30 kwietnia 2011

Martwy jak zimny trup, Charlaine Harris

Martwy jak zimny trup; Dead as a DoornailMartwy jak zimny trup, Charlaine Harris
Oryginał: Dead as a Doornail
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2010
Stron: 400
Gatunek: horror, opowieści o wampirach

Dużo czasu minęło, odkąd ostatni raz romansowałam z panią Harris, toteż lektura piątego tomu przygód Sookie Stackhouse zajęła mi raptem kilka godzin - tak bardzo byłam jej ciekawa. Mój wampirzy głód został już zaspokojony i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie zawiodłam się na tej części ani trochę. Fakt jest jednak taki, że nie byłam do niej pozytywnie nastawiona i długo nie miałam ochoty zagłębiać się w tę część, gdyż obawiałam się, że skupi się ona na poczynaniach Jasona, a ze świecznika zniknie Eric. Ale nie - mój ulubiony bohater nie znikł, a dodatkowo w otoczeniu Sookie pojawiło się jeszcze kilku interesujących mężczyzn. Bo przecież wokół niej zawsze musi się TYLE dziać, prawda?

Uwaga w Martwym jak zimny trup skierowana jest na poszukiwania tajemniczego snajpera, który pragnie pozbyć się wszystkich istot zmiennokształtnych w okolicy. Pierwsze podejrzenia padają na nowego pumołaka - Jasona Stackhose'a, a Sookie gotowa jest zrobić wszystko, aby tylko oczyścić brata z podejrzeń. W tym względzie sytuacja klaruje się, kiedy to ona zostaje ofiarą. Z drugiej strony jest to dodatkowa komplikacja - skoro ofiarami mieli być zmiennokształtni, dlaczego celem ataku stała się kelnerka-telepatka? Co stało się z bohaterką? Jaką tajemnicę skrywa i kim są nowi mężczyźni w jej życiu? Czy uda jej się uciec z celownika zamachowca? Przekonacie się, kiedy sięgniecie po piąty tom serii.

O książkach Charlaine Harris wiele już powiedziałam i właściwie musiałabym kolejny raz powtarzać to samo, więc zachęcam Was do zapoznania się z moimi poprzednimi refleksjami (wystarczy kliknąć na wybraną okładkę):

Martwy aż do zmrokuU martwych w DallasKlub MartwychMartwy dla świata

a teraz poruszę inną istotną kwestię, której nie da się przemilczeć.

Otóż dziwię się, że takie wydawnictwo, jak MAG nie może sobie pozwolić na zatrudnienie dobrych korektorów. W każdej ze znanych mi pięciu części serii o Sookie pojawia się mnóstwo błędów interpunkcyjnych, literówek i pomyłek w odmianie. Przy każdym kontakcie z polskimi tłumaczeniami książek pani Harris muszę tracić nerwy i zgrzytać zębami, a domyślam się, że nie są one jakieś wyjątkowe i z innymi książkami wydawnictwa MAG będzie podobnie. Po tę serię będę jeszcze sięgać z sympatii i ciekawości, ale żadnych innych tytułów nie mam nawet ochoty dotykać. Wielki minus z mojej strony za całą tę fuszerkę - przy którymś z poprzednich tomów miałam jeszcze nadzieję, że coś się w tym zakresie zmieni, ale srogo się rozczarowałam. Nawet jeśli błędów jest mniej, to i tak wciąż ich liczba przekracza jakiekolwiek dopuszczalne normy. No, bo ileż można?

Dobrze chociaż, że Martwy jak zimny trup - podobnie jak Martwy dla świata - trzyma stały poziom, czego nie można powiedzieć o pierwszych trzech tomach serii (jak już niegdyś wspominałam - zaczynają się one wyjątkowo słabo i dopiero z czasem rozwijają). Gołym okiem widać, że amerykańskiej pisarce tworzenie tej wyjątkowej serii idzie coraz lepiej i z wielką niecierpliwością sięgnę po jej kolejne tomy, mając jednocześnie nadzieję, że ich polskie tłumaczenia pojawią się jak najszybciej. Bo inaczej zostaną mi już tylko dwa tomy do zapoznania a to naprawdę mało, jeśli przeczytanie jednego zajmuje mi tak niewiele czasu...

Moja ocena: 8/10

Zobacz również:
Seria Lily Bard

Powieść Martwy jak zimny trup kupisz w księgarni:

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

29 kwietnia 2011

Pismak, Marek Harny

Pismak, Marek Harny
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Z Pismakiem Harnego wiąże się jeden z moich największych (literackich) błędów w życiu. Jaki? Otóż: sięgnęłam najpierw po W imię zasad, zamiast zachować odpowiednią chronologię. I choć tamtą powieść czytało mi się dobrze, a wiedza z poprzednich części nie była potrzebna, to jednak teraz znajomość późniejszych wydarzeń odebrała mi całą przyjemność z lektury...

Przy ocenie postaram się jednak zachować obiektywizm, ponieważ fakt, iż mniej-więcej znałam zakończenie mógł psuć mi zabawę, ale nie powinien wpłynąć na ocenę książki.

O czym opowiada nowe dzieło Harnego? Tytułowy pismak - Adam Bukowski - pragnie rozwikłać zagadkową śmierć byłej kochanki - Doroty. W ostatnich tygodniach życia kobieta natrafiła na trop wielkiej afery, ściągając na siebie gniew polityków, narkomanów i gangsterów. Jeśli do ich grupy dołączyć jeszcze plejadę zazdrosnych kochanków kobiety, lista podejrzanych zdaje się nie mieć końca... W sam środek tej afery wkracza Buko, w towarzystwie dwu interesujących dziennikarek - młodej Magdy i "starej wyjadaczki" Ester. Odtąd życie trójki bohaterów usiane będzie strachem, bólem i niepewnością. Nic jednak nie będzie w stanie ich złamać...

Marek Harny powoli wyrasta na jednego z moich ulubionych twórców kryminału. Nie dziwię się więc nagrodom, jakimi honorowano jego twórczość, jak i pochlebnym recenzjom, jakie zbierają powieści, wychodzące spod jego pióra.

Fabuła Pismaka jest przewrotna i zaskakująca, miejscami mocno splątana, ale - co ważne - klarowna i logiczna. Akcja biegnie dynamicznie, jest pełna napięcia i tylko momentami nieco zwalnia, by za chwilę znów porwać czytelnika pełnią swej mocy. Wszystko to sprawia, że tak znakomicie czyta się tę powieść. Poza tym, Marek Harny to literat naprawdę znakomity i wielką przyjemność daje obcowanie z jego twórczością. Oczarowuje tutaj język, sposób konstruowania postaci i przedstawiania rzeczywistości 0raz - przede wszystkim - dialogi. Jednym słowem - niemal wszystko. Tę idealną całość dopełnia jeszcze piękne wydanie u Prószyńskiego. Naprawdę można się zachwycić.

Istnieją tu jednak pewne aspekty zniechęcające. Na przykład to, że tak naprawdę zagadka śmierci Doroty jest tylko pretekstem do przedstawienia wszelkiej maści skandali, niegdyś głośnych w mediach. Harny rozlicza się ze znanymi politykami i aferzystami, często przywołując również prawdziwe nazwiska. Jego powieść odbieram przez to, jako pewien polityczny manifest, który nie do końca mi odpowiada. Z drugiej jednak strony - obleczone jest to warstwą atrakcyjną literacko, przez co Pismaka czyta się naprawdę dobrze. Niewątpliwie jest to powieść wartościowa i zasługująca na uwagę. Kogoś może zniechęcać tematyką, bądź gabarytami (prawie 500 stron), ale ja do czytania zachęcać będę. Bo Harny to twórca wyśmienity!

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

27 kwietnia 2011

Z ciemnością jej do twarzy, Kelly Keaton

Z ciemnością jej do twarzy; Darkness Becomes HerZ ciemnością jej do twarzy (Darkness Becomes Her), Kelly Keaton
Wyd. Znak, Kraków 2011

Już 5 maja do polskich księgarń trafi powieść Z ciemnością jej do twarzy, amerykańskiej pisarki, tworzącej pod pseudonimem Kelly Keaton. Jak dotąd, twórczości tej cenionej za oceanem autorki nie przybliżył w Polsce jeszcze nikt, a potencjał jest w niej na tyle duży, że już teraz śmiało można orzec, iż będzie to jedna z najgłośniejszych premier wydawniczych tego roku. A wszystko to za sprawą marki Znak Emotikon, która pragnie zachęcać młodych czytelników do poznawania naprawdę dobrej, ciekawej i inspirującej literatury. A za taką z pewnością uznać należy pierwszą część cyklu "Bogowie i potwory" - Z ciemnością jej do twarzy.

Główną bohaterką powieści jest siedemnastoletnia Aristanae "Ari" Selkirk - wyobcowane, piękne dziewczę o niezwykłych, turkusowych oczach i włosach, przywodzących skojarzenie ze srebrzystym blaskiem księżyca. Odmienny wygląd przysparza bohaterce wyłącznie kłopotów i zmartwień - wywołuje niezdrowe zainteresowanie u obcych, podsycane jeszcze śmiechem i drwinami. Poczucie zdziwaczenia potęgują dodatkowo w nastolatce liczne tajemnice, jakimi owiana jest przeszłość jej i jej rodziny. Rodziny, której Ari tak naprawdę nie zna...

Aristanae poznajemy w momencie, w którym postanawia ona odkryć prawdę o swym pochodzeniu. Trop wiedzie ją do przygnębiającego szpitala psychiatrycznego, w którym kilkanaście lat wcześniej osadzona była jej matka. Wieko skrzyni pełnej mrocznych sekretów powoli otwiera się przed młodą bohaterką, ale nawet ona nie spodziewa się, jak niebezpieczne może okazać się dla niej poznanie prawdy. Przedsmak szeregu dziwnych zdarzeń los podsuwa jej od razu - w postaci tajemniczego mężczyzny, dzierżącego w dłoni nóż...

Ari musi uciekać. Od tej chwili już nigdzie nie będzie bezpieczna i już na zawsze przestanie być tą samą nastolatką, która nerwowym krokiem przekraczała próg szpitala, by odnaleźć odpowiedzi na dręczące ją od lat pytania...

Dokąd młodą bohaterkę zaprowadzi ta ciekawość? Początkowo do miejsca jej urodzenia - Nowego Orleanu, znanego teraz jako Nowy 2 - legendarne miasto, kojarzone już tylko z klęską żywiołową, zjawiskami paranormalnymi i mroczną tajemnicą, unoszącą się w powietrzu. To właśnie tutaj Ari spotka sprzymierzeńców, pozna siebie i swą przeszłość oraz poprzysięgnie zemstę wrogowi, który skazał ją i jej przodkinie na wieczne cierpienie...

Ari to niezwykle ciekawa bohaterka - odważna i buntownicza, silna i wrażliwa jednocześnie. To chyba jeden z najmocniejszych i najbardziej zdecydowanych charakterów w całej powieści. Skąd u dziewczyny ten niezwykły hart ducha, wola walki i pewność siebie? Czy ukształtowały ją wydarzenia z przeszłości, w której podły los nigdy dziewczyny nie oszczędzał? A może to krew płynąca w jej żyłach czyni ją niemalże superbohaterką? Jak - przy okazji - wytłumaczyć fakt, iż taka dziwaczna outsaiderka, pełna mrocznych tajemnic, potrafi być jednocześnie tak... normalna? Tak zwyczajna... Bo mimo tych wszystkich strasznych wydarzeń, tych wszystkich podłych wspomnień, krwi lejącej się wokół, samotności wyżerającej serce - Ari wciąż ma w sobie coś ze zwyczajnej nastolatki. Nastolatki, która pragnie akceptacji, ciepła i miłości. Nastolatki, która wciąż uparcie walczy z własnymi słabościami i stawia czoła lękom. Nastolatki, która bywa złośliwa i wulgarna. Która bywa tak boleśnie normalna...

W mej opinii to właśnie Aristanae jest jednym z największych atutów Z ciemnością jej do twarzy. Młoda autorka sportretowała postać złożoną i niejednoznaczną. Taką, którą ciężko jest włożyć w ramy. Której nie można przypiąć żadnej konkretnej etykietki. Jest to o tyle ważne, że młodzi czytelnicy chętniej zaprzyjaźniają się z prawdziwie charakternymi postaciami, a nie nudnymi, bezbarwnymi konturami, przy tworzeniu których pisarz w ogóle się nie wysilił. W powieści Kelly Keaton paleta bohaterów jest zresztą tak barwna i różnorodna, że niemal każdy znajdzie tam taką postać, z którą chciałby się utożsamiać...

Do tego wszystkiego niezwykli bohaterowie Z ciemnością jej do twarzy uwikłani zostają w szereg fascynujących i absorbujących wydarzeń, które śledzi się z przyspieszonym biciem serca i wypiekami na twarzy. Mamy tu przyjaźń i walkę, przygodę i tajemnicę, nutkę strachu i niepewności, a nawet odrobinę ciepła, miłości i zazdrości. Ten ciekawy zbiór tworzy mieszankę naprawdę wybuchową, od której nie sposób się oderwać...

Jednym z największych atutów Z ciemnością jej do twarzy jest język, jakim posługuje się autorka. Komuś młodzieżowy slang i odrobina przekleństw może przeszkadzać, ale niewątpliwie docelowy adresat powieści będzie ukontentowany faktem, iż historia opowiedziana tu zostaje z perspektywy nastolatki. Dodatkowo nawet starszy czytelnik nie powinien być zawiedziony, kiedy zorientuje się, że Aristanae to osoba nad wiek dojrzała, potrafiąca w młodzieżową paplaninę wplątać mnóstwo godnych uwagi, refleksyjnych myśli.

Jak przystało na powieść z gatunku urban fantasy, w książce Kelly Keaton nie mogło zabraknąć opisów rzeczywistości wielkomiejskiej. Krajobraz Nowego Orleanu Amerykanka przedstawiła tak szczegółowo i tak ciekawie, że miasto nie pełni już tu funkcji nieistotnego tła - ba! z powodzeniem uznać je można za jednego z ważniejszych bohaterów. I to bohatera równie enigmatycznego i odmiennego, jak Aristanae Selkirk...

Nie należę do grona miłośników fantastyki i paranormal romance - a w takich ramach umieścić należy Z ciemnością jej do twarzy. Nie przeszkodziło mi to jednak ani w odbiorze tej zaskakująco ciekawej powieści, ani w polubieniu jej. Jest wiele powodów, dla których uważam, że warto z dziełem Kelly Keaton się zapoznać. Po pierwsze - jest to powiew pewnej świeżości, jeżeli chodzi o tworzenie postaci niezwykłych, nie z tego świata (jakich? - nie zdradzę), choć nie jestem w tym zakresie do końca usatysfakcjonowana, bowiem tylko część z tych istot została właściwie nakreślona. Pisząc "właściwie", mam na myśli - w pełni. Myślę, że wypadałoby jednak uzasadnić ich istnienie w takiej, a nie innej postaci i w takiej, a nie innej rzeczywistości. Ponieważ jednak jest to dopiero pierwsza część cyklu - autorka ma prawo zasiewać ziarno niepewności i wyjaśniać pewne zjawiska w następnych tomach przygód Aristanae Selkirk...

Kolejnym z powodów, dla których warto sięgnąć po powieść Kelly Keaton jest wyraźne nakreślenie przyjacielskich relacji, w których młodzi ludzie wciąż wystawiani są na ciężkie próby, z których - z reguły - wychodzą zwycięsko. Pokazane zostają tu zarówno oddanie i solidarność, jak i tolerancja wobec odmienności. I gdyby przymknąć oko na pewne fakty, Z ciemnością jej do twarzy można by uznać za powieść, będącą nośnikiem wyższych wartości...

Ostatni powód wart podkreślenia będzie raczej prozaiczny, ale niezwykle istotny dla młodego czytelnika, którego często trzeba zachęcać i mobilizować do czytania. Wspomnę więc, że Z ciemnością jej do twarzy czyta się wyjątkowo dobrze i lekko. A co najlepsze - nie jest to wcale powieść prosta czy wybitnie przyjemna w odbiorze. Ona jest po prostu ciekawa, dobrze skonstruowana, fascynująca i prowokująca do refleksji. I zarówno młodzież, jak i dorośli powinni znaleźć w niej "coś" dla siebie. Polecam!

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.


- - - - - - - - - - - - - - - -
A K T U A L I Z A C J A

Kochani, na fejsbuku ruszył już oficjalny profil serii - klik - zachęcam do polubienia i odwiedzania. Już wkrótce będzie można otrzymać ciekawe książki.

Z kolei w serwisie YouTube znaleźć można filmową zapowiedź książki:



Fascynująca, prawda?

26 kwietnia 2011

Obcy, Taichi Yamada

Obcy (Ijin-tachi to no Natsu), Taichi Yamada
Wyd. Muza, Warszawa 2007

Murakami. Takie było moje pierwsze skojarzenie, kiedy zaczęłam zagłębiać się w Obcych - powieść, nagrodzoną prestiżową nagrodą Yamamoto Shūgorō. Trudno wyzbyć się skojarzeń, kiedy trzyma się w dłoniach dzieło japońskiego pisarza, wydane dokładnie tak, jak wydawany jest u nas Murakami - ta sama czcionka i liczba wersów, nawet papier taki sam w dotyku. Tematyka, atmosfera utworu, miejsce osadzenia akcji - również, jak u Murakamiego. Myślę, że gdyby ktoś zagłębiał się w Obcych, nie znając nazwiska autora, z powodzeniem przypisałby autorstwo tej powieści japońskiemu mistrzowi pióra. Choć można by wtedy uznać, że to takie słabsze ogniwo w twórczości Murakamiego...

Bo choć Obcy to opowieść ciekawa i fascynująca, to jednak daleko jej jeszcze do najlepszych dzieł japońskiej literatury.

Bohaterem Obcych jest Hideo Harada - samotny mężczyzna przed pięćdziesiątką, wiodący wyobcowany żywot w wielkim biurowcu. Po rozwodzie z żoną traci wszystkich tych, którzy byli mu bliscy - kobietę, syna i przyjaciela. Zaszywa się w swym opustoszałym mieszkaniu, całkowicie oddając pracy. A kiedy i ona nie przynosi ukojenia, wybiera się w okolice, w których dorastał. Niespodziewanie spotyka tam swoich rodziców. I wszystko byłoby może w porządku, gdyby nie fakt, że ci od ponad trzydziestu lat... nie żyją. Samotny mężczyzna, balansując na granicy dwu światów, powoli uzależnia się od towarzystwa tych, których stracił, jako dziecko. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że kontakt z tajemniczymi zjawami powoli przemienia go w marę... Z Hidea powoli uchodzi życie... Czy pomocna dłoń tajemniczej sąsiadki pomoże bohaterowi podźwignąć się z kolan? A może będzie jeszcze jednym gwoździem do trumny? Kiedy tylko sięgniecie po Obcych, przekonacie się sami...

Warto zapoznać się z tą pozycją, choć nie ukrywam, że początkowo nie robi ona najlepszego wrażenia. Momentami nuży, momentami zniechęca i dopiero w miarę upływu akcji, zaczyna wciągać. Myślę, że największym problemem tej opowieści jest jej główny bohater, będący jednocześnie narratorem. Nie jest to zbyt ciekawy człowiek - żadnej odkrywczości nie znajdziemy ani w jego monologach, ani w tym, jak postrzega rzeczywistość. Ciekawe fragmenty Obcych to te, w których Hideo przedstawia innych bohaterów lub w których to oni dochodzą do głosu. Gdyby wyciąć całą resztę - wyszłoby z tego całkiem zgrabne, fascynujące opowiadanie. A tak - mamy ciekawą historię z wielkim, niewykorzystanym potencjałem.

Uważam jednak, że po tę książkę warto sięgnąć choćby dlatego, aby zagłębić się w psychikę człowieka wyobcowanego, poszukującego własnego "ja", próbującego rozliczyć się z przeszłością. Warto też poznać jego towarzyszkę - Kei - postać enigmatyczną i niezwykłą, dzięki której rozwiązanie akcji nabiera rumieńców i jest tak dobre...

Lektura tych - raptem - 189 stron nie powinna nikomu zająć więcej, niż 2-3 godziny, więc polecam. Przeczytajcie, porównajcie wrażenia - może Was zachwyci bardziej?

Moja ocena: 6,5/10

Książkę przeczytałam w ramach stosikowego losowania.

25 kwietnia 2011

Z Miśkiem w Norwegii, Aldona Urbankiewicz

Z Miśkiem w Norwegii. Jak łatwo i tanio podróżować z dzieckiem po świecie, Aldona Urbankiewicz
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Właściwie to nie wiem co sprawiło, że tak bardzo chciałam zapoznać się z tą pozycją. Bo ani nie mam dzieci, żeby się zastanawiać, jak można by z nimi podróżować. Ani nie mam środków finansowych, żeby świat podbijać. Nie byłam też nigdy w Norwegii, by kierowały mną jakieś sentymenty... Mimo tego, Skandynawia fascynuje mnie bardzo, a i dalekie podróże są jednym z moich marzeń-planów do zrealizowania, jak już uporam się ze studenckim życiem... Myślę więc, że tym, co do Miśka w Norwegii przyciągnęło mnie najbardziej była pewna niezdrowa ciekawość. Ciekawość, czy rodzice sobie poradzili. Czy dzieciak dobrze zniósł taką wyprawę. Czy w ogóle możliwe i zdrowe jest targanie malucha przez pół kontynentu... No i dowiedziałam się wszystkiego. Ale po kolei...

Zanim Aldona i Marcin wyruszyli w podróż z "dodatkowym bagażem" w postaci uroczego brzdąca, zdążyli już zakochać się w Norwegii dwa lata wcześniej. Stąd właśnie książka ta pełna jest wspomnień roku 2007. Pamiętnik z 18-dniowej podróży na przełomie maja i czerwca 2009 roku pełen jest więc nawiązań do wydarzeń z przeszłości. Układa się to w spójną, klarowną całość, choć we wstępie autorka zwiastowała poplątania, cofania, wyprzedzania i inne problemy związane z wymieszaniem teraźniejszości z przeszłością. Na szczęście większych problemów przy lekturze nie miałam, a więc uspokajam - treść jest przejrzysta i oczywista, nie powinniście się pogubić.

Znacie takie mamusie, które chuchają i dmuchają na "swojego dziubaska"? Które w opowieści o dzieciach wlewają tyle lukru, że aż mdli? Które od początku macierzyństwa spełniają swą powinność "Matki-Polki", która ma być w "swego aniołeczka" zapatrzona, jak w świętą Ikonę? Aldona Urbankiewicz taka nie jest! Kiedy trzeba, słodzi. Ale nie przemilcza tego, że dziecko daje nie tylko radość, ale i łzy, ból, zmęczenie. Potrafi zirytować, dać w kość i całkowicie zniechęcić do wszystkiego. To takie naturalne, takie dobre! Obawiałam się nieco, że będzie to jedna z tych historyjek, w której kochająca mama pieje z zachwytu nad swą latoroślą, ale nie. Mikołaj, owszem, odgrywa ważną rolę w tej historii, ale nie jest tu przedstawiony w sposób nachalny czy przesadzony. Podoba mi się takie zdrowe podejście do wychowywania dziecka i macierzyństwa. To może przynieść małemu Mikołajowi naprawdę wiele dobrego...

Tak samo zresztą, jak i same podróże. Bo choć kilkunasto miesięczne dziecię jeszcze nie wszystko pojmuje, a i w pamięci na przyszłe lata niewiele mu pozostanie, to jednak taki sposób obcowania ze światem wydaje mi się o wiele zdrowszy i bardziej rozwijający, niż zwyczajne siedzenie w domu. Oczywiście o ile można ufać rozsądkowi rodziców... Ale jeśli co do tego ktoś miał wątpliwości przed lekturą Z Miśkiem w Norwegii, na pewno już po wszystkim o nich zapomni.

Bo Aldona i Marcin to ludzie praktyczni, rozsądni i sprytni. A do tego szczęśliwi, bo nie rezygnują z planów i marzeń tylko dlatego, że w ich świecie pojawia się mały człowiek, wymagający ogromnej uwagi i niezmierzonych pokładów energii. Dzięki bohaterom książki zrozumiałam, że dziecko nie musi być balastem, a życie z nim niekoniecznie oznacza same wyrzeczenia. Jest inne, ale na pewno nie gorsze...

Spodziewałam się, że Z Miśkiem w Norwegii będzie nieco niebanalnym poradnikiem, pełnym praktycznych wskazówek, mówiących o tym jak, gdzie i kiedy powinno się załatwiać "to i tamto", jeśli chce się zabrać w podróż dziecko. Ale nie! To przede wszystkim porządna lekcja geografii i historii, pełna ciekawostek o faunie i florze, kulturze i geografii Skandynawii. Do tego opatrzona przepięknymi, różnorodnymi zdjęciami, które nie raz i nie dwa zaparły mi dech w piersi. Bardzo żałuję, że są tak małe, ale skłoniły mnie one do internetowych poszukiwań i parę pięknych widoków mogę już podziwiać na monitorze swego komputera.

Książka Aldony Urbankiewicz napisana jest w formie pamiętnika. To tłumaczy prostotę języka, emocjonalność i chaotyczność opisów oraz pewną spontaniczność w przedstawianiu zdarzeń. Wszystko to sprawia, że o tej rodzinnej podróży do Norwegii czyta się tak przyjemnie i lekko. Brak tu kunsztu najlepszych reportaży podróżniczych, ale sądzę, że nie takie były zamierzenia autorki, więc wszystko wydaje się być takie, jakie być powinno. Co prawda miejscami kolokwialność tekstu nieco mnie męczyła, ale to już problem mój, a nie samej książki. Zwłaszcza, że we wspomnienia autorki zręcznie wplecione zostają liczne cytaty i mądrości. Ciekawy i wzbogacający jest to zabieg.

Z Miśkiem w Norwegii to zabawna i pełna uroku historia ludzi, którzy pragną udowodnić, że "na drodze do realizacji marzeń największą przeszkodą jesteśmy my sami". Dobrze jest wiedzieć, że istnieją jeszcze ludzie, dla których życie nie kończy się na dzieciach, choć może się to wydać paradoksem, jeśliby spojrzeć na tytuł książki... Ja jednak uważam, że pojawienie się Mikołaja w życiu Aldony i Marcina okazało dla nich kolejną fascynującą przygodą, a sam mały bohater - inspiracją do dalszych działań. Za to właśnie tak bardzo polubiłam zarówno samą historię, jak i tych, którzy ją tworzą.

Moja ocena: brak

Dlaczego dodałam przygody Miśka do kategorii "poza oceną"? Nie bardzo wiem jak tę książkę ulokować, gdyż jest to mój pierwszy kontakt z tego typu twórczością. Dlatego - jak już parę razy się to zdarzało - numerka żadnego przypisywać nie będę.

A książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


24 kwietnia 2011

Wyrok, Mariusz Zielke

Wyrok, Mariusz Zielke
Wyd. NGI, Warszawa 2011

Za mną ciężka, męcząca noc. Sen tak uparcie nie chciał nadejść, że wreszcie postanowiłam sięgnąć po jakąś książkę, by sobie czas do rana umilić. Ostatecznie padłam ok. 4:55, choć właściwie głowę do poduszki przyłożyłam bardzo niechętnie. Wyrok bowiem tak mnie pochłonął, że nie miałam ochoty odkładać go na bok. Korzystając z każdej możliwej wolnej chwili dzisiejszego przedpołudnia dokończyłam lekturę i bardzo się cieszę, że się do niej przekonałam.

Choć początkowo nie było łatwo...
Bo okładka niespecjalnie zachwyca, a opis zapowiada takie tematy, z którymi nie mam zupełnie nic wspólnego i do których odnoszę się raczej niechętne - jak większość ludzi, którzy w kwestiach finansowych i politycznych spodziewają się głównie nudy i szeregu niezrozumiałości. W tym właśnie upatruję przyczyny, dla której "wielkie" wydawnictwa na Wyrok kręciły nosem. Bo nie jest to książka, po którą z rozkoszą sięgnie przeciętny zjadacz chleba. Dziwię się jednak, że tylko w tym aspekcie patrzy się w naszym kraju na literaturę. Co z walorami artystycznymi? Co z tym, że książka jest napisana naprawdę dobrze i ciekawie? Czy otwartą furtkę w naszym kraju mają tylko te teksty, które zrozumie przeciętny odbiorca? Ile jest takich, które naprawdę wnoszą coś do życia czytelnika? Ile jest takich, które przełamują tabu? Nie powiem, że nie ma ich wcale, ale chciałabym, aby to one stanowiły większość, skoro i tak czytanie jest domeną elit (patrząc na wszelakie wykazy procentowe)...

Wyrok to powieść mocna, męska, nieco surowa i zadziorna. Autor z brutalną skrupulatnością drąży tematy, które z reguły się przemilcza. Które elektryzują i potrafią wywołać rewolucję. Które tuszują media i władza...

Ta książka zaskakuje - bo choć tyczy się tematyki poważnej i niezrozumiałej dla przeciętnego człowieka, napisana jest językiem prostym i sugestywnym. Do tego przedstawione wydarzenia osadzone są w realiach bliskich czytelnikowi - bo to Polska właśnie. Nic dodać, nic ująć. Co prawda autor podkreśla, iż wszelkie postaci i wydarzenia przedstawione w Wyroku są wyłącznie fikcyjne, to jednak sądzę, że powieść ta jest tak autentyczna, że w jakimś stopniu na pewno odnosi się do tych, których znamy z Giełdy, telewizji i loży władców z ulicy Wiejskiej. I choć oficjalnej cenzury nie ma w naszym kraju już dawno, to jednak oczywistym jest, że o pewnych kwestiach na głos się nie mówi. Więc milczę.

Wspomnę za to co nieco o samej książce, w której zachwycają mnie przede wszystkim liczni, ciekawie sportretowani bohaterowie (z których żaden nie jest jednobarwny), szereg fascynujących wątków oraz stopniowo budowane napięcie, działające jak narkotyk. Bo nie sposób oderwać się od lektury, wiedząc, że na następnej stronie czyha kolejna ciekawostka, kolejna zagadka, kolejna ciekawa postać. I choć czasem natrafiałam na literówki czy fachowe terminy, w których można się pogubić, to jednak książka pochłonęła mnie bez reszty. Fragmentów mniej interesujących trochę się trafiło, ale powodem tego jest moja ciągła niechęć do świata biznesu, polityki i wielkich pieniędzy. Co prawda po lekturze uprzedzona jestem do nich mniej, bo autor podał je w w wyjątkowo przystępnej formie, ale wciąż jednak w głowie pewien dystans do "spraw wielkiej wagi" pozostaje.

Być może to właśnie tego stereotypowego myślenia u ludzi chciał pozbyć się autor. Dlatego w Wyroku prostym językiem tłumaczy czytelnikowi, że sprawy tych "wielkich" tak naprawdę bezpośrednio tyczą się nas, maluczkich. I choć każdy może powiedzieć, że "na górze" są sami złodzieje, manipulanci i przestępcy, to jednak na komentowaniu i psioczeniu sprawa się kończy... Książka Mariusza Zielke może naszego myślenia nie zmieni, może nie będzie bombą, która rozsadzi chory system, ale na pewno jest ciekawym głosem w sprawie, która dotyczy każdego z nas.

A myślę, że trzeba mieć wiele odwagi, aby być na przekór tym, którzy mają najwięcej do powiedzenia. Tym, od których tak wiele zależy...

Moja ocena: 8/10

Nie uprzedzajcie się i nie zniechęcajcie - naprawdę warto sięgnąć po tę powieść!

23 kwietnia 2011

Maciejka, Natalia Rogińska

Maciejka, Natalia Rogińska
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

O twórczości Natalii Rogińskiej słyszałam dotąd niewiele - tytuły poprzednich jej powieści obiły się "gdzieś kiedyś" o me uszy i oczy, ale samego nazwiska młodej pisarki w ogóle nie zachowałam w pamięci (nie mówiąc już o sięgnięciu po którąś z książek). Po lekturze Maciejki przyszedł czas na zmiany w tym zakresie, bowiem nazwisko autorki z pewnością na długo pozostanie w mej głowie. Przynajmniej dopóki nie nadrobię zaległości w jej twórczości. Dlaczego? Bo warto, jestem o tym przekonana.

Przygoda z Maciejką zaczyna się nieco niepewnie - najpierw zapoznaję się z opisem, umieszczonym na odwrocie. Myślę sobie: "to może być dobra książka na popołudniowe odprężenie". Potem przyglądam się bliżej okładce, która specjalnie nie oczarowuje, ale za to wpisuje się zarówno w szatę graficzną pozostałych powieści Rogińskiej, jak i w samą treść książki (o czym przekonuję się w trakcie lektury). Koniec-końców można docenić konsekwencję w tej kwestii, choć trochę martwi mnie to, że ktoś może prześliznąć się wzrokiem po tej okładce i nawet nie zwrócić na Maciejkę uwagi, kiedy znajdzie się ona wśród kilkudziesięciu innych, upchniętych na tej samej, księgarnianej półce.

Dlatego też - apeluję! - niech nie zmyli Was ta niepozorna okładka. W środku czeka Was naprawdę ciekawa przygoda...

Oto bowiem czytelnik wkracza do świata 37-letniej wyzwolonej singielki - Karoliny. Karolina jest pielęgniarką, a po godzinach dorabia jako opiekunka bogatego starca, stylizującego się na Hugh Hefnera. "37" to jednak nie tylko wiek bohaterki i jej potencjalny "szczęśliwy numerek" w lotto, ale i... liczba jej dotychczasowych partnerów seksualnych. Przez książkę przewija się ich kilku, ale ponieważ żaden nie dorównuje wielkiej miłości Karoliny, jakim jest jej dawny promotor, Maciej K. - wszyscy są tylko epizodem zarówno w jej życiu, jak i w samej powieści. Dlatego też bohaterka nie potrafi znaleźć szczęścia. Faceci to tylko kolejne punkty na jej seksliście (a i owszem, skomponowała taką), a miłość i szczęście rodzinne zdają się być tylko odległą wizją ze świata snów...

Czy sytuacja ulegnie zmianie? Nie zdradzę, ale zapewniam, że każdy kto sięgnie po Maciejkę, na pewno pozytywnie się zaskoczy.

Bo to powieść niebanalna.
Powieść ironiczna, ciepła i zabawna.
Powieść odprężająca i pełna humoru.
Powieść naprawdę wyjątkowa.

Okej - umówmy się - Maciejkę możemy spokojnie wsadzić do koszyka z czytadłami, ale! jest pewna zasadnicza różnica, nakazująca powieść tę sytuować nieco wyżej, niż wszelkie te relaksacyjne powiastki. Chodzi mi mianowicie o język. Bo o ile w zwykłym czytadle, zazwyczaj i on jest najzwyklejszy i prosty, o tyle w książce Rogińskiej stoi on na znacznie wyższym poziomie. Młoda pisarka bardzo sprawnie operuje piórem - jej trafne porównania, zabawne epitety i wyjątkowe metafory naprawdę cieszą me polonistyczne serce. Sprawiają bowiem, że powieść tę czyta się wyjątkowo przyjemnie i lekko. Ale nie tylko - ta książka zwyczajnie... wzbogaca człowieka językowo. Autentycznie. Można się prześlizgiwać po słowach i po prostu dryfować od strony do strony, ale można też przystanąć nad wieloma soczystymi fragmentami. Takimi fragmentami, których treść zapada w pamięć. I bynajmniej nie chodzi tu o żadne konkretne sytuacje, ale o ciekawe sformułowania czy wyjątkowo interesujące porównania. I to jest bardzo dobre w tej książce - bo pod pierzynką lekkiego czytadła można dostrzec tu znacznie więcej.

Ot, choćby stereotypy. Autorka rozprawia się z nimi znakomicie, część z nich obalając, część wyśmiewając lub przedstawiając w nieco innym świetle. Za zmęczoną pielęgniarką kryje się kobieta-wamp, za przykładnym mężem - zdradziecki oszust, za wymuskaną żonką - pragnąca uwagi prosta kobieta, za zboczonym staruszkiem - ciepły człowiek itd. itd. Podoba mi się to, że niektóre z ról w książce Rogińskiej się odwracają. Ot, po prostu miło jest poczytać wreszcie o czymś innym.

Ale nie ma tu stuprocentowej (miłej) odmienności, bo już np. przedstawienie wirtualnej rzeczywistości nieco mnie znużyło. Bo niby wszystko trafnie - sama czasem poekscytuję się portalem plotkarskim, sama podśmieję się z ilości zdjęć znajomych czy powstania kolejnej serii popularnego programu tanecznego, ale wszystko to wydaje mi się oklepane i mocno przeżute. Co prawda ich pojawienie się w tekście ma charakter ironiczny i niewątpliwie ocena autorki jest trafna, ale nie jest to dla mnie nic zaskakującego. Wszystko dlatego, że sama mam podobne zdanie i już dawno doszłam do takich samych wniosków, jak autorka. Czy więc "chce mi się" jeszcze o tym czytać? Nie do końca... Ale! Ale tutaj wszystko podane jest w tak uroczej formie, że nawet to uchybienie jestem w stanie Maciejce wybaczyć.

Zwłaszcza, że pewne mniej interesujące mnie fragmenty, rekompensują po pierwsze - te naprawdę fascynujące i po drugie - znakomite kreacje bohaterów. Ich mamy tu całą gamę - od przeróżnych mężczyzn, odwiedzających łóżka bohaterki i jej przyjaciółek, przez młodą studentkę EleoNorę po samą Karolinę i - wspomniane wcześniej - jej przyjaciółki. Trzeba przy tym zauważyć, że żadna z postaci nie jest banalna, oczywista i jednoznaczna, a między bohaterami zawiązują się ciekawe relacje - mnie fascynuje zwłaszcza ta na linii Karolina-Nora - może dlatego, że z tą drugą łączy mnie wiek i pewne ideały. Do tego - najzwyczajniej w świecie - odczuwam odrobinę zazdrości na tle tych ich "ciotczano-przyjacielskich" relacji. Miło się odbiera również nakreślenie babskiej przyjaźni, jaką poszczycić się może główna bohaterka. Nadaje to książce z jednej strony dynamiki, bo większość kobiecych postaci w Maciejce to same energiczne, ciekawe babki, a z drugiej - pewnej uroczej sielskości. Bo tak naprawdę w kobiecą przyjaźń wierzę równie mało, jak w tę damsko-męską (która podobno nie ma prawa istnieć) i lubię wiedzieć, że to jednak moje wypaczenie, a nie jakaś choroba cywilizacyjna...

Gdybym miała krótko podsumować me wrażenia (bo pewnie nie wszyscy będą tak wytrwali, aby przeczytać powyższe wywody), napisałabym na pewno, że książka Natalii Rogińskiej zasługuje na uwagę zarówno żeńskiej, jak i męskiej części publiczności. Że jest pełna humoru i ironii. Że potrafi i zaciekawić, i wzbogacić, i zrelaksować. Do miana arcydzieła literatury pretendować nie będzie, ale z pewnością spełni oczekiwania każdego, kto szuka lekkiej, zabawnej i niegłupiej książki, którą pochłonąć można w kilka miłych godzin...

Moja ocena: 7,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

22 kwietnia 2011

Mila księżycowego światła, Dennis Lehane

Mila księżycowego światła; Moonlight MileMila księżycowego światła (Moonlight Mile), Dennis Lehane
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Swój tytuł najnowsza powieść Dennisa Lehane zawdzięcza przepięknej balladzie The Rolling Stones - Moonlight Mile. Książka ta stanowi kontynuację bestsellerowej historii, zatytułowanej Gdzie jesteś Amando?, którą przed czterema laty przeniósł na ekran - debiutujący w roli reżysera - Ben Affleck. To zresztą nie jedyna powieść amerykańskiego pisarza, jaka doczekała się swej filmowej adaptacji. W Polsce największą popularność zdobyły: Rzeka tajemnic w reżyserii Clinta Eastwooda oraz Wyspa tajemnic, za rolę w której całkiem niedawno bardzo chwalony był Leonardo DiCaprio. Miejmy nadzieję, że i Milę księżycowego światła zobaczymy kiedyś w kinach. Bo tak znakomita książka z pewnością na to zasługuje.

Kontynuacja losów młodej Amandy, która ponownie przepada bez wieści, pełna jest odniesień do wcześniejszej książki Dennisa Lehane. Nie ułatwia to zrozumienia wszystkich wątków i relacji, ale nie jest też tak, że nieznajomość innego tekstu, przeszkadza w odbiorze tegoż. Nie. Milę księżycowego światła i tak czyta się świetnie.

Sarkazm i cięty humor są największymi atutami tej książki. Rzadko się śmieję, ale w tym przypadku podczas lektury naprawdę szczerze się zaśmiewałam. Wszystko za sprawą genialnych dialogów, które porywają z tak wielką siłą, że oderwać się od lektury absolutnie nie da rady. Do tego dochodzą naprawdę fascynujący bohaterowie - przygłupi olbrzym - Bubba, ironiczna Angie, pełna uroku Gabrielle, przezabawny Jefim, zabójczo inteligentna Amanda, kompletnie stuknięta Helene i wielu, wielu innych, wykreowanych mistrzowskim piórem znakomitego pisarza. Chylę czoła!

Historia opowiada o poszukiwaniach szesnastoletniej Amandy. Tej samej, którą główny bohater - Patrick Kenzie - odnalazł już dwanaście lat wcześniej, popełniając wówczas jeden z największych błędów swego życia. Nękany wyrzutami sumienia postanawia kolejny raz odnaleźć nastolatkę, ale tym razem sprawy przybierają zupełnie inny obrót. Zagadki się mnożą, krew leje się hektolitrami, a sama historia staje się tak szalenie pogmatwana, że tylko cudem Patrick Kenzie mógłby znaleźć jakieś rozwiązanie. Ale znajduje. I wprawia tym w prawdziwe osłupienie.

Bo wydawało się, że to sytuacja zupełnie bez wyjścia...

Mila księżycowego światła to naprawdę bardzo dobry kryminał, w którym nie sposób znaleźć jakiś uszczerbek. Napięcie rośnie z każdą kolejną stroną, żywe dialogi każą pochłaniać książkę jednym tchem, a znakomicie nakreśleni bohaterowie nadają powieści autentyczności i charakteru.

Bardzo chętnie sięgnę po pozostałe powieści Dennisa Lehane, gdyż było to nasze pierwsze, naprawdę wyjątkowo udane, spotkanie. Was również zachęcam do poznania twórczości tego fascynującego pisarza. Wierzcie mi - nie znajdziecie ani sekundy na nudę. Przepadniecie, ot co.

Moja ocena: 8,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


20 kwietnia 2011

W imię zasad, Marek Harny

W imię zasad, Marek Harny
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Trudno nie zachwycić się pięknie wydaną serią Asy kryminału, kiedy tworzą ją tak znakomite nazwiska. Marek Harny to twórca na naszym rynku znany i ceniony, więc tym bardziej radowałam się na samą myśl, że przyjdzie mi zetknąć się z jego twórczością. Zaczęłam od powieści najnowszej, choć cykl o Adamie Bukowskim tworzą jeszcze wydane wcześniej - Pismak oraz Wszyscy grzeszą. Nieznajomość dwu wcześniejszych tomów serii nie przeszkadza jednak w odbiorze - W imię zasad to powieść klarowna i zrozumiała nawet dla tego, który przygodę z twórczością Harnego zaczyna wbrew jakiejkolwiek chronologii.

Ciekawostką jest to, iż tytuł powieści autor zaczerpnął z kultowych Psów, Pasikowskiego. Cytat ten pojawia się w książce wiele razy, często bezpośrednio nawiązując do filmowego dialogu między Bogusławem Lindą a Markiem Kondratem. Znajduje on również odzwierciedlenie w treści - wszelkie działania bohaterów poddawane są ciągłej ocenie - czy postępują moralnie, jaką mają hierarchię wartości, co się dla nich liczy i jakimi zasadami kierują się w życiu. Po głębszych przemyśleniach czytelnik musi jednak zdać sobie sprawę ze smutnej prawdy - ludźmi rządzą pieniądze i władza. Liczą się tylko układy, "haki" i ciche interesy, załatwiane na wszelkich możliwych frontach. Nieważne jakim kosztem...

O tym właśnie traktuje najnowsza powieść Marka Harnego - o polityce, nielegalnych działaniach, tajemniczych układach i układzikach, złu i nienawiści, czającymi się w ludzkich umysłach. Zaczyna się zwyczajnie - oto znalezione zostają zwłoki młodej kobiety - znanej skandalistki - Kingi Stolarek. Na liście podejrzanych znajduje się słynny psychopatyczny gwałciciel, który całkiem niedawno wyszedł na wolność. Sprawa wydaje się prosta, ale nie jest. W tajemniczych okolicznościach giną bowiem kolejne osoby, a krąg podejrzanych błyskawicznie się poszerza. Jaki będzie w tym udział głównego bohatera - Adama Bukowskiego oraz jego córki - przekonacie się sami. Ze swojej strony mogę zagwarantować dawkę naprawdę niesamowitych emocji. Zagadki się mnożą, tajemnicze zwroty akcji fascynują a pomysły autora na każdym niemal kroku - zaskakują.

Powieść czyta się dobrze - napisana jest bardzo sprawnie, choć tematyka polityczna nierzadko bywa odpychająca. Na szczęście te - z mego punktu widzenia - nudne fragmenty nie są nachalne i nie przeszkadzają w odbiorze.

Podoba mi się sposób, w jaki Marek Harny kreuje swoje postaci i relacje między nimi. Konstrukcja psychiczna każdego z bohaterów potrafi zaciekawić. Lubię kiedy postaci są wyraziste i autentyczne. W tej kwestii autor spisał się znakomicie.

Podobnie jest zresztą z samą fabułą - naprawdę niełatwo jest odgadnąć rozwiązanie sprawy, a i zakończenie wcale nie jest takie oczywiste. Opowieść Harnego pozostawia w czytelniku poczucie pewnej niepewności, podsycanej znakami zapytania, pozostającymi w głowie po lekturze tego bardzo ciekawego, frapującego kryminału. Sięgnijcie po niego, a sami przekonacie się, o czym mówię.

Moja ocena: 7,5/10

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.


18 kwietnia 2011

Mury Hebronu, Andrzej Stasiuk

Mury Hebronu, Andrzej Stasiuk
Wyd. Czarne

Mam w sobie jakiś nieuzasadniony lęk przed wielkimi nazwiskami. Przed tymi, którzy zachwycają wielu. Dlatego tak długo wzbraniałam się przed poznaniem bliżej Andrzeja Stasiuka i jego twórczości. Zmieniło się to w ostatnich dniach i oto przed Wami moje wrażenia po lekturze głośnego debiutu pisarza - Murów Hebronu...

Aż doby potrzebowałam, aby uporządkować swe myśli po przeczytaniu tego zbioru opowiadań. Długo trwało, nim książkę tę "przetrawiłam", nim ją pojęłam (czy całkowicie - nie sądzę) i nim byłam w stanie sformułować jakikolwiek wniosek płynący z lektury. Nawet teraz - kiedy emocje już nieco opadły, kiedy galop myśli wyhamował - mam w sobie uczucie jakiejś niepewności, lęku. Lęku przed tym, o czym opowiedział mi Andrzej Stasiuk. Lęku przed tym, że będę musiała wielką literaturę przedstawić swoimi bezbronnymi, słabymi słowami.

Ale spróbuję...

Mury Hebronu to zbiór opowiadań więziennych, nazywanych także "epifaniami spod celi". Fragmenty biografii autora wspominają o tym, iż ma on za sobą 1,5-roczną odsiadkę, co mogłoby sugerować, iż Mury Hebronu składać się będą z jego wspomnień. Nie można tego wykluczyć, choć historia opowiedziana jest w tak atrakcyjny literacko, a przy tym cholernie sugestywny sposób, że aż trudno uwierzyć, że nie jest to wyłącznie wizja czysto fikcyjna. Z drugiej jednak strony - przedstawione zdarzenia aż rażą autentycznością. Nie widzę powodu, aby nie wierzyć... Choć chciałabym.

Chciałabym, bo naturalizm w opowiadaniach Stasiuka mnie przytłacza. Bo ludzkie zezwierzęcenie przeraża i obrzydza. Bo wizja tego więziennego świata jest tak szokująca i porażająca, że aż ciarki po całym ciele przechodzą...

Mury Hebronu zaczynają się od kilku krótkich opowieści-migawek - obrazy przelatują, jak w filmie. Są fragmentarycznymi, nieco chaotycznymi zapiskami zza więziennego muru. Najważniejsza historia zaczyna się później w "Opowieści jednej nocy" - kiedy doświadczony złodziej opowiada "małolatowi" historię swego życia. W jego biografię wplecione zostają życiorysy innych ludzi, obrazy z rzeczywistości więziennej, działań organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, a przede wszystkim - świadectwa zmian w ludzkiej psychice. Bo Stasiuk to znakomity i pilny obserwator, który nie boi się epatować wulgarnością, testosteronem i surowością.

Wrażliwego człowieka zniechęcą już pierwsze strony książki, które - w mej opinii - są sprawdzianem tego, ile czytelnik jest w stanie wytrzymać. Jeżeli nie przebrnie przez sam początek, niech lepiej daruje sobie ciąg dalszy, który przywołuje obrazy tak szokujące, że nieraz nie byłam w stanie przez kilka chwil dojść do siebie. Wydawało mi się, że niewiele mnie już w świecie pełnym zła dziwi, ale akurat opowiadania Stasiuka udowadniają, jak bardzo się myliłam. Opowieść tak przepełniona brutalnością, złem i zezwierzęceniem nie mogłaby być inaczej odebrana. Ona po prostu "wgniata w fotel".

I o to właśnie chodziło.

Cenię literaturę, która z pełną mocą oddziałuje na czytelnika. Która wywołuje emocje tak silne, że człowiek przez dobę nie potrafi znaleźć sobie po "tym wszystkim" miejsca. W pierwszym odruchu chciałoby się ten wulgarny zlepek obrzydliwych wspomnień skrytykować i na stosie spalić, ale potem emocje opadają i do głosu dochodzi rozsądek. Bo - chociażby - z językowego punktu widzenia Mury Hebronu powalają na kolana. Gdyby pozbyć się uprzedzeń i nie zwracać uwagi na odpychającą brutalność (która tak wielu zniechęca), da się zauważyć, że Stasiuk to mistrz pióra, a jego tekst stoi na najwyższym językowo poziomie. Zresztą... Wybaczcie kolokwialność, ale co ja tu będę gadać - Stasiuk to jedno z największych nazwisk w polskiej literaturze i aż nie wypada wspominać "oczywistych oczywistości", prawda?

Mury Hebronu to opowieść o świecie pełnym zła, w którym upada wszelka moralność i w którym człowiek jest bestią, kierowaną najgorszymi instynktami, pozbawioną wartości (choć nie w stu procentach - w końcu solidarność z "braćmi" się liczy) i skazaną na potępienie. Stasiuk opowiada o tym, jak za murami "kryminału" tworzy się zupełnie inna rzeczywistość, inny świat (porównanie do powieści Gustawa Herlinga-Grudzińskiego wydaje się być wręcz oczywiste). Z własną hierarchią i zasadami, a nawet językiem, gdzie - tak, jak w naszej codzienności - niezwykle łatwo zniszczyć nieprzystosowaną jednostkę. Gdzie to silny i bardziej "obrotny" dyktuje warunki...

Zło czai się wszędzie - nie tylko za więziennymi murami. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że ten ociekający brutalnością świat jest tylko odbiciem lustrzanym naszej rzeczywistości. Może bardziej sugestywnym, nieco przesadzonym, ale - istotnie - niewiele różniącym się od tego, co zastajemy na ulicach każdego dnia...

To przerażające.

Moja ocena: 9/10

14 kwietnia 2011

Kto zabił Inmaculadę de Silva?, Marina Mayoral

Kto zabił Inmaculadę de Silva? (¿Quién mató a Inmaculada de Silva?), Marina Mayoral
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Z Mariną Mayoral znamy się już dosyć długo, a mimo to, twórczość tej autorki wciąż mnie zaskakuje. Tym razem Hiszpanka postanowiła stworzyć dłuższą opowieść na bazie historii, którą fragmentarycznie nakreśliła już w powieści Jedyna wolność [Muza 2005]. Dopuszczona tam do głosu narratorka - Etelvina - przedstawiła zbiór rodzinnych legend, pragnąc ocalić od zapomnienia swe dziedzictwo. Tym razem Etel rozbudowuje jedną z tamtejszych historii, posiłkując się znalezionym po latach pamiętnikiem z czasów, kiedy była jeszcze nastolatką. Wtedy to właśnie:
- zakochała się "tak naprawdę",
- zapragnęła zostać pisarką,
- postanowiła odkryć rodzinną tajemnicę - historię śmierci ciotki Inmaculady (zwanej Adą) de Silva i jej przyjaciela (a być może - kochanka) - Antóna del Cañote.

Historia przedstawiona na kartach najnowszej powieści Mariny Mayoral przebiega więc dwutorowo - z treści pamiętnika poznajemy losy zagubionej Etel, natomiast ze wspomnień licznych rozmów - losy Ady. Powolne odkrywanie owianej wielką tajemnicą historii ciotki, pozwala szesnastolatce zrozumieć relacje, jakie łączą ją ze szkolnym kolegą - Juanchem. Młodzi bohaterowie to kochają się, to nienawidzą - raz siebie unikając, innym razem niewinnie całując pod drzewem. Tajemnicza historia rodzinna jednak zbliża ich do siebie tak mocno, że chyba już nic nie będzie w stanie tych dwojga rozdzielić.

Ale, ale... Podobne pozory mylić mogły Adę i Antóna, których zagadkowe losy intrygowały już przed rozpoczęciem lektury i po jej zakończeniu intrygują wciąż. Dlaczego? Dlatego, że Mayoral rozwiązanie zagadki pozostawia czytelnikowi. To on ma zadecydować, w czyją wersję wydarzeń chce uwierzyć - a zadanie to nie jest wcale łatwe - bowiem nawet relacje naocznych świadków różnią się od siebie diametralnie. Ja swoją ulubioną wersję wydarzeń już mam, ale zdradzać nie będę - czeka Was naprawdę wspaniała przygoda, jeśli tylko zdecydujecie się na zapoznanie z niedawno wydaną powieścią hiszpańskiej pisarki.

Jedyne co można zdradzić to to, że historię Ady i Antóna z powodzeniem opowiedzieć mógłby sam Szekspir - mamy tu podobieństwa i do Romea i Julii i do Otella. Może nawet i do Snu nocy letniej, choć w stopniu raczej niewielkim. Cała historia tyczy się trzech osób - pięknej kobiety z dobrego domu, przystojnego komendanta i legendarnego partyzanta, stojącego po drugiej stronie barykady. Żar kipi między nimi - jest tu i miłość, i zazdrość, i nienawiść, i oddanie. Nie ma tylko prawdy absolutnej, bo tę odkryć naprawdę niełatwo...

Miłosne perypetie są jednak tylko pretekstem do tego, aby znów opowiadać o wartościach rodzinnych, konwenansach i polityce. Nie czytałam jeszcze takiej powieści Mayoral, w której nie nawiązywałaby ona do skomplikowanej sytuacji politycznej XX-wiecznej Hiszpanii, namaszczonej dyktaturą generała Franco. Stąd właśnie me porównanie do bohaterów szekspirowskich - tak jak u mistrza dramatu, tak i u Mayoral - na pierwszy plan wysuwa się miłość tragiczna, z góry skazana na niepowodzenie. Uprzedzenia dotykały jednak nie tylko Inmaculadę i Antóna - również między Etelvine i jej Juanchem istnieją pewne społeczne bariery, które mogą okazać się nie do pokonania. Czy tak będzie w rzeczywistości? Zachęcam do lektury, a przekonacie się sami.

Ci, którzy znają twórczość Mariny Mayoral już to wiedzą, ale na pewno wciąż znajdą się i tacy, którzy tej znakomitej powieściopisarki nie mieli jeszcze okazji poznać, toteż informuję: jak to zwykle przy tej autorce bywa - przedstawiona przez nią historia jest pełna pasji, niebanalna i niezwykle frapująca. Nie jest to literatura lekkostrawna i prosta, ale lektura sprawia naprawdę ogromną przyjemność - pochłania i zapiera dech. Za to właśnie cenię i tę autorkę, i literaturę hiszpańską w ogóle - tu nawet pozornie lekkie historie (w końcu zagłębiamy się w pamiętnik 16-latki) przedstawione są w taki sposób, że na ich określenie znajduję tylko jedno sformułowanie - prawdziwa literacka uczta.

Smacznego!

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.


A pozostając w hiszpańskim klimacie, polecam twórczość mojej ulubionej hiszpańskojęzycznej artystki - Bebe:


10 kwietnia 2011

Ja, diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk

Ja, diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk
Wyd. W.A.B., Warszawa 2o10

Od kwietnia zeszłego roku do dziś przeczytałam ok. 125 książek. Przeglądam listę tytułów i nie mogę znaleźć drugiej takiej, którą czytałoby się tak błyskawicznie, jak tę. Co parę minut łapałam się na tym, że jestem o kilkadziesiąt stron dalej, niż byłam "raptem przed chwilą". Pochłonęłam Diablicę w zaledwie kilka godzin, rozkoszując się chwilą rozrywki, jaką zagwarantowała mi Katarzyna Miszczuk.

Główną bohaterką powieści jest dwudziestoletnia Wiki, którą poznajemy w niezwykłych okolicznościach - oto właśnie trafiła ona do Piekła. Miejsca wiecznej rozpusty i ciągłej zabawy, gdzie nikt nikogo nie smaży, a po ulicach biegają Monroe, Presley, Bonaparte, Kleopatra i tysiące innych ciekawych istnień. Wiktorii, jako osobie niezwykłej, trafia się ciekawy przydział - zostaje diablicą. A jako że diablic jest tu naprawdę niewiele - bohaterka od razu zwraca uwagę wszystkich. Niektórzy pragną podbić jej serce, inni wykorzystać naiwność i niewiedzę. Raz po raz dziewczyna wpada w tarapaty, a sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy postanawia przenieść się na Ziemię i rozkochać w sobie swego przyjaciela - Piotra. Na drodze do ich szczęścia staje jednak seksowny Beleth - diabelski opiekun Wiktorii, który pragnie skraść serce dziewczyny. A ponieważ ona nie potrafi zdecydować czego tak naprawdę chce, możecie mi wierzyć - będzie się działo...

Ponieważ wolę zacząć źle, a kończyć dobrze (żeby nie najlepsze wrażenie zdążyło się zatrzeć) - zacznę od kilku ewidentnych wad książki, które wybitnie przeszkadzają w odbiorze.

Po 1: mocno naciągany humor - na palcach jednej ręki zliczę, kiedy tak naprawdę śmiałam się z fragmentów, których rolą było rozbawienie czytelnika. Większość tekstów brzmiała dość tanio i żałośnie, a ja prędzej krzywiłam się w grymasie, niż podciągałam kąciki ust do góry. Oklepane żarciki i przytyki średnio mnie już bawią, ot co.

Po 2: infantylne i irytujące zdrabnianie imion. O ile rozumiem ironiczną wymowę "Pawełka", o tyle przesłodzenie "Piotrusia" doprowadzało mnie do szału. Ileż można polewać lukrem wizerunek swej platonicznej miłości? Przydałoby się bohaterce więcej dojrzałości...

Po 3: traktowanie czytelnika, jak idioty. Dobry narrator to ten, który pozostawia niedopowiedzenia i przemilcza to, co oczywiste. Tutaj kilka razy natknęłam się na przydługie wyjaśnianie terminów, nazwisk i skrótów oraz powtarzanie tego, co z przebiegu akcji doskonale już czytelnik wiedział. Po co po pięć razy powtarzać gdzie znajdują się bohaterowie i kto w danym dialogu bierze udział, skoro - już od kilku stron - jest to "oczywistą oczywistością"?

Po 4: ciągłe, męczące powtarzanie pewnych sformułowań, takich jak "seksowny jednodniowy zarost" (który bohater miał każdego dnia) i "ręce mi opadły". Po którymś z kolei takim tekście może się czytelnik nieco zirytować....

Po 5: powielanie tego, co już znane z innych powieści - zwłaszcza Zmierzchu. Rozumiem, że to wielki bestseller, że hit i tak dalej, ale czy naprawdę było konieczne opieranie się na innych? Myślę, że można się było bez tego obejść.

Więcej grzechów już nie pamiętam, więc z przyjemnością przejdę do ewidentnych zalet Diablicy, które czynią tę powieść wyjątkową i ciekawą...

Podobają mi się bohaterowie - nawet ci irytujący (a może zwłaszcza oni?). Lubię postaci wyraziste, z charakterem. Może nie wszystkie uniknęły szablonowości, ale na pewno część na uwagę sobie zasłużyła.

Podoba mi się wizja Piekła i Nieba - przełamanie pewnych schematów, odwrócenie się od tego, w co wierzymy i w co wierzyć chcemy. Przedstawienie Nieba, jako krainy nudy i wiecznego śpiewania psalmów oraz Piekła, jako istnego Raju może kogoś bulwersować lub śmieszyć, ale dla mnie jest zabiegiem niezwykle trafionym. Autorka pokazuje, że nie wszystko musi być tak oczywiste, jak mogłoby się nam wydawać. Że podwaliny tego, w co wierzymy, mogą być tak naprawdę jedną wielką mistyfikacją. Że za tym, co piękne wcale nie musi stać "dobry Bóg"... To taka bardzo udana satyra na wszystko to, w co usilnie próbujemy wierzyć, kiedy wyobrażamy sobie "życie po życiu". Wierzę, że tak wykreowana wizja Miszczuk nie była dziełem przypadku, a celowym zamiarem, bo bardzo przypadła mi do gustu ta zabawa z czytelnikiem, podważająca ogólnie przyjęte poglądy w kwestii życia pozagrobowego i świata "tam u góry" i jego odpowiednika "tam, gdzieś pod skorupą ziemi".

Podoba mi się historia miłosna, nakreślona na kartach Diablicy, choć przyznać muszę, że kompletnie nie rozumiem bohaterki, w kwestii doboru obiektu uczuć. Bo w czym jakaś ciepła piotrusiowata klucha, całkowicie głucha na jej uczucia, może być lepsza od zabawnego, szarmanckiego i seksownego "złego chłopca", który jest w stanie zrobić dla niej wszystko? Kompletnie nie widzę w tym wszystkim logiki. Ale czy słowa "miłość" i "logika" powinny w ogóle stać ze sobą w parze? ;)

Podoba mi się również konsekwencja w kreowaniu świata przedstawionego. Zarówno rzeczywistość, w jakiej funkcjonują bohaterowie, jak i same ich osoby stworzone są spójnie i logicznie. Widać, że autorka miała konkretną wizję tego, co chciała stworzyć i konsekwentnie trzymała się z góry wytyczonego planu. Dzięki temu czytelnik może być pewien, że nie natrafi na żadne uchybienia i nieścisłości.

Podoba mi się również przedstawienie relacji międzyludzkich na różnych poziomach. To, jak żyją ze sobą rodzeństwa, jak szkolni znajomi, jak przyjaciele i byli kochankowie. Dialogi między bohaterami okazują się być niezwykle naturalne, a łączące ich relacje wyjątkowo autentyczne. Kiedy sytuacje między nimi były napięte, elektryzujące czy przepełnione nienawiścią, ja wszystkie te uczucia odczuwałam pod skórą. Odczuwałam je całą sobą. Znakomicie dopasowałyśmy się do siebie - ja i opowiadana przez młodą autorkę historia. Uwierzyłam Katarzynie Berenice Miszczuk całkowicie i bez reszty dałam się porwać jej opowieści. I za to tę książkę polubiłam tak bardzo.

Mogłoby się wydawać, że to kolejna banalna historyjka o superfacetach, niezwykłych światach, miłości i nienawiści. Ale daleko Diablicy do banalności. Co prawda infantylność języka może miejscami irytować, a szczeniackie poczucie humoru wprawiać w zażenowanie, ale są to tylko małe uchybienia, które okazują się być nieistotnymi, kiedy dostrzeżemy głębię opowieści, jaka wyszła spod pióra młodej pisarki. Ja, diablica to powieść niezwykła, nieschematyczna, porywająca i ciekawa. Autorka potrafi budować napięcie, potrafi wzruszać i elektryzować, potrafi też czasem rozbawić i zaszokować. Wierzę, że kiedy nabierze ona doświadczenia również językowo jej powieści osiągną wyższy poziom. Bo trzeba mieć świadomość, że nie każdy przymknie oko na wszystko to, co uznałam za wady książki. Warsztatowa niedojrzałość autorki może niektórych zniechęcać, ale wierzę, że dadzą oni szansę tej prozie, bo tkwi w niej niewyobrażalny potencjał. Dobrze jest kiedy autor zamiast bezsensownie odtwarzać świat, stara się go kreować. Katarzyna Berenika Miszczuk jest właśnie takim kreatorem, który ma głowę pełną pomysłów i to "coś", czym potrafi zaczarować i przyciągnąć. Jestem pewna, że mając tak wiele do powiedzenia, jeszcze nie raz czytelników zaskoczy. Zwłaszcza, że szykują się kolejne części Diablicy. Zacieram rączki i niecierpliwie na nie czekam. A Was, kochani, zachęcam do lektury. Nabierzcie trochę dystansu do siebie, do świata i do literatury, a potem rozkoszujcie się tą ciekawą opowieścią...

Moja ocena: 8/10

Książka z akcji "Włóczykijka", przekazana przez księgarnię internetową matras.pl.

9 kwietnia 2011

Welcome to the Rileys

Zachęcam Was do obejrzenia filmu Welcome to the Rileys z Kristen Stewart, Jamesem Gandolfinim i Melissą Leo w rolach głównych. Jest to niezwykła opowieść o dwójce ludzi leczących rany po utracie córki. Ona popada w chorobę psychiczną i na lata zamyka się w czterech ścianach, on szuka pocieszenia w ramionach kochanki. Całkowicie zamykając się na temat nieżyjącego dziecka, Doug i Lois powoli oddalają się od siebie, aż w końcu on postanawia zaszyć się w Nowym Orleanie w towarzystwie małoletniej striptizerki. Tam odnajduje go żona, która po latach stagnacji postanawia ratować trzydzieści lat małżeństwa. Przeświadczona o zdradzie męża dokonuje wstrząsającego odkrycia. I całkowicie reorganizuje swoje życie.

A wszystko za sprawą jednej, niezwykłej nastolatki...



Obejrzyjcie zwiastun i dajcie się skusić na obejrzenie Welcome to the Rileys. Proponuję nie zniechęcać się obsadą aktorską - zapewniam, że czeka Was pozytywne zaskoczenie!

Zachęcam!

8 kwietnia 2011

Jutro, John Marsden

Jutro (Tomorrow, When The War Began), John Marsden
Wyd. Znak, Kraków 2011

Wiele lat zajęło Johnowi Marsdenowi wytyczenie życiowej drogi, którą powinien podążać. Otarł się o nudne studia, pracę w kostnicy i leczenie w szpitalu psychiatrycznym, aż wreszcie postanowił zostać nauczycielem. Przynosząca wielką radość nowa praca, wiązała się jednak z wieloma rozczarowaniami. Jedno z takich rozczarowań - uświadomienie sobie, że młodzież nie lubi czytać - pchnęło Australijczyka do sięgnięcia po pióro. Tak zrodziła się debiutancka powieść Marsdena - Tak wiele do powiedzenia. Sześć lat później - w roku 1993 - na rynku ukazał się - obsypany licznymi nagrodami - pierwszy tom serii Jutro, którego polskie tłumaczenie ukazało się niedawno nakładem wydawnictwa Znak.

Warto przypomnieć, że to właśnie ta książka ma zachęcać młodych ludzi do czytania. A wszystko dzięki niezwykłej akcji Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro, o której wspominałam tutaj i o której przeczytacie więcej na stronie seriajutro.pl.

O czym opowiada książka?

O przygodzie, odwadze oraz strachu.
O mocy przyjaźni i braterstwa.
O przezwyciężaniu lęków i słabości.
O walce o wolność.
O walce o życie.
O niezwykłej sile, jaką jest w stanie znaleźć w sobie człowiek, który nie chce się poddać...

Grupa młodych ludzi udaje się na biwak w dzikie rejony Australii. Poznanie tego, co niezbadane, wydaje się im być niezwykłą przygodą. I choć wokół tajemniczego Piekła krąży wiele przerażających legend, nie zraża to nikogo - nawet strachliwego licealisty, ani pięknisi z bogatego domu. Siódemka przyjaciół wyrusza więc w nieznane, nie zdając sobie sprawy, że wyprawa ta zmieni ich na zawsze...

Oto bowiem biwak się kończy, wyczerpani nastolatkowie wracają do domów, a tam... Tam zastają splądrowane domy, martwe zwierzęta i przytłaczającą ciszę. Okazuje się jednak, że to dopiero początek lawiny dziwnych zdarzeń.

Koszmar dopiero ma nadejść...

John Marsden stworzył pełną napięcia, fascynującą opowieść, która porywa i pochłania bez reszty. Czyta się ją wyjątkowo lekko - głównie za sprawą pierwszoosobowej narracji, poprowadzonej z perspektywy nastoletniej uczestniczki wydarzeń. Opisy są miejscami chaotyczne, przerywane wstawkami potęgującymi wrażenie, że opowieść snuje dobra koleżanka czytelnika. Zabieg ten sprawia, że całość wypada niezwykle naturalnie i autentycznie. Pomimo tak bardzo nieprawdopodobnych wydarzeń...

Nie dziwi mnie dlaczego Jutro uznaje się za jedną z najlepszych współczesnych książek dla nastolatków. Nie dziwi mnie również dlaczego Znak akurat tym tytułem chce zachęcać młodych ludzi do czytania. Dla mnie to takie połączenie przygód Tomka Wilmowskiego z Kamieniami na szaniec - czyż nie jest to atrakcyjna kombinacja?

John Marsden kusi czytelnika niesamowitą przygodą. Do tego dokłada interesujących bohaterów, fragment lekcji geografii, cytaty z Biblii i garść ciekawostek o australijskiej kulturze. Zlepienie tych kilku elementów i włożenie ich w ramę naprawdę dobrej prozy (bez zbędnego zadęcia i dydaktycznego smrodku), czyni Jutro powieścią wyjątkową i pełną uroku, wzruszającą i fascynującą... Czy można chcieć więcej?

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.


literatura australijska | recenzja | John Marsden | literatura | recenzje książek


John Marsden zaczął pisać, ponieważ uczniowie w prestiżowej szkole, w której pracował, nie chcieli czytać. Jego debiut So much to tell you powstał w zaledwie trzy tygodnie, ale natychmiast trafił na listy bestsellerów.

Po pierwszym sukcesie Marsden przez kilka lat łączył karierę pisarską z pracą pedagoga. Później zrezygnował z pracy w szkole, ale nie z pracy z młodzieżą - organizował warsztaty pisarskie, w których brali udział także młodzi ludzie z Turcji czy Indonezji. Sukces tych warsztatów zainspirował go do założenia w 2006 roku szkoły, w której nie tylko pełni funkcję dyrektora, ale też prowadzi lekcje.

Źródła: foto | opis

7 kwietnia 2011

Pościg, Karen Robards

Pościg; The PursuitPościg (The Pursuit), Karen Robards
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Pościg Karen Robards reklamuje się jako "intrygujący romans o wyjątkowo dynamicznej akcji". Na wielu słowo "romans" działa jak czerwona płachta na byka, toteż od razu zapewniam - za tym tytułem kryje się zdecydowanie więcej! I jeśli tylko pozwolicie się miło zaskoczyć, czeka Was naprawdę interesująca lektura.

Karen Robards - autorka dotąd mi nieznana (powinnam się chyba wstydzić - pani ma już prawie 40 publikacji na koncie) - stworzyła pasjonujący thriller romantyczny z polityką w tle. To niezwykłe połączenie sprawia, że powieść ta adresowana jest nie tylko do kobiet. Warto o tym wiedzieć i skusić również panów do lektury. Z pewnością nie pożałują oni wyboru...

Książka opowiada o burzliwych relacjach łączących Jessikę - młodą kobietę, zaplątaną w wielką polityczną aferę - z Markiem - tajnym agentem, pełniącym służbę u boku prezydenta USA. Kiedy w wypadku samochodowym ginie Pierwsza Dama, Jessica okazuje się być ostatnią, która miała kontakt z kobietą. Cudem ocalała staje się jednak celem ataku kogoś, kto traktuje ją, jak niewygodnego świadka. Świadka zbrodni... Mark postanawia odkryć prawdę i chronić kobietę. Ale czy jego zamiary na pewno są czyste? I co stanie się, kiedy wokół zaczną ginąć wszyscy wplątani w tę sprawę?
Czy ktoś w ogóle wyjdzie cało z tej - naznaczonej krwią - historii?
Sprawdźcie sami!

Pościg pochłania od pierwszej strony i ani na moment nie pozwala oderwać się od lektury. Autorka z powodzeniem operuje suspensem, mnoży zwroty akcji i niezwykle umiejętnie stopniuje napięcie. Do tego konstruuje wyjątkowo ciekawe, pełne autentyczności postaci. Postaci, których losy okazują się intrygujące i pasjonujące. Postaci, których nie sposób nie polubić. Którym nie sposób nie uwierzyć...

Narracja poprowadzona jest niezwykle sprawnie i powieść - pomimo poważnej tematyki - czyta się wyjątkowo lekko i przyjemnie. Opisy przestrzeni są raczej skąpe - autorka skupia się przede wszystkim na drobiazgowym przedstawieniu postaci oraz łączących je relacji. Do tego dokłada dynamiczne dialogi i sytuacje pełne napięcia. Również napięcia seksualnego. Wszystko to sprawia, że Pościg czyta się naprawdę dobrze i okazuje się on lekką lekturą na jedno popołudnie.

Z pewnością powieści Karen Robards nikt do wielkiej literatury nie zaliczy, ale zdecydowanie warto poświęcić jej nieco uwagi. Bo pióro amerykańskiej autorki jest naprawdę znakomite. I nawet kiedy czyta się pełen napięcia thriller jej autorstwa, można się odprężyć. A tego właśnie potrzebuje czytelnik po wyjątkowo ciężkich chwilach.

Zachęcam!

Moja ocena: 7,5/10

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.


---
PS. Iza ustrzeliła na blogowym liczniku okrągłe 100 000, zobaczcie:



Moja droga, podeślij mi swój adres - mam dla Ciebie niespodziankę :)

6 kwietnia 2011

Hakus pokus, Katarzyna Leżeńska, Darek Milewski

Hakus pokus, Katarzyna Leżeńska, Darek Milewski
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Drodzy Czytelnicy, oto przed Wami Hakus pokus - efekt pracy dwóch niezwykle interesujących postaci - pisarki i scenarzystki - Katarzyny Leżeńskiej oraz pracownika jednej z największych firm software'owych na świecie - Darka Milewskiego. Wspólnie stworzyli oni pasjonującą historię o splątanych losach dwojga Polaków, którzy na własnej skórze przekonują się, że świat - jak to głosi słynne powiedzenie - rzeczywiście jest bardzo mały.

Oto bowiem ona - wzięta pani psycholog, borykająca się z rodzinnymi problemami i on - komputerowy geniusz, spotykają się w odległym Seattle i powoli odkrywają, jak bardzo siebie potrzebują. I jak niebezpiecznie dużo ich łączy...

Beata właśnie porzuciła narzeczonego, a matkę umieściła w zakładzie dla umysłowo chorych. Robert rozstał się z małżonką, nie potrafiącą zdefiniować swej biologiczno-płciowej tożsamości. Oboje są przytłoczeni i samotni. I choć początek tej znajomości nie jest wcale obiecujący - z czasem między dwójką Polaków rodzi się więź. Więź, którą złośliwy los wystawi na niejedną ciężką próbę...

Wielu ludzi spodziewa (bądź obawia) się, iż Hakus pokus będzie uroczym romansidłem, skoro opowiadać ma o relacji damsko-męskiej. Nic bardziej mylnego! To daleko posunięte uproszczenie i niepotrzebne wkładanie w bezsensowne ramy okazuje się dla tej interesującej powieści niezwykle krzywdzące. Bo uczucia między bohaterami nie są tu ani dominujące, ani nachalne. Stanowią raczej tło dla pełnej napięcia opowieści, sięgającej wgłąb ludzkiej psychiki i zahaczającej o cały wachlarz problemów, trapiących społeczeństwo ponowoczesne.

Mamy tu zróżnicowane problemy tożsamościowe i emancypację pewnych mniejszości. Mamy globalizację i konsumpcjonizm, niezwykły postęp technologiczny i gwałtowny rozwój kultury popularnej. Oprócz tego szereg schorzeń psychicznych i uchybień. Upadek wiary w drugiego człowieka... Tę powieść miejscami przeszywa taki mrok, że aż ciężko to sobie wyobrazić, kiedy zaczyna się lekturę.

Dlaczego?

Dlatego, że od pierwszej do ostatniej strony pochłania się ją pędem. Napisana jest tak lekko i sprawnie, że można odnieść wrażenie, iż z narracją się płynie, jak w wartkiej rzece, albo sunie, jak po gładkim stoku. Brak jest tu chwili na wytchnienie, kiedy wciąż się chłonie i chłonie. Z nieustającym zapałem. Z przyspieszonym biciem serca. Z wypiekami na twarzy...

Historia opowiedziana w Hakus pokus przebiega dwutorowo - narrator raz zagląda do świata Beaty, raz do świata Roberta. Ta wymienność okazuje się zabiegiem niezwykle trafnym - w odpowiednich momentach narrator skupia uwagę na psychice bohaterki, innym razem dokładnie przedstawia rzeczywistość bohatera. Dwie płcie, dwa różnie skonstruowane mózgi, dwa sposoby postrzegania świata. Dwie rzeczywistości, dwa odcinki na osi czasu, dwie osobowości w jednym organizmie, dwie przestrzeni. Ta dychotomia nie jest tu bezcelowa - obecność każdego z elementów znajduje uzasadnienie. Wszystkie szczegóły i wszystkie granice nakreślone są z niezwykłą precyzją - sens i logika wysuwają się tu na plan pierwszy. Ale czy mogło być inaczej, skoro kluczową rolę w Hakus pokus odgrywają matematyka i informatyka? Nie sądzę.

Problemów poruszanych na kartach powieści Leżeńskiej i Milewskiego nie sposób zliczyć. Nie oznacza to wcale chaosu czy niedokładności, raczej precyzyjne splątanie ze sobą różnych światów i różnych bohaterów. Bohaterów, którzy pragną wykraczać poza wszelkie granice i przełamywać niepotrzebne bariery. Stąd nie zabraknie tu transseksualizmu i schizofrenii, zamkniętego środowiska hakerów i skomplikowanych relacji rodzinnych. Właśnie to wymieszanie czyni Hakus pokus powieścią tak pasjonującą i ciekawą. Tak fascynującą i frapującą.

Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę właściwie każdemu - niezależnie od płci i wieku (nie wliczając w to dzieci, oczywiście). Bo wachlarz zagadnień i problemów jest tu na tyle szeroki, że różni czytelnicy znajdą tu coś tylko dla siebie. Atrakcyjny język powinien przyciągać, a skłaniająca do refleksji treść - zachęcać. I choć po opisie tej książki można się było spodziewać czegoś nieco innego - zaskakuje ona wyłącznie pozytywnie.

To naprawdę kawał bardzo dobrej prozy! Wartościowa treść podana w przyjemnej i zjadliwej formie. Zjadliwość traktuję jako komplement i zachętę dla tych, którzy w czytaniu się nie lubują i potrzebują różnych bodźców, aby do literatury się przekonać. A cóż jest bardziej przekonujące od tego, iż książkę można pochłonąć w kilka godzin, zacierając ręce przed każdą kolejną stroną, hm?

Moja ocena: 8,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka :)


3 kwietnia 2011

Katalogowanie książek

Obiecałam przedstawić moją wizję katalogowania książek i oto zjawiam się, aby o procesie tym opowiedzieć. Zapoznałam się z kilkoma programami, specjalnie do tego przeznaczonymi. Nie spodziewałam się, że wybór będzie tak duży. Na szczęście bardzo trudno wybrać nie było i oto przedstawiam - BookDB!

Za tylkoprogramy.pl:

BookDB - program służy do gromadzenia informacji na temat książek, jest rozbudowany i jednocześnie bardzo dobrze dopracowany - jest to idealne narzędzie do zarządzania naszą domową biblioteczką.

Każdą książkę opisujemy przez dodanie autora, tytułu, numeru ISBN, roku wydania, liczby stron, sygnatury, w jakiej jest postaci (twarda okładka, miękka okładka, komiks, ebook...). Od siebie możemy dodać jeszcze w opisie wartość pieniężna książki, jaką dajemy jej ocenę za treść oraz jaki jest stopień trudności dla czytelnika. Książki możemy dzielić na kategorie, które sami utworzymy, np. książki informatyczne, techniczne itp.

Lista dodanych książek może być nieskończenie długa, eksport listy książek robimy do pliku txt, html. Program posiada statystyki naszej bazy książek, możliwość sprawdzenia poprawności numeru ISBN. Przydatna może okazać się funkcja filtrowania ograniczająca pozycje do konkretnego autora, wydawcy, pozycji czy jakiejś dowolnej frazy.


Do programu można dodawać osoby które pożyczyły od nas książki, wraz z nazwami książek.
Możliwość wydruku listy autorów, pożyczających, wydawców.

Moje screeny:

Póki co - udało mi się umieścić w programie jakąś 1/3 zbiorów - robota jest nieco żmudna i nużąca, więc pewnie jeszcze trochę potrwa. Ale z samej aplikacji jestem bardzo zadowolona - jeżeli jakiejś szukacie, polecam BookDB.

* * *

Na koniec chciałabym podzielić się z Wami swoim małym szczęściem. Wielka radość zalała całe moje serce... A wszystko to z powodu otwarcia sezonu żużlowego. Nawet sobie nie wyobrażacie jak mocno można za tym tęsknić i jak bardzo można cieszyć się każdą minutą spędzoną na stadionie. To są te chwile, w których łzy wzruszenia wygrywają ze wszystkim innym. Te chwile, w których zapomina się o całym świecie - liczą się tylko emocje, adrenalina i zjednoczenie z tymi, których serca biją w tym samym rytmie...
Oto mój własny Teatr Marzeń, którego widokiem cieszę się każdego dnia, wyglądając przez okno :)

2 kwietnia 2011

Życie oddać i duszę, Marina Mayoral

Życie oddać i duszę (Dar la vida y el alma), Marina Mayoral
Wyd. Muza, Warszawa 2005

Marina Mayoral to pisarka niezwykła. Sprawia, że obcując z jej literaturą mam wrażenie, jakbym siedziała z przyjaciółką przy kubku kakao i wsłuchiwała się w niezwykłe opowieści z jej życia. A naprawdę jest tu o czym słuchać! O młodej Amelii porzuconej w noc poślubną, o przystojnym Enrique pałającym całe życie platonicznym uczuciem do jednej kobiety, o przebiegłym Carlosie, wykorzystującym naiwne istoty i o wielu innych, naprawdę barwnych postaciach, z którymi miała styczność Marina Mayoral - czy to na żywo czy to w rodzinnych opowieściach...

Jednak wbrew pozorom nie jest to wcale żadne love story - to raczej zbiór rozmyślań Mayoral nad sensem istnienia, nad sensem kochania. Próba pogodzenia się z tym, co przyszykował dla niej los. Kilka wspomnień, przeplatanych rozważaniami filozoficznymi. Kilka złotych myśli, otoczonych opowieściami o wielkich twórcach i ich dziełach. O Mendozie, Vargas Llosie, Zorilli i wielu innych. To taki hołd dla ludzi wielkich i ważnych dla autorki. Hołd dla tego, który odszedł przeczytawszy zaledwie kilka stron Życie oddać i duszę...

Otwarcie przyznać trzeba, że nie jest to książka przyjemna i prosta w odbiorze. Wielu czytelników może nie być w stanie znieść jej nietypowej formy i po kilkunastu mało absorbujących stronach zwyczajnie zrezygnuje z lektury. Wytrwałych czeka jednak nagroda - kilka godzin pełnych naprawdę solidnych przemyśleń i refleksji.

Myślę, że gra jest warta świeczki.

Warto czasem zastanowić się nad wyborami, jakich w życiu dokonujemy. Nad stereotypami, jakimi się kierujemy. Nad konwenansami, które nas ograniczają. Warto zajrzeć wgłąb siebie i przyjrzeć się swym uczuciom. Warto rozejrzeć się wokół i chłonąć to, co podsuwa nam życie...

Książka Mayoral dotyka wielu kwestii, przedstawia całą gamę różnych bohaterów i skłania do licznych rozważań. Może nie czyta się jej z wypiekami na twarzy. Może czasem się ziewa i ze znużeniem rozgląda wokół. Ale koniec końców - to naprawdę znakomite dzieło, któremu warto poświęcić kilka długich godzin.

A potem myśleć, rozważać i dokonywać zmian w sobie.
Bo do tego właśnie skłania lektura Życie oddać i duszę...

Mocno wierzyć, że piekło cząstkę nieba chowa,
życie oddać i duszę na złudzenia pastwę:
oto miłość. Wie o tym, kto jej zakosztował.
Lope de Vega


Moja ocena: 7/10


Przy okazji zapraszam do odwiedzania kolejnego ciekawego miejsca w sieci:
Siecik.pl -stylowy portal kulturalny