Cierpię na nerwicę natręctw, akrofobię, klaustrofobię, gefyrofobię, nerwicę lękową i zauważam u siebie również zaczątki onomatofobii. Do tego jestem hipochondrykiem. Mieszanka wybuchowa! I niby śmieję się z tego, ale możecie mi wierzyć - bardzo ciężko żyje się z tym wszystkim.

√ Od małego byłam wybitnie przedsiębiorcza - pisywałam wypracowania za pieniądze, uprawiałam hazard (warcaby!), sprzedawałam własną linię perfum (mix wszelakich środków kosmetycznych, kwiatów i trawy) oraz wydawałam z koleżanką gazetę. Już wtedy zarobione pieniądze szły na książki i czekoladę.

√ Bo czekolada, coca-cola i truskawki są podstawą mego życia. Nie przełknę za to kawy, papryki, kaszanki i - o zgrozo! - ozora. Nie przepadam też za lodami i pizzą. Dlatego mówią, że jestem jakaś dziwna.

√ 28 września zeszłego roku doznałam cudu. Cudu, dzięki któremu nie straciłam ani zdrowia, ani życia. Od tamtej chwili wszystko się zmieniło - uwierzyłam w istnienie mego Anioła Stróża :)

* * *

A jakby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o moich preferencjach czytelniczych, zapraszam tutaj, do poprzedniego łańcuszka :)

10 czerwca 2011

W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach, David C. Downing

W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach; Looking for the King: An Inklings NovelW poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach, David C. Downing
Oryginał: Looking for the King: An Inklings Novel
Wydawnictwo: eSPe
Rok wydania: 2011
Stron: 268
Gatunek: sensacja, historyczne

Był taki czas, kiedy nie zważając na wojenne rewelacje grupa niezwykłych ludzi spotykała się w oksfordzkich pubach, by toczyć długie dysputy przy kuflu czegoś mocniejszego. Grupę tę tworzyły osobistości naprawdę znamienite - ot, chociażby John Ronald Reuel Tolkien, Clive Staples Lewis, Charles Williams czy Hugo Dyson. Nazywali oni siebie Inklingami. Za znawcę twórczości tej grupy uznaje się amerykańskiego uczonego - Davida Downinga. On właśnie swoich ulubieńców postanowił umieścić w niezwykłej powieści W poszukiwaniu króla.

Osadzona w Anglii 1940 roku historia opowiada o poczynaniach młodych Amerykanów - Toma i Laury, których połączyło zamiłowanie do przygód, tajemnic przeszłości i niewyjaśnionych zdarzeń. On pragnie znaleźć dowody na istnienie Króla Artura, ona boryka się z uporczywymi snami-wizjami, w których raz po raz odwiedza tajemnicze miejsca. W rozwikłaniu mrocznych zagadek pomocni okazują się wybitni intelektualiści tamtego okresu - Tolkien, Lewis i Williams. Jednak to, co początkowo wydawało się ciekawą przygodą poszukiwawczą, okazuje się być niebezpieczną wyprawą, w której stawką może być czyjeś życie. A nawet losy całego świata - jak sądzą ci, którzy wierzą w mit Włóczni Przeznaczenia...

Jedna tajemnica, pociąga za sobą drugą, a niewyjaśnione sny Amerykanki powoli zaczynają nabierać sensu. Ściągają też na bohaterów kłopoty - komuś wyraźnie zależy na tym, aby nie odkryli oni prawdy... A to wciąż nie jest wszystko, co los przygotował dla Toma i Laury. Radzę więc czym prędzej zagłębić się w tę opowieść - gwarantuję, że oderwie Was od rzeczywistości i na długie godziny przeniesie do malowniczej Anglii, pełnej starych kościołów, niesamowitych legend i pięknej przyrody.

Gdybym miała porównać powieść Downinga do jakiegoś innego dzieła, z pewnością sięgnęłabym na półkę z oznaczeniem "Dan Brown". Bo pasjonujące poszukiwania Włóczni Przeznaczenia w całej rozciągłości przypominają tropienie Świętego Graala, który zresztą i u Downinga przewija się nierzadko. Nie można jednak autorowi zarzucić, że jawnie czerpie z innych historii. Jego opowieść jest unikatowa, niebanalna i ekscytująca. Pisarz stworzył niezwykłych bohaterów, powołując do życia również tych, których doskonale znamy z historii światowej literatury. Wymieszanie faktów i legend, rzeczywistych miejsc i tajemniczych mitów oraz realnych i legendarnych bohaterów sprawia, że W poszukiwaniu króla jest powieścią naprawdę znakomitą. Z zapartym tchem i dreszczem emocji śledziłam poczynania bohaterów. I choć ostatnia scena wieje banałem, a sama opowieść mogłaby być nieco dłuższa, to jednak uważam tę historię za naprawdę fascynującą i wartą uwagi. Dajcie się jej porwać - gwarantuję niezapomniane emocje i niezwykłą lekcję historii, literatury i geografii. Znakomita mieszanka, polecam!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeżycia tej niesamowitej przygody, dziękuję wydawnictwu eSPe.
* * *

Kochani! Już teraz możecie wygrać W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach!
Wystarczy odpowiedzieć na trzy proste pytania. Jeśli czytaliście mój wywód uważnie, nie będziecie mieli z nimi żadnych problemów.

Zapraszam do księgarni Gandalf:

(kliknięcie przeniesie Was na stronę konkursu)

inklingowie | literatura amerykańska | recenzja | David Downing | literatura | recenzje książek



David C. Downing - wykładowca w Elizabethtown College w Pensylwanii, znawca twórczości C. S. Lewisa i grupy Inklingów, pisarz. Wykształcenie zdobył na UCLA (Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles). Jest autorem czterech książek na temat C.S. Lewisa i cyklu narnijskiego, jednej dotyczącej wojny secesyjnej oraz prozy W poszukiwaniu króla. Powieść o Inklingach. Jest także autorem licznych artykułów naukowych. Jego dzieła były tłumaczone na kilka języków.
Źródła: foto | opis









~Klaudyna~

8 czerwca 2011

Pożeracz snów, Bettina Belitz

Pożeracz snówPożeracz snów, Bettina Belitz
Oryginał: Splitterherz
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 512
Gatunek: fantasy

Wydawać by się mogło, że to wszystko już było - cudowny facet nie z tego świata i zagubiona outsiderka. Superbohater i biedna owieczka. Między nimi zakazane uczucie, niezrozumiałe dla ludzi z zewnątrz. Historia przerobiona i przeżuta w literaturze setki razy. Do tego jeszcze jawne nawiązania do Zmierzchu i kilka wątków, żywcem wyciągniętych z twórczości Meyer. Niezła mieszanka, aby odstraszyć malkontentów. Ale, ale! Radzę tej powieści dać szansę, bo potrafi ona i oczarować, i zaskoczyć.

Intrygująca jest już sama okładka. Okładka pełna symboli, otwarcie korespondujących z treścią książki. Pokaźnej książki! Prawdziwych moli takie gabaryty (ponad 500 stron) jednak nie odstraszą. Zwiastują one bowiem odpowiednio rozwinięta fabułę i dużo przyjemności z lektury. I zapewniam, że tak jest w istocie!

Akcja w Pożeraczu snów rozwija się niespiesznie. Miejscami przerażająco wolno wręcz. I mogłoby to irytować i męczyć, gdyby nie język, jakim posługuje się Bettina Belitz. Niemiecka autorka opowiada w sposób niezwykły, pełen pasji. Opisy zarówno akcji, jak i świata przedstawionego są niezwykle plastyczne i niesamowicie oddziałujące na wyobraźnię, a po lekturze nie mogę oprzeć się wrażeniu, że łatwo w tej historii się zatracić. Łatwo przepaść na dobre...

Narratorką Pożeracza snów jest nastoletnia Elisabeth - dziewczę stale poszukujące samej siebie, zagubione, wyobcowane. Przez całe życie bohaterka dostosowywała się do innych, aby choć na chwilę przestać być dziwadłem zepchniętym na margines. I choć kłóci się to z jej naturą, trwa w tym nadal. Ale do czasu. Do czasu gdy z wielkomiejskiej rzeczywistości wpada prosto do wiejskiej zawieruchy... W zapuszczonej wiosce Kaulenfeld Ellie pragnie przetrwać ostatni rok nauki. Bez problemów i bez żadnych niepotrzebnych znajomości. Ale to się oczywiście nie udaje. Bo na horyzoncie pojawia się tajemniczy Colin. Wyobcowany, zdystansowany i intrygujący Colin...

Splot niezwykłych zdarzeń sprawia, że bohaterowie powoli zbliżają się do siebie. Jednak on odpycha ją ze wszystkich sił. A ona? Ona pragnie być jak najbliższej...

Wieje banałem? Stop, stop, stop! Uczucie rodzące się między Ellie i Colinem to zaledwie kropla z morza wydarzeń. Morza fascynujących wydarzeń...

Co jest zatem głównym tematem Pożeracza snów? Świat snów, oczywiście! Dodam - świat przedstawiony w sposób niebanalny, nowatorski i intrygujący. Tu jawa zaciera się ze snem. Koszmary z pięknem. Lęk z ukojeniem.

I nic nie jest takie, jakim wcześniej się jawiło...

Najbardziej w Pożeraczu snów podoba mi się nieprzewidywalność zdarzeń i nieszablonowość bohaterów. Owszem, zdarzają się fragmenty, które w sposób oczywisty kojarzą się z innymi utworami, ale są to jedynie drobne odłamki z całej tej zawiłej, acz harmonijnej i logicznej układanki. Układanki osnutej nutką magii i melancholii. Układanki pełnej samotności, lęku, zagubienia i wyobcowania. Pełnej tajemnic, których rozwikłanie często zamiast ukojenia, przynosi jedynie ból. I kolejną dawkę lęku.

Warto sięgnąć po Pożeracza snów, bo jak na paranormal romance ta książka spisuje się wyjątkowo dobrze. Miłość stanowi zaledwie tło całej historii i przedstawiona jest w sposób nienachalny i ciekawy. Sama powieść jest wyjątkowa. I wyjątkowo dobra. Czytajcie!

A ja niecierpliwie czekam na kolejne tomy :)

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.



Powieść Pożeracz snów kupisz w księgarni:

literatura niemiecka | recenzja | Bettina Belitz | literatura | recenzje książek


Bettina Belitz - niemiecka pisarka, mająca za sobą karierę, jako dziennikarz i redaktor. Studiowała historię i literaturę. Teraz wiedzie spokojne życie na wsi, w otoczeniu przyrody.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

6 czerwca 2011

Jeden dzień, David Nicholls

Jeden dzień, David Nicholls
Oryginał: One Day
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Stron: 448
Gatunek: psychologiczne, obyczajowe
Zakochałam się. W Davidzie Nichollsie. W Emmie Morley. W Dexterze Mayhew. W Wielkiej Brytanii przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. W ciągnącej się przez dwadzieścia lipców opowieści o... miłości? Nie do końca. O życiu? Tak, o zwyczajnym życiu...

Wciąż jeszcze ściska mnie w gardle, wciąż jeszcze łzy atakują moje oczy, chcąc uparcie wydostać się na zewnątrz. Wciąż jeszcze pełna jestem przeróżnych emocji po lekturze Jednego dnia... Do tej pory kiedy chciałam poznać jakąś pełną pasji opowieść o miłości, sięgałam po Sparksa. Ale twórczość Sparksa przelukrowuje rzeczywistość, przez co uczucie mdłości pozostaje w czytelniku na długie godziny. A David Nicholls? Stworzył powieść niebanalną, wzruszającą, błyskotliwą i poruszającą. Wbrew pozorom - nie tylko o miłości. Ta jest właściwie tylko tłem...

Jeden dzień to pełna pasji opowieść o poszukiwaniu dróg. Dróg do szczęścia i spełnienia. Do miłości i realizowania marzeń. Do siebie... Bo Emma i Dexter znają się długie lata, długie lata się kochają i żyć bez siebie nie mogą, ale ich drogi dramatycznie się rozchodzą. Jego kierują do balang i przypadkowych kobiet, ją do nieszczęśliwych związków. Ich losy poznajemy tylko fragmentarycznie - przez kilkanaście lat. Zawsze piętnastego lipca. Dowiadujemy się wtedy kim są, gdzie zaprowadziło ich życie, jak bardzo się do siebie zbliżają i jak bardzo oddalają... Dexter jest dobrze sytuowaną personą, Emma prostą dziewczyną z prowincji. On przywdziewa drogi garnitur, ona grube okulary. On pija szampana na bankietach, ona walczy o każdy grosz w nędznej robocie. Wydawać by się mogło, że ludzie z tak różnych światów nie powinni potrafić ze sobą współegzystować. Bo cóż może łączyć zapatrzonego w siebie bufona i zakompleksioną idealistkę? Ta niebanalna powieść odpowiada na to pytanie tak, jakby sprawa była "oczywistą oczywistością". Bo Em i Dexa, Dexa i Em łączy więź tak niesamowita, że nie sposób nie pokochać tych dwojga. I ich historii. Pięknej i smutnej, wspaniałej i wzruszającej historii...

Zdarzyło się w powieści Nichollsa parę niedociągnięć, ale ciężko jest mi ocenić, czy to wina tłumaczenia, czy rzeczywiście autor nie zorientował się, że w latach '90 jeszcze nikt nie mógł słyszeć o czymś, co zaistniało dopiero osiem lat później. Ale nie przeszkadza mi to. Nie przeszkadza mi również kilka błędów technicznych, świadczących o problemach z deklinacją u korektorów. Mam to gdzieś. Pokochałam tę książkę za niebanalność i błyskotliwość. Za wspaniałą okładkę, za cudownych bohaterów i piękno przedstawionej rzeczywistości. Za wzmianki o Manchesterze United, polskich filmach i Polakach. Za wszystko, właściwie. Nawet za to, że nie wszystko ułożyło się tak, jakbym tego chciała...

Skala ocen, jaką stosuję każe mi umieścić tę urokliwą powieść na samym szczycie. Bo naprawdę mnie oczarowała, pomimo tego, że nie czyta się jej jednym tchem, a raczej trawi przez dłuższy czas. Inna jest "dziesiątka" dla Murakamiego, inna dla J.K. Rowling, inna też dla Nichollsa. Nie twierdzę, że jest to arcydzieło, które mają przeczytać wszyscy, ale z całego serca polecam tę historię każdemu. Spróbujcie, może i Wy dacie się porwać...

Moja ocena: 10/10

literatura angielska | recenzja | David Nicholls | literatura | recenzje książek

David Nicholls - z wykształcenia aktor, obecnie pisarz i scenarzysta. W swoim dorobku ma m.in. cieszącą się dużym uznaniem współczesną wersję "Wiele hałasu o nic". Za pracę scenarzysty dwa razy został nominowany do nagród BAFTA. Ekranizacja powieści "Jeden dzień" trafi do kin jesienią 2011 roku.
Źródła: foto | opis

1 czerwca 2011

Szarańcza, Gabriel García Márquez

Szarańcza (La hojarasca), Gabriel García Márquez
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Czytanie Márqueza do największych przyjemności nie należy - nie zatracam się w jego twórczości i nie połykam jego dzieł tak błyskawicznie, jak mam to w zwyczaju. Nad tekstami Kolumbijczyka należy się bowiem pochylić i niespiesznie przemierzać kolejne strony - inaczej zagłębianie się w jego opowieści nie miałoby raczej sensu. Obcowanie z nimi traktować należy jako ucztę. A uczta nigdy nie może być pospieszna...

Długo więc pochylałam się nad debiutanckim dziełem noblisty, chłonąc je powoli i z uwagą. I nie będzie to być może moja ulubiona pozycja, ale z pewnością z Márquezem mam zamiar obcować dalej. Bo lubię to, jak opowiada. To, jak plastycznie przedstawia świat. To, jak barwnie potrafi zaprezentować najmniejsze błahostki. I to, jak wielka jest jego wyobraźnia...

Szarańcza jawnie nawiązuje do Antygony - widzimy to już w pierwszych słowach dzieła, na które składa się cytat z Sofoklesa. Ale to jeszcze nie wszystko - sama fabuła oparta jest na wydarzeniach zbliżonych do tych znanych z antycznej tragedii. Oto bowiem mamy doktora-samobójcę, którego śmierci niecierpliwie wyczekiwała cała okolica. Chcąc zemścić się na tym, który odmówił kiedyś miasteczku pomocy, mieszkańcy Macondo postanawiają odmówić lekarzowi pochówku. Znajduje się jednak jeden śmiałek, który "wbrew woli ludu" decyduje się okazać serce wobec tego, którego wyklęło całe miasteczko. Do pomocy angażuje jeszcze swą córkę i małego wnuczka. Co z tego wyniknie? Otóż bohaterowie znajdą pretekst do przedstawiania swych uczuć i snucia wspomnień. Wspomnień o zmarłym, o rodzinie, o miasteczku i jego mieszkańcach. Trzech narratorów oferuje czytelnikowi zupełnie różne spojrzenia na te same sprawy. Jest to znakomity zabieg i jeden z najmocniejszych punktów Szarańczy...

Gabriel García Márquez jest mistrzem skomplikowanej gawędy, opartej na rozbudowanych, plastycznych opisach. Kreuje świat i bohaterów, dbając o wszystkie detale. Jego opisy są barwne i szczegółowe, ale z pewnością nie każdemu przypadną do gustu. Dla jednych proza Kolumbijczyka będzie interesująca i magiczna, dla innych nużąca i przeładowana opisami... Ja do drugiej grupy należeć nie mam zamiaru, ale daleko jeszcze temu twórcy do stania się moim ulubieńcem. Bywa, że jednak chwilami mnie męczy...

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.


Powieść Szarańcza kupisz w księgarni:

literatura kolumbijska | recenzja | Gabriel García Márquez | literatura | recenzje książek