30 maja 2011

Chichot losu, Hanka Lemańska

Chichot losu, Hanka Lemańska
Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2011

Tytuł Chichot losu obijał mi się o uszy od jakiegoś czasu, ale kojarzyłam go dotąd jedynie z telewizyjnym serialem, a nie z książką. Ponieważ gotując obiad lubię włączyć sobie jakiś nieskomplikowany tasiemiec, zaczęłam obawiać się, że natrafię kiedyś na Chichot i już na zawsze stracę okazję, by poznać tę historię w prawidłowej kolejności. Z wielką więc radością dopisałam się do Włóczykijkowej listy i wyczekiwałam na wizytę listonosza...

Nie oczekiwałam, że będzie to wielka, rzucająca na kolana powieść - raczej spodziewałam się przyjemnej lektury, ubarwiającej nudne wieczory. Nie rozczarowałam się więc - dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Chichot losu to przyjemna opowieść, którą połyka się w kilka godzin - na zmianę uśmiechając się i popadając w zadumę. Lemańska zaserwowała czytelnikom opowieść o perypetiach młodej kobiety, której życie przechodzi gwałtowną rewolucję pod wpływem jednego telefonu. Oto pod jej skrzydła trafia dwójka rezolutnych dzieciaków, które całkowicie zmieniają jej życie, jej świat, jej priorytety i jej osobowość. Joanna niespodziewanie odkrywa, że wokół siebie ma mnóstwo życzliwych osób. Nieżyczliwych, niestety również. Życie z dzieciakami okazuje się dla bohaterki ciężką przeprawą - walką z samą sobą i własnymi słabościami, walką z rozczarowaniami i niepowodzeniami. Ale jako że historia ta należy raczej do prostych i tendencyjnych - łatwo przewidzieć, jak się potoczy i jak zakończy.

Podoba mi się humor Chichotu - bohaterowie są zabawni i sympatyczni. Co prawda sama Joanna miejscami irytuje swym niedostrzeganiem spraw oczywistych, ale generalnie da się ją lubić. Podobnie jej postrzelone przyjaciółki, dziwaczne szefostwo i najbliższą rodzinę. Bohaterowie powieści Lemańskiej są po prostu zlepkiem ciekawych osobowości - może mało zaskakujących czy niespecjalnie skomplikowanych, ale interesujących.

Dobrze czyta się taką słodko-gorzką opowieść, która ani nie mdli, ani nie rozbawia za bardzo. To taka zwyczajna, życiowa historia, która mogłaby zdarzyć się każdemu z nas. Nie jest przesłodzona i bardzo łatwo przyjąć jej autentyczność. To sprawia, że wzbudziła ona we mnie mnóstwo pozytywnych uczuć. Spędziłam miło czas, czytając Chichot losu i mogę jedynie żałować, że musieliśmy tak wcześnie pożegnać Hankę Lemańską - myślę, że znalazłoby się w jej biografii miejsce na kontynuację losów Joanny. W końcu ostatnie słowo wcale nie zostało wypowiedziane...

Moja ocena: 7/10

Książka z akcji "Włóczykijka", przekazana przez wydawnictwo Zysk i S-ka.

literatura polska | recenzja | Hanka Lemańska | literatura | recenzje książek

28 maja 2011

Podmorska wyspa, Isabel Allende

Podmorska wyspa (La Isla Bajo el Mar), Isabel Allende
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Kiedy w sierpniu zeszłego roku zetknęłam się po raz pierwszy z Isabel Allende, z miejsca zakochałam się w jej sposobie pisania. Co prawda czytana wówczas Suma naszych dni to powieść biograficzna, a więc zupełnie inna bajka niż Podmorska wyspa, ale moje wrażenia nie zmieniły się wcale - chilijska pisarka w każdej formie zachwyca równie mocno.

Tytułowa podmorska wyspa jest jednym z najważniejszych miejsc w wierzeniach vodou - to taka mityczna kraina, do której dusza człowieka trafia po śmierci. Tam też trafiają bliscy głównej bohaterki powieści - Zarité. Sama historia osadzona jest w XVIII wieku na dalekiej wyspie Saint-Domingue (obecne Haiti). Miejsce to było niegdyś najbogatszą kolonią Francji, gdzie czarni niewolnicy uprawiali trzcinę cukrową, indygo, kawę i przeróżne przyprawy. W tamtym czasie takie plantacje były dla jednych żyłą złota, dla innych więzieniem i miejscem, w którym godność czarnoskórego człowieka zniżona była do zera. Kiedy wybuchła Wielka Rewolucja Francuska czarni niewolnicy postanowili walczyć o swoje prawa, wywołując bunt i przelewając krew w imię wolności. Bunt ów stłumić miały oddziały Napoleona Bonaparte, w których szeregach znajdowali się również Polacy (zajrzyjcie do Pana Tadeusza). Idee Haitańczyków były na tyle bliskie naszym rodakom, że zdecydowali się oni przejść na stronę czarnoskórych wojowników, co uchroniło ich od rychłej śmierci, zagwarantowało prawa w tamtejszej konstytucji i pozwoliło stworzyć polskie wioski na wyspie.

Tyle historii. Teraz o samej książce...

Podmorską wyspę poznajemy z dwu perspektyw - narrację pierwszoosobową prowadzi główna bohaterka - Zarité, natomiast trzecioosobową - neutralny obserwator. Ich relacje przeplatają się w taki sposób, iż wspomnienia Zarité stanowią uzupełnienie historii opowiedzianych z zewnątrz. Dzięki temu bezpośrednio poznajemy bolesną historię kolorowej niewolnicy. Jej relacja rozpoczyna i kończy powieść, przez co stanowi klamrę, spinającą treść książki. Sama historia podzielona jest na dwie części - koniec XVIII wieku na Saint-Domingue oraz przełom wieków w Luizjanie.

Pierwsza część pochodzi z czasów, kiedy Zarité jako młoda dziewczyna trafiła do rezydencji wpływowego francuskiego plantatora i jego psychicznie chorej żony. Dziewczyna szybko okazała się niezbędną zarówno dla swej niezrównoważonej pani, jak i niezaspokojonego pana. W chwili wybuchu krwawego buntu to właśnie młoda niewolnica pomogła mu uciec z owładniętego szałem miasta. Wraz z ich zamieszkaniem w Nowym Orleanie rozpoczyna się część druga historii.

Podmorska wyspa to historia kobiety, która na własnej skórze odczuła czym jest ból, bezwzględność, nietolerancja i brak sprawiedliwości. Wbrew pozorom jednak jej życie nie stanowi pasma nieszczęść i cierpień - Zarité czuje się wolna i spełniona, potrafi zaznać szczęścia i miłości. Nawet pewna sprawiedliwość wreszcie wkrada się w jej życie...

Podmorska wyspa przepełniona jest legendami i starymi wierzeniami, nadzieją, miłością i wiarą. Opowiada o tym kawałku historii, który dla czarnoskórych jest i bolesny, i szczęśliwy. O nietolerancji i bezwzględności, o zezwierzęceniu i podłości. O początkach walki z rasizmem i niesprawiedliwością. O początkach Wolności.

Powieść chilijskiej pisarki jest jedną z najważniejszych, jakie w życiu czytałam. Szokuje i zachwyca, oczarowuje i ekscytuje. Jest piękna, magiczna, pełna smutku i radości. Wywołuje niesamowite emocje i uczucia. Jest naprawdę genialna - przyciąga pięknym językiem, niezwykłą historią i niepowtarzalnym, pełnym magii klimatem. Gorąco zachęcam Was będę do lektury - Isabel Allende nie da się nie pokochać.

Moja ocena: 9,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.



Powieść Podmorska wyspa kupisz w księgarni:

literatura chilijska | recenzja | Isabel Allende | literatura | recenzje książek

25 maja 2011

Pensjonat Sosnówka, Maria Ulatowska

Pensjonat Sosnówka, Maria Ulatowska
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Oj, ciężko było mi wciągnąć się w tę historię, czego główną przyczyną jest zapewne moja nieznajomość poprzedniej jej części - Sosnowego dziedzictwa. Okres zaliczeń, egzaminów, prac semestralnych i różnych małych zmartwień w życiu codziennym również nie wpłynął korzystnie na odbiór tak sielskiej książki. Chyba na tle mojej rzeczywistości wydała mi się ona po prostu mało autentyczna i nieco przesłodzona. Co nie zmienia faktu, że z wielką radością osiadłabym w takim pensjonacie w towarzystwie tak ciepłych i sympatycznych ludzi...

Okazuje się, że można być szczęśliwym, gdy tylko pomoże się trochę losowi. Albo... kiedy los nam pomoże! W wyremontowanym dworku na Kujawach Anna Towiańska, młoda "dziedziczka z Sosnówki", urządza przytulny pensjonat. Zakochana w tym miejscu, jego klimacie i w tutejszych ludziach, zdobywa nowych przyjaciół i... traci serce. Czy prowadzenie pensjonatu okaże się łatwym kawałkiem chleba?

"Pensjonat Sosnówka" to opowieść o ludziach dobrych i o tych, którzy dobro dopiero mają w sobie odkryć; o barwnym Dyziu, małym Florku, cudownej Irence, niezawodnym Jacku, suczce Szyszce oraz wielu innych mieszkańcach i gościach magicznej Sosnówki. To historia o poszukiwaniu miłości niezależnie od wieku i odkrywaniu pasji w rzeczach, które kochamy. O pensjonacie, który stał się enklawą dla wszystkich poszukujących równowagi w życiu. O miejscu, gdzie czas płynie wolniej, sosny szumią i pachną jak zwykle, a jezioro nieustannie lśni w słońcu...

Pensjonat Sosnówka jest jak rozkoszny ptyś, polany mnóstwem lukru. Przenosi nas do uroczego miejsca gdzieś na Kujawach, w którym żyją sami życzliwi ludzie, raz po raz czyniący sobie miłe niespodzianki i nieustannie się wspierający. Łzy wzruszenia leją się tam strumieniami, a ludzkie dobro aż kipi. Sielskość tę i bezgraniczny urok podkreśla jeszcze narracja naładowana taką dawką zdrobnień i spieszczeń, że aż strach. Tak, przyznaję, nieco mnie te wszystkie "milusie określenia" wymęczyły. Bo w końcu nie sięgałam po bajkę, a po powieść dojrzałej autorki, przeznaczoną dla dojrzałego czytelnika.

Ale może o to chodziło? Może powieść pani Marii Ulatowskiej miała być taką właśnie bajką? Bajką, w której dobro zwycięża, a czarne charaktery (notabene najciekawiej nakreślone postaci) szybko znikają, pozostawiając wolną scenę dla niezachwianego szczęścia? Właściwie nie mam nic przeciwko temu - w końcu ileż można czytać o złej młodzieży, problemach, aferach, zabójstwach i "innych-takich"? Dobrze, że ktoś pisze o szczęściu i o tym, że po burzy zawsze wschodzi piękne słońce. O dobrych ludziach, o wzajemnej życzliwości, cieple rodzinnym i wielkiej przyjaźni. To, że akurat ja za taką literaturą nie przepadam, a i w sielanki nie wierzę, nie zmienia faktu, że Pensjonat Sosnówka jest książką, po którą warto sięgnąć. Czyta (a raczej: pochłania) się ją wyjątkowo szybko i dobrze. Lektura ta jest miła i pełna ciepła - wnosi pewien promyk do szarej rzeczywistości. I jeżeli potrzebujecie w tej chwili takiego ożywczego promyka - z pełni serca polecam Wam tę powieść - gwarantuję, że rozświetli Wam każdy szarobury dzień.

Moja ocena: 6,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.



Powieść Pensjonat Sosnówka kupisz w księgarni:

literatura polska | recenzja | Maria Ulatowska | literatura | recenzje książek

22 maja 2011

Czysta jak łza, Charlaine Harris

Czysta jak łza; Shakespeare's LandlordCzysta jak łza, Charlaine Harris
Oryginał: Shakespeare's Landlord
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 264
Gatunek: sensacja, kryminał

Bardzo byłam ciekawa, co też w serii kryminalnej o Lily Bard zaprezentuje Charlaine Harris - autorka, którą znam, lubię i cenię i w której książkach konsekwentnie się zaczytuję. Na cykl ten składa się pięć książek, wydawanych w Stanach Zjednoczonych w latach 1996-2001. W Polsce pojawia się on zatem dosyć późno - już po sukcesie późniejszych książek Harris. Cieszy mnie bardzo, że wydawnictwo Znak Literanova zdecydowało się przybliżyć polskiemu czytelnikowi starszą twórczość amerykańskiej pisarki. I nie będzie to złośliwe, jeśli stwierdzę, że ta ceniona na całym świecie autorka zasłużyła sobie, aby w Polsce za wydawanie jej powieści zabrała się porządna instytucja. Inna niż ta, która wypuszcza na nasz rodzimy rynek pełen błędów cykl o Sookie Stackhouse... Ślę więc w tym miejscu uśmiech do Krakowa i dziękuję ludziom ze Znaku, że dają czytelnikom tę odrobinę radości :)

Czysta jak łza to historia opowiadająca o młodej sprzątaczce - Lily, która pragnąc uporać się z bolesną przeszłością osiada w miasteczku Shakespeare na południu Stanów Zjednoczonych. Tam przez kilka lat dzielnie strzeże swych sekretów, jednocześnie od podszewki poznając życie okolicznych mieszkańców. Stroniąca od bliskich relacji z ludźmi Lily spędza czas na samotnych przebieżkach po miasteczku i treningach karate. Jej spokojną egzystencję zaczynają przesłaniać jednak ciemne chmury - bohaterka najpierw znajduje zwłoki wścibskiego właściciela pobliskich nieruchomości, a potem naraża się pewnej kobiecie i wpada w konflikt z kościołem. Wszystko to sprawia, że Lily czuje się osaczona, ale jednocześnie znajduje siły by walczyć - zarówno z demonami przeszłości, jak i podłymi ludźmi, którzy pragną uprzykrzyć jej życie. Sprawy jednak nie układają się po jej myśli. Czy bohaterka przetrwa grad ciosów i serię upokorzeń? Czy odkryje prawdę o zabójstwie? Czy wreszcie pozwoli na bliskość drugiego człowieka? Przeczytajcie, a stanie się to dla Was jasne.

Charlaine Harris zawsze ujmowała mnie tym, że potrafi połączyć ze sobą prostotę języka i nieskomplikowaną fabułę ze znakomitym portretem typowego społeczeństwa południa Stanów. Odnoszę wrażenie, że wszystkie jej powieści są tylko pretekstem do opowiedzenia prawdy o tym, jak wyglądają relacje międzyludzkie, stereotypy i uprzedzenia w tak specyficznym środowisku. Ten motyw konsekwentnie pojawia się w jej powieściach i z tą samą siłą fascynuje mnie zarówno teraz, jak i siedem historii wstecz, kiedy dopiero zaczynałam przygodę z twórczością Amerykanki. To właśnie jest w niej najbardziej przyciągające - w niezwykle przystępnej formie potrafi przedstawić istotne problemy społeczne, religijne czy polityczne. Nie nudzi i nie moralizuje, a wręcz przeciwnie - przyciąga i oczarowuje. Dlatego jest tak bardzo ceniona - i przez młodzież, i przez dorosłych, i przez krytyków, i przez tzw. przeciętnych odbiorców. Charlaine Harris naprawdę potrafi podbijać serca.

Pierwszy tom serii o Lily Bard czyta się równie dobrze, jak pozostałe powieści Amerykanki. Dynamiczne dialogi napędzają akcję, a skąpe opisy nie dają ani chwili wytchnienia. Między innymi dlatego tę książkę pochłania się tak szybko. Innym ważnym czynnikiem jest ekscytująca zagadka kryminalna, przewijająca się w tle - do samego końca nie jest wiadome kto zabił, kto gnębi bohaterkę i jakie sekrety noszą w sobie mieszkańcy małego Shakespeare...

Czysta jak łza nie jest może najlepszym kryminałem, z jakim miałam styczność, ale nie to jest w przypadku tej powieści najważniejsze. Jedynym zarzutem, jaki mogę wobec niej wystosować jest pewien niedosyt. Ponieważ książkę tę pochłania się niezwykle szybko, a i fabuła nie jest specjalnie rozbudowana, można odnieść wrażenie, że nie pochłonęła nas ona dostatecznie. Że nie przykuła uwagi całkowicie. Że nie porwała.

Ale jest dobra i czyta się ją świetnie, więc polecam.

W ramach ciekawostki: postać Lily Bard pojawia się w piątym tomie serii przygód Sookie Stackhouse. Jest tam mężatką i detektywem, a Sookie z jej myśli wyczytuje zachwyt nad czystością wokół. Jak widać - nawyki sprzątaczki pozostają. Ciekawi mnie tylko, kiedy Lily zmieni profesję i zwiąże z panem Leedsem - swym przyszłym małżonkiem, o którym w Czystej jak łza nie ma jeszcze mowy. Niecierpliwie wypatrywać będę kolejnych części cyklu - i Wam radzę to samo :)

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.


Zobacz również:
Seria Sookie Stackhouse


Powieść Czysta jak łza kupisz w księgarni:

literatura amerykańska | recenzja | Charlaine Harris | literatura | recenzje książek | Lily Bard

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

20 maja 2011

Spójrz na mnie, Yrsa Sigurðardóttir

Spójrz na mnie (Horfðu á mig), Yrsa Sigurðardóttir
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Na lekturę tej książki poświęciłam - rekordowe - pięć dni. Nie dlatego, że czytało się źle i nie dlatego, że nie wciągała - bo było wręcz przeciwnie. Ale znalezienie w ostatnim czasie wolnych chwil na czytanie jest dla mnie wielkim wyzwaniem - maj wiąże się z zaliczeniami, referatami, pracami i słonecznym rozleniwieniem. Ponadto, kiedy wieczorem znajdywałam czas na lekturę, zazwyczaj miałam po niej koszmarne sny. Oj, nie jest to lekka i przyjemna historyjka do poduszki!

Yrsa Sigurðardóttir to nordycka pisarka, która zdobywa coraz większą popularność zarówno w Polsce, jak i na świecie. Nazywa się ją "islandzką odpowiedzią na Stiega Larssona", gdyż serca ludzi podbija naprawdę znakomitymi kryminałami. Spójrz na mnie jest piątą częścią przygód prawniczki Thory, która tym razem pragnie rozwikłać zagadkę wyjątkowo odrażającej zbrodni. W eksperymentalnym ośrodku, zamieszkałym przez umysłowo i fizycznie chorych młodych ludzi dochodzi do podpalenia. Giną wszyscy pensjonariusze i ich opiekun, a za winnego podpalenia uznaje się cierpiącego na zespół Downa Jakoba, który pragnął uwolnić się z ośrodka. Chłopak zostaje skazany, choć niewiele jest dowodów wskazujących jego winę. Organy sprawiedliwości ukręcają sprawie łeb, ale wtedy ich spokojny żywot mąci Thora - zdeterminowana, by odkryć prawdę o tragicznych wydarzeniach sprzed paru lat. Sprawa jest wyjątkowo skomplikowana, a dodatkowo zaczynają zazębiać się z nią historie innych ludzi - młodego radiowca, prześladowanego przez tajemniczego słuchacza; małżeństwa, nawiedzanego przez ducha młodej dziewczyny; wpływowej rodziny chłopca, który zginął w pożarze. Co łączy wszystkie te wątki? Zbrodnie. Jakie? Przekonajcie się sami...

Spójrz na mnie to jedna z najbardziej porażających i niezwykłych książek, z jakimi miałam styczność. To naprawdę dobry, ekscytujący kryminał ze sporą domieszką elektryzującego horroru. Przedstawione wydarzenia wywołują naprawdę mocne wrażenie i kiedy się z nimi zapoznacie, nie zdziwi Was, dlaczego dręczyły mnie po nich koszmarne sny. Mam nadzieję, że nie boicie się silnych wrażeń...

W powieści Yrsy Sigurðardóttir nie jestem w stanie wskazać żadnych rażących uchybień i niedociągnięć (choć raz imiona bohaterów zostają pomylone). Faktem jest jednak, że niektóre zagadki rozwiązałam dużo szybciej niż Thora, ale i tak obserwowanie jej poszukiwań sprawiało mi wiele przyjemności. Poza tym, nie można autorce odmówić tego, że znakomicie buduje napięcie i w odpowiedniej chwili potrafi zaskoczyć niespodziewanym zwrotem akcji. Do tego tworzy interesujące, skomplikowane i niejednoznaczne postaci, z których niemal każdą po kolei można podejrzewać o popełnienie zbrodni... A czy ostateczne rozwiązanie jest zaskakujące? Cóż, zbrodniarz wzbudzał moje podejrzenia swoimi krętactwami, ale chyba nie przyszłoby mi do głowy... Nie! Uznajmy, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania sprawy.

Jedno w Spójrz na mnie nie do końca mi się podoba - okładka, mianowicie. Widoczny obok oryginał w stu procentach koresponduje z treścią książki. Nasza wersja już mniej - choć oczywiście można by ją dopasować do pewnych wydarzeń i tytułu. Islandzka okładka wzbudza pewien niepokój równy temu, wywoływanemu przez treść książki. Polska wydaje mi się nieco przeładowana literami, a i sam rysunek nieszczególnie mi się podoba (choć w tej kwestii zdania mych znajomych są podzielone). Myślę, że większe zainteresowanie wzbudziłaby na półkach okładka widoczna po prawej, choć nie można wykluczać tego, że Polaków zafascynuje pewna surowość naszej wersji. Co prawda nie szata graficzna jest tu najważniejsza, ale gdyby spojrzeć na inne wydania powieści islandzkiej autorki (sprawdźcie tutaj) można by zauważyć, że ta znacznie od nich odbiega. Mniej barwna, mniej intrygująca, mniej ciesząca oko. Ale to tylko mało istotny szczegół, gdyż sama powieść zasługuje na naprawdę wielkie wyróżnienie.

Zachęcam!

Moja ocena: 9,5/10

PS. W książce pada nawet nazwa mojego Manchesteru United, hah :)) Jak tu nie kochać Yrsy?

Za powieść dziękuję wydawnictwu Muza.



literatura islandzka | recenzja | Yrsa Sigurðardóttir | literatura | recenzje książek

14 maja 2011

Manchester United zdobywa tytuł mistrzowski!

Żadną miarą nie można zmierzyć tego, jak wielką miłością darzę Manchester United. Żadna miara nie jest również w stanie zmierzyć ogromu radości, jaką czuję w chwilach takich jak ta, w której mój ukochany klub sięga po mistrzowski tytuł. Mam prawo przypuszczać, że kiedy w tej chwili zalewam się łzami radości, należę do zaszczytnego grona najbardziej szczęśliwych ludzi na globie. W naszym kraju dużo się ostatnio dyskutuje o tym, że kibice to zło, że trzeba się ich pozbyć, zlikwidować, zakopać. Są ludzie, przez których wizerunek samej piłki nożnej jest niezwykle nadszarpnięty i przez których nawet ja (która z burdami stadionowymi mam tyle wspólnego, co z tytułem Miss World) nieraz muszę mierzyć się ze złośliwymi, pełnymi jadu uwagami. Nie lubię słuchać zajadłych przeciwników futbolu, którym sport ten kojarzy się wyłącznie z krwawą rzezią na trybunach. Jałowe dyskusje z nimi potęgują we mnie uczucie złości na cały świat, ale na szczęście potrafię znaleźć ukojenie, kiedy z głośników płynie Glory Glory ManUnited albo kiedy widzę na ekranie pełen pasji futbol w wykonaniu moich ulubieńców. Tylko żużel i mój Włókniarz są w stanie dać mi radość i wzruszenie równe temu, jakie gwarantuje futbol w wykonaniu United. Nic i nikt tego nie przebije...

To właśnie z Manchesterem wiążą się moje największe marzenia, w których spełnienie mocno wierzę. Mam nadzieję, że któregoś dnia będzie mi dane odwiedzić Teatr Marzeń i choć przez chwilę rozkoszować się atmosferą miejsca z moich snów. Że zdołam jeszcze zobaczyć w akcji mojego ukochanego Ryana Giggsa, którego uważam za najbardziej fenomenalnego piłkarza wszech czasów. Że choć przez chwilę będę oddychać powietrzem Old Trafford...

Mam to szczęście, że moje marzenie nie jest niewykonalne, odrealnione, nieprawdopodobne. I choć teraz jego spełnienie przekracza moje możliwości to wiem, że kiedyś osiągnę swój cel, a potem... Potem już chyba nigdy nie oderwę się od Manchesteru. Mogłabym tam nawet żyć - czasem udaję się na wirtualny spacer w tamte strony i serce mi mówi, że to jest właśnie moje miejsce. Że tam powinnam się znaleźć. Niech świadczą o tym łzy przejęcia, które dręczą mnie teraz, kiedy o tym wspominam i zawsze, kiedy dzięki internetowi zwiedzam okolice Old Trafford. Nic nie poradzę, że całą sobą pragnę znaleźć się właśnie tam, nie oglądając się nawet na moją Częstochowę, którą kocham naprawdę mocno. Miłość do Manchesteru po prostu zawsze będzie wygrywać...

Miałam siedem lat, kiedy kwitnąć zaczęło moje uczucie do Czerwonych Diabłów. Teraz mam dwadzieścia trzy i Manchester jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Jednym z najważniejszych elementów mojego świata... Więc szklanką wody wznoszę toast za kolejny tytuł mistrzowski mojego klubu oraz za jego powodzenie w zbliżającym się finale Champions League. Was namawiam do tego samego - przeżywajcie te piękne chwile ze mną :)

Definitywnie martwy, Charlaine Harris

Definitywnie martwy; Definitely DeadWszyscy martwi razem, Charlaine Harris
Oryginał: Definitely Dead
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2011
Stron: 400
Gatunek: horror, opowieści o wampirach

Oj, dałam się pochłonąć temu cyklowi! Wielką przyjemność daje mi zarówno jego wersja książkowa, jak i telewizyjna. I nawet konsekwentnie w obu nie lubię głównej bohaterki /a zarazem narratorki/ - Sookie Stackhouse. Osóbka ta jest tak naiwna, przesłodzona i irytująca, że aż dziw zawsze mnie brał, skąd wokół niej tylu interesujących ludzi. Kwestia ta jednak wyjaśnia się nieco w tym tomie, gdyż na jaw wychodzi prawda o niezwykłym pochodzeniu bohaterki. To jednak musiało się tak skończyć - w końcu jakoś trzeba było wyjaśnić, dlaczego takie puste dziewczę tak przyciąga samczą część społeczeństwa. Zapewniam Was, że wyjaśnienie okaże się bardzo interesujące - sami sprawdźcie.

Definitywnie martwy okazuje się być jedną z moich ulubionych części cyklu - napisany jest niezwykle sprawnie, a przy tym logicznie i konsekwentnie. Irytują mnie jednak fragmenty wyjaśniające pochodzenie wszystkich postaci po kolei i ciągłe wspominanie wydarzeń z poprzednich tomów. Rozumiem, że zabieg ten ma na celu odpowiednie uświadomienie przypadkowych czytelników, dla których kontakt z Definitywnie martwym jest początkiem przygody z serią, ale tak po prawdzie, nie sądzę, aby było wielu takich, którzy zagłębiają się w wielotomowe cykle, zaczynając od lektury części szóstej. Co więcej - taki zabieg może bardziej zaszkodzić, niż pomóc, gdyż mamy tu do czynienia z sytuacją typową dla telewizyjnych tasiemców - obojętnie który odcinek włączysz, zawsze wiesz o co chodzi i nawet nie masz ochoty zagłębiać się w poprzednie. A ja bym wolała, żeby taki przypadkowy czytelnik poczuł się na tyle zaintrygowany, by z radością sięgnąć po wcześniejsze powieści Charlaine Harris. Czy uczyni to, mając wszystko wyłożone "od A do Z"? Nie sądzę...

Definitely DeadTę część cyklu o Sookie Stackhouse lubię również dlatego, gdyż nieco rzadziej pojawiają się w niej wampiry, a na pierwszy plan wysuwają inne nadnaturalne postaci - wróżki (z moją imienniczką - Claudine - na czele), zmiennokształtni i czarownice. Nie żebym miała coś przeciwko wampirom - nie należę do tych ludzi, którzy - w myśl jakiejś chorej mody - krytykują tego typu postaci, nie dając im nawet szans na bliższe poznanie. Po prostu uważam, że jest to o tyle dobre, że może właśnie takich malkontentów namówię na przeczytanie serii, nie słysząc ciągłego bełkotu "ale o wampirach to ja nie czytam, bo są beee". A są "beee" dlatego, że "napisała o nich Meyer". Tak, jakby jej błyszczący Edward miał coś wspólnego z innymi postaciami tego typu i decydował o wartości tego gatunku w historii literatury...

Samą serię cenię bardzo za świeże, nowatorskie spojrzenie na kwestię wampirów w literaturze. Charlaine Harris pokusiła się o coś więcej, niż tylko wciśnięcie tych istot do normalnej rzeczywistości - stworzyła nowy świat, rządzący się własnymi regułami i różny od tego, jaki znamy, a jednocześnie tak bardzo jemu bliski. Wampiry bowiem funkcjonują tu jako odrębna (nieco zepchnięta na margines) rasa. Ciekawe spojrzenie na rasizm, nietolerancję i budowanie uprzedzeń jest bardzo mocną stroną tego cyklu i czyni go jeszcze bardziej fascynującym. Można się co prawda czepiać prostoty języka, ale chyba właśnie ona sprawia, że cykl ten zyskał miliony fanów na całym świecie. Niesie przesłanie, a jednocześnie dostarcza odpowiedniej rozrywki i nie sprawia problemów przeciętnemu czytelnikowi, nieodczuwającemu potrzeby sięgania po bardziej wymagającą literaturę. A ponieważ dobrze jest czasem zaspokoić potrzebę rozrywki - wszystkim polecać będę cykl o Sookie Stackhouse. Mam zresztą nadzieję, że znajdziecie w tej serii coś więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać...

Moja ocena: 8,5/10

Swoją drogą... Nie wydaje Wam się, że szata graficzna polskich wydań znacznie przewyższa oryginały? Pomijając okładkę drugiego tomu, którą chciałabym nazwać "wyciągniętą z zadu", ale nie będę tak niegrzeczna - całość jest spójna i wyjątkowo atrakcyjna dla oka.

Powieść Definitywnie martwy kupisz w księgarni:


* * *

Na dokładkę kilka zdjęć z serialu True Blood, znalezionych na stronie true-blood.net:

Czysta krew; True Blood
Eric Northman
Czysta krew, True Blood fight
Eric NorthmanAlexander Skarsgård
Eric Northman & Bill Compton
True Blood screen
Maryann Forrester - Michelle Forbes & Tara Thornton - Rutina Wesley
Eric Northman - Alexander Skarsgård & Sookie Stackhouse - Anna Paquin
Miłego oglądania!


Zobacz również:
Seria Lily Bard

literatura amerykańska | recenzja | Charlaine Harris | literatura | recenzje książek | Sookie

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

10 maja 2011

Natalii 5, Olga Rudnicka

Natalii 5, Olga Rudnicka
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Natalii 5 to powieść niezwykle przewrotna. Człowiek spodziewa się soczystego kryminału z piątką potencjalnych morderczyń zaciekle walczących o majątek, a tymczasem otrzymuje pełną uroku komedię, w której wątek kryminalny jest zaledwie tłem, a i same bohaterki wcale skore do walki nie są. Przynajmniej nie przeciwko sobie...

Natalii jest pięć. Najmłodsza ledwie skończyła liceum, najstarsza dobiła już do trzydziestki. Oprócz imienia łączy je jedno - ekscentryczny ojciec o zadziwiającym poczuciu humoru, który postanawia po swej samobójczej śmierci połączyć nieznające się kobiety. Te, pełne wzajemnej niechęci, decydują się zamieszkać w ogromnej willi, chcąc rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci ojca. Wszystko bowiem wskazuje na to, że na terenie posiadłości wcale nie doszło do samobójstwa. Nawet, jeśli denat był sam, zamknięty w swym gabinecie, zamki nie nosiły śladów włamania, a w depozycie pozostał pożegnalny list... Co odkryją kobiety i czy wyjdą z tego cało? Przekonajcie się sami!

Lektura Natalii 5 dała mi naprawdę wiele radości. Jest to powieść zabawna, przewrotna, pełna ciepła i uroku. Snujący się po kątach wątek kryminalny dodaje akcji kolorytu i powoduje, że od lektury nie sposób się oderwać. Jednak najbardziej ze wszystkiego zachwycają w tej powieści same bohaterki - pięć niezwykłych Natalii, dla uproszczenia nazwanych Natą, Natką, Anną, Magdaleną i Natalią. Olga Rudnicka niezwykle umiejętnie sportretowała pięć różnych osobowości idealnie ze sobą współgrających i kontrastujących. Każda z nich walczy z demonami przeszłości i zostawia za sobą to, od czego pragnie uciec. Każda z nich dzięki ojcu znajdzie nową ścieżkę - odkryje siebie i swoje mocne strony oraz zazna tego, co dotąd było jej obce - siostrzanej przyjaźni...

Bardzo przyjemnie czyta się tę pokręconą powieść. Pięć kobiet-wulkanów wywołuje niesamowite zamieszanie, a w to wszystko wplątane zostają jeszcze włamania, ukryte skarby, wojenne tajemnice i stadko mężczyzn, którym przyjdzie walczyć z pokrętną, kobiecą logiką i solidarnością jajników. Kto wyjdzie z tego zwycięsko? Jasne, że siostry!

Ale jak do tego dojdą - odkrywanie pozostawiam Wam. Warto zagłębić się w ten labirynt i osobiście poznać Natalii 5.

Ciężko jest mi oceniać tę powieść jako kryminał, bo i wszelkie kryminalne wątki traktowałam nieco z przymrużeniem oka, stale mając w głowie obraz zabawnych sióstr Sucharskich. Podczas lektury powieści Rudnickiej przede wszystkim dobrze się bawiłam, a bardziej napięte momenty nie wywoływały we mnie wielkiej ekscytacji czy nerwowego przygryzania paznokci. Cały czas wiedziałam bowiem, że akcja i tak rozwinie się w pokrętny i zabawny sposób... Nie uznaję tego bynajmniej za wadę powieści - raczej za pozytywne zaskoczenie, ale świadoma jestem, że u niektórych taki rozwój wypadków może przynieść skutek raczej odwrotny. Toteż od razu uprzedzam, mając jednak nadzieję, że chętnie po powieść Olgi Rudnickiej sięgniecie. Naprawdę warto!

Miło spędziłam czas przy lekturze Natalii 5 i Wam również polecam taki rodzaj rozrywki. Nie jest to banalna historyjka, o której po zamknięciu książki się zapomina. To jedna z tych niezwykłych powieści, które na stałe zapisują się w pamięci i jeszcze przez długi czas pozostają w umyśle czytelnika. Niezwykłą moc mają te Natalie o czym przekonali się nie tylko pozostali bohaterowie powieści, ale przede wszystkim ja. Ja, która zakochałam się w tych pięciu niesamowitych siostrach! Oby tylko autorka zechciała kontynuować ich losy - wiele jeszcze można by tu dopowiedzieć...

Moja ocena: 8/10

PS. Zastanawiam się jedynie dlaczego nasz denat kilka razy zostaje nazwany Tadeuszem, skoro na imię mu było Jarosław ;)

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


literatura polska | recenzja | Olga Rudnicka | literatura | recenzje książek

3 maja 2011

Spalona róża, Anna Walczak

Spalona róża, Anna Walczak
Wyd. Novae Res, Gdynia 2010

Anna Walczak ma czternaście lat. Miałam przez pewien czas dylemat czy powinnam ulgowo traktować tę powieść ze względu na młody wiek autorki. Uznałam jednak, że nie mam do czynienia ze szkolnym wypracowaniem, a szeroko dostępną na rynku książką i powinnam podejść do tematu uczciwie. Dlatego też od razu przyznać muszę, że Spaloną różę traktować należy z przymrużeniem oka i w żaden sposób nie nastawiać się na literaturę wysokich lotów...

Anna Walczak zaserwowała nam naiwną bajeczkę o gburowatym przystojniaku-miliarderze i pokrzywdzonej przez los szarej myszce, którzy z wzajemnej nienawiści, postanawiają zostać małżeństwem. On na każdym kroku ją poniża, ona jego idealizuje. Żyją obok siebie, bezustannie ze sobą walcząc gdzieś w murach przerażającego, zimnego gmaszyska w północnej części Anglii. Z przyczyn nieznanych (choć ja obstawiam deszczową pogodę) młoda autorka osadza akcję akurat tam, za bohaterów czyniąc Anglików, choć obraz tego świata wygląda jak żywcem wycięty z peruwiańskiej telenoweli, połączonej z dramatycznymi obrazami polskich patologii. Ani nie nadaje to utworowi autentyczności, ani nie przysparza mojej sympatii - zwłaszcza, że wiedzą na temat angielskiego społeczeństwa Anna Walczak się nie popisuje, co gwarantuje czytelnikowi duszący powiew sztuczności...

Nie jedyny, zresztą.

Bo cała ta historia jest mocno przerysowana. Z wieloma - nawet najgorszymi - ludzkimi zachowaniami miałam do czynienia - w życiu, w literaturze, w filmie. I żadne nie były tak przesadzone i przejaskrawione. Owszem, zdarza się epatowanie brutalnością i szokowanie tym, co - mówiąc potocznie - w głowie się nie mieści, ale w wypadku Spalonej róży chodzi o coś zupełnie innego. Żeby zapełnić jakoś strony (tj. napisać cokolwiek) autorka w kółko serwuje nam ten sam schemat - on poniża ją, ona albo się zamyka, albo odgryza (swoją drogą tak niekonsekwentnej kobiety to ja dawno nie widziałam). Myślę, że wystarczyło przedstawić dwie, trzy takie sytuacje, żeby miało to szansę zrobić wrażenie na czytelniku, a nie wciskać mu takie obrazy co trzy strony. Dlaczego? Bo robi się to nudne, smętne i mało autentyczne.
Znowu.

Anna Walczak miała ciekawy zamysł - w jej powieści pojawia się kilka naprawdę fascynujących wątków. Tyle tylko, że te najbardziej interesujące mają charakter wyłącznie epizodyczny i zostają zakończone ledwie się pojawią. Poza tym - splątane są ze sobą dosyć niespójnie i mało logicznie, tworząc sieć urywanych obrazów, w których czytelnik nie ma szans się zatracić. W tym wszystkim wybijają się jedynie kreacje bohaterów - a zwłaszcza Daniela, który sportretowany został naprawdę znakomicie. Co prawda jego metamorfoza mnie nie przekonuje, ale akurat ta postać zdaje się być wyjątkowo interesującą...

Spalona róża nazywana jest gotyckim romansem, ale tak naprawdę gdybym miała jednoznacznie określić jej gatunek, pewnie wstrzymałabym się od głosu. Nie chcę powiedzieć, że to powieść nijaka, ale tak naprawdę jednoznacznie nie da się wskazać, jaki nurt zostaje tu wyeksponowany. To raczej taki miszmasz, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Choć ja akurat za zaletę bym tego nie uznała.

Najsłabszą stroną Spalonej róży jest jednak język. Pomijając błędy i literówki w oczy rzucają się tu liczne powtórzenia (i to całych zdań) oraz kolokwializmy. Niby czyta się to lekko, a docelowym odbiorcą ma być mało bystry nastolatek, ale są pewne granice - można by napisać to na nieco wyższym poziomie, żeby bardziej wymagający czytelnik nie musiał zgrzytać zębami, przewracać oczami, ciężko wzdychać i krzywić się z zażenowania. To właśnie w języku ujawnia się wiek autorki, gdyż w trakcie lektury nie można oprzeć się wrażeniu, że to tekst żywcem wyciągnięty z gimnazjum. I widoczne jest to przede wszystkim w wyjątkowo miernych dialogach. Na szczęście to złe wrażenie rekompensują partie opisowe (które w powieści przeważają). Anna Walczak ma dar plastycznego, wyrazistego przedstawiania rzeczywistości. Wychodzi jej to naprawdę znakomicie. I nawet pewne nieścisłości schodzą na dalszy plan, kiedy czytelnik ma ochotę przenieść się do świata, stworzonego przez młodą autorkę...

Podziwiam wyobraźnię Anny Walczak - jej pomysłowość i umiejętność przelewania myśli na papier. Spalona róża dostarczyła mi sporej dawki rozrywki i odprężenia, na kilka godzin przenosząc do zupełnie innego świata. Wielki potencjał kryje się w tej autorce i jestem pewna, że gdy nabierze ona życiowego doświadczenia, wciąż będzie czytać i rozwijać się, Polska jeszcze o niej usłyszy. Napisanie powieści - wbrew pozorom - jest wielką sprawą, która dla wielu pozostaje wyłącznie w sferze marzeń. Młoda autorka już pewien pułap osiągnęła, a co będzie dalej - zależy tylko od niej. Ja trzymam kciuki i niecierpliwie czekam na kolejne powieści, bo wiem, że ta dziewczyna jeszcze w pełni nie rozwinęła skrzydeł i swój wielki potencjał dopiero wykorzysta. Powodzenia!

Moja ocena: 5,5/10

Książka z akcji "Włóczykijka", przekazana przez wydawnictwo Novae Res.


Powieść Spalona róża kupisz w księgarni:

2 maja 2011

Rules Changed Up, Piotr Lisiecki

Tej płyty wyczekiwałam odkąd pierwszy raz usłyszałam Piotra Lisieckiego na castingach do popularnego show Mam talent. Mą uwagę zwrócił ujmujący i skromny sposób bycia młodego wokalisty oraz niezwykła barwa jego głosu. Podczas trwania programu zachwycił mnie sobą tak bardzo, że z ogromną niecierpliwością czekałam na debiutancki album, który od paru dni nieprzerwanie gości w mym odtwarzaczu. Zasłuchuję się i daję porwać, ale prawda jest taka, że spodziewałam się po Rules Changed Up nieco więcej...

Zacznę od ostatnich trzech kawałków albumu, które Piotrek wykonywał już w programie. Poprzednie wersje Lost, Jolene i Ain't No Sunshine poruszyły mną do głębi. Zwłaszcza cover piosenki Anouk za każdym razem działał na mnie tak silnie, że w końcu przestałam go obsesyjnie słuchać, bo bezustannie zmagałam się z ciarkami na całym ciele i łzami w oczach. Kiedy na płycie Rules Changed Up usłyszałam te trzy piękne utwory w zupełnie innej aranżacji, początkowo byłam mocno zawiedziona. Są inne, bardziej melancholijne i zabrakło mi w nich ostrzejszej nuty, mocnego akcentu, tak charakterystycznego dla Piotrka i jego niesamowitego głosu. Dopiero z czasem przekonałam się do nowych wersji tych utworów. Przede wszystkim dlatego, że idealnie wpasowują się w klimat całej płyty. Poza tym, doszłam do wniosku, że nagranie nowych wersji ma sens, kiedy poprzednie są już osłuchane i dostępne w sieci. To miłe, że Piotrek nie poszedł na łatwiznę i zaskoczył słuchaczy w ten sposób.

Jak widać - moje początkowe zniechęcenie szybko przekształciło się w oczarowanie...
Oprócz trzech coverów na płycie znajduje się siedem autorskich kompozycji Piotra Lisieckiego, do których teksty napisali m.in. Łukasz Radziszewski i Joanna Klejnow. Album otwierają energetyczne kawałki Cała moja i Skazani na siebie, a między nimi znajduje się przyjemnie bujająca Gra o wszystko. W podobnym klimacie sytuują się również Ikar płonie oraz Każda chwila sprawia radość. Za małe przełamanie uznać można najbardziej wyciszające utwory - Tam gdzie cichną rozmowy oraz To miasto jest złe. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że nawet te utwory, które nazywam energetycznymi, mają w sobie pewną spokojną nutę. Głos Lisieckiego chwilami wycisza i uspokaja, by za chwilę... poderwać do tańca. Żaden z utworów na płycie Rules Changed Up nie jest monotonny i jednolity - dlatego tak niezwykle przyjemnie się ich słucha...
Wspomniałam na początku, że moje oczekiwania wobec Rules Changed Up były nieco wyższe. Debiutancki album Piotra Lisieckiego co prawda podoba mi się bardzo, ale mam wrażenie, że w żadnym z utworów nie ma ani śladu Piotrka, którego znałam i tak mocno ceniłam. Szukałam tej zmysłowej nuty, charakterystycznej dla głosu Lisieckiego i nie znalazłam jej. Ta muzyka wciąż oczarowuje, wciąż się podoba, ale nie wgniata w fotel i nie zachwyca tak bardzo, jak mogłam się tego spodziewać. Miałam nadzieję, że od Rules Changed Up nie będę mogła się oderwać. Że znów będzie poruszenie, że będą łzy i dreszcze emocji na całym ciele. Nie ma ich, niestety.
Piotr Lisiecki wciąż jest jednym z najbardziej zachwycających mnie wokalistów w Polsce i na świecie. Jego osobowość i niesamowity głos sprawiają, że mam ochotę słuchać go wciąż i wciąż i do tego słuchania zachęcać innych. Dlatego też polecam Wam zakup płyty Rules Changed Up - warto zwrócić uwagę na tego utalentowanego i skromnego chłopaka. Mam jednak nadzieję, że przy okazji następnego albumu pokaże on więcej "pazura" i że znów powali mnie na łopatki...

Moja ocena: 8/10

1 maja 2011

Nagie wiersze, Krystyna Gucewicz

Nagie wiersze, Krystyna Gucewicz
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Powinnam zacząć od wstydliwego obwieszczenia, że nie jestem specjalistką od poezji (właściwie to w niczym się nie specjalizuję, ale chyba tę poezję należało podkreślić, prawda?). Dlatego też mogę powiedzieć, że ten rodzaj literatury odbieram wyłącznie intuicyjnie - nawet jeśli z zajęć z poetyki miałam ocenę pozytywną (a za taką uznaję tróję po poprawkach), a i sama czasem uprawiam tzw. pseudopoezję.

To, co - po lekturze Nagich wierszy - mogę powiedzieć o samej twórczości Krystyny Gucewicz, zawierać się będzie w kilku prostych stwierdzeniach. Po 1: uwielbiam tego rodzaju kobiecość i taką właśnie wrażliwość. Subtelną i pieprzną jednocześnie. Pełną ciepła i refleksji, humoru i goryczy. To takie wymieszanie łagodności z wielką siłą, niewinności z erotyką. Znakomita mieszanka, która doskonale sprawdza się w tak obszernym zbiorze poetyckim. Po 2: lubię poezję, która pobudza wyobraźnię, oddziałuje na wspomnienia, angażuje wszystkie zmysły i zmusza do refleksji. Nagie wiersze mają tę niezwykłą moc, która sprawia, że czytelnik na chwilę przenosi się do zupełnie innej rzeczywistości. Takiej, która powstaje na fali inspiracji kobiecą poezją, ale zdaje się być prywatna i intymna. Świat Krystyny Gucewicz widziany mymi oczyma kwitł będzie zupełnie inaczej, niż gdyby powstawał w głowie kogokolwiek innego. Nic nie jest tu jednoznaczne, co bardzo sobie cenię. Po 3: choć dzieli nas (tj. mnie i autorkę) wiek, dzielą doświadczenia i ideały - piękne jest to, że w poezji pani Gucewicz mogę odkryć cząstkę siebie. Mogę pokiwać głową i powiedzieć "doskonale to rozumiem", "tak, ja też to przeżyłam", "dziękuję". Mogę zatracić się całkowicie...

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze znakomite wydanie w Muzie. Poezja Krystyny Gucewicz sama w sobie jest ucztą dla duszy, ale w połączeniu z piękną, przemyślaną szatą graficzną stanowi również ucztę dla oka. W sieci nie znalazłam co prawda skanu, który wiernie odzwierciedlałby barwy okładki, ale możecie mi wierzyć, że w rzeczywistości prezentuje się ona dużo lepiej, niż na załączonym obrazku...

Polecam Nagie wiersze tym, którzy lubują się w pięknej poezji, tym, którzy szukają inspiracji i tym, którzy cenią sobie wrażliwą stronę kobiecej duszy. Myślę, że ten wyborny zbiór wierszy zaspokoi potrzeby każdego z Was...

Moja ocena: brak

Nie chcę poezji wciskać w skalę, zarezerwowaną dla utworów prozatorskich, bo nie jest to słuszna miara.

Za możliwość poznania tej wyśmienitej poezji dziękuję wydawnictwu Muza.



Książkę Nagie wiersze kupisz w księgarni: