30 marca 2011

Odwet, Kristina Ohlsson

Odwet (Tusenskönor), Kristina Ohlsson
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Bardzo trudno było mi zmobilizować się do przeczytania kolejnej części cyklu poświęconego Fredrice Bergman. Po pierwsze dlatego, że dopiero po jej otrzymaniu zorientowałam się, że jest to kontynuacja innej książki. Po drugie dlatego, że wiosenne rozleniwienie całkowicie odepchnęło mnie od kryminałów - w ostatnim czasie stawiałam na literaturę zupełnie inną. Od tygodnia jednak podczytywałam Odwet i wreszcie postanowiłam w całości oddać się lekturze. A zadanie to nie było wcale łatwe...

Odwet opowiada o siatce splątanych zdarzeń - śmierci, wypadków i zbrodni. Sprawy, które z pozoru nie mają ze sobą żadnych powiązań, okazują się być w tajemniczy i skomplikowany sposób spojone. To właśnie owo skomplikowanie nastręcza sporo trudności podczas lektury. Bo typowego dla kryminału napięcia i pędu akcji czytelnik tu nie uświadczy - za to całkowicie poplątanych zdarzeń - owszem.

Ponadto na pierwszy plan wcale nie wysuwają się zbrodnie i typowo kryminalne sprawy. Autorka skupia się przede wszystkim na przedstawieniu działań i życiorysów poszczególnych policjantów. To taki zabieg, który ma wyjaśnić motywy, jakie kierują ich działaniami (często bezwzględnymi) i pokazać te bardziej ludzkie strony ich osobowości. Bo każdy z bohaterów przywdziewa jakąś maskę i za kurtyną złośliwości oraz dystansu skrywa problemy, zmartwienia i dylematy. Wydawać by się mogło, że to taki zapychacz stron, spowalniający akcję, ale mnie akurat ten zabieg przypadł do gustu. Lubię niejednoznaczność, walkę z pozorami, odkrywanie głęboko skrywanych tajemnic. Może przy kryminale, który - z zasady - powinien trzymać w napięciu nie jest to najbardziej trafne działanie, ale jakby tak nie nastawiać się na wielkie emocje przy lekturze... Wtedy jest szansa, że Odwet się czytelnikowi spodoba.

Mnie - pomimo nieco zbyt wolnego biegu akcji - książka przypadła do gustu. Nie powaliła na łopatki, nie zachwyciła, ale też nie rozczarowała. Pani Ohlsson bardzo dobrze operuje piórem - fabuła wydaje się być dobrze dopracowana, co wcale nie jest takie oczywiste przy takim splątaniu wątków. Wielkie brawa należą się autorce również za świetne kreacje bohaterów i znakomicie nakreślone ich portrety psychologiczne. Szwedzkie społeczeństwo okazuje się bowiem już nie takie bajkowe, jak by to sugerowały wszelkie stereotypy. Ukazanie braku tolerancji, niechęci i jakiegoś takiego smrodliwego brudu pokazuje, że Skandynawia wcale nie jest idyllą, wcale nie jest żadnym rajem. To taki sam zepsuty kraj, jak każdy inny. I bardzo dobrze, że pojawia się kolejna pisarka, która chce na problem ten zwrócić uwagę.

W trakcie lektury okazało się na szczęście, że moje wątpliwości związane z brakiem znajomości części pierwszej nie były słuszne. Rozeznanie się w "temacie" nie jest rzeczą trudną, więc nie trzeba wcale uparcie szukać Niechcianych, by pojąć Odwet. I bardzo dobrze! Lubię, kiedy ciągłość zdarzeń zostaje zachowana, ale jednocześnie nie trzeba uparcie trzymać się kolejności wydawania poszczególnych części. Oczywiście choćby z ciekawości warto sięgnąć po poprzedni tom cyklu. Zachęca do tego opis, który wydaje mi się bardziej kuszący niż ten, zapowiadający Odwet.

Literatura skandynawska cieszy się ostatnimi czasy wielką popularnością zarówno w Polsce, jak i na świecie. O Kristinie Ohlsson mówi się "najbardziej obiecująca młoda autorka kryminałów" i z fragmentem "obiecująca" zgadzam się w pełni. Nie jest to jeszcze wielka pisarka, którą mogłyby zachwycać się miliony, ale niewątpliwie można dostrzec w niej ogromny potencjał. I oby go został należycie wykorzystany!

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka!

29 marca 2011

Król Złodziei, Cornelia Funke

Król Złodziei (Herr der Diebe), Cornelia Funke
Wyd. Egmont, Warszawa 2003

Do zapoznania się z twórczością nieznanej mi dotąd autorki - Cornelii Funke - zachęciła mnie entuzjastyczna recenzja Meme. Nie wahając się ani minuty, od razu złożyłam zamówienie w uczelnianej bibliotece i na drugi dzień mogłam cieszyć się już kolejną ciekawą pozycją do przeczytania. Kiedy wreszcie nadszedł czas lektury - przepadłam. I zakochałam się!

Cornelia Funke zyskała swego czasu przydomek "niemieckiej Rowling" - wszystko za sprawą jej pełnych uroku, niezwykłych powieści, przyciągających miliony czytelników na całym świecie. Jej międzynarodowa sława zaczęła się właśnie po opublikowaniu Króla Złodziei - fascynującej powieści, której akcja osadzona została w pełnej tajemnic Wenecji. Do polskiego wydania dołączona została mapka miasta, pozwalająca na śledzenie kroków bohaterów oraz słownik włoskich wyrażeń, pojawiających się w tekście. Genialny jest to zabieg! Mam nadzieję, że się ze mną zgadzacie :)

W tej fascynującej opowieści Cornelia Funke przenosi czytelnika do Wenecji - "baśniowej krainy, pełnej skrzydlatych lwów i rżących koni". Wraz z grupą młodych bohaterów przedzieramy się przez wąskie uliczki, pływamy vaporetto, skrywamy się w ciemnych zaułkach i karmimy gołębie na Piazza San Marco. Głównymi bohaterami są bracia - Prosper i Bo, którzy po ucieczce z domu despotycznej ciotki, postanawiają skryć się w magicznym mieście, znanym z opowieści rodziców. Ich ciężkie życie na ulicy ulega zmianie, kiedy natykają się na grupę bezdomnych dzieci, skrywających się w opuszczonym kinie. Od tej pory w ciemnej kinowej sali mali bohaterowie budują namiastkę domu - gotują, czytają, opiekują się zwierzętami i - co najważniejsze - wspierają się, tworząc rodzinę, o której tak bardzo wszyscy marzyli. Ich przewodnikiem jest tajemniczy Scipio, znany jako Król Złodziei - chłopiec, ukrywający się za czarną maską. Chłopiec, skrywający w sercu wielką tajemnicę...

Stworzona przez Funke historia pełna jest ciepła i magii. To taka baśniowa przygoda, którą chciałby przeżyć niemal każdy z nas. I choć Król Złodziei jest powieścią skierowaną do młodzieży, to i dorośli powinni docenić jej niezwykły urok. Zwłaszcza, że nie jest to zwykła powiastka przygodowa - kryje się tutaj znacznie więcej... W mej opinii jest to prawdziwa bomba - nośnik najważniejszych wartości - przyjaźni, braterstwa, miłości i oddania. Do tego opisanych i przedstawionych w tak urzekający sposób, że nie sposób się w tej historii nie zakochać!

Wenecja kusi i fascynuje. Bohaterowie wzbudzają ogromną sympatię, a ich przygody pełne są napięcia i zagadkowości. Do tego - jak to w baśniach - dochodzi szczypta magii. A wszystko za sprawą pięknej i tajemniczej karuzeli. Czyż nie brzmi to intrygująco?

Jednym z głównych problemów, poruszanych na kartach Króla Złodziei jest kwestia dorastania i braku zrozumienia na linii dorośli-dzieci. Ci pierwsi chcieliby cofnąć się w lata młodości, ci drudzy marzą o byciu starszymi i niezależnymi. Nieustanne pragnienie bycia kimś innym sprawia, że porozumienie między dorosłymi i dziećmi zdaje się być niemożliwe. W pewnym jednak momencie okazuje się, że bez pomocy dobrej wróżki i opiekuńczego detektywa młodzi bohaterowie mogą sobie nie poradzić. Czy wyrzekną się swoich zasad i chwycą pomocną dłoń? A może wciąż będą zdani tylko na siebie?

Cóż... Przeczytajcie i dowiedzcie się sami. Na pewno się nie rozczarujecie!

Króla Złodziei czyta się świetnie - to jedna z tych powieści, którą pochłania się jednym tchem i w której całkowicie się zatraca. Opisy są barwne i fascynujące - pozwalają poznać pełne magii miasto i pełnych uroku bohaterów. I choć najmłodszym czytelnikom nie polecałabym takich historii (w końcu mogą zapragnąć żyć tak, jak ich mali przyjaciele), ale niewątpliwie dla nastolatków powieść ta nadaje się idealnie. Jestem pewna, że właśnie w takich książkach kryje się ta magia, która przyciąga młodego czytelnika i zachęca go do poznawania bliżej literatury. Gdyby wszystkie szkolne lektury były tak fascynujące, z pewnością nie musielibyśmy narzekać na poziom czytelnictwa wśród młodzieży. A wielkie i ciężkie powieści zostawmy na czas szkoły średniej - wcześniej zachęcajmy młodzież do zgłębiania właśnie takich historii, jak ta autorstwa Cornelii Funke. Dlaczego? Dlatego, że to właśnie lekkie i intrygujące powieści potrafią kusić i rozkochać w sobie młodych czytelników. A kto raz zakocha się w książce, już nigdy się od niej nie odwróci. Nawet jeśli w szkole będzie zmuszany do czytania "wielkich" tytułów...

Moja ocena: 10/10

Mam nadzieję, że któregoś dnia wrócę jeszcze do Wenecji. Mapka dołączona do książki uświadomiła mi bowiem, jak niewielką część miasta było mi dane widzieć...

28 marca 2011

Ex libris Klaudyny :-)

Od dawna chciałam mieć pieczątkę, którą mogłabym oznaczać swoje zbiory książkowe. Wreszcie postanowiłam zrealizować swoją małą zachciankę i oto mam odpowiedni stempel - jak widać na załączonym obrazku. W okolicach weekendu zapewne wszystkie moje książki zostaną podstemplowane i wreszcie zmobilizuje mnie to do skatalogowania zbioru. Oj, czeka mnie dużo roboty! Życzcie mi powodzenia!

Chciałabym przy tym zapytać Was co sądzicie o takiej formie znakowania książek. Jestem ciekawa argumentów i przeciwników, i zwolenników stemplowania. Sądzę, że obie grupy będą dość liczne, choć nie ukrywam, że opowiadam się za tą drugą :)

Macie własne ekslibrisy? Pochwalcie się!
Wahacie się? Przestańcie! :)

25 marca 2011

Jillian Westfield wyszła za mąż, Allison Winn Scotch

Jilian Westfield wyszła za mąż; Time of My LifeJillian Westfield wyszła za mąż (Time of My Life), Allison Winn Scotch
Wyd. Otwarte, Kraków 2011

Zarówno opis tej książki, jak i jej okładka przyciągają jakąś tajemniczą, magnetyczną mocą. Człowiek wpatruje się w ten fascynujący Manhattan i długowłosą piękność, potem zaczytuje w streszczenie fabuły na odwrocie i w jednej chwili przepada. Bo ta niezwykła opowieść pochłania bez reszty - od strony pierwszej, do strony ostatniej...

Allison Winn Scotch przenosi czytelnika w świat Jillian Westfield - sfrustrowanej żony, matki i pani domu. Trzydziestoparoletnia bohaterka wiedzie spokojne życie na przedmieściach z wiecznie zapracowanym mężem i małą córeczką. Dla nich poświęciła całe swe życie, rezygnując z bliskości przyjaciół, wielkiej kariery w reklamie i mieszkania w zgiełku wielkiego miasta. Jillian poznajemy w momencie, w którym gąszcz wątpliwości zaczyna oplatać jej umysł, a gdybaniom i pytaniom o słuszność wyborów z przeszłości nie ma końca. W pewnym momencie opętana obsesyjną myślą o dawnym życiu bohaterka orientuje się, że... przeniosła się w czasie - znów jest niezamężna, znów ma czas na zabawę i szaleństwa z dawną miłością. Los uśmiechnął się do Jillian - dziewczyna może wreszcie naprawić błędy przeszłości, wykorzystać dawne okazje i sprawdzić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby kiedyś - siedem lat temu - nie zdecydowała się na porzucenie wszystkiego, co było dla niej ważne...

Igranie z przeznaczeniem może jednak przynieść zgubne skutki.

Po pierwsze: zmianie może ulec nie tylko życie Jillian, ale i wszystkich ludzi z jej otoczenia. I nie ma pewności, czy zmiany te okażą się korzystne.
Po drugie: to, co z perspektywy siedmiu lat mogło wydawać się rajem, teraz może okazać się małym piekłem, którego zło zatarło się gdzieś we wspomnieniach...
Po trzecie: świadomość, że gdzieś-tam zostawiło się męża i ukochaną córeczkę może okazać się niebezpieczna - albo się o nich zapomni, albo uświadomi sobie, że się ich bezpowrotnie straciło.

No i najważniejsze - można sobie uświadomić, że wszystkie problemy mają źródło nie w źle dobranych partnerach i krzywdach zaznanych w dzieciństwie, ale w nas samych...

I co wtedy?

Hmmm, można wpaść w obłęd, można zacząć naprawiać swe błędy, można popełniać nowe. Można cieszyć się życiem na nowo lub ubolewać nad własną głupotą. Cokolwiek zrobi Jillian - zapewniam, że będzie to niezwykle interesujące. I zaskakujące!

Jillian Westfield wyszła za mąż to książka dość niepozorna - można odnieść wrażenie, że będzie to jedna z tych lektur, które mają za zadanie wyłącznie umilać czas. Nic bardziej mylnego! Powieść ta okazuje się być niezwykle pouczająca i zmuszająca do głębokich refleksji. Refleksji nad codziennością, nad wspomnieniami, nad dawnymi decyzjami i ich wpływem na dalsze życie. Refleksji nad 'carpe diem' i nad wszystkim, co nas otacza. Nad tym, jak żyjemy i jak chcielibyśmy żyć. Nad tym, o czym marzymy i za czym tęsknimy...

Allison Winn Scotch może nie dokonuje nowatorskich odkryć, a jej książka nie objawia prawd nieznanych, ale niewątpliwie warto się z nią zapoznać. Styl autorki jest bardzo przyjemny w odbiorze - przychodzi mi na myśl określenie 'zadziorny'. To chyba przez trafne operowanie ironią, świetne dialogi i czarny humor... Mieszanka ta sprawia, że książkę pochłania się jednym tchem!

Warto zapoznać się z tą powieścią również dlatego, że prowokuje ona do zadumy, do stawiania sobie pytań i szukania odpowiedzi na nie. Sama zastanawiałam się przez chwilę, czy chciałabym cofnąć czas i zmienić bieg wydarzeń, ale szybko doszłam do wniosku, że przenoszenie się w czasie owszem, może być ciekawe, ale tylko po to, by przeżyć to wszystko raz jeszcze... Nie chcę zmieniać tego, co mnie ukształtowało. Bo mogłabym teraz znajdować się w znacznie gorszym położeniu, wśród innych ludzi i w innym miejscu.

Lepiej losu nie kusić...

Moja ocena: 8,5/10

Clevera, dziękuję za to, że wylosowałaś mój nick i mogłam przeczytać tę niezwykłą książkę :)

23 marca 2011

Nie zawrócę, Jolanta Guse

Nie zawrócę, Jolanta Guse
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Nie zawrócę to powieść napisana przez kobietę, o kobietach i kobietom dedykowana. Powieścią tą autorka pragnęła złożyć ukłony tym, które "pomimo napotkanych przeciwności nigdy nie rezygnują". Tak, jak nie zrezygnowała jej bohaterka - Laura. I tak, jak Laura powtarza, że "nie zawróci", tak ja po lekturze mogę powiedzieć krótko "nie nadążam". Nie nadążam, bo akcja tej powieści jest tak chaotyczna i tak błyskawiczna, że żaden z wątków tak naprawdę nie ma szans czytelnika zaabsorbować. Zaraz pojawiają się bowiem inne miejsca, inni bohaterowie i inne zdarzenia. Nie podoba mi się to. Mam wrażenie, że autorka o samej sobie miała tyle do powiedzenia, że chciała upchnąć wszystko w jednym miejscu, nie siląc się na rozwijanie wątków i zagłębianie w szczegóły. Liznęła trochę tego, trochę tamtego, napomknęła o czymś jeszcze innym i zakończyła historię. Dwie godziny lektury i po wszystkim. Dosłownie - bo w głowie chyba nie zostanie mi nic, a to niedobrze, bo lubię kiedy książka nie daje o sobie zapomnieć...

Nie zawrócę to historia zdradzonej pani po 50-ce, która decyduje się rozpocząć życie na nowo, w porzuconej przed laty ojczyźnie. Ów powrót do kraju następuje już na trzeciej stronie powieści, co zniesmaczyło mnie niesamowicie. Dlaczego? Przeczytajcie opis, zamieszczony na okładce:

Laura prowadzi bezproblemowe, dostatnie życie w Hiszpanii. Pewnego dnia dowiaduje się, że pojawiła się ta druga, dwadzieścia lat młodsza, a z nią niebawem to trzecie. Mąż składa Laurze ofertę bycia pierwszą w dotychczasowym luksusie, ale pod warunkiem zaakceptowania nowych osób w jego życiu. Laura staje przed bardzo trudnym wyborem. Zostać w Madrycie i zatracić siebie, czy wrócić do Polski, całkiem sama – bez męża, bez przyjaciół, bez grosza przy duszy…

Czy naprawdę ktoś spodziewał się, że opisane powyżej wydarzenia przedstawione zostaną w zaledwie trzydziestu dwóch linijkach tekstu? Bo ja na pewno nie i nie znalazłam w książce śladów tego dostatniego życia, nie byłam świadkiem żadnych bulwersujących propozycji męża bohaterki, ani też nie zauważyłam, aby stawała przed jakimiś trudnymi wyborami. Ledwo ukochany powiadomił ją o innej (w bardzo wyszukany sposób, tak swoją drogą), autorka już wysadzała ją na Dworcu Centralnym i historia lotem błyskawicy ruszyła dalej. Być może ktoś lubi akcję wartką, jak rwący strumień, ale ja chciałabym czasem przystanąć na chwilę, wczuć się w sytuację bohaterki i zastanowić nad przedstawionymi wydarzeniami. U Jolanty Guse tego niestety zaznać nie było mi dane, choć przyznać muszę, że w pewnym momencie całkowicie dałam się porwać i przenieść do świata jednej z bohaterek. Wzruszająca historia życia ekscentrycznej staruszki mogłaby stanowić kanwę osobnej, pięknej i poruszającej powieści. Jej losy naprawdę mnie ujęły. Tylko one.

Niestety - żaden inny wątek nie był ani tak absorbujący, ani tak interesujący. Pozostałe wydarzenia zlepiają się w serię naiwnych historyjek, mających na siłę udowodnić dojrzałym kobietom, że one też mogą odnieść sukces, one też mogą się podobać i one też mają przed sobą Przyszłość. Nic nowego - chciałoby się rzec. Bo ileż już pisarek poruszało ten temat - nie zliczę. Do tego wszystkiego pani Guse sili się na żenujące moralizatorstwo i łopatologicznie tłumaczy "oczywiste oczywistości", w stylu: "dojrzałe kobiety mają prawo...", "dojrzałe kobiety nie muszą..." itd. itd. Gdyby tak zostawić choć fragmencik zmuszający czytelniczki do zadumy, do refleksji... Gdzież tam! Kawa na ławę, srebrna taca, otwarta dłoń - wszystko widać jasno i klarownie, wszystko jest pięknie przedstawione i wytłumaczone. Aż dziw, że w ogóle ten zabieg się udał przy tak błyskawicznie poprowadzonej akcji.

Nie zawrócę napisało samo życie - przedstawione wydarzenia mogłyby być udziałem każdej z nas - nie ma w nich bowiem nic niezwykłego. Miłość, przyjaźń, zawiść, zazdrość, fałszywość - normalne sprawy. Lubię zwyczajność, lubię codzienność i chętnie czytam o niej w literaturze, ale tutaj jakoś nie dałam się autorce przekonać. Nie żebym nie wierzyła w przedstawione wydarzenia - bo wierzę. Ale kiedy bohaterka narzeka na biedę, a śladów owej biedy w opisach nie znajduję, to jak mam ją zrozumieć? Jak mam ją w ogóle polubić? Nie zdążyłam! Bardzo to przykre - ani razu nie było mi dane wczuć się w to, co czuła Laura! Ani razu nawet nie uruchomiłam wyobraźni! Ledwo bym sobie unaoczniła jakieś miejsce, jakąś postać - już akcja zdążyła przenieść się gdzieś indziej. Że nie wspomnę o największej zbrodni, która zawsze irytuje mnie w telenowelach wszelakiej maści - upchnięci tu i ówdzie bohaterowie nagle całkowicie znikają. Przez chwilę czytelnik zagłębia się w ich losy, zaczyna współczuć lub radować się z nimi, a tu zaraz akcja się urywa, a oni odchodzą w zapomnienie. Przychodzi mi przez to na myśl, że tymi różnymi historyjkami autorka chciała jakoś zapełnić strony swej powieści. Wiem jednak, że zabieg ten miał cel nieco inny - pani Guse chciała przedstawić losy wielu różnych kobiet, zmagających się z codziennością, zmagających się z samymi sobą. I wszystko byłoby w porządku, gdyby te ich losy wplecione zostały umiejętnie i logicznie. Ale nie są - bohaterki to pojawiają się, to znikają. A akcja rwie dalej...

Tym, co w Nie zawrócę spodobało mi się najbardziej jest bardzo przystępny język. Można odnieść wrażenie, że tę historię pewnego leniwego popołudnia opowiada nam dobra koleżanka. Powieść czyta się szybko i przyjemnie - kartki prześlizgują się jedna po drugiej, a historię chłonie się jednym tchem. Co prawda - jak już wspominałam - nic w głowie nie zostaje na dłużej, ale fakt jest faktem - lektura to naprawdę miła. Pomagają w tym naprawdę żywe, naturalne dialogi, podtrzymujące tempo akcji i ciekawi bohaterowie.

Zastanawiam się, jak ocenić tę powieść. Ktoś pomyśli, że nie podobała mi się, a wcale tak nie jest. Pomimo ewidentnych wad i usterek jestem w stanie książkę tę docenić. To naprawdę miły przerywnik, gwarantujący chwilę wytchnienia i wnoszący nieco optymizmu. Takie powieści też są potrzebne, bo przypominają balsam, łagodzący rany. Odniosłam wrażenie, że opowieść Jolanty Guse otuliła mnie i rozgrzała, dodała odrobiny radości i wzruszyła. To właśnie stanowi o największej sile Nie zawrócę i właśnie dlatego lekturę tej powieści będę szczerze polecać. Bo trzeba pamiętać o tym, że w wadach książki wymieniłam takie kwestie, które inny czytelnik uzna za największe zalety. Tak to już jest z naszymi gustami i preferencjami. Dlatego przekonajcie się sami, po której stronie barykady staniecie...

A autorce dziękuję za dedykację - w końcu też jestem taką kobietą.

Moja ocena: 6,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Co widział pies i inne przygody, Malcolm Gladwell

Co widział pies i inne przygody; What the Dog Saw and Other AdventuresCo widział pies i inne przygody (What the Dog Saw and Other Adventure), Malcolm Gladwell
Wyd. Znak, Kraków 2011

W serii wydawniczej Punkty Przełomowe ukazują się niezwykłe książki, pełne ciekawostek i zadziwiających faktów. Najnowszą pozycją serii jest zbiór artykułów Malcolma Gladwella - Co widział pies i inne przygody. Gladwell jest postacią powszechnie znaną, szeroko lubianą, ale i wzbudzającą kontrowersje. Jego teksty zahaczają o tak szeroką tematykę, że aż dziw bierze, ile w jego głowie jest pomysłów, ile wiedzy i ile niesamowitej ciekawości świata. Tygodnik Time nazwał Gladwella "geniuszem opowieści; wszechwiedzącym i wielorękim bóstwem anegdot". Ja dodałabym do tego jeszcze, iż jest on jedną z najbardziej fascynujących i inspirujących postaci światowej publicystyki. Książka Co widział pies... udowadnia, że dla Malcolma Gladwella nie istnieją tematy błahe i nawet najmniejszemu elementowi codzienności można poświęcić wiele uwagi. Zaskakujące, ile ciekawych rzeczy można wynaleźć w naszym otoczeniu! A poznawanie ich z Malcolmem Gladwellem jest wspaniałą przygodą, która nie może Was ominąć!

W artykułach amerykańskiego "geniusza opowieści" znajdziemy odpowiedzi na cały szereg pytań, które pewnie nigdy nie przyszły by nam do głowy. No bo któż zastanawia się nad tym, ile jest rodzajów musztardy, a ile keczupu? Albo jakie błędy popełniał twórca pigułki antykoncepcyjnej? Gladwell badający te i całą gamę innych kwestii jawi się w mych oczach, jako tzw. "pozytywny wariat" o ciekawości dziecka. W dodatku bardzo utalentowany! Bo przytaczać szereg badań i ciekawostek to jedno, ale przedstawiać je w formie jednocześnie zabawnej i zachwycającej, to coś zupełnie innego! Poza tym, jeśli już mowa o badaniach, to trzeba Wam wiedzieć, że większość z nich przeprowadza sam autor i konfrontuje je z wnioskami innych. Dopiero na bazie tej konfrontacji powstają artykuły, które zabierają czytelnika w niezwykłą podróż po nieznanych rejonach świata nauki, kultury i ludzkiego umysłu...

Co widział pies i inne przygody to zbiór artykułów, publikowanych na łamach amerykańskiego tygodnika społeczno-politycznego The New Yorker, z którym Malcolm Gladwell związał się prawie piętnaście lat temu. W przedmowie dowiadujemy się, iż kluczem według którego Amerykanin dobrał takie, a nie inne teksty były jego... osobiste sympatie. A ulubione swe artykuły podzielił on na trzy duże grupy:

- Maniacy, pionierzy i inni geniusze mniejszego formatu - o ludziach owładniętych przeróżnymi obsesjami, o zwyczajnych-niezwyczajnych postaciach, które nieświadomie zrewolucjonizowały świat...
- Teorie, prognozy i diagnozy - o tym, jak porządkujemy nasze doświadczenia, o snutych teoriach i stawianych tezach.
- Osobowość, charakter i inteligencja - o "pierwszym wrażeniu", o szufladkowaniu innych, o przewidywaniach i osądach.

Malcom Gladwell patrząc na świat oczami innych (w tym również zwierząt), w ciekawy sposób przedstawia inspirujące postaci, przytacza fascynujące historie i opisuje interesujące zjawiska. Jego umysł jest chłonny wiedzy o otaczającej go rzeczywistości - potrafi wyłapać to, na co często nie zwracamy uwagi. Jako badacz Gladwell analizuje pewne zjawiska i przedstawia je w sposób tak ciekawy, że nie sposób jego pióra nie polubić. On swym pisarstwem po prostu wciąga i absorbuje tak, że oderwać się nie można. Pozostaje tylko żałować, że w Co widział pies... znalazło się miejsce tylko dla kilkunastu wybranych jego artykułów - z chęcią zapoznałabym się z monografią całego jego dorobku dziennikarskiego. Ach, cóż to byłoby za wydarzenie w mym życiu! :)

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak.

19 marca 2011

Świat nocy 1. Zaklinaczka, Lisa Jane Smith

Świat nocy 1. Zaklinaczka; Night World No.1, SpellbinderŚwiat nocy 1. Zaklinaczka (Night World No.1, Spellbinder), Lisa Jane Smith
Wyd. Amber, Warszawa 2009

Z całego tomu pierwszego, to właśnie ostatnia część urzekła mnie najbardziej. O ile poprzednie pełne były naiwności i naciąganych wątków, o tyle ta wydała mi się najbardziej spójna i wyjątkowo ciekawa.

Zaklinaczka to krótka opowieść o losach sióstr-czarownic - Thei i Blaise. Pierwsza jest uosobieniem rozsądku i spokoju, druga to niebezpieczna uwodzicielka, raz po raz sprowadzająca na siebie kłopoty. Tym razem ich role się odwracają - Thea łamie zakazy świata nocy, zakochuje się w człowieku i sprowadza na miasto złego, żądnego krwi i zemsty ducha. Dziewczyna ze wszystkich sił próbuje naprawić swe błędy, ale jest już za późno - starszyzna rodu skazuje ją na potępienie... Czy i tym razem bohaterów L. J. Smith czeka happy-end? Tego nie zdradzę - zachęcam do samodzielnego poszukania odpowiedzi...

Bardzo żałuję, że historia ta jest tak krótka - autorka miała naprawdę znakomity pomysł i powinna zrealizować go z większym rozmachem. Oczywiście, mogłoby jej nie starczyć umiejętności, bo pisarka z niej słaba, ale myślę, że pomysłów na poszerzenie Zaklinaczki by jej nie zabrakło. Przymykać oko na słabe pisarstwo już się przyzwyczaiłam, więc pozostałoby jedynie cieszyć się ciekawymi wątkami. Bo potencjał w tej historii jest - temu zaprzeczyć się nie da.

Ciekawym zabiegiem w całym Świecie nocy jest to, że poszczególne historie - choć dotyczą zupełnie innych bohaterów i wydarzeń - w jakimś stopniu zazębiają się ze sobą i tworzą logiczną, dobrze skonstruowaną całość. Myślę, że z całej tej historii można by stworzyć naprawdę interesujący serial. Skoro z żenująco słabych Pamiętników Wampirów można było stworzyć tak zachwycający obraz, to z dużo lepszego cyklu Świat nocy można by wycisnąć naprawdę sporo. Konstrukcja tego świata i poszczególnych postaci stoi na naprawdę niezłym poziomie - byłoby co oglądać, jestem pewna!

Lisa Jane Smith to autorka naprawdę zadziwiająca. Ma głowę pełną świetnych pomysłów, umie układać je naprawdę ciekawie i mogłaby oczarowywać, gdyby nie słabe dialogi, mierne opisy i ogólnie językowo kulejąca całość. Zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest to winą tłumacza. Tak, jak pani Urban zrobiła wielką krzywdę Stephenie Meyer i jej twórczości, tak może i tutaj ktoś się nie postarał? Bo czy możliwe jest, aby ktoś tak zdolny, nie potrafił sklecić porządnych kilku zdań? W końcu za granicą twórczość L. J. Smith robi wielką furorę, więc coś musi się za tym kryć...

Moja ocena: 6,5/10

Zobacz również:
Seria Pamiętniki Wampirów

Będzie płyta! | Był i konkurs...

Jak wynika z informacji zamieszczonych na stronie piotr-lisiecki.eu, już wkrótce do sklepów trafi debiutancka płyta finalisty programu Mam Talent. Bardzo się na tę okoliczność cieszę, bo to chyba jeden z niewielu uczestników tego programu, który zainteresował mnie tak bardzo :)

"Debiutancka płyta Piotra Lisieckiego wydana nakładem EMI Music Poland pojawi się w sklepach już 29 marca.

Płyta utrzymana w specyficznym, akustycznym klimacie będzie nie lada gratką dla stale powiększającej się rzeszy fanów artysty.

W zaciszu studia Sound Tropez pod czujnym okiem producenckim Roberta Amiriana autorskie piosenki Piotra nabrały iście magicznego kształtu.

Główną siłą albumu jest oczywiście gitara akustyczna i charakterystyczny wokal Piotrka, ale nie zabrakło też pięknych klawiszy, kontrabasu czy trąbki."

Czy ktoś cieszy się na tę płytę równie mocno? :) Bo ja odliczać dni będę, ha!






Obiecałam weekendowy konkurs na rozpoczęcie wiosny. Zadanie z nim związane pojawiło się we wczorajszej "recenzji" Jestem tu, przy Tobie, ale nikt nie chciał się bawić i wygrywać. Wielka szkoda! :(

18 marca 2011

Jestem tu, przy Tobie, Anetta Kołodziejczyk-Rieger

Jestem tu, przy Tobie, Anetta Kołodziejczyk-Rieger
Wyd. Novae Res, Gdynia 2010

Zadziwiająca jest ta książka! Napisana pięknym, plastycznym językiem, pełna wzruszeń i radości. Optymistyczna i ponura jednocześnie. Dobra i zła. Pełna skrajności, przez co niezwykle trudna w ocenie. Jedno jest jednak pewne - warto się z nią zapoznać.

Ola żyje w swoim zamkniętym świecie - uparcie walczy z demonami przeszłości, próbuje oswoić kompleksy i do każdego wyciąga pomocną dłoń. Życie nigdy jej nie oszczędzało, ale dziewczyna nie poddaje się i żyje tak, aby uszczęśliwiać wszystkich wokół. Z wyjątkiem siebie... Otoczenie ma ją za przewrażliwioną dziwaczkę. Nie można się im dziwić - wewnętrznie rozbita bohaterka wciela się w rolę poczciwej samarytanki, ale w swej nachalnej dobroci niejednokrotnie przekracza wszelkie granice. Uzurpuje sobie prawo do przyjmowania na siebie cierpienia innych, płacenia za ich błędy i zgrywania adwokata, ochroniarza, psychologa i Bóg wie jeszcze kogo. Jak myślicie, czy takie uszczęśliwianie wszystkich na siłę jest metodą dobrą? Bo mnie ta postawa bohaterki wybitnie irytowała. Młode dziewczę uczyniło z siebie matkę-Polkę, która chucha i dmucha, aby się czasem inni nie sparzyli. Tyle tylko, że ten kto się nie sparzy, nie będzie umiał stawiać czoła problemom... A Ola czyni to codziennie za siebie, za rodzinę, za koleżanki i wszystkich wokół... Nie dziwota więc, że tak często obrywa za swe dobro.

Żeby zrozumieć postawę dziewczyny trzeba zagłębić się w jej mroczną przeszłość oraz wniknąć w umysł, pełen sprzecznych uczuć i lęków. Nikt jednak nie sili się na poznanie bliżej tej skomplikowanej osobowości - otoczeniu wystarcza rzut oka na niezbyt ładną twarz, chwila rozmowy z zahukanym dziewczęciem i już etykietka wisi na jej czole. Dlatego Ola jest taka nieszczęśliwa.

Ale wtedy w jej życiu pojawia się Marek. Marek, który budzi w jej sercu nieznane dotąd uczucia. Który rozpala emocje i wznieca ogień pożądania. Między bohaterami rodzi się miłość, ale oboje próbują zabić ją w sobie. Często czyniąc to całkowicie nieświadomie...

Marek jednak wcale nie jest tym, który całkowicie rewolucjonizuje życie Oli. Nie on nieustannie "jest tu, przy niej" (nawiązując do tytułu) i nie on pomaga jej w walce o szczęście. Pojawia się tu pewna tajemnicza postać, która dla czytelnika może okazać się wielkim zaskoczeniem. Pobawcie się nieco i spróbujcie zgadnąć, o kogo może chodzić. Obiecałam wiosenną nagrodę, toteż Jestem tu, przy Tobie rozlosuję wśród tych, którzy przyłączą się do zabawy i w komentarzach przedstawią swoje typy. Myślę, że warto, aby ta niezwykła książka trafiła w dobre ręce. Myślę, że warto ją czytać...

Powieść Anetty Kołodziejczyk-Rieger potrafi oczarować i zachwycić, ale i zirytować. Akcja biegnie tak wolno, że momentami czytanie staje się męczące. Można też odnieść wrażenie, iż cała historia jest nieco przegadana, przydługa. Zbyt wiele tu nawiązań i zbędnych opisów. Czyta się je dobrze, gdyż urzekają pięknem, ale można odnieść wrażenie, że pewne fragmenty ciągną się w nieskończoność. Chyba właśnie takie sytuacje kwituje się określeniem "przerost formy nad treścią", choć wcale tego pewna nie jestem.

Mimo paru niedogodności, książkę nazwałabym pełną ciepła i magii. Pełną optymizmu i wiary w człowieka. Pełną sekretów i dziwaczności. Dlatego tak trudno ją ocenić. Tak trudno pokochać lub znienawidzić. Tym bardziej zachęcam do lektury - Jestem tu, przy Tobie pozostawia w sercu pewien rodzaj niepokoju i zadumy. Nie można przejść obok tej historii obojętnie. A nic tak dobrze nie świadczy o książce jak to, że potrafi wywrzeć wrażenie i wzbudzić falę emocji. Zgadzacie się?

Moja ocena: 6,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res.

PS. To jedna z najpiękniejszych okładek, jakie ostatnio widziałam. Ach, Novae Res wie, jak mnie oczarować :)

Łóżko, Janusz L. Wiśniewski

Łóżko, Janusz L. Wiśniewski
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2011

Parę dni temu opowiadałam o S@motności w sieci. Parę godzin temu chwaliłam się, że dotarła do mnie pierwsza włócząca się książka, a teraz mogę już z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że warto było przyłączyć się do akcji i wybrać tę właśnie lekturę!

Ale po kolei...
Że Janusz Leon Wiśniewski jest "wybitnym znawcą kobiet" wie już chyba każdy jego czytelnik. Że wrażliwy z niego twórca, że czujny obserwator, że znakomity literat - również sprawa oczywista. Pisarz ten przyzwyczaił mnie już do swojego charakterystycznego stylu, znam mniej-więcej jego spojrzenie na świat i niemal doskonale wiem, czego po jego prozie się spodziewać. Dlatego też Łóżko nie zaskoczyło mnie właściwie niczym. Ktoś powie, że przewidywalność Wiśniewskiego może uwierać i męczyć, ale ja widzę to jednak inaczej - dla mnie ten pisarz jest 'marką', po której wiem, czego mogę się spodziewać. Której ufam i której mam prawo stawiać konkretne wymagania. Tyle tylko, że tym razem zaufałam na wyrost i muszę zmagać się z rozczarowaniem...

Na Łóżko składa się siedem opowiadań, z których część znałam już wcześniej - żadne z nich nie jest bowiem tworem nowym. Rozproszone gdzieś w prasie i literaturze opowiadania zostały zebrane i ponownie opublikowane (świetny zabieg marketingowy, prawda?). Tytułowe łóżko okazuje się wspólnym mianownikiem dla tych kilku utworów. Łączą je sprawy prozaiczne - miłość, seks, sen. Z nimi najprościej łóżko skojarzyć i z nimi kojarzy je też autor. Czy słusznie? Cóż... Każde z opowiadań mogłoby zachwycić i czarować, gdyby nie otoczono go pozostałymi. Dlaczego? Dlatego, że autor powiela pewne konstrukcje składniowe i sformułowania. Coś, co nie przykuło by uwagi w innych okolicznościach, teraz zwyczajnie drażni. No, bo jak można w kółko znosić tę samą metaforę? Albo identycznie skonstruowane postaci? Ktoś bardziej złośliwy zarzuciłby Wiśniewskiemu ubogość słownictwa. Ja jednak tego nie uczynię, bo znam możliwości tego autora i doskonale zdaję sobie sprawę, że akurat piórem i polszczyzną to on władać potrafi. Tylko tak niefortunnie się teraz złożyło, że zlepiono ze sobą bardzo podobne opowiadania, które znajdując się na jednej osi, zwyczajnie zlewają się w całość i miejscami po prostu nużą.

Ale, ale... Wiśniewski wciąż potrafi czarować i urzekać. Nie raz i nie dwa miałam ochotę uronić łzę nad którąś z historii. Bo to wciąż są bardzo życiowe opowieści. Opowieści o ludziach, takich jak my. O problemach, dręczących współczesność. O uczuciach, towarzyszących naszej codzienności. Jest w tych utworach jakaś moc i magia, jest czar. Z kilku stron zawiewa sztampowością. Parę razy można się zirytować. Ale o wciąż literatura na poziomie. Warto taką czytać.

Moja ocena: 7/10

Książka z akcji "Włóczykijka", przekazana przez księgarnię internetową Selkar.

16 marca 2011

To my

To my (2000)
reż. W. Szarek

Młodość, świeżość, imprezy, szaleństwo. Miłość, seks, wolność, muzyka. Matura. Matura. Matura. Oto luźny ciąg skojarzeń, związanych z produkcją To my. Grupa młodych ludzi kradnie maturalne testy - każdym z nich kierują inne pobudki - raz jest to miłość, innym razem strach, a jeszcze innym chęć udowodnienia całemu światu, że jest się kimś więcej, niż tylko miernym uczniem. Rzeczywistość młodych bohaterów To my jest barwna i nieskomplikowana - królują tu wielkie balangi, ciągła zabawa i miłość. Piękna i niewinna miłość. Gdzieś na margines zepchnięte zostają ich problemy - wymagający rodzice, brak pieniędzy, brak akceptacji. Liczą się tylko wolność i szaleństwo. Ot, uroki młodości...

Lubię czasami wracać do filmów i książek, które miały dla mnie znaczenie, kiedy jeszcze byłam tzw. 'piękna i młoda'. Bo nie dość, że jestem sentymentalna, to jeszcze lubię porównywać wrażenia, które zmieniają się w zależności od wieku i nabywanych doświadczeń. Dziś już zupełnie inaczej postrzegam i odbieram kulturę, sztukę i świat w ogóle, toteż nie można się dziwić, że dawne sentymenty czasem muszą zejść na dalszy plan. Bowiem z perspektywy czasu nie wszystko da się docenić w takim samym stopniu, jak doceniało się to jeszcze dekadę wcześniej. I tak właśnie jest z filmem To my - kiedyś był to dla mnie hit. A teraz? Cóż...

Do niewątpliwych plusów To my należy zaliczyć:
√ genialną ścieżkę dźwiękową, w której króluje Myslovitz;
√ obsadę, w której prezentują się jeszcze młodzi i świeżutcy: Cieszyński, Socha, Chochlew i Toczek + zapomniana Marta Dąbrowa, w której krył się spory potencjał;
√ klimat lat '90 - ostatnich lat świetności polskiej komedii (później to już tylko pojedyncze wzloty zauważyć można);
√ dobry (choć miejscami nieco naciągany) scenariusz i dobry pomysł wzięty z życia - zwrócenie uwagi na istotne problemy, wierne odzwierciedlenie świata młodych.

Obok plusów funkcjonować muszą jednak minusy, wśród których prym wiodą:
↓ przytłaczająca sztywność niektórych 'aktorów' - miejscami aż się ich oglądać nie dało;
↓ nieco fałszu i naciągania w przypadku niektórych wątków;
↓ jakość dźwięku - można odnieść wrażenie, że film jest dubbingowany - tak to wszystko dziwacznie brzmi;
↓ niewielki wpływ na widza - ja lubię, kiedy obraz jakoś na człowieka oddziałuje, kiedy odkrywa przed nim nieznane horyzonty - niestety w To my odkrywczości nie ma i nie będzie...

Są sentymenty, które każą ten film traktować ulgowo.
Jest rozum, który nakazuje umieścić go w dziale 'poniżej przeciętnej'.

Z perspektywy czasu prawie-obiektywnie potraktuję go prawie-ulgowo:

Moja ocena: 6/10

Eh, maturalne czasy... Gdzie odleciałyście? :)
Zdjęcia z roku 2007 - na kilka dni przed maturą. Bardzo radosny czas - ostatnie takie wagary :-)

Jak to się kiedyś człowiek radować potrafił...

15 marca 2011

Między nami nowojorczykami, Cathleen Schine

Między nami nowojorczykami; The New YorkersMiędzy nami nowojorczykami (The New Yorkers), Cathleen Schine
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Krytyka nazywa ją współczesną Jane Austen (rzeczona się chyba w grobie wierci na te słowa), filmowi twórcy lubią przenosić jej dzieła na ekran, a ona sama oceniana jest jako autorka wyjątkowa - kochająca i pisać, i czytać. Między nami nowojorczykami jest pierwszą powieścią Schine, z jaką miałam styczność, ale z pewnością nie było to spotkanie ostatnie. Bardzo chętnie zapoznam się z powieścią Trzy kobiety z Westport, gdyż reklamuje się ją jako współczesną wersję Rozważnej i romantycznej. Może wtedy zrozumiem to porównanie do wielkiej Jane. Poza tym - naprawdę się z panią Cathleen Schine polubiłyśmy i chętnie przyjrzałabym się jej twórczości bliżej...

Między nami nowojorczykami można uznać za powieść specyficzną. Autorka miesza w niej bowiem losy ludzi i ich podopiecznych, wśród których prym wiodą: poczciwa pitbullka, psychicznie chory mieszaniec, uroczy szczeniak z szafy i gromada terierów. Oprócz nich - cała plejada przedziwnych właścicieli. Ale ich życiorysy to temat na zupełnie osobną dyskusję...

Jody dobiega czterdziestki - uczy muzyki, gra na skrzypcach, wielbi swą pitbullkę - Beatrycze i walczy z wizerunkiem skostniałej starej panny. Uparcie rozgląda się za miłością, ale kiedy ta wreszcie puka do jej drzwi - no cóż... Odpuszcza. Jedna nadzieja, że wybranek serca nie zrezygnuje z próby podboju. Czy tak będzie? Pytanie to pozostawię bez odpowiedzi, kwitując je jedynie tajemniczym uśmiechem, który możecie sobie jedynie wywizualizować ;)

Everet to niestabilny, skrzywiony psychicznie pięćdziesięciolatek. Targany obsesją na punkcie córki decyduje się na zacieśnianie więzów z psami sąsiadów, które przypominają mu... córkę z czasów, gdy była dzieckiem. Czyż nie jest on dziwny? A kobiety tak za nim szaleją!

Dwudziestoparoletnia Polly leczy rany po zakończonym niedawno związku, a całą miłość przelewa na starszego brata i uroczego szczeniaka, znalezionego w szafie nowego mieszkania. Mieszkania, pachnącego śmiercią, tak swoją drogą... Ciekawa historia, prawda?

George - brat Polly - jest wielkim lekkoduchem, prowadzącym rozwiązły tryb życia i podrywającym dziewczyny na... na psa, oczywiście! Choć apodyktyczna siostra stale usiłuje wpakować go w poważny związek, ten uparcie unika zobowiązań. Jednak niespodziewanie w jego życiu pojawia się pewna tajemnicza blondynka... I wtedy i na niego przychodzi pora! O ile oczywiście się postara...

Oprócz nich w powieści pojawiają się jeszcze: społecznica Doris, restaurator-homoseksualista z piątką dzieci, rozchwiany emocjonalnie, podstarzały pracownik opieki społecznej, piękna studentka i starsza kobieta, ucinająca sobie pogawędki na środku ulicy. Krótko mówiąc - cała gama przeróżnych postaci. Postaci, z których każda jest wyjątkowa.

Osobiście nieraz miałam ochotę wstrząsnąć zgorzkniałym panem Everetem, przytulić rezolutną Polly i wesprzeć w działaniach zagubioną Jody. Ci wszyscy ludzie zasługują na wielką uwagę, wierzcie mi! Autorka przedstawiła ich zresztą w taki sposób, że podczas lektury nie ma czasu na nudę, a samych bohaterów aż chciałoby się poznać osobiście...

Oczywiście nie tylko ich! Równie fascynujące zdają się być ich pupile, z czego największą mą sympatię zdobyła pitbullka, sikająca na zawołanie w pobliżu auta pewnej wyjątkowo niemiłej kobiety. Nie da się nie uśmiechnąć, kiedy czyta się tę historię, gwarantuję!

Lubię humor pani Schine. Lubię też jej sposób kreowania świata oraz budowania dialogów. Między nami nowojorczykami czyta się przez to lekko i miło. To jedna z najprzyjemniejszych książek, jakie ostatnimi czasy czytałam. Wyjątkowo lubię opowieści o ludziach z sąsiedztwa, których życie tak bardzo przypomina życie przeciętnego człowieka. Żadnych limuzyn, drogich drinków i innych cudów - po prostu swojskość, ciepło i bliskość. Nie sposób oprzeć się tej mieszance, zapewniam... :)

Moja ocena: 7,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

14 marca 2011

Martwy dla świata, Charlaine Harris

Martwy dla świata; Dead to the WorldMartwy dla świata, Charlaine Harris
Oryginał: Dead to the World
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2010
Stron: 400
Gatunek: horror, opowieści o wampirach

Martwy dla świata jest czwartym tomem bestsellerowej serii o Sookie Stackhouse. Opinii nt części poprzednich szukajcie tutaj, a potem oddajcie się lekturze tego, co do opowiedzenia mam po poznaniu dalszych losów dzielnej kelnerki i jej wampirzych przyjaciół...

Charlaine Harris wciąż rzuca Sookie nowe kłody pod nogi - bez śladu znika jej brat, zdradziecki Bill odjeżdża w siną dal, pod jej opiekę trafia Eric - niegdyś bezwzględny przywódca martwych, obecnie potulny jak baranek uroczy blondyn z amnezją, na którego czyha zbyt wiele niebezpieczeństw, a dodatkowo wokół wybucha wojna na linii wampiry - czarownice.

Odnalezienie Jasona okazuje się niemożliwe, wojna nieunikniona, a Eric...? Sookie czuje się za niego odpowiedzialna tak bardzo, że aż wreszcie spełnia jego największe pragnienie - oddaje mu się całkowicie (i to jak!)... Oj, może się dziewczynie zakręcić w głowie od nadmiaru wrażeń, prawda?

Martwy dla świata stale trzyma w napięciu i - w przeciwieństwie do części poprzednich - zaczyna się dobrze i dobrze też kończy. Oczywiście mam tu na myśli kwestie czysto techniczne - wspominałam już bowiem parę razy, że przy lekturze pierwszych kilkunastu stron każdej z poprzednich części irytowałam się niezmiernie z powodu wybitnej słabizny prozy Harris. Fakt, z biegiem stron to złe wrażenie zacierało się, ale ileż można walczyć z pokusą wyrzucenia książki przez okno, hm?

W każdym razie - ta część wydaje się być najbardziej dopracowaną spośród wszystkich, jakie do tej pory czytałam. W dodatku zachęca mnogością ciekawych bohaterów, w tym nadmiarem Erica. Taki nadmiar nigdy mi nie będzie przeszkadzał, możecie mi wierzyć :-) Oprócz niego pojawiają się w tym tomie różne istoty zmiennokształtne, czarownice, a nawet wróżka elfów - moja imienniczka, tak swoją drogą. Niestety, w kwestii podobieństwa książkowej Claudine do mnie, lepiej spisała się Colette (pamiętacie?)... A szkoda!

Z racji dużej obecności Erica spodziewałam się, że ta część okaże się moją ulubioną, jednakże wciąż milej wspominam Klub Martwych. Niestety, w Martwym dla świata zbyt wiele fragmentów mnie znużyło, choć zaprzeczyć nie mogę, iż sam zarys fabuły prezentuje się znakomicie...

Mam nadzieję, że kolejne części stać będą na jeszcze wyższym poziomie. Nastawiam się na naprawdę ciekawe historie. Mam nadzieję, że pani Harris mnie nie rozczaruje.

Moja ocena: 8/10

PS. Mogliby się w tym wydawnictwie wziąć porządnie do roboty, zamiast wypuszczać do druku książki tak najeżone błędami i literówkami. Aż zębami zgrzytać chciałam w pewnych skrajnych momentach...

Zobacz również:
Seria Lily Bard

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

13 marca 2011

Pomówmy o kochankach...

O miłości pisano od zawsze... Jej ślady znajdziemy wszędzie – od Biblii i mitologii, poprzez dzieła wszystkich epok, aż po współczesne powieści. Na przestrzeni wieków postrzeganie miłości zmieniało się – pisano o różnych jej rodzajach, stosując przy tym odmiennie formy i konwencje. W literaturze znajdziemy ślady miłości do rodziny, do ojczyzny czy też do Boga... Najwięcej jednak dzieł, poświęcono miłości kobiety i mężczyzny. I tu też spotkamy się z ogromną różnorodnością – od miłości szczęśliwej, przez zakazaną, po bardzo tragiczną. Pisało o niej wielu, właściwie od zawsze aż po dzień dzisiejszy, a więc nie ulega wątpliwości, iż tematykę kochanków w literaturze, uznać można za ponadczasową i uniwersalną...

Na samym początku, warto by jednak zastanowić się nad kwestią pojęcia „kochanek”. W dzisiejszych czasach mówi się, iż kochankiem jest ten, z kim zdradza się swego partnera, jednak w moim mniemaniu nieco mija się to z rzeczywistością. Uważam, iż kochankami nazywać można również tych, których łączy głęboka i piękna miłość.

Najbardziej popularnymi kochankami są szekspirowscy Romeo i Julia, których tragiczne losy zna chyba każdy z nas. Chciałabym jednak udowodnić, że literatura zna ogromną ilość przypadków równie pięknych i płomiennych romansów. Nie jestem w stanie przywołać ich wszystkich, ale chętnie przedstawię te, którymi osobiście zafascynowałam się w największym stopniu.

Sięgnijmy najpierw do Mitologii. Znajdziemy tam wiele wspaniałych historii miłosnych. W moim odczuciu najbardziej urzekające są losy Orfeusza i Eurydyki oraz Erosa i Psyche. Pokazują one, jak wielką siłę ma miłość oraz to, jak łatwo tę miłość można przeoczyć lub stracić...

Orfeusz – młody i piękny król-śpiewak, zachwycający swą grą na lutni oraz Eurydyka – olśniewająca nimfa, w której zakochiwał się każdy, kto tylko ją ujrzał. Kochali się „bezprzykładnie” - jak mówi sam Parandowski. Ogrom tej miłości zauważyć można było już po śmierci Eurydyki, kiedy to zrozpaczony Orfeusz postanowił zejść po swą ukochaną aż do samego Hadesu. Tam bliski był odzyskania jej... Wystarczyło jedynie, aby do samego wyjścia nie oglądał się za siebie i nie spoglądał na nią. Jednak jego nieprzezwyciężone pragnienie zobaczenia ukochanej zwyciężyło. Spowodowało to wielką tragedię – zgodnie z zapowiedzią, utracił żonę już na zawsze. Pozostał sam, błąkając się po świecie i aż do śmierci głosząc swą wielką rozpacz... Mit o Orfeuszu i Eurydyce opowiada o miłości pięknej, o miłości trwającej wiecznie. Aż do śmierci...

Inaczej potoczyły się losy Psyche i Erosa. Bóg miłości pokochał tę królewnę odkąd tylko pierwszy raz ją ujrzał. Mimo że – według nakazu Afrodyty – miał obudzić w jej sercu miłość do najszkaradniejszego potwora, jakiego widział świat, on obdarowywał ją najwspanialszymi skarbami i przychodził do niej każdej nocy. Upominał ją jednocześnie, aby nigdy nie próbowała dociekać jego tożsamości, gdyż przynieść to miało dla niej cierpienia i niedolę. Niestety, ciekawość wzięła górę. Którejś nocy Psyche zapaliła lampę oliwną i zachwycona olśniewającym pięknem ukochanego, zadrżała, oblewając jego ramię kroplą gorącej oliwy. Obudzony bóg znikł, a wraz z nim wszystkie skarby. Królewna została sama na pustej skale, dręczona samotnością i mękami. Jednak w tym wypadku miłości zwyciężyła - sam Zeus ulitował się nad kochankami i sprowadził Psyche na Olimp, tym samym dając kres cierpieniu obojga. Mit o Erosie i Psyche opowiada o miłości zwyciężającej wszelkie przeciwności...

Z jedną z najbardziej znanych historii miłosnych, stykamy się na kartach Dziejów Tristana i Izoldy. Jest to opowieść o miłości tragicznej, zakazanej, trwającej nawet po śmierci obojga kochanków. Tristan – wspaniały rycerz, cechujący się odwagą i zachwycający swymi umiejętnościami i nieprzeciętną urodą oraz Izolda Jasnowłosa – córka króla Irlandii - piękna, inteligentna i nieustępliwa. Na uczucie, które się między nimi zrodziło, właściwie nie mieli wpływu. Wybuchło ono po wypiciu miłosnego napoju, który połączył ich na zawsze. Bezskutecznie starali się z tym uczuciem walczyć – i tak z góry stali na straconej pozycji... Ponieważ Izolda przeznaczona była dla króla Tristana, wobec którego bohater zawsze był lojalny i wierny, kochankowie musieli spotykać się w tajemnicy. Przeżyli wiele cierpień i rozstań. Tristan pojął za żonę inną kobietę, a Izolda trwała przy swoim mężu. Choć kochali tylko siebie, nie było im dane żyć razem i cieszyć się swoją obecnością.

Historia Tristana i Izoldy kończy się tragicznie... Bohater leżąc na łożu śmierci, pragnął ujrzeć swą ukochaną po raz ostatni. Niestety, kłamstwo jego żony spowodowało, że wydał ostatnie tchnienie, zanim jego wola się spełniła. Zrozpaczona Izolda, umarła z żalu, przytulając do swej piersi ciało ukochanego. Jednak nawet śmierć nie była w stanie rozdzielić kochanków... Zostali pochowani, ale ich uczucie wciąż trwało, o czym świadczą słowa, kończące utwór:

„W nocy z grobu Tristana wybujał zielony i liściasty głóg o silnych gałęziach, pachnących kwiatach, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurzył się w grobie Izoldy. Ludzie miejscowi ucięli głóg: nazajutrz odrósł na nowo, równie zielony, równie kwitnący, równie żywy, i znowuż utopił się w łożu Izoldy Jasnowłosej.”

Można pomyśleć, że uczucie, które łączyło Tristana i Izoldę było piękne, a wręcz idealne, bo przecież nieprzerwane. Niestety, kochankowie nie potrafili pohamować namiętności, jaką do siebie pałali i nigdy nie mogli żyć razem, a chwile szczęścia były dla nich ulotne i krótkotrwałe...

Podobnie potoczyły się losy pary kochanków, których poznajemy w Opętaniu Raymonda Radiguet. Oni także zmuszeni byli spotykać i cieszyć się sobą, w tajemnicy przed całym światem. Ponieważ nie jest to powieść zbyt popularna, posłużę się krótkim jej opisem:

”Opętanie w momencie swego opublikowania przez wielu zostało uznane za powieść skandalizującą, dla młodych ludzi stało się jednak utworem kultowym. Jest to przede wszystkim powieść o miłości. Piętnastoletni chłopiec nawiązuje romans z dziewiętnastoletnią Martą Grangier. Sprawę komplikuje fakt, że Marta jest zaręczona z Jakubem (żołnierzem przebywającym na froncie), za którego wkrótce wychodzi za mąż. Dojrzewanie chłopca dokonuje się poprzez miłość do kobiety. Związek bohatera z Martą przechodzi przez wszystkie etapy, a miłość graniczy często z opętaniem.”

W istocie – określenie ‘opętanie’ jest tutaj najodpowiedniejsze. Bohaterów całkowicie spętała zakazana miłość. Małoletni bohater, tak dojrzale opowiadał o swej bliskości z ukochaną:

„Możność patrzenia na nią, gdy spała, sprawiała mi rozkosz z niczym nieporównywalną. Po paru minutach ta rozkosz wydała mi się nie do zniesienia. Pocałowałem Martę w ramię. Nie obudziła się. Drugi pocałunek, mniej niewinny, podziałał równie gwałtownie jak budzik. Poderwała się i przetarłszy oczy obsypała mnie pocałunkami, jak kogoś, kogo kochamy i odnajdujemy obok siebie, gdy tymczasem śniło nam się, że umarł”

Choć ona była panienką z dobrego domu, w dodatku zaręczoną, a potem zamężną – nie przeszkadzało jej to, aby rozkochać w sobie młodego chłopca. On z kolei przechodził niezwykłą fascynację – każdy element jej ciała był dla niego, jak skarb. Napawał się ich widokiem i zachwycał. Mimo młodziutkiego wieku był niezwykle dojrzały i obdarowywał ukochaną kobietę naprawdę niezwykle silnym uczuciem. Ta całkowicie zmieniała się pod jego wpływem – dawała sobą manipulować i spełniała wszystkie życzenia chłopaka. Coraz częściej też myślała nad ich wspólną przyszłością i rozstaniem z mężem.

Prawdziwą rewolucją w ich związku okazała się ciąża Marty. Początkowo wywołało to w bohaterze złość i strach. Jako że był jeszcze niedojrzały, nakazał ukochanej udawać, iż jest to potomek jej męża. Jednak duma i miłość do dziecka zwyciężyła – kochankowie znów byli razem. Niestety – nie na długo. Wkrótce zostali rozdzieleni przez rodziców dziewczyny. Rozdzieleni – jak się okazało – na zawsze. Marta urodziła zdrowe dziecko, jednak sama wkrótce potem umarła, wypowiadając w chwili śmierci imię ukochanego...

W Opętaniu stykamy się z miłością tragiczną i zakazaną, przepełnioną namiętnością i żarem. Opierała się na zdradzie i kłamstwach, ale za to była niezwykle płomienna i zachwycająca.

Całkiem nowy rodzaj miłości, było dane nam poznać, za sprawą Samotności w sieci, Janusza Leona Wiśniewskiego. Ten największy bestseller ostatnich lat, jest splotem historii miłosnych w świecie komputerów, najnowszych technologii i nauki. Jakub – nadwrażliwy, wzięty genetyk, o bogatej przeszłości oraz Ona (imienia bohaterki nie poznajemy) – dobrze sytuowana bizneswoman, żyjąca w nieszczęśliwym związku małżeńskim. Poznali się któregoś wieczora, kiedy to Ona, za pośrednictwem komunikatora internetowego wysłała do niego wiadomość, z prośbą o rozmowę. Bardzo pragnęła podzielić się z kimś swoim smutkiem, a Jakub był do tego odpowiedni – nie znali się i mieszkali w zupełnie innych rejonach Europy. Tak właśnie narodził się płomienny internetowy romans, trwający wiele miesięcy.

Każdego dnia bohaterowie pisywali do siebie wiadomości, przepełnione namiętnością i miłością. Dzielili ze sobą wszystkie smutki i radości, wspominali i opowiadali o swych pragnieniach. Fascynowali się wzajemnie i pożądali. Wysyłali do siebie prezenty, telefonowali i wysyłali kartki pocztowe. Odmienili wzajemnie swoje życia. Bohaterka tak pisała o tym do Jakuba:

„Jesteś dla mnie bardzo ważny. Wiele Tobie zawdzięczam i nie tylko to, co czuję. Dzięki Tobie jestem pełniejsza, lepsza, czuję się wyjątkowa i nieprzeciętna. Może trochę mniej mądra, ale z całą pewnością cudownie wyróżniona. Tak, czuję, że teraz żyję pełniej i bardziej świadomie.”

Z każdym dniem ich przyjaźń była coraz silniejsza. Na tyle silna, że w pewnym momencie przerodziła się w miłość. Miłość zakazaną. Miłość, która – choć piękna i fascynująca – nie powinna mieć miejsca.

Mieli wiele wspólnych pragnień, które częściowo spełniali za pośrednictwem Internetu. Na przykład, gdy chcieli zjeść ze sobą kolację, stawiali ją przy monitorach i dyskutowali, jak gdyby byli obok siebie. Największym jednak ich pragnieniem, było poznanie się w realnym świecie. Chcieli widzieć swe usta i włosy. Chcieli się dotykać i całować. Chcieli być tak bardzo blisko siebie, jak tylko było to możliwe. I – faktycznie – któregoś dnia nadarzyła się szansa, żeby internetowi kochankowie mogli wreszcie spojrzeć sobie w oczy. Miało to nastąpić w Paryżu. Na dzień przed owym spotkaniem Jakub odebrał e-mail:

„Kiedyś pytałeś, co to znaczy 'tęsknić za Tobą'. W przybliżeniu to taka hybryda zamyślenia, marzenia, muzyki, wdzięczności za to, że to czuję, radości z tego, że jesteś i fal ciepła w okolicach serca. Dotknę Cię. Już jutro. Dotknę...”

Dotknęła w rzeczywistości... Spędzili ze sobą cudowne godziny – rozmawiali, kochali się, wspominali. W myśl zasady carpe diem czerpali z tych chwil wszystko, co najlepsze. Mając świadomość, iż są to ulotne i krótkotrwałe radości, wykorzystali każdą sekundę, którą dane im było spędzić razem. W przyszłości mieli już nigdy się nie spotkać...

Samotność w sieci opowiada o tym rodzaju miłości, który ostatnio robi się coraz bardziej powszechny, ale jego tematyka jeszcze nigdy nie była poruszana w literaturze. Ta historia nie kończy się happy endem – tych dwoje ludzi, których połączyła tak silna więź emocjonalna i tak ogromna miłość już nigdy nie zaznało swej bliskości. Pozostały tylko stare e-maile i wspomnienia, ale i one nie były w stanie zaleczyć popękanych serc...
Czasy się zmieniają, a więc i kochankowie, których poznajemy na kartach dzieł literackich, znacznie różnią się od siebie. Inaczej opisywano ich relacje kilkaset lat temu, a inaczej dziś. Jedno się nie zmieniło – Miłość. Bo ona zawsze będzie tak samo poruszać sercami czytelników – niezależnie czy jest tragiczna, czy szczęśliwa, czy łączy nastolatków, biedaków, czy staruszków. Tak chętnie czytujemy powieści, oglądamy filmy i słuchamy historii, w których znajdziemy choć niewielkie jej ślady, ponieważ to ona - Miłość - jest tym, czego szuka i do czego dąży każdy z nas...

A Wy? Jakich literackich kochanków lubicie najbardziej?
Które opowieści zrobiły na Was największe wrażenie?

Na koniec jeszcze urocza, pełna optymizmu nuta, pochodząca z filmu Pogoda na jutro:

Ostatnio wciąż siedzi w mej głowie :)

Strony, z których pochodzą zdjęcia:
sxc.hu
kultura.wp.pl
mschaut.wordpress.com
muzyka.interia.pl

10 marca 2011

Białe motyle, Alina Góra

Białe motyle, Alina Góra
Wyd. Novae Res, Gdynia 2010

Za mną kolejna interesująca powieść. Zaczęło się od pięknej, przykuwającej uwagę okładki i interesującego tytułu. Potem przyszedł czas na opis, w którym przyciągnęło mnie słowo-klucz - "polonistyka". Od razu wiedziałam, że jest to dla mnie pozycja obowiązkowa. Dlaczego? Dlatego, że traktuje przede wszystkim o ciężkim żywocie absolwentów polonistyki, na których świat nie patrzy przychylnym okiem. A przynajmniej nie świat w Opolu. I w mojej Częstochowie również niestety nie.

Tytuł powieści znajduje odzwierciedlenie w treści i - jak nietrudno się domyślić - związany jest z motylkami, jakie pojawiają się w żołądku, kiedy człowiek wpada w stan miłosnego uniesienia i zakochańczej euforii. To takie miłe uczucie - znacie? :)

Ale - wbrew pozorom - nie jest to wcale historia miłosna. A przynajmniej nie w znaczącej części. Większość to jednak perypetie młodych ludzi, którym przyszło się zmagać z chorym systemem. Systemem, który na potęgę produkuje magistrów z wielkimi ambicjami, dla których przewidziane jest jedynie stanowisko w kolejce do bezrobocia. Jasne, inżynierów to podobno z pocałowaniem ręki przyjmą, ale na co komu poloniści, historycy, filozofowie i politolodzy? Jedni będą pragnęli cofnąć czas, drudzy znajdą uwsteczniające zatrudnienie, a trzeci spróbują się przekwalifikować. Ot, perspektywy dla humanistów... To właśnie na ich problemach skupia się Alina Góra w swej debiutanckiej powieści.

Grupa młodych ludzi dzieli ze sobą mieszkanie. Jest tam para, między którą wkrada się rutyna. Jest porzucona narzeczona, która wciąż rozpamiętuje miłosne niepowodzenia. Jest chłopak, który boi się wydorośleć i jego kumpel, borykający się z naczelnymi problemami powieści - brakiem satysfakcjonującej pracy i brakiem satysfakcjonującej kobiety. Między nimi zawiązują się przyjacielskie relacje, które młoda autorka nakreśliła znakomicie. Tak, zdecydowanie - ciekawie zarysowane relacje międzyludzkie to jedna z największych zalet powieści.

Oczywiście nie jedyna.

Są jeszcze pełne emocji miłosne i intymne sceny. Są praktyczne porady dla poszukiwaczy zatrudnienia (bez dydaktycznego smrodku, na szczęście). Są do bólu prawdziwe problemy i uczucia, tak nieobce nam na co dzień... Bo to taka historia napisana przez życie. Brak tu miejsca na zbędne udziwnienia, na wielką fantazję, na odkrywczość. Autorka nie zaskakuje niczym nowym, ale codzienność przedstawia w tak przystępny sposób, że lektura Białych motyli jest ogromną przyjemnością. Co prawda powieść początkowo przypomina nieco śmieszny pamiętnik zagubionej nastolatki, ale z czasem i narracja, i główna bohaterka dojrzewają i - co za tym idzie - dają się lubić znacznie bardziej. A to czyni książkę tak miłą w odbiorze...

Gdybym miała określić do kogo Alina Góra skierowała swą opowieść, nie przyszłoby mi to łatwo. Myślę, że znajdą tu coś dla siebie i nastolatki, zastanawiające się nad drogą, jaką powinny obrać po skończeniu szkoły średniej, i studenci, którym nieobce są problemy, przedstawione w powieści, i dorośli, którzy powoli zapominają ponoć najciekawsze lata człowieczej młodości. Kobiety, mężczyźni - bez znaczenia. Mam nadzieję, że nikt nie zawęża grupy odbiorców wyłącznie do płci pięknej, ponieważ mogłoby się to okazać wielką krzywdą dla tej ciekawej książki. Panom można polecić ją również - myślę, że sporo mogliby nauczyć się o kobiecej psychice. Mało który rozumie ją doskonale - tutaj znajdzie parę ciekawostek...

Zakończenie powieści pozostawia autorce otwartą drogę do stworzenia kolejnej części. Nie wszystko się bowiem wyjaśnia. Co więcej! Napięcie pod sam koniec znów wzrasta i aż chciałoby się poznać dalsze losy sympatycznych bohaterów, których dopiero czeka bój z 'prawdziwą' dorosłością. Ciekawe co jeszcze zaserwuje im Alina Góra. Mam nadzieję, że pomysłów autorce nie zabraknie.

Póki co - zachęcam do lektury. Białe motyle sprawdzą się i w towarzystwie kubka kakao w chłodny wieczór, i w towarzystwie koca na wiosennej łące. Nada się w długiej podróży i w godzinach przed snem, kiedy potrzeba nam relaksu. Niczego odkrywczego w powieści nie znajdziemy, nawinie się też parę błędów i uchybień, ale historię tę chłonie się jednym tchem. A to jest bardzo ważne.

Moja ocena: 7/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res.
Kupić ją możecie na stronie zaczytani.pl - cena kusząca, polecam!

8 marca 2011

Alicja w krainie konieczności, Magdalena Kawka

Alicja w krainie konieczności, Magdalena Kawka
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Magdalena Kawka zainteresowała mnie swoją osobą parę miesięcy temu, kiedy mą uwagę przykuła jej Sztuka latania - zapowiadająca się bardzo ciekawie historia, "opakowana" w wyjątkowo ładną okładkę. Po książkę tę ostatecznie nie sięgnęłam, ale nazwisko autorki utkwiło mi w głowie i z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po jej drugą powieść. Przypadek podobny, jak poprzednio - fascynująca okładka, interesujący tytuł i zwiastujący ciekawą historię opis. Zapowiadało się więc naprawdę dobrze... A jak było? Sami oceńcie...

Magdalena Kawka sięgnęła po sprawdzony schemat - czterdziestolatka po przejściach szuka nowej drogi życiowej. Poznaliśmy to u Grocholi, poznaliśmy u Kalicińskiej, poznaliśmy u wielu innych i wreszcie poznajemy również u Kawki. Z tą jednak różnicą, że historia jej bohaterki nie okazuje się tak bajeczną i różową, jak to bywało w przypadku wielu jej poprzedniczek. I bardzo dobrze.

Główna bohaterka - Alicja - to jedna z najbardziej żałosnych postaci w polskiej literaturze. Nie dość, że przechodzi jakiś kryzys związany z wiekiem i użera się z całą listą kompleksów, to jeszcze żyje w klatce, którą stworzyli dla niej: mąż, siostra, gosposia i cały szereg ludzi, którzy rozporządzają jej czasem i życiem. Kobieta stara się stworzyć iluzję wolności w swym małym świecie, kiedy zajmuje się pracą, sprawiającą jej przyjemność. Nic ponad to. Żadnego 'carpe diem', żadnego wyciskania wszystkiego z życia, żadnego cieszenia się tym, co jest. Ot - praca, mąż, praca, mąż, plotki, zakupy, praca, mąż, usługiwanie siostrze, zajmowanie się interesami męża, niańczenie cudzych dzieci, wysłuchiwanie zwierzeń męczących sąsiadek - i tak wlecze się jej smętny żywot, aż do okolic strony numer 300 (całość ma ich 543), kiedy nareszcie nastaje jakaś rewolucja - wokół piętrzą się zdrady, skandale, choroby, wypadki i inne cuda-wianki. Lektura nareszcie nabiera rumieńców! I tak rozkręcona akcja przebiega już gładko do samego końca, czasem tylko przystając na chwilę...

Początkowo byłam oczarowana - język powieści zachwycał, historia rysowała się całkiem interesująco i byłam pewna, że będzie to prawdziwa literacka uczta. Niestety z czasem opowieść nieco się rozciągnęła i - co tu kryć - przyszło mi na myśl, że można to było napisać krócej. Pierwszych trzysta stron zmieścić w stu, ostatnie dwieście czterdzieści parę w dwustu i książka od razu stałaby się przystępniejsza. A tak - miejscami czytanie idzie naprawdę topornie. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że autorka całkiem sprawnie operuje piórem. Jej postaci są wyraziste i ciekawe, a opisy pełne zgrabnych porównań i metafor. Do tego czyta się je naprawdę przyjemnie. Znacznie gorzej wypadają dialogi - miejscami sztuczne i wymuszone, niespecjalnie porywające i spowalniające akcję. Ta twórczość Kawki to taka sinusoida - zachwycające barwne opisy, przeplatają się ze słabymi dialogami, a obok fascynujących fragmentów zalegają rozwlekłe smęty. I jak tu ocenić taką powieść, hm?

Myślę, że pomocne okazuje się rozwinięcie i zwieńczenie historii, która ostatecznie okazuje się być niebanalna i wyłamująca się z cukierkowatego schematu, wg którego bohaterkę koniecznie musi spotkać wielkie szczęście, książę na białym rumaku, bogactwo i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze. Podoba mi się to, że pomimo wyraźnego czerpania z Grocholi, Szwai i innych, autorka potrafi wykreować interesujące postaci i uwikłać je w ciekawe wydarzenia. Może nie można ich zaliczyć do specjalnie odkrywczych, ale sztuką jest podać to, co banalne w sposób interesujący i przyjemny w odbiorze. Tworzyć z życia i poczytnych historyjek mógłby każdy. Jednak nie każdy potrafiłby zrobić to w sposób na tyle przystępny, aby dało się to czytać i - tym bardziej - docenić. Magdalenie Kawce się to udaje i mam nadzieję, że któregoś dnia wybiegnie przed szereg i opowie czytelnikowi tak pasjonującą historię, że dołączy do grona pisarzy z bestsellerami na koncie. Myślę, że prędzej lub później - taka sytuacja nastąpi.

Póki co - zaopatrzcie się w gorące kakao i poznajcie historię Alicji. Myślę, że - mimo pewnych niedogodności - warto :)

Moja ocena: 6,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka!

5 marca 2011

Notre-Dame de Paris

Notre-Dame de Paris (1999)
reż. G. Amado

W życiu widziałam (i na żywo i na ekranie) wiele musicali, ale żaden nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia, jak Notre-Dame de Paris. Przedstawienie tej pięknej historii w tak wyjątkowej scenografii, z tak genialną muzyką i tak zdolnymi artystami po prostu chwyta za serce. To prawdziwa uczta dla ducha! Uczta, której nikt nie powinien sobie odmawiać!

W tym oszałamiającym widowisku zachwyca wszystko:
- perfekcyjna choreografia i taniec przepełniony pasją, ekspresją i mocą;
- klimatyczna, monumentalna scenografia - idealnie dopracowana w każdym calu;
- kostiumy nie stanowiące konkurencji dla artystów - na tyle proste, aby nie uznano je za krzykliwe i na tyle oryginalne, aby można się było nimi zachwycić;
- znakomita, pełna ekspresji gra aktorska;
- fenomenalna, fe-no-me-nal-na(!) Muzyka - piękne głosy, piękne teksty, zachwycające interpretacje;

Przy Notre-Dame de Paris można całkowicie zatracić się w Muzyce... Muzyce, która wgniata w fotel, która wprawia w nieme otępienie. Która porywa i rozkochuje w sobie słuchaczy. Która wywołuje łzy przejęcia i zachwytu...

Przejmujące, absorbujące, pełne pasji i namiętności widowisko, którego nie możecie przegapić. Notre-Dame de Paris - zapamiętajcie ten tytuł.

Mała próbka:





Choć prawdę mówiąc powinnam umieścić tu wszystkie utwory z tego fenomenalnego musicalu. Zasługują na to.

Moja ocena: 10/10

Ale czy takie kwestie mogą w ogóle podlegać ocenie? ;)

4 marca 2011

S@motność w sieci, Janusz L. Wiśniewski

S@motność w sieci, Janusz L. Wiśniewski
Wyd. Czarne, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002

Pierwszy raz czytałam tę powieść parę lat temu, kiedy to postanowiłam umieścić ją w swej maturalnej prezentacji. Pamiętam dokładnie wrażenie, jakie na mnie zrobiła... Najpierw wywołała wściekłość! Miałam ochotę pojechać do autora i zrobić mu krzywdę za to, jak okrutnie zakończył tę powieść. Długo zajęło mi docenienie oryginalności i niebanalności historii zakończonej tak, a nie inaczej. Musiały opaść emocje i nadejść czas na refleksję. Potem S@motność w sieci stała się jedną z moich ulubionych polskich powieści, a Janusz L. Wiśniewski jednym z najbardziej inspirujących rodzimych pisarzy. Nieprzypadkowo używam określenia 'inspirujący' - jego proza bowiem ma na mnie zadziwiający wpływ. Nabieram przekonania, że pisanie ma moc, że sama powinnam tworzyć, a wena zalewa mnie wtedy od czubka głowy, aż po pięty. Tak było tych kilka lat temu i tak samo jest również teraz. S@motność w sieci wciąż oczarowuje mnie w ten sam sposób i z tą samą siłą...

Gdybym miała w sposób krótki i treściwy ująć zawartość tej książki, na pewno wspomniałabym o kwestiach najważniejszych:
- że czyta się lekko i z zapartym tchem;
- że w opisach zachwyca dbałość o detale;
- że główny bohater jest 'ideałem mężczyzny';
- że miłość i bliskość przedstawione są w sposób nienachalny, 'ze smakiem';
- że wyznania bohaterów są niesamowicie wzruszające i pełne emocji;
- że fabuła jest nieschematyczna, niebanalna i oczarowująca;
- że niezwykle trudno jest tej historii nie pokochać...

Ja pokochałam.

Uwielbiam powieści, które od pierwszej do ostatniej strony otulają mnie niezwykłą atmosferą. Które zaskakują i oczarowują. Które wywołują TAK WIELKIE emocje.

Nie przypominam sobie żadnej polskiej książki, która potrafiłaby mnie za każdym razem porywać z tak wielką siłą. Która wywoływałaby takie emocje przy każdej lekturze... S@motność w sieci to historia wyjątkowa. Kto jeszcze jej nie zna - niech koniecznie nadrobi!

Moja ocena: 9/10

2 marca 2011

Szara tęcza, Ida Jatczak

Szara tęcza, Ida Jatczak
Wyd. Novae Res, Gdynia 2010

Szara tęcza należy do książek, które trudno jest oceniać i odbierać w sposób jednoznaczny. Nie jest to literatura wysokich lotów - to po pierwsze. Po drugie, skierowana jest ona raczej do młodzieży, choć i ci, którzy lubią wspominać pierwsze młodzieńcze miłości znajdą w niej coś dla siebie. Ja znalazłam przede wszystkim ukojenie i radość, pomimo tej szarości, wylewającej się ze wszystkich stron. Bo szarość ta przełamana zostaje ciepłem i kolorem. Widać to zarówno na okładce, jak i w treści książki, co uznaję za wielki plus - te dwa elementy powinny ze sobą korespondować i w przypadku powieści Idy Jatczak rzeczywiście to czynią.

Sama historia jest raczej banalna. Ale nie jest to bynajmniej wadą - dobrze jest dostrzegać urok rzeczy prostych. Bo właśnie w prostocie nieraz kryje się największe piękno. Poza tym - z kim będzie identyfikował się czytelnik, jak nie z człowiekiem ogarniętym tymi samymi zmartwieniami i uwikłanym w podobne zdarzenia, hm?

Banalność czy też - zwyczajność Szarej tęczy uwidacznia się właśnie w warstwie fabularnej i w sposobie kreowania postaci. Szkoła, dom, brak akceptacji, bunt, walka ze wspomnieniami - typowe. Autsajderka, romantyk, odpychanie, przyciąganie - typowe. W tych kwestiach Ida Jatczak nie zaskoczyła mnie wcale, choć może to wiązać się również z tym, że główni bohaterowie do bólu przypominają mnie i mego narzeczonego, a działania i myśli bohaterki są mi niezwykle bliskie...

Jeden element zaskoczył mnie jednak bardzo - dialogi. Dialogi bowiem są w tej powieści znakomite! To one są motorem napędowym Szarej tęczy i to one sprawiają, że książkę pochłania się niemal jednym tchem. W tej kwestii dużą zasługę przypisuję również barwnym, emocjonalnym opisom, choć akurat w nich "dla równowagi" pojawia się kilka drobnych uchybień. Przede wszystkim - miejscami zgrzyta składnia, kuleje fleksja, a literówki kują w oczy. Ale tak naprawdę są to jedynie drobnostki, na które zapewne nie każdy nawet zwróci uwagę...

Na pewno jednak każdy zauważy zręczne operowanie symbolami. Piękna scena z kaktusem, znakomicie wpleciony motyw tęczowych rękawiczek (żałuję, że bohaterka nie włożyła ich w ostatnich scenach - znakomity byłby to zabieg), do tego cała gama kolorów - nieprzypadkowych, rzecz jasna. Takie elementy sprawiają, że ta - z pozoru - prosta historia, nabiera zupełnie innego znaczenia...

Jeden jednak mankament bardzo mnie zabolał. I zdenerwował mocno! Otóż: Szara tęcza jest książką napisaną naprawdę ładnym, barwnym językiem. Językiem pełnym trafnych metafor i porównań. Językiem oddziałującym na wyobraźnię, plastycznym, soczystym i przyjemnym w odbiorze. Znajdują się tu jednak fragmenty kompletnie do tego tła niepasujące - fragmenty najeżone rażącymi kolokwializmami. One zdradzają, że wiek autorki oscyluje gdzieś w okolicach "dwudziestki" - i choć młody wiek to przecież nic złego, po co ujawniać go akurat w taki sposób? Przeciwko samym kolokwializmom oczywiście nic nie mam - często ich obecność ma swoje uzasadnienie. W tym przypadku jednak go nie znajduję. I skoro serwuje się mi ładną historię i ładną narrację, to domagam się konsekwencji. Bo po co szpecić piękną twarz, ordynarnym makijażem...?

Pomimo wszelkich niedociągnięć, Szara tęcza wciąż urzeka mnie tak samo, jak urzekła mnie, kiedy tylko pierwszy raz ją ujrzałam. (Piękny!) opis na okładce zwiastował pełną ciepła, słodko-gorzką historię o miłości. Zapowiadał też kawałek niezłej literatury. I choć widać, że to debiut, że wiek młody, że doświadczenia nieco brak, to jednak dostrzegam w autorce ogromny potencjał. Mam wielką nadzieję, że dane mi będzie czytać kolejne opowieści pióra Idy Jatczak. Bo wiem, że się nie zawiodę. Bo wiem, że nie jest częstym zjawiskiem taka wrażliwość i tak wielka umiejętność przedstawiania szarej codzienności w sposób barwny i urzekający.

Do czytania Szarej tęczy zachęcam gorąco. Dajcie się porwać tej rozgrzewającej i pełnej uroku historii. Wbrew pozorom - nie tylko o miłości. Przeciwnie - głównie o przyjaźni i zaufaniu, o cierpliwości i oddaniu, o walce i przekraczaniu granic, kruszeniu murów i dawaniu szans - sobie i innym. Można z tej powieści wycisnąć więcej, niż mogłoby się z pozoru wydawać. Więc czytajcie - naprawdę szczerze polecam.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Novae Res za udostępnienie tej urzekającej powieści.

1 marca 2011

Cień, Cody McFadyen

Cień; Shadow ManCień (Shadow Man), Cody McFadyen
Wyd. Amber, Warszawa 2006

Cień, Cody'ego McFadyena jest pierwszym tak okrutnym i poruszającym thrillerem, z jakim miałam w życiu styczność. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka, wśród których przewodzi jedna - ja po prostu takich książek nie lubię i nie czytuję. Ale że ciężko u mnie z asertywnością - kiedy pracownik miejscowej biblioteki dołożył ją do mego stosu - nie protestowałam. I nie żałuję, choć niektóre z moich fobii się pogłębiły, a i snów spokojnych w najbliższym czasie mieć nie będę...

Ale było warto.

Cień opowiada historię młodej agentki FBI, która uwikłana zostaje w szereg tragicznych wydarzeń. Wszyscy, których kochała giną na jej oczach, a ona sama zostaje okaleczona do końca życia. Kiedy wydaje się, że jedynym jej problemem jest powrót do normalności, ktoś znów postanawia zniszczyć ją i jej otoczenie. I to w okrutny, brutalny, krwawy i obrzydliwy sposób. Agentka Smoky kolejny raz będzie musiała zmierzyć się ze swymi słabościami i lękami oraz z psychopatycznym mordercą, czyhającym na jej życie.

Czytelnik wplątany zostaje w niezwykle krwawą historię, okraczoną bólem i brutalnością. Napięcie budowane jest stopniowo - momentami emocje są jednak tak silne, że aż dreszcze przechodzą, a w głowie panuje gonitwa myśli. Myśli równie okrutnych jak te, które zawładnęły psychiką "najbardziej przerażającego zbrodniarza od czasów Hannibala Lectera"*. I choć miejscami chciałoby się książkę rzucić w kąt i zapomnieć o niej, ciekawość bierze górę i z zapartym tchem śledzi się historię do samego końca...

Muszę jednak z pełną odpowiedzialnością przyznać, że choć nie mam wielkiego doświadczenia z thrillerem, to jednak Cień łatwo jest wpisać we wszelkie możliwe wyznaczniki gatunkowe. I jakby na to nie spojrzeć - powieść ta okazuje się do bólu schematyczna i przejaskrawiona. Gdyby nie epatowanie brutalnością (rodem z filmu Piła), nie byłoby w tej książce niemal nic, co można by uznać za warte uwagi (a i to niekoniecznie, bo znam wielu ludzi, którzy już po opisie pierwszych zbrodni zrezygnowaliby z lektury).

Za pozytyw uznać można jednak liczne nawiązania do psychologii - kreując postać psychopatycznego mordercy, Cody McFadyen niewątpliwie czerpał z nauk Junga (na co wskazuje już sam tytuł), Adlera i Freuda. Te zabiegi sprawiają, że dzieje bohatera zdają się być tak pasjonujące. Szkoda tylko, że są zaledwie fragmentem, w dodatku umieszczonym w ostatnich rozdziałach...

Dałam Cieniowi szansę i nie żałuję, że się z nim zapoznałam, ale to - póki co - koniec mojej przygody z panem McFadyen'em. Na półce czekają jeszcze Maska śmierci i Dewiant, ale na ten moment nie mam ochoty po nie sięgać. Czas na odrobinę przyjemniejszą literaturę :)

Moja ocena: 6/10

* cytat z okładki