26 lutego 2011

Dla Was, Dominique Mainard

Dla Was, Dominique Mainard
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Spójrz na okładkę - czy fascynują Cię pióra, rozwieszone na wieszaku? Jakie przywołują skojarzenia? Podpowiem, jakie obrazy powstają w mojej głowie: strojenie się w cudze piórka, sztuczność i udawanie. Ale ja mam tę przewagę, że Dla Was już znam, a Ciebie ta lektura dopiero czeka. Jestem pewna, że z zaciekawieniem sięgniesz po tę pozycję. Dlaczego? Dlatego, że wystawię jej jasną etykietkę: "to jedna z najbardziej niesamowitych książek, z jaką miałam styczność w całym swoim życiu". Za mało? Proszę bardzo - zaraz poznasz ją bliżej...

Delphine M. i jej alter-ego Dinelph żyją w świecie iluzji - nikną w sieci kłamstw, balansując na granicy fikcji i rzeczywistości. Delphine dzierży w garści setki ludzi - na ich życzenie przemieniając się to w córkę, to w kochankę, to we wnuczkę, to w damę. Dostosowuje się do potrzeb każdego, kto tylko zażyczy sobie jej towarzystwa - wierzy przy tym, że zmniejsza czyjeś cierpienie, że ofiarowuje mu pomocną dłoń i niezapomniane chwile. Nie pada więc ofiarą żadnych dylematów moralnych - z tego też powodu w jej firmie - Dla Was - można spełnić niemal każde pragnienie. A ludzkie pragnienia - uwierz mi - bywają naprawdę szokujące...

Delphine bez oporów kupczy wszystkim - miłością, życiem i śmiercią. To taka mała zabawa w Boga - staruszek tęskni za wnuczką? Delphine odgrywa rolę wnuczki. Małżeństwo marzy o dziecku? Delphine wypożycza im syna swej pracownicy. Wdowiec nie zdążył pożegnać się ze zmarłą żoną? Delphine odgrywa z nim scenę ostatniego pożegnania. Nie ma takiego pragnienia, którego kobieta nie mogłaby spełnić ("matkę i ojca bym sprzedała" - mówi), istnieją jednak takie, które mogą przysporzyć jej kłopotów i obudzić najbardziej bolesne wspomnienia...

Ale to nie wszystko.
W świecie kłamstw i udawania, Delphine nagle staje się Dinelph - to ona jest teraz marionetką w czyichś rękach. To ona błaga, by ktoś odegrał dla niej rolę. To ona pada ofiarą własnej gry... Tylko czy wyjdzie z niej zwycięsko?
Nie wiem, naprawdę. Ocenisz sam, kiedy przeczytasz.

Wspomniałam, że Dla Was to to jedna z najbardziej niesamowitych książek, z jaką miałam styczność w całym swoim życiu. I tak w istocie jest. Oprócz niewątpliwych walorów natury artystycznej, takich jak: piękny język, plastyczne opisy czy mistrzowskie kreacje bohaterów, książka ta okazuje się być wartościowa również na innych polach. Przede wszystkim koncentruje uwagę na człowieku i jego psychice. Na prawdzie o ludzkiej naturze.

I nie jest to bynajmniej prawda, której obnażenie powinno cieszyć.

Dlaczego?
Dlatego, że Dominique Mainard zwraca uwagę na podwójną naturę człowieka. Na podwójną moralność. Na przywdziewanie masek, przybieranie form, odgrywanie ról i manipulację. Na wyrzekanie się prawdy o sobie i dążenie do celu po trupach. Na całe to zło, które siedzi w każdym z nas...

Nie jest to może zło w czystej postaci - nie krzywdzi tak bardzo innych, ale nas samych na pewno tak. Klienci Dla Was karmią się złudzeniami i kłamstwami. Nie godząc się na to, co zaserwował im los, wolą oszukiwać samych siebie. Wolą wyrzekać się własnego "ja". Wolą wyrzekać się swej natury.

A może jest na odwrót?
Może to nie wyrzeczenie, a powrót do źródeł? Powrót do korzeni? Odkrycie prawdy, ukrytej głęboko w środku?
Któż to wie...?

Przeczytaj Dla Was i wsiąknij w tę zaskakującą historię. Historię, której końca nie masz szans przewidzieć. Historię, która na każdym kroku będzie Cię szokować, wzruszać, zaskakiwać i bulwersować...

A potem oddaj się refleksji nad mottem powieści Dominique Mainard. Jakie to motto? Odnajdziesz je, czytając Dla Was - gwarantuję, że nie raz stanie ono na Twej drodze. A potem już od niego nie uciekniesz. Zagnieździ się w Twym umyśle... Na zawsze.

Moja ocena: 9,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

Klub Martwych, Charlaine Harris

Klub Martwych; Club DeadKlub Martwych, Charlaine Harris
Oryginał: Club Dead
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2010
Stron: 386
Gatunek: horror, opowieści o wampirach

Trzeci tom cyklu Sookie Stackhouse, zatytułowany Klub Martwych okazał się - jak dotąd - moim ulubionym. Mniej romantycznych uniesień, więcej negatywnych emocji, krwi i walki - bardzo pozytywna mieszkanka, nie pozwalająca nawet na moment oderwać się od lektury.

Tym razem nasza dzielna telepatka będzie musiała zawalczyć o życie swojego ukochanego, choć przez długi czas sama będzie miała wielką ochotę, aby naostrzyć kołek i umieścić go w miejscu, w którym Bill powinien mieć serce. Powinien, ale raczej nie ma - okazuje się bowiem, iż oddał je innej, zdradził, porzucił i dopuścił się czynów nieczystych. Sookie oczywiście świętą znów nie pozostanie - raz po raz pojawiać się będą okazje do przypadkowych pocałunków, pełnych emocji wyznań i naprawdę elektryzujących momentów... W jej życiu na dłużej zagości mężczyzna, z którym dosyć łatwo przyjdzie jej wyobrażać sobie wspólną, piękną przyszłość. Ale życie w świecie Sookie Stackhouse nie może być takie proste - na jej drodze znów staną więc dziwaczne stworzenia, zwłoki, złe wampiry, fanatycy z kołkami, a nawet... zazdrosne kobiety. Oj, będzie się działo - gwarantuję!
A kogo ostatecznie wybierze jej serce?
Ha! Pewnie niejeden czytelnik się zdziwi...

W książkach Charlaine Harris najbardziej cenię to, iż nie są one jednoznaczne, akcja nie płynie jednostajnie, a i nastrój stale się zmienia. Dobrze jest czasem zaśmiać się porządnie, po to by za chwilę wstrzymać oddech z przerażenia, a jeszcze później zaklaskać z podziwu. Barwni bohaterowie, znakomite dialogi i naprawdę sprawnie poprowadzona akcja powodują, że Klub Martwych czyta się z naprawdę wielką przyjemnością.
I zapartym tchem, co oczywiste.

Moja ocena: 8,5/10

Czy trzeba dodawać więcej? Nie sądzę. Odsyłam jedynie tutaj i tutaj, jakby ktoś jeszcze nie wiedział o czym mowa :)

Zobacz również:

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

23 lutego 2011

Chłód, Ross MacDonald

Chłód; The ChillChłód (The Chill), Ross MacDonald
Wyd. Albatros, Warszawa 2004

Ross MacDonald (właśc. Kenneth Millar) to jeden z najbardziej znanych amerykańskich twórców powieści kryminalnych. Chłód, o którym chcę dziś opowiedzieć, jest jedną z części wielotomowego cyklu Lew Archer, poświęconego działaniom pewnego amerykańskiego detektywa. Wyjątkowo dociekliwego i bezwzględnego detektywa...

Tym razem autor przenosi nas do słonecznego Pacific Point, w którym unosi się aura tajemniczych zbrodni. Młody mężczyzna pragnie odnaleźć swą świeżo poślubioną wybrankę. Okazuje się, że na dziewczynie ciążą podejrzenia o pozbawienie życia pewnej kobiety, którą Lew Archer zdążył poznać niedługo przed rzeczonym morderstwem. Niesiony wyrzutami sumienia, postanawia za wszelką cenę znaleźć winnego śmierci młodej kobiety. Tropy wiodą głęboko w przeszłość - do dwóch niewyjaśnionych zbrodni, popełnionych przed dziesięcioma i dwudziestoma laty...

Ross MacDonald to twórca niezwykle interesujący - jego powieść pochłonęła mnie bez reszty, a rozwiązanie sprawy wywołało jedną tylko reakcję - ogromne zaskoczenie, graniczące z szokiem. Naprawdę dałam się podejść!

Już kiełkując, fabuła zaczyna fascynować, a kiedy rozwija się w pełni - porywa niesamowicie. Pomimo zalewu postaci i setek splątanych powiązań (które miejscami mają prawo irytować), mamy w Chłodzie do czynienia ze znakomicie skonstruowaną, logiczną całością. Dopiero rozwiązanie szeregu zagadek pozwala poukładać wszystkie puzzle i zlepić ze sobą wyłaniające się fakty. A fakty te są zadziwiające. I przerażające wręcz.

Historia przedstawiona w powieści Chłód sprawia wrażenie nieco telenowelowej i mocno naciąganej. Naciąganej dlatego, że w ogóle nie mieści się w mej głowie tak wielka mistyfikacja, tak wielka maskarada, tak wielka intryga... A jednak! Opowieść śledzi się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy, po to, by ostatecznie uświadomić sobie, jak ślepym się było przez poprzednich trzysta stron. Co więcej - ochotę mam wielką, by pochłonąć tę powieść raz jeszcze i poszukać w niej śladów i tropów, które już wcześniej ewidentnie wskazywały winnego. Boję się jednak, że nad głową bohatera od pierwszej strony będzie widniał wielki neon, krzyczący "to on", a ja tylko się zdenerwuję, że wcześniej kompletnie nie zwracałam na ów neon uwagi...

Z całego serca polecam Wam zapoznanie się z Rossem MacDonaldem i jego fascynującą opowieścią. Co prawda Chłód nie jest początkiem serii, ale mam wielką nadzieję, że wyłamanie się z kolejności chronologicznej nie jest szczególnie szkodliwe. Radości z lektury nie odbiera na pewno.

Będę miała oko na pozostałe tomy cyklu.
Wy uczyńcie to samo!

Moja ocena: 8/10

20 lutego 2011

Bezradnik małżeński, Polly Williams

Bezradnik małżeński (How to be married), Polly Williams
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Sadie Drew uważa, że jest fatalną żoną. Nie sprząta, nie gotuje, nie stosuje skomplikowanych zabiegów kosmetycznych, a dobór stroju rzadko bywa w jej przypadku przemyślaną decyzją. Z trudem godzi obowiązki zawodowe z wychowywaniem synka. W końcu jest tylko człowiekiem, a mąż kocha ją bez względu na wszystko. Sytuacja zmienia się wraz z rozpoczęciem przez Toma nowej pracy i przeprowadzką do Londynu. Sadie uznaje, że aby zatrzymać męża przy sobie, musi dorównać eleganckim i zaradnym żonom jego kolegów. Robi zatem, co może, aby przekształcić się w kobietę idealną. Rozpoczyna się seria konfliktów i nieporozumień, wychodzą na jaw sekrety z przeszłości. Pojawia się rywalka…
[opis z okładki]

Polly Williams w niezwykle zgrabny sposób przedstawia historię małżeństwa, w którym i on, i ona są w sobie szaleńczo zakochani, tyle że... Gubią się w swych poczynaniach, na chwilę tracąc siebie z oczu. A co ich do tego doprowadza? Ekscentryczna staruszka, niesympatyczna teściowa, przystojny ogrodnik i seksowna pisarka? A może pęd za karierą i wyimaginowanymi ideałami? Brak dialogu? Ciągłe zmęczenie? Niewypowiedziane pretensje? Wygórowane wymagania? A może wszystko to i jeszcze więcej? Tak, zdecydowanie - setki małych rzeczy, sklepionych w jedną całość powodują że lekka paranoja dotyka ich oboje. W efekcie - on postanawia udowodnić COŚ awansem, ona wizerunkiem typowej żony ze Stepford. Tyle tylko... Czy naprawdę okaże się to konieczne? Czy da jakiś efekt? O tym przekonacie się podczas lektury - ja mogę zagwarantować, że nim prawda wyjdzie na jaw, bohaterowie wplączą się w sieć nieporozumień i niedomówień. Kłopoty i rozterki przylepią się do nich i nie dadzą oderwać, a zabawne sytuacje mnożyć się będą na potęgę. Czytelnik uśmieje się co niemiara - Sadie i Tom nieco mniej...

W Bezradniku małżeńskim nakreślone zostały portrety kilku typów kobiet, wśród których najbardziej charakterystyczne okazują się: ekscentryczna staruszka - Enid, tęskniąca do zmarłego męża i dawnych przyjaciółek, uzurpująca sobie prawo do mieszania w życiu innych; rozrywkowa Chloe, unikająca zobowiązań; zagubiona Ruth, zamieniająca się rolami ze swym mężem; wypielęgnowana Pam - Żona Idealna - będąca ucieleśnieniem męskich marzeń oraz wreszcie Sadie - całkowite jej przeciwieństwo. Paradoks polega na tym, że wszystkie panie czegoś sobie wzajemnie zazdroszczą. Efekt jest taki, że często żywią nieuzasadnioną niechęć - zarówno do samych siebie, jak i pozostałych. Żadna z nich nie dostrzega swej wyjątkowości, ani tego, czego zazdroszczą im inne. Ot, taka kobieca przypadłość, czyż nie?

Bezradnik małżeński to powieść niezwykle sympatyczna - jej bohaterki dają się lubić - w każdej można znaleźć coś, co sprawia, że aż chciałoby się z nimi zaprzyjaźnić. Ale przyjaźń i kobieca rywalizacja to nie najważniejsze elementy książki Polly Williams. Autorka drąży nieco głębiej i sięga poważniejszych zagadnień - starości, zdrady, utraty bliskich, utraty priorytetów i marzeń. Utraty samych siebie. Każdy z bohaterów przywdziewa maskę, mającą ochronić go przed prawdą o swych problemach i pragnieniach. Maskę, która przytłacza sztucznością, rodzi problemy i sprawia, że ludzie nieświadomie oddalają się od tych, których kochają. Oddalają się od samych siebie...

Bezradnik małżeński to bardzo przyjemna, a zarazem pouczająca lektura. Zabawna i lekka, a przy tym dotykająca niezwykle istotnych problemów. Pozwalająca rozluźnić się i zrelaksować, a następnie oddać chwili refleksji. Sami przyznacie, że to naprawdę dobre połączenie. Połączenie, czyniące tę powieść wyjątkową i interesującą - gwarantuję!

I niech nie zmyli Was tytuł (swoją drogą warto pobawić się w jego interpretację), ani opis powieści. Po lekturze Bezradnika nie mogę nie zwrócić uwagi na fakt, że to opowieść uniwersalna. Nie skierowana wyłącznie do kobiet, nie skierowana wyłącznie do mężatek. Owszem, kilka lekcji pod hasłem "jak być dobrą żoną" Polly Williams czytelnikowi oferuje, ale tak naprawdę ta powieść pokazuje jak warto żyć, kim być i jaką drogą podążać, aby nie być bezradnym...

Moja ocena: 7,5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

18 lutego 2011

U martwych w Dallas, Charlaine Harris

U martwych w Dallas; Living Dead in DallasU martwych w Dallas, Charlaine Harris
Oryginał: Living Dead in Dallas
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2009
Stron: 348
Gatunek: horror, opowieści o wampirach

W nadzwyczaj purytańskiej społeczności wrze - na tylnym siedzeniu radiowozu młoda dziewczyna - Sookie Stackhouse - odnajduje zwłoki czarnoskórego homoseksualisty. Jego śmierć zdaje się wzruszać niewielu mieszkańców amerykańskiego miasteczka Bon Temps. Szybko jednak okazuje się, że za maską niechęci do "czarnych" i "pedałów" kryje się coś więcej - mroczne sekrety grupy hipokrytów...

Ale to nie wszystko! Tego samego dnia Sookie zostaje zaatakowana przez tajemnicze stworzenie, a pomóc w ocaleniu jej mogą jedynie wampiry. Wampiry, które bynajmniej do bezinteresownych nie należą... Sookie udaje się przeżyć, ale cena, jaką przyjdzie jej za to zapłacić okazuje się niezwykle wysoka. Tak wysoka, że dziewczyna powoli zatraca swą godność i staje się marionetką w rękach wampirów. Tak wysoka, że w spokojnym miasteczku Bon Temps, krew zaczyna lać się strumieniami... A to dopiero początek wydarzeń!

U martwych w Dallas stanowi kontynuację Martwego aż do zmroku - niezwykle absorbującej powieści, w której poznajemy losy telepatki Sookie - młodej dziewczyny, odkrywającej sekrety świata wampirów. Odkąd bohaterka zaczyna wykorzystywać niezwykłe zdolności swego umysłu, staje się dla wampirzej społeczności niezwykle ważną personą. Co rusz dostaje nowe polecenia i zlecenia, które musi wykonać, aby nie narazić się na gniew nieobliczalnych istot.
Poza tym - na zawsze pozostaje ich dłużniczką...

I można się zastanawiać, czy dziewczę słusznie czyni pakując się w dziesiątki niebezpiecznych sytuacji, robiąc z siebie marionetkę w czyichś rękach, ale tak naprawdę cóż przyjdzie jej z buntu i oporu? Niemniejszy strach, jak sądzę. A w niektórych lepiej mieć przyjaciół, niźli wrogów...

Początkowo może się wydawać, że Sookie to wyjątkowo głupia i naiwna istota. Niejednokrotnie udowadnia ona jednak, że nie dość, że potrafi zawalczyć o swoje, to jeszcze dzielnie broni siebie, jak i innych. Z drugiej strony miejscami bywa impulsywna i irytująca, a do tego podświadomie wynajduje preteksty, byle tylko znaleźć się blisko pewnego przystojnego mężczyzny. Mężczyzny, którym wcale nie jest "jej" Bill, tak swoją drogą...

Living Dead in DallasCóż z tego wyniknie? Kłopoty, rzecz jasna.
Ale nie uprzedzajmy faktów...

Gdzieś w tle całej historii nie powinno umknąć uwadze amerykańskie społeczeństwo, przepełnione fałszem i obłudą. Grupa mieszkańców Bon Temps mówi głosem narodu. Narodu, który pozuje na otwarty i przychylny wobec wszelkich inności, a w rzeczywistości okazuje się być brudnym, kłamliwym potworem. Charlaine Harris w niezwykle zręczny sposób demaskuje tę hipokryzję, wyśmiewając ją i dając solidnego prztyczka w nos wszystkim uładzonym pańciom i wymuskanym panom, pozującym na świętoszków i prawych obywateli. Okazuje się bowiem, że to co piękne i poukładane z zewnątrz, w środku może być się zatrute i zgnite.

Cała sprawa zdaje się być szczególnie żenująca, kiedy uświadomimy sobie, że ci którzy po świecie krążą już od kilku stuleci, powinni być świadkami niewyobrażalnych przemian cywilizacyjnych i społecznych, a przecież wcale tak nie jest! W powieści doskonale widać, że uprzedzenia rodem z XIX wieku nie ulegają przedawnieniu i wciąż trawią społeczeństwo. Tak wielce rozwinięte. Tak wielce tolerancyjne, czyż nie?

W ramach komentarza można by się w tym momencie porządnie zaśmiać.

O! Kiedy już jesteśmy przy humorze, muszę przyznać, że pomimo całej grozy i ogólnego napięcia, panującego w książce, znalazło się tu również miejsce na rozładowujące atmosferę, wyjątkowo zabawne momenty. Dzięki nim powoli poznajemy tajemniczego wampira, imieniem Eric. A Eric pomału staje się moim ulubionym bohaterem serii i mam wielką nadzieję, że z czasem autorka poświęci mu jeszcze więcej uwagi.
Oj, wtedy będzie się działo!

U martwych w Dallas to wciąż czytadło z najwyżej półki, które skrywa w sobie rozrywkę, emocje i elementy nauki o świecie. Ot, taka ciekawa mikstura, skosztujcie!

Moja ocena: 8/10

Zobacz również:
Seria Lily Bard

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

16 lutego 2011

Duch z przeszłości, Joanne Harris

Duch z przeszłości (Holy Fools), Joanne Harris
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2003

Joanne Harris była mi dotąd postacią nieznaną - słyszałam co prawda o jej Czekoladzie (w końcu w ekranizacji pojawia się Johnny Depp, co nie mogło ujść mojej uwadze), ale nie kojarzyłam tytułu z żadnym nazwiskiem. Aż do dzisiaj. Bo dziś mogę powiedzieć, że mam już za sobą pierwszy kontakt z tą autorką. Może nie jest to aż tak udany kontakt jakbyśmy sobie obie tego życzyły, ale niewątpliwie jeszcze do Harris wrócę. Bo potrafi zaciekawić.

Akcja Ducha z przeszłości rozgrywa się w siedemnastowiecznej Francji - w czasach wyjątkowo burzliwych i krwawych. Los rzuca młodą artystkę do klasztoru, w którym - pod zmienionym nazwiskiem - szuka ona schronienia dla siebie i swej córeczki. Przez pięć lat udaje jej się skrywać dawną tożsamość i żyć w spokoju, lecz nadchodzi dzień, w którym demony przeszłości zsyłają ciemne chmury na błękitne niebo jej świata. Juliette będzie musiała stanąć do walki z tym, który już raz ją zdradził, z tym, który sprowadził na jej życie nieszczęście. Przebiegły LeMerle kolejny raz zamiesza w jej życiu. Kolejny raz włączy ją do niebezpiecznej gry, w której pionkami okażą się naiwne kobiety. Jakie tajemnice skrywa mężczyzna, podający się za księdza? Co zrobi, żeby wzbudzić zaufanie Juliette? Co zrobi, żeby zatrzymać ją przy sobie? Nawet nie wyobrażacie sobie, ile intryg może uknuć jeden głodny zemsty mężczyzna...

Duch z przeszłości opowiada o czasach, w których płonęły stosy, szalała inkwizycja, a ślepa wiara w Boga i lęk przed szatanem czyniły z ludzi marionetki. Osadzenie akcji w murach żeńskiego klasztoru tylko podkreśliło i uwydatniło to zjawisko. Ponieważ jednak najciemniej pod latarnią - tam, gdzie powinna znajdować się pełna świętość, Harris umieściła szereg grzesznic, lubujących się w czarach, wróżbach, przyrządzaniu różnorakich mikstur, oddawaniu mężczyznom, fantazjowaniu o nieczystości, a nawet... mordowaniu. Znakomicie sportretowana została cała gama bohaterek - od tych przesadnie świętobliwych, po zbyt grzeszne, od urzekająco niewinnych, po "służebnice szatana". Jedną cechę wspólną można jednak dla nich znaleźć - ciemnotę, mianowicie.

Z perspektywy naszych czasów zachowanie bohaterek może dziwić, a nawet mocno śmieszyć. Wręcz poraża ich naiwność, głupota i ślepa wiara w przesądy. W czasie lektury starałam się nie zapominać, że wówczas zupełnie inaczej patrzono na pewne sprawy, ale przez pół książki nie mogłam przegnać uczucia skrajnej irytacji, kiedy byłam świadkiem naprawdę tragikomicznych zachowań sióstr zakonnych. Ich mózgi zaprogramowano, jak w jakiejś sekcie - bezkrytycznie przyjmowały wszystko to, co im narzucono. Zupełnie jak dzieci we mgle, jak naiwne cielęta. O tak, cielęta to naprawdę dobre określenie dla tych marnych pań.

W Duchu z przeszłości kryje się jednak coś więcej, niż tylko zwykła historia o grupie naiwnych kobiet z pewnego klasztoru. Powieść ta jest wyjątkowa z kilku istotnych powodów:
- przywołuje nazwiska prawdziwych postaci z czasów XVI i XVII wieku, w tym Giordano Bruno - okultysty, spalonego na stosie za szerzenie herezji;
- przedstawia rozwój teatru renesansowego;
- analizuje symbole z kart tarota;
- obrazuje lęki, towarzyszące człowiekowi, żyjącemu kilka stuleci wstecz;
- pokazuje siłę wiary w Boga i szatana;
- prezentuje codzienność życia w klasztorze;
- przywołuje dziesiątki sentencji łacińskich i psalmów oraz mądrości, pochodzących z Biblii;
- przedstawia różnorakie symbole, m.in. z commedia dell'arte, Pisma Świętego i tekstów oświeceniowych;
- nawiązuje do tradycji szamańskiej, okultystycznej i pogańskiej;

a wszelkich nawiązań, powiązań i odniesień wprawne oko zauważy w tej powieści jeszcze więcej - moja wiedza pozwala na przywołanie jedynie tych kilku istotnych punktów. Punktów, które - mam nadzieję - podkreślą bogactwo Ducha z przeszłości. Punktów, które powinny zachęcić Was do lektury tej wyjątkowej powieści.
Zachęciły?

Moja ocena: 7/10

15 lutego 2011

Martwy aż do zmroku, Charlaine Harris

Martwy aż do zmroku; Dead Until DarkMartwy aż do zmroku, Charlaine Harris
Oryginał: Dead Until Dark
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2009
Stron: 386
Gatunek: horror, opowieści o wampirach

A gdybym tak oświadczyła wszem i wobec, że nie będę czytać książek o dzieciach, mężczyznach albo brunetkach, bo mam ich przesyt? Potraktowalibyście mnie poważnie? Niejeden popukałby się w czoło, myśląc: "jak można odrzucać wszystkich, skoro każdy jest inny?". Jednak, kiedy chodzi o wampiry, niemal nikogo nie dziwią hasełka, w stylu: "o nie, o wampirach, to ja nie czytam, bo jest ich za dużo, o nie!". A ludzkich postaci w książkach to niby mniej? Ktoś powie, że na fali zmierzchomanii powstało wiele jałowych tworów, traktujących o dziwnych/innych stworzeniach, ale czyż nie podobne zjawisko można zaobserwować w przypadku książek o śmiertelnikach? Miliony romansów, miliony kryminałów, miliony horrorów - a wszystkie w mniejszym lub większym stopniu opierają się na podobnych schematach (co determinują chociażby wyznaczniki gatunkowe). Ale ich jakoś nikt się nie czepia, ich nikt nie odrzuca, zgodnie z teorią "przesytu". A wampiry, wilkołaki i inne cuda tak modnie jest teraz krytykować, nie poznawszy nawet kilku znaczących pozycji o nich traktujących. I kto tu teraz w czoło się powinien pukać, hm?

Nie przejmując się ową modą na odrzucanie wszystkiego, co ma związek z wampirami, postanowiłam sięgnąć po serię książek Charlaine Harris. Po pierwszym tomie mogę z pewnością powiedzieć, że:
- na pewno nie było to nasze ostatnie spotkanie;
- zamierzam zaopatrzyć się w całą serię (drżyj, portfelu nieszczęsny!);
- regularnie będę śledzić True Blood - serial, nakręcony na podstawie tych książek;
a dlaczego?
Bo po prostu warto, ot co.

Dead Until DarkOczywiście - umówmy się - nie jest to literatura wysokich lotów, a raczej dobre czytadło z najwyżej półki, które - w dodatku - zaczyna się naprawdę słabo. Przez ułamek sekundy żałowałam nawet, że wydałam pieniądze na tak mierną literaturę, ale wstrzymałam się z osądami i po kilkunastu stronach zauważyłam, iż złe wrażenie się zaciera, a po kilkudziesięciu - pojawiają się pierwsze objawy fascynacji i wciągnięcia. Znakomite uczucie, które lubi chyba każdy z moli książkowych, prawda?

Akcja poprowadzona została niezwykle sprawnie - wątki układają się w logiczną całość, choć pełne są fragmentów przeładowanych emocjami. Wszystko to za sprawą pierwszoosobowej narracji, za którą szczerze nie przepadam, gdyż znacznie ogranicza nam ona pole widzenia. Oczywiście taki sposób prowadzenia narracji ma również swoje plusy - pozostaje nam pewna nutka niepewności i aura tajemniczości, kiedy nie wiemy, co dzieje się poza umysłem i zasięgiem wzroku Sookie, z perspektywy której poznajemy tę historię. Pewna enigmatyczność jest nawet wskazana w literaturze tego gatunku, czyż nie?

Na kartach Martwego aż do zmroku poznajemy całą gamę barwnych postaci - od rozrywkowych kelnerek, przez tajemnicze wampiry, po podpitych brutali. Główna bohaterka - Sookie - nie potrafi uporać się z niezwykłym darem, otrzymanym od matki natury. Dziewczyna słyszy myśli innych, co doprowadza ją na skraj szaleństwa - wie, kiedy ktoś chce ją oszukać lub wykorzystać, wie, kiedy ktoś ma jej dość lub uważa za stukniętą. Zna grzechy innych i ich mroczne sekrety. Całą sobą odczuwa ich zmartwienia... To jednak nie jedyny problem młodej kelnerki - po pierwsze: wiąże się z wampirem, co nie podoba się ani jej szefowi, ani mężczyznom z miejscowej społeczności; po drugie: jej starszy brat okazuje się lowelasem, mającym skłonności do niebezpiecznego seksu, co sprowadza problemy na całą ich rodzinę; po trzecie: miasto zalewa fala morderstw. Po kolei giną wszystkie kobiety, oficjalnie zadające się z wampirami. Również Sookie nie znika z celownika napastnika. Co zrobi bohaterka, kiedy na szczycie listy podejrzanych znajdą się jej bliscy - ukochany Bill i brat, Jason? Czy podda się i zwątpi, a może zawalczy o dobre imię tych, których kocha? Tego oczywiście musicie dowiedzieć się sami. Powodzenia!

Tym, co niewątpliwie przemawia na korzyść Martwego... jest sposób kreowania postaci. Główna bohaterka - Sookie - nie jest sierotką, tępo zapatrzoną w "swego wampira" (swoją drogą... irytująco często pada w książce to określenie) - potrafi postawić się zarówno jemu, jak i tym, którzy ściągają na nią niebezpieczeństwo. Co prawda często hormony biorą u niej górę nad rozumem, ale czyż nie jest to u młodych, zakochanych kobiet naturalny stan rzeczy? ;) Miejscami jej zachowanie bywało też mocno denerwujące, ale taki sposób konstruowania postaci lubię najbardziej - kiedy potrafią bawić i irytować, wzbudzać sympatię i doprowadzać do szału. Bardzo nie lubię bezbarwności i jednobiegunowości. A tego głównej bohaterce zarzucić nie można.

Gdybym miała krótko scharakteryzować klimat tej powieści, ujęłabym to w proste stwierdzenie - książka ta ocieka krwią i seksem. Nie brak w niej jednak romantyzmu (miejscami aż się rozpływałam z rozczulenia), a nawet humoru. Całość wypada więc autentycznie i szczerze. A to kolejny plus.

Traktując tę powieść nie jak arcydzieło, a raczej jako typowe czytadło, muszę stwierdzić, że nie mogę jej zupełnie niczego zarzucić. Czyta się dobrze, akcja przebiega sprawnie, bohaterowie są interesujący, a klimat książki naprawdę przyciąga i fascynuje. W swojej kategorii jest to na pewno powieść wyróżniająca się i warta uwagi. Bardzo jestem przy tym ciekawa, co Charlaine Harris zaoferowała czytelnikom w kolejnych częściach serii. Mam nadzieję, że niebawem będzie mi dane przekonać się o tym.

Moja ocena: 8/10

Zobacz również:
Seria Lily Bard

Charlaine Harris - bestsellerowa pisarka publikująca od ponad dwudziestu lat. Początkowo pisała poezję, później, podczas studiów na Rodhes College w Memphis w stanie Tennessee tworzyła sztuki teatralne. Kilka lat po ukończeniu studiów zaczęła pisać powieści. Obecnie mieszka w Arkansas ze swoim mężem i trojgiem dzieci.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~

14 lutego 2011

Po zmierzchu, Haruki Murakami

Po zmierzchu (Afutā Dāku/After Dark), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2007

O tym, że swą przygodę z Murakamim zaczynałam od tej pozycji, wie już chyba każdy. Wspominam o tym na każdym kroku, podkreślając jak ważna okazała się dla mnie ta niezwykła książka. Recenzję z czerwca możecie przeczytać tutaj, mając pewność, że moje zdanie odnośnie Po zmierzchu nie zmieniło się ani trochę. A właśnie z tego powodu sięgnęłam po tę powieść ponownie - chciałam przekonać się, czy uważam ją za najlepszą z powodu jakichś sentymentów (bo od niej zaczynałam), czy naprawdę wypada tak genialnie, gdyby porównać ją do innych dzieł Murakamiego. Oczywiście, te pozostałe są znakomite, ale Po zmierzchu przytłacza i robi z umysłem czytelnika coś tak niezwykłego, że aż chce się wkroczyć do tego uzależniającego świata. Do tej niesamowitej rzeczywistości... Warto było przeżyć to jeszcze raz.

Polecam czytać Murakamiego wielokrotnie. Wracać do jego dzieł i analizować je na nowo. Dawać się porwać raz za razem. Dawać się wciągać tam, skąd nie ma już ucieczki... Kto raz pozwoli na to, żeby Murakami oczarował go swą mocą, ten na zawsze otoczony tą magią pozostanie...

Moja ocena: 10/10

13 lutego 2011

Gra na cudzym boisku, Aleksandra Marinina

Gra na cudzym boisku (Igra na czużom pole), Aleksandra Marinina
Wyd. W.A.B., Warszawa 2007

Oto nastał dzień, w którym przyszło mi przeczytać kryminał, którego zakończenia kompletnie się nie spodziewałam! Momentami miałam pewne wątpliwości, co do osoby, którą ostatecznie uznano za winną zbrodni, popełnionych na kartach Gry na cudzym boisku, ale nigdy myśli na ten temat nie zaprzątały mej głowy na dłużej, niż ułamek sekundy. Dzięki temu dałam się zaskoczyć - znakomicie!

Ale od początku... Kiedy w październiku doznałam nagłego olśnienia, że jestem miłośnikiem kryminału (czego sobie przez ostatnich 10 lat nie mogłam przypomnieć), stało się to za sprawą Aleksandy Marininy właśnie. Jej Kolacja z zabójcą okazała się dla mnie przełomem i sprawiła, że z wielką radością zbliżam się w bibliotece do półki "kryminał rosyjski" i wynajduję tam najlepsze perełki.

Taką właśnie perełką jest Gra na cudzym boisku - znakomita powieść, w której bohaterka cyklu - Nastia Kamieńska - wybiera się na zasłużony urlop do ekskluzywnego sanatorium. Traf chce, że w murach tego - z pozoru - urokliwego i sennego miejsca, unosi się aromat brutalnej tajemnicy. Tajemnicy, której nasza milicjantka zdaje się w ogóle nie zauważać...

Dopiero po jakimś czasie bohaterkę ogarnia niepokój - zanim jednak to następuje, w okolicy dochodzi do niezwykle brutalnych zbrodni, a dodatkowo niemal pod nosem Nastii kwitnie pewien okrutny biznes... Biznes wyjątkowo krwawy i obrzydliwy. Biznes, którego nie jest świadom nawet trzymający w garści całe Miasto miejscowy mafioso, z którym to Nastia zdecyduje się współpracować...

Akcja w Grze na cudzym boisku rozkwita niespiesznie - życie Nastii płynie powoli, Marinina stopniowo wprowadza kolejnych bohaterów, raz na jakiś czas tę łagodną historię przeplatając mocnymi akcentami z miejsc zbrodni. Usypiający klimat sanatorium osłabia czujność nie tylko głównej bohaterki, ale i samego czytelnika. Chłonąc tak (pozornie) spokojną historię, zaczyna się on prześlizgiwać po kolejnych stronach, nie zważając na istotne szczegóły i podpowiedzi, jakie serwuje nam narrator... Dlatego też tak łatwo o pomyłkę, o zagubienie i - w efekcie - o zaskoczenie. Ale to chyba dobrze, prawda?

Po lekturze Gry na cudzym boisku zaczynam jeszcze bardziej lubić główną bohaterkę, która powoli otwiera się na innych, a przy tym niemal wcale nie zagłębia się w depresyjne myślenie o niedociągnięciach swego wyglądu. To, co irytowało w tomie pierwszym - Kolacji z zabójcą - prawie całkowicie zanika w części kolejnej. Pozostaje jedynie cieszyć się z tego faktu. Bo ileż można czytać o kobietach pięknych i inteligentnych, sprytnych i oczytanych, które czynią z siebie szare myszy i umniejszają swą wartość na sposoby wszelakie? Przyczynę takiego zachowania Kamieńskiej możemy poznać w tym tomie - bardzo dobrze, że Marinina powoli odkrywa przed czytelnikiem sekrety tej fascynującej osobowości. Znakomicie wykreowała autorka tę bohaterkę. Śmiem nawet twierdzić, że w to jedna z najciekawszych postaci w literaturze. Poznajcie ją koniecznie!

Moja ocena: 8,5/10

PS. A jak mi skali braknie przy następnych tomach? ;)

10 lutego 2011

Opowieści przy kawie, Alexander McCall Smith

Opowieści przy kawie, Alexander McCall Smith
Oryginał: Espresso Tales
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Stron: 336
Gatunek: powieść środowiskowa

Pamiętacie jeszcze Pat, Domenicę, Bruce'a, Matthew i innych, których przedstawiałam Wam przy okazji 44 Scotland Street? Niezwykli mieszkańcy pewnej edynburskiej kamienicy powracają w wielkim stylu! A wszystko to za sprawą rozgrzewających Opowieści przy kawie - drugiej części sześciotomowej serii o Scotland Street.

Tym razem bohaterowie McCall Smitha będą musieli stawić czoła zupełnie nowym wyzwaniom. Narcystyczny Bruce spróbuje ubić interes życia, nieśmiała Pat będzie rozglądać się za miłością (nawet pewien polski cyrkowiec będzie przez ułamek sekundy brany uwagę), uległy Matty podejmie walkę o interesy rodziny, snobistyczna Irene będzie musiała uporać się z buntowniczą postawą swego sześcioletniego geniusza i jego ojca, a pewna starsza pani zaplanuje podróż... z piratami.

A wszystko to (i wiele więcej!) w jednej niepozornej książce...

Mogłoby się wydawać, że takie powieści o ludziach z sąsiedztwa powiewać będą nudą - nie mówią one przecież o superbohaterach, celebrytach i istotach niesamowitych - bo w końcu swych bohaterów autor żywcem wyciąga z naszej codzienności. Ale to właśnie czyni opowieści spod numeru 44 tak naturalnymi i prawdziwymi, a przy tym ujmującymi i pełnymi ciepła. McCall Smith to pisarz niesamowity - snute przez niego opowieści przynoszą radość i ukojenie. Są jak plaster na ranę, jak powiew świeżego powietrza w dusznym pomieszczeniu. Bawią, ale i uczą. Bo bohaterowie Smitha stanowią zwierciadlane odbicie nas samych - po tak pouczającej lekturze niejedna nadambitna mamusia dostrzeże groteskowość własnego postępowania; niejeden zapatrzony w siebie goguś zrozumie, że ponad wygląd przekładać powinien inne sprawy; niejedna panna, tupiąca nóżką zaśmieje się, widząc swe wady u obrażalskiej Pat. O tak, z pewnością lektura Opowieści przy kawie pomoże niejednej osobie z rozterkami, jakie dotykają również grupkę Szkotów, zamieszkujących tę barwną kamienicę...

Językowo powieści nie można nic zarzucić - narracja stoi bowiem na pograniczu mowy potocznej i języka zarezerwowanego dla literatury wysokiej. Całkiem przyjemnie czyta się tekst, brzmiący tak naturalnie i prawdziwie, pomimo iż pozbawiony jest on wulgaryzmów i soczystych kolokwializmów. Ponadto, akcja powieści przebiega wyjątkowo sprawnie, jak na dzieło tworzone fragmentarycznie i zlepione z poszczególnych odcinków, drukowanych niegdyś w brytyjskiej prasie. Tym większy podziw należy się autorowi, który z kupki epizodów potrafił stworzyć tak atrakcyjną całość. Ja z owej całości zadowolona jestem bardzo, mam nadzieję, że i Wy się nie zawiedziecie, kiedy już zapukacie do kamienicy numer 44 przy Scotland Street...

Na zakończenie chciałam jeszcze wspomnieć o hołdzie, jaki Alexander McCall Smith składa swym rodakom - w powieści co rusz pojawiają się nazwiska poetów, artystów i wielkich ludzi, związanych ze Szkocją. Bardzo ten zabieg mnie urzeka - nie dość, że nadaje tekstowi autentyczności, to jeszcze chroni od zapomnienia postaci - w jakiś sposób - istotne dla autora. I istotne dla tych, którym przyszło urodzić się w pięknej Szkocji.

Moja ocena: 7,5/10

PS. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach częściej będzie pojawiał się ojciec Pat - to taki zabawny człowiek! :)

Kolejny raz dziękuję Muzie za udostępnienie tak ciekawej pozycji!



literatura szkocka | recenzja | Alexander McCall Smith | literatura | recenzje książek

Urodzony w Zimbabwe szkocki pisarz i profesor prawa medycznego. Autor ponad 50 książek. Podstawy wykształcenia zdobywał w Bulawayo a następnie przeprowadził się do Szkocji, gdzie studiował prawo. Po powrocie do Afryki podjął pracę na uniwersytecie w Botswanie, gdzie wykładał prawo. Później osiadł na stałe w Szkocji, w Edynburgu z żoną Elizabeth (lekarka), dwoma córkami Lucy i Emily oraz kotem Gordonem. Jego hobby to gra na instrumentach dętych, jest współzałożycielem amatorskiej orkiestry "Naprawdę Straszna Orkiestra", gdzie Smith gra na fagocie a jego żona na flecie. Jest także wiceprzewodniczącym the Human Genetics Commission of the UK, przewodniczącym British Medical Journal Ethics Committee, oraz członkiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej przy UNESCO.
Źródła: foto | opis

9 lutego 2011

Chłopaki w sofixach, Jakub Porada

Chłopaki w sofixach, Jakub Porada
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Dużo do myślenia dała mi ta pozycja. Raz objawiała się jako pozytywne zaskoczenie, raz jako brutalne rozczarowanie. Zachęcała i zniechęcała jednocześnie. Bawiła i irytowała, ale przede wszystkim - odkryła przede mną kawałek świata. Dość osobliwego, zresztą.

Ale po kolei...
Jakub Porada - jak na rasowego dziennikarza przystało - dar opowiadania ma niesamowity. Jest typowym gawędziarzem, z którym można by wybrać się na piwo i zatracić w snutych przez niego opowieściach. Bo Chłopaki w sofixach to właśnie taki zlepek historii, jakie zwykło się przytaczać przy okazji spotkań wspominkowych w gronie przyjaciół i znajomych, a czasem i w towarzystwie przypadkowych barmanów - zależnie od tego, komu chcemy się wygadać. Jak na typową barową (ewentualnie ławkową) gawędę przystało, nosi ona pewne znaki szczególne, zauważalne zwłaszcza w warstwie językowej. Mamy tu więc całą gamę wulgaryzmów, zachwianą składnię (co uważam za zaletę - tekst wypada naturalniej), trafne porównania, szereg cytatów, liczne epitety i brak jakichkolwiek ozdobników, charakterystycznych dla literatury pięknej. Język powieści jest surowy, ale trudno porównać go do surowości charakterystycznej dla prozy Masłowskiej czy Chutnik. Autorki te siliły się na spore przerysowania - Jakub Porada z kolei stawia na naturalność i szczerość. Dlatego jego opowieść jest tak przekonująca, a ja poczułam się jak przyjaciółka autora, wtajemniczana w najmroczniejsze i najbarwniejsze sekrety jego młodości...

Początki z Chłopakami w sofixach nie były łatwe - przez pierwszych kilkadziesiąt stron nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że to opowieść, którą zrozumieją tylko Kielczanie, mieszkańcy KSM-u i starzy znajomi autora. Ewentualnie jeszcze ci, którzy pominąwszy listę przezwisk chłopaków z dzielnicy i fragmenty dotyczące miejscowych zabudowań, powspominają sobie, jak to było, kiedy za telewizorem stało się kilka dni w kolejce, najlepsze ubrania sprowadzało z Warszawy (że nie wspomnieć o Zachodzie), a zwykłym podkoszulkom dodawano charakteru przy farbowaniu.

Z czasem to mylne wrażenie mija i człowiek uświadamia sobie, że taki KSM niczym nie różni się od jego dzielnicy (a już na pewno niczym nie różni się od mojej, która cieszyła się złą sławą jeszcze kilkadziesiąt lat temu), a Marynarze, Andrzejki i Benki to ludzie, jakich nie brak w jego otoczeniu. Okazuje się bowiem, że cała ta otoczka jest tylko tłem - dla przeciętnego czytelnika ("przeciętny" = nie związany w żaden sposób z tą historią) nie liczy się miejsce i nie liczą się bohaterowie - w tej historii znajduje on coś zupełnie innego. Lekcję życia, ot chociażby.

Bo to jest taka opowieść o trudnym dojrzewaniu, naznaczonym hektolitrami taniej wódki; o dokonywaniu trudnych wyborów, nierzadko prowadzących tam, skąd już się nie wraca; o walce w imię samego siebie - swej wolności i powodzenia; o czasach, które choć łatwe nie były, miały swój nieodparty urok; o ludziach, którzy na losy innych mają wpływ największy; o wydarzeniach, które rzutują na całym dalszym życiu...

Czytając takie historie jak ta - o człowieku, który stał w bagnie niemal po kolana i jednym złym ruchem mógł zmienić bieg wydarzeń, by skończyć, jak połowa jego towarzystwa - za kratkami lub w trumnie - przychodzi chwila na refleksję. Zwłaszcza, kiedy brutalna rzeczywistość szarego osiedla dotyka nas każdego dnia. Patrząc na młodych ludzi z mych okolic, wyniszczonych przez własną głupotę - zastanawiam się, czego im zabrakło, że nie mogli wstąpić na inną drogę. Co jest tak pociągającego w żyj szybko, umieraj młodo?* Czy chwilowy odlot, krótkotrwałe szczęście warte są całodobowego kaca, podupadającego zdrowia i braku jakichkolwiek perspektyw? Na usta ciśnie się szereg pytań, na które Jakub Porada może w swym literackim debiucie nie odpowie, ale na pewno sprowokuje do dyskusji i zmusi do chwili zadumy. To już_c o ś.

Coś, co stanowi o wartości tej powieści.

Książka Chłopaki w sofixach wydaje się być lekką opowieścią, jaką snuje się przy piwie i orzeszkach. Istotnie - pełna jest ona anegdot i zabawnych wspomnień, ale tak naprawdę więcej tu gorzkiego, niźli słodkiego. Gdyby zdrapać warstwę wierzchnią - słodycz, podpartą sentymentami, zostaje sporo miejsca na szarość i stan beznadziei. Jednak jak źle by się nie działo - tytułowe chłopaki zawsze znalazły sposób, żeby ubarwić sobie życie. Co prawda jeden dostał cios pod żebra, drugi z bańki w miękkie czoło, a inny prawie sfrunął z ósmego piętra - ale i tak było im wesoło. No i się trzymali razem - a to chyba najważniejsze, prawda?

Fajne były te chłopaki w sofixach. Może niekoniecznie chciałabym się z nimi zadać, ale o ich poczynaniach z przyjemnością poczytałam. Jakub Porada swym debiutem może na kolana nie powalił, ale na pewno zrobił kawał dobrej roboty, co rokuje dobrze na przyszłość. Bo na jednej powieści chyba się nie skończy, hm?

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


PS. W trakcie lektury dowiedziałam się czym były tytułowe sofixy i nawet chciałam recenzję okrasić odpowiednią fotografią, ale wszystko, co znajduję to jakieś nowoczesne wersje, a ja takich nie chce. Miał być oldschool, ale nie ma, to nic :)

* ktoś odpowie?

Widmokrąg, Wojciech Kuczok

Widmokrąg, Wojciech Kuczok
Wyd. W.A.B., Warszawa 2004

Widmokrąg to zbiór niezwykłych historii, autorstwa Wojciecha Kuczoka - niesamowicie zdolnego pisarza, kojarzonego przede wszystkim z filmem Pręgi, nakręconym na podstawie jednego z jego dzieł. Jakiś czas temu miałam okazję poznać autora osobiście, co wspominam bardzo miło - lubię osoby ciepłe i życzliwe, zabawne i inteligentne. Do takich należy z pewnością pan Wojciech Kuczok.

Na Widmokrąg składa się 9 historii. Opowiadanie otwierające zbiór mówi o człowieku zniewolonym. Zniewolonym przez przypadkowego mężczyznę, zniewolonym przez własny umysł, zniewolonym we własnym ciele i we własnym świecie. Tajemniczy głos w głowie bohatera pozwala mu na odkrycie prawdy o sobie, swej duszy i potrzebach. Pozwala czytelnikowi odkryć mechanizmy, jakie rządzą ludzkim umysłem i seksualnym popędem. Pozwala odkryć, co siedzi w głowie człowieka zniewolonego...

Kolejna historia to nic innego, jak urywki wspomnień o wkraczaniu w dorosłość i niezwykłym zjednoczeniu, jakie towarzyszyło młodości bohatera... Z kolei tytułowy Widmokrąg to już zupełnie odrębna - jak to się mówi - para kaloszy. Opowiadanie to jest tak zachwycająco piękne, tak poruszające i tak niezwykłe, że długi czas trwałam w zadumie po jego lekturze. To jedna z najbardziej fascynujących historii, jaką miałam okazję w życiu poznać...

Niemniej wzruszającą opowieść, snuje Kuczok w opowiadaniu Królowa żalu. Historia ta traktuje o kobiecie "za starej", o kobiecie tęskniącej i zagubionej. O kobiecie, która wierzy w sprawczą moc snów, wierzy w moce pozagrobowe. O kobiecie, która boi i nie boi się jednocześnie...

Z kolei w opowiadaniu zamykającym poznajemy wziętego psychoanalityka, który radzi opuszczonym mężczyznom, jak uporać się z tym, co zgotował im los. Sam jednak pozostaje "okaleczony" - jego duszy nikt nie jest w stanie pomóc, ukojenie przychodzi dopiero u kresu...

Dłuższe opowiadania przeplatane są króciutkimi wstawkami, przywodzącymi na myśl urwane sceny z kina niepełnometrażowego. Mamy tu piękną zakonnicę, tęskniącą do bliskości; matkę, wyczekującą na przybycie syna; kobietę, której czyny sprzed kilkudziesięciu lat odbiły się bolesnym piętnem na dalszym jej życiu oraz inną, rozliczającą się ze swym życiem i latami spędzonymi u boku mężczyzny...

Stworzone przez Kuczoka opowieści poruszają i zmuszają do refleksji. Mówią o różnych stadiach i charakterach miłości, o cielesności i bliskości, o macierzyństwie i tęsknocie, o życiu i śmierci. Mówią o tym, co istotne i co codzienne. Mówią o tym, co jest nam bliskie...

Bohaterowie Kuczoka są tacy, jak my. Są tacy, jak nasi sąsiedzi, przyjaciele i obcy, mijani na ulicy. Ich losy mogą spotkać każdego z nas. Ich uczucia, nikomu nie mogą być obce. Ich pragnienia niczym nie różnią się od pragnień, rządzących poczynaniami przeciętnych śmiertelników...

Pomimo tego, bohaterowie Kuczoka nie są tendencyjni i bezbarwni - wręcz przeciwnie - mamy tu całą gamę niezwykłych osobowości. Możemy wniknąć w ich umysły i serca, możemy poznać ich wspomnienia i marzenia. Możemy wczuć się w ich sytuacje. Możemy zamienić się z nimi na dusze. Ale czy wyjdziemy z tego cało?

Nie sądzę.

Bo po lekturze historii tak niezwykłych i tak znakomicie przedstawionych już nic nie jest takie samo.

Cenię Kuczoka za sprawność, z jaką operuje rodzimym językiem. Za zdolność do tworzenia neologizmów i budowania historii na pozór zwyczajnych, a w rzeczywistości niesamowitych i poruszających. Cenię Kuczoka za prawdziwość i umiejętność przedstawienia świata tak, bym mu uwierzyła.

Wojciech Kuczok jest twórcą znakomitym. Zachęcam do sięgania po jego teksty...

Moja ocena: 9/10

8 lutego 2011

1Q84 (tom 2), Haruki Murakami

1Q84 (tom 2), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2011

Nie wiem, co powiedzieć. To moje ósme zetknięcie z Murakamim i jest to zetknięcie równie udane, co siedem poprzednich. Pojawia się tu jednak pewien problem, bo jeśli bym chciała wymienić niewątpliwe zalety tej powieści, w jednym rzędzie stanęłyby: narracja, która biegnie niespiesznie; plastyczne opisy, silnie oddziałujące na wyobraźnię; mistrzowskie kreacje bohaterów i niezwykłych światów, w których przyszło im żyć. I wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby nie to, że bliźniacze cechy, wymieniałam już, przy okazji opisywania poprzednich książek Japończyka. A to oznacza, że mimowolnie podkreślam jeden z głównych zarzutów, jakie padają ze strony przeciwników Murakamiego. Mianowicie ten, głoszący, iż wszystkie jego dzieła są jednostajne, podobne i tak naprawdę mało zaskakujące. Ale, ale! To tylko pozory...

Nie ma dwóch identycznych bohaterów u Murakamiego. Nie ma również dwu identycznych światów w jego twórczości. Za każdym razem autor przenosi nas do zupełnie innej rzeczywistości - raz brutalnej, innym razem pełnej erotyzmu i przypadkowej miłości. Schemat budowy tychże światów nigdy nie jest taki sam (co oznacza, że nie powinnam go w ogóle określać schematem, czyż nie?), a więc - gdyby zacząć od analizy najmniejszych elementów poszczególnych wyrazów, potem zdań, a następnie uświadamiając sobie relacje pomiędzy poszczególnymi zdaniami i odnajdując odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej, nigdy nie można popełnić grzechu, jakim jest popieranie zarzutów, wysnutych przez przeciwników Murakamiego. Oni grzeszą, to ich sprawa - nie wstępujmy na tę samą drogę.

Tom drugi 1Q84 jest zgrabną kontynuacją tomu pierwszego. Używam określenia "zgrabną" wyłącznie dla podkreślenia tego, iż wszelkie wątki, rozpoczęte wcześniej, znajdują teraz swoją kontynuację. Nie ma się wrażenia, że jakaś nić została przerwana - gdyby ten tom dokleić do poprzedniego, nie dałoby się zauważyć gdzie zakończył się pierwszy, a rozpoczął drugi. Tom poprzedni zawierał wiadomości wstępne na temat bohaterów i rzeczywistości, w jakiej egzystują. Tom drugi, natomiast, wszystkie te informacje rozwija, uwydatnia i przedstawia w sposób zaskakujący i niezwykły. Trzeba przyznać, że umysł Murakamiego jest piękną i fascynującą studnią bez dna. Pisarz ma tak niesamowitą wyobraźnię, a przy tym tak ogromną umiejętność przedstawiania swych wyobrażeń na papierze, że niemal wszystkie jego powieści okazują się najlepszymi i najbardziej znaczącymi w moim życiu. Nie ma dla mnie ważniejszego twórcy. Murakami jest czarodziejem, który za pomocą słów potrafi pociągnąć za sobą miliony. Jest prawdziwym Liderem. Jest geniuszem w swoim fachu...

Ale, ale! Jego geniusz uświadomiłam sobie zwłaszcza dzięki jednemu faktowi, który nie każdemu się spodoba - Murakami to cholerny gracz! Wiecie jak to jest być pionkiem w czyjejś partyjce? Nie? Proszę bardzo - czytajcie 1Q84, a przekonacie się sami. To, co autor robi z czytelnikiem - jak sobie z nim pogrywa, jak mocno sobie kpi jest wręcz porażające. Już przy stronie 27 zaczniecie sobie to uświadamiać, a po dwustu dwudziestu paru będziecie już pewni. Powiecie "wiem, że nic nie wiem", albo "tonę w basenie pełnym tajemniczych znaków zapytania" (str. 104), a potem ukłonicie się mistrzowi sztuki pisarskiej. Bo wszystkie jego chwyty, wszystkie jego zabiegi i kreacje podsumuje tylko jedno słowo - majstersztyk.

Kocham Pana, Panie Murakami.

Moja ocena: 9,5/10

PS. Znalazłam w tej książce niezwykły fragment, który rozczula mnie od wczoraj - "(...) szczupła, kształtna szyja lśniła czarująco jak jakieś warzywo wyhodowane w pełnym słońcu. Była to nieskalana szyja, do której pasowały poranna rosa i biedronki."
PS2. Celowo nie zdradzam żadnych szczegółów fabuły - zarys historii poznać można przy okazji tomu pierwszego (zapraszam tutaj) i nie ma sensu odbierać komukolwiek przyjemności z odkrywania tajemnic części drugiej.
PS3. Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza, któremu należą się wielkie brawa. Po pierwsze - za kolejną genialną okładkę. Po drugie - za znaczną poprawę pracy korektorów i redaktorów - o ile w pierwszym tomie mnożyły się drobne błędy i literówki, o tyle w tym problem ten znika. Po trzecie - za Murakamiego ot tak, po prostu.

6 lutego 2011

Ja cię kocham, a ty z nim

Ja cię kocham, a ty z nim (Dan in Real Life) (2007)
reż. P. Hedges

Wiele faktów przemawiało za tym, iż powinnam omijać tę produkcję szerokim łukiem:
- beznadziejny polski tytuł (tani chwyt, nic więcej);
- smętna Binoche w jednej z głównych ról (i nic mnie nie obchodzi, że to aktorka związana z moim miastem - nie lubię jej na ekranie i już);
- Steve Carell, który nigdy specjalnie mnie nie bawił;
- kilka fragmentów, jakie widziałam podczas pracy w kinie, świadczących o tym, że to raczej flaki z olejem.

Mimo tego, postanowiłam dać tej produkcji szansę i zapoznać się z nią po naprawdę ciężkim dniu. Odprężyłam się i ubawiłam, a to najwyraźniej świadczy o tym, że Ja cię kocham, a ty z nim warto było obejrzeć.

Film opowiada o życiu Dana (w tej roli Steve Carell), który po stracie żony samotnie wychowuje trzy córki - buntowniczą Carę, ambitną Jane i uroczą Lilly. Mężczyzna wyraźnie nie przyjmuje do wiadomości, że jego małe córeczki powoli wkraczają w dorosłość i na każdym kroku prezentuje postawę niby-surowego ojca, który piętrzy zakazy i szlabany. Czyni to jednak w tak uroczy i zabawny sposób, że nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy obserwuje się jego poczynania. Wątek wychowania córek schodzi jednak na dalszy plan (a szkoda!), kiedy cała czwórka wybiera się w podróż do rodziny. Tam bowiem w życiu Dana pojawia się ujmująca Marie i cały jego świat wywraca się do góry nogami. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że wybranka jego serca ma partnera. I to jakiego! Wszystko wskazuje na to, że Dan będzie musiał zapomnieć o kobiecie... Ale czy tak łatwo uda mu się z tym pogodzić? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi...
Tym, co urzeka w Ja cię kocham, a ty z nim jest przede wszystkim niezwykłe ciepło, które zalewa widza podczas seansu. Trzeba by mieć serce z kamienia, żeby nie wzruszyć się widokiem tego pociesznego Dana, który udziela porad w gazecie, segreguje pranie i smaży pankejki dla swych córek. A do tego ta jego wielka, urocza rodzina! Bajkowe towarzystwo - gromadka dzieci, kochające się małżeństwa, wspólne posiłki, wspólne zabawy, konkursy i poranna gimnastyka. Choć jeden dzień chciałoby się spędzić wśród tak kochających się ludzi. Choć jeden raz chciałoby się poczuć takie ciepło... :-)

Ja cię kocham, a ty z nim nie jest filmem odkrywczym czy zaskakującym. Nie jest to też obraz porywający, ani specjalnie inteligentny. Ale urokiem, humorem i ciepłem film ten po prostu przytłacza. I choć dla jednych będzie nudny, smętny i nie wnoszący nic nowego, ja czuję się ukontentowana po jego obejrzeniu. Czasem człowiekowi potrzeba czegoś zwyczajnego i miłego, czegoś co wywołuje mimowolny uśmiech i łezkę wzruszenia. Takim filmem jest właśnie Ja cię kocham, a ty z nim. Warto dać mu szansę.

Moja ocena: 7,5/10

Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl.

Gol!, Robert Rigby | Tle Flowers of Manchester...

Gol!, Robert Rigby
Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2006

Dobrze, że funkcjonuje na naszym rynku takie wydawnictwo jak Zysk i S-ka. Spytacie: dlaczego? Ano dlatego, że przeglądając moją półkę z pozycjami sportowymi, jasno rzuca się w oczy, iż przeważa tam logo właśnie Zysk i S-ka. Bardzo cieszy mnie fakt, iż wydawnictwo to stawia na książki, związane z moją ulubioną - obok żużla - dyscypliną sportową, jaką jest piłka nożna.

Gol! Roberta Rigby'ego jest książką, na podstawie której został przed paroma laty nakręcony film o tym samym tytule (choć tego faktu pewna nie jestem - bo wiele wskazuje na to, iż to film powstał wcześniej). Miałam przyjemność widzieć wszystkie jego części jakiś czas temu, ale na szczęście większość faktów uleciała mi z pamięci i mogłam bez przeszkód oddać się lekturze. To bardzo ważne, gdyż nie lubię utrwalać sobie w głowie obrazów z filmu, kiedy nie przeczytałam jeszcze książki - odbiera to połowę przyjemności podczas lektury.

Gol! opowiada historię młodego Meksykanina - Santiago, który zostaje wyrwany z biedy, by trafić prosto na boiska najlepszej ligi świata - Premiership. Zanim jednak młodzian zostanie gwiazdą futbolu, przyjdzie mu zmierzyć się z nietolerancją innych i własnymi słabościami. Los niejednokrotnie będzie wystawiał go na coraz to trudniejsze próby, z których nasz bohater nie zawsze wyjdzie zwycięsko... Czy Santiago uda się zawalczyć o najwyższe trofea i podnieść się po kolejnych upadkach? Przeczytacie - zobaczycie :)

Na samym początku warto przymknąć oko na sporo niedociągnięć, jakie czekają nas w tej opowieści - kwestia pozwolenia na pracę w Anglii dla młodzieńca z Meksyku, niemal natychmiastowe trafienie amatora na boiska najwyższej klasy rozgrywkowej i spektakularne zmiany zachowania u największych nawet gagatków. Trąci tu nie tylko naiwniactwem, ale i brakiem profesjonalizmu. Namawiam jednak do przymknięcia oka na tego typu sprawy i skupienie się na samej tylko opowieści o bajkowych losach Santiago Muneza.

Główny bohater marzy tylko o tym, aby profesjonalnie kopać piłkę. Szczęśliwym zrządzeniem losu zostaje zauważony przez byłego piłkarza Newcastle United, który tak bardzo przejmuje się losem chłopaka, że wymusza na managerze Srok aby przyjął go na okres obserwacyjny. Santiago, przy wsparciu babci, a przy tym - wbrew woli ojca - wyjeżdża na drugi kraniec świata, by udowodnić sobie i innym, że potrafi osiągnąć wszystko, czego tylko zapragnie. Tak się w istocie dzieje, choć droga do sukcesu nie jest usłana różami, a raczej pełna kałuż łez, w których przyjdzie chłopakowi brodzić nie raz i nie dwa. Jak nietrudno się domyślić - Gol! jest typową bajką, choć nie brak w niej elementów jak najbardziej prawdziwych, znanych powszechnie z piłkarskiego świata. Świata, który przepełniony pieniędzmi i sławą, potrafi zaprowadzić na dno niejednego - wydawać by się mogło - porządnego chłopca. Nietrudno bowiem przy gwiazdorskim stylu życia o uderzenie słynnej wody sodowej i spektakularny upadek na samo dno...

Coś jednak do tej książki przyciąga, pomimo tego, iż jest ona pełna prostej naiwności. Niewątpliwie jest to magia futbolu, który przyciąga miliony. Sir Matt Busby - legendarny trener mojego ukochanego Manchesteru United - powiedział kiedyś: "Futbol jest nieoceniony w historii światowego sportu. Piłka nożna urzekła mnie, czuję, że jej urok jest dla mnie niczym natchnienie dla poety. Futbol jest ponadczasowy, posiada w sobie magiczną moc...". To właśnie jest to, co urzeka w tej historii najbardziej - osiągnięcie pełni szczęścia tylko dzięki piłce nożnej...

Moja ocena: 6,5/10

Książkę Gol! czytałam akurat w tym czasie nieprzypadkowo. Chciałam w dniu dzisiejszym nawiązać do pewnego futbolowego wydarzenia, o którym zawsze będę pamiętać... To właśnie szóstego lutego, przed 53-ma laty doszło tragedii na lotnisku w Monachium. Tragedii, w której śmierć poniosło wielu wspaniałych piłkarzy, wielu wspaniałych ludzi. Tragedii, która odbiła się piętnem na historii futbolu...


Nie będę opowiadać o tamtych wydarzeniach, bo nie czuję się w tej kwestii ani kompetentna, ani gotowa. Jeżeli ktoś chciałby poznać tę historię głębiej, odsyłam do arcygenialnego artykułu byłego redakcyjnego kolegi - Wiktora Marczyka - Monachium 1958 - historia kompletna. Myślę, że nie trzeba być kibicem/zwolennikiem/fanem Manchesteru United, aby zrozumieć wagę tego tekstu. Dla każdego będzie to poważna lekcja historii...

Wiele słów mogłabym tu dodać, ale nie potrafię. Nie każdy zdaje sobie sprawę, jak mocno przeżywam ten dzień, pomimo że wszystko miało miejsce na tyle dawno, że nawet moich rodziców jeszcze na świecie nie było... Po prostu przeżywam to w sobie i tak zapewne będzie już zawsze.

Kolejny raz zapuszczę w głośnikach The Flowers of Manchester, uronię łzę i oddam się rozmyślaniom...

5 lutego 2011

W cieniu klątwy, Alyson Noël

W cieniu klątwy; ShadowlandW cieniu klątwy (Shadowland), Alyson Noël
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2011

W cieniu klątwy jest trzecim tomem cyklu Nieśmiertelni, o którym wspominałam już tutaj i tutaj. Tym razem autorka stawia przed parą głównych bohaterów bardzo trudne zadanie - klątwa, rzucona na ich związek powoduje, iż za wszelką cenę muszą oni unikać bliskości fizycznej. W przeciwnym wypadku Damena czeka kres życia i zesłanie do najokrutniejszego miejsca, w którym ludzkie dusze zostają przeklęte - do Shadowlandu. Jakby tego było mało, okazuje się, że w życiu Ever pojawia się tajemniczy blondyn, z którym łączy ją więcej, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. Związek dwojga Nieśmiertelnych zostaje wystawiony na niewyobrażalnie ciężką próbę, a kolejne impulsywne działania Ever znów ściągną problemy na jej najbliższych...


Z dużą przyjemnością czytam książki Alyson Noël. Nie jest to proza wymagająca, ani specjalnie wartościowa, ale gwarantuje odpowiednią dawkę relaksu i rozrywki, której tak uparcie ostatnio poszukiwałam. Jak przystało na literaturę nie najwyższych lotów, czyta się ją lekko i szybko. Akcja biegnie dynamicznie - autorka stawia bowiem na krótkie opisy i konkretne dialogi. Dlatego powieść tę z powodzeniem można pochłonąć w kilka godzin.

ShadowlandTym, co bardzo przeszkadza w odbiorze W cieniu klątwy jest kreacja głównej bohaterki, o której wspominałam już przy okazji Błękitnej godziny - co prawda peany zachwytu nad ultraprzystojnym Damenem pojawiają się znacznie rzadziej, ale i tak irytują niezwykle mocno. Poza tym, Ever to postać naprawdę trudna do polubienia - nieraz zachowuje się jak ten pies ogrodnika, wręcz ocieka zazdrością, a do tego jest tak cholernie nieodpowiedzialna i egoistyczna, że aż złość bierze, kiedy czyta się o kolejnych jej - godnych pożałowania - wyczynach... Ale nie ona jedyna stanowi problem w prozie Noël. Większość bohaterów nakreślona jest raczej miernie - ot, co. Brak im wyrazistości, charakteru - autorka skonstruowała ich najbardziej prosto, jak tylko się dało. Stworzenie tak szablonowych i trywialnych postaci, jak zapatrzony w siebie gej, superpodły przystojniaczek czy pusta blondynka nie jest naprawdę żadną sztuką. Z każdego bohatera u Noël można by wycisnąć dużo więcej... Jestem pewna, że wtedy powieść zyskałaby wiele na wartości.

A tak... To tylko dobre czytadło o nijakich bohaterach, uwikłanych w ciekawe zdarzenia. Bo fabularnie książka rozwija się całkiem nieźle - zdarzenia są spójne, a miejscami nawet i fascynujące. Zwłaszcza, gdy odrywamy poprzednie wcielenia bohaterów. Nie wiem, czy wynika to z mej fascynacji reinkarnacją, czy w takie są fakty, ale to właśnie te fragmenty u Noël urzekają mnie najbardziej. Ale ich jest niestety niewiele, nad czym niezwykle ubolewam.

Błękitna godzina - poprzednia część cyklu zakończona została w taki sposób, że aż natychmiast chciało się sięgnąć po tom kolejny. Tym razem zakończenie jest co prawda zaskakujące i pozostawia furtkę do przemyśleń nad tym, co wydarzy się dalej, ale są to tylko zwykłe przemyślenia, nie powodujące przyspieszonego bicia serca i żadnych wielkich emocji. Cierpliwie zaczekam więc na tłumaczenia części kolejnych i wyrażę na koniec malutkie uczucie rozczarowania - po obiecującym zakończeniu Błękitnej godziny liczyłam na dużo więcej. Ale wciąż warto po cykl Nieśmiertelni sięgnąć - przynajmniej nie ma tu żadnych wampirów i wilkołaków, od których tak wielu z nas chce uciec :)

Moja ocena: 6,5/10

3 lutego 2011

Plan Sary, Paweł Jaszczuk

Plan Sary, Paweł Jaszczuk
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Paweł Jaszczuk był dotąd autorem mi nieznanym - jego nazwisko przykuło mą uwagę dopiero dzięki przepięknemu wydaniu - najnowszej jego powieści - Planu Sary. Okładka i zapowiedź, umieszczona na odwrocie zachęciły mnie na tyle, że niemal "w ciemno" postanowiłam zapoznać się z nowym (nowym dla mnie, oczywiście) nazwiskiem wśród rodzimych mistrzów pióra. I decyzja ta była naprawdę trafna!

Powieść osadzona została we Lwowie lat trzydziestych minionego wieku. Nad miastem unosi się złowieszcza chmura, zwiastująca niebezpieczeństwo - dziennikarz Jakub Stern przygląda się jej badawczo, będąc jednocześnie świadkiem krwawych zbrodni, rozgrywających się pod jego nosem. Jakby tego było mało - działania tajemniczego mordercy przebiegają zgodnie ze scenariuszem, który pod czujnym okiem Sterna rodził się w głowach jego studentów... Kto wykorzystał plany, które nigdy miały się nie ziścić? Któryś z uczniów? Ktoś z bliskiego otoczenia dziennikarza? A może on sam? Kim jest tajemniczy człowiek, lubujący się w krwawych, ulicznych spektaklach? Czy uda się unicestwić jego chore zamiary, zanim miasto będzie świadkiem kolejnej brutalnej zbrodni?

Zachęcam do lektury, a być może sami znajdziecie odpowiedzi...


Przez długi czas wzbraniałam się przed czytaniem kryminałów, lecz teraz gatunek ten wyrasta na jeden z moich ulubionych - z lubością sięgam po historie pełne sekretów i niepokojących zwrotów akcji. Pełne szaleńców, wywrotowców i psychopatów. Pełne zagadek, stopniowo odkrywanych przez autora i czytelnika... Plan Sary nie jest może najlepszym reprezentantem tego gatunku, ale jest to powieść naprawdę bardzo dobra - czyta się ją świetnie, z zapartym tchem i przyspieszonym biciem serca. Akcja rozwija się stopniowo - a wszystkie jej zawiłości układają się w spójną całość. Niektóre detale, obok których przechodzi się obojętnie w trakcie lektury, dopiero na samym końcu okazują się niezwykle znaczącymi. Aż zadrżałam, kiedy uświadomiłam sobie, że ostatnia ofiara już wcześniej miała kontakt z tym, z czym ją znaleziono. I jak tu nie być przesądnym...?

Narracja w Planie Sary poprowadzona została nader sprawnie - autor nie zapomniał o specyficznym słownictwie tamtych lat i tamtych stron, skonstruował interesujące, złożone postaci i niezwykle plastyczne i sugestywne opisy. Opisy zarówno wyglądu zewnętrznego i psychiki bohaterów, jak i samego miasta, które jest nie tylko tłem całej historii. Lwów okazuje się jednym z bohaterów - naocznym świadkiem tragedii, uczestnikiem zbiorowej histerii. To w mury miasta wsiąka krew ofiar, krzyk przechodniów i strach nie tylko przed bezwzględnym psychopatą, ale i wojną, której widmo wisi nad Lwowem, jak ta ciężka chmura, która uparcie nie chce zniknąć. Która uparcie spowija miasto cieniem...

Jeden tylko mankament psuje mi obraz tej powieści - mianowicie samo rozwiązanie akcji. Nie dość, że w odkryciu tożsamości zbrodniarza wyprzedziłam Sterna o kilkadziesiąt stron, to jeszcze moment pojmania go wydał mi się spłycony, przedstawiony zbyt ogólnikowo. Cała akcja przeprowadzona została sprawnie i bez zarzutu. Ba! Okazało się, że policja wiedziała już wcześniej, co, kto i dlaczego, ale "jakoś nie było dogodnego momentu", aby powiedzieć o tym głośno. W związku z tym Stern wpada w pułapkę, a za sekundę już zostaje z niej uwolniony. Mówiąc krótko: emocje nagle sięgają zenitu, ale górują tylko przez króciutką chwilę, by za chwilę rozprysnąć się, jak bańka mydlana i pozostawić czytelnika z jednym tylko pytaniem "ale to już?!"... Wielka szkoda, że stopniowo budowane napięcie i naprawdę dobrze poprowadzona akcja zostają zwieńczone w tak banalny sposób...

Przez ten jeden mankament nie można jednak skreślać tej naprawdę znakomitej książki - czuć w niej niepowtarzalny klimat Lwowa, czuć strach, jaki paraliżuje jego mieszkańców, czuć zawziętość, z jaką dziennikarz pragnie dociec prawdy. W czasie lektury nie można znaleźć chwili na oddech - akcja wciąga i trzyma w napięciu, nieustająco zachęcając czytelnika do poznawania tej historii... Plan Sary to naprawdę godna polecenia pozycja - zachęcam. Pozwólcie, aby Paweł Jaszczuk oprowadził Was po tym niesamowitym mieście.
Bo szkoda gadania.
Bo co chcesz to mów.
Nie ma jak Lwów!

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

2 lutego 2011

Czarny łabędź

Czarny łabędź (Black Swan) (2010)
reż. D. Aronofsky

Darren Aronofsky ma w swoim dorobku kilka naprawdę dobrych i wartych uwagi produkcji, ale Czarnym łabędziem - w mojej opinii - wzniósł się na wyżyny i przeszedł samego siebie. Stworzył dzieło niemalże perfekcyjne pod każdym względem - idealnie dobranej obsady, genialnej oprawy muzycznej i rewelacyjnej scenografii. Już dawno żaden film nie wywołał w mej głowie takiej gonitwy myśli i takiej dozy refleksji...

Ale od początku:
Czarny łabędź opowiada historię Niny (w tej roli fenomenalna Natalie Portman) - pięknej baleriny, tańczącej w jednym z najlepszych zespołów baletowych w Nowym Jorku. Rywalizacja między tancerkami jest w nim tak silna, że brak jest tu miejsca na sentymenty i sympatie - baletnice są gotowe zrobić naprawdę wszystko, byle tylko zdobyć upragnioną sławę. Byle tylko być wyżej, niż pozostałe... Nie inaczej jest z Niną - kiedy udaje jej się zdobyć główną rolę w Jeziorze łabędzim jej życie ulega gwałtownej zmianie. Na gorsze. Wokół pojawiają się "życzliwe" koleżanki i wymagający trener, a presja idealnego wyglądu i perfekcyjnego tańca zaczyna dziewczynę przytłaczać. Do tego staje ona przed zadaniem niemal niewykonalnym - musi odnaleźć i ujawnić mroczną stronę swego charakteru. Musi wyzbyć się swej niewinności i całkowicie oddać pasji i namiętności. Droga do zrzucenia maski oziębłej perfekcjonistki może okazać się jednak zbyt trudna i zbyt bolesna.
A czas ucieka...
A konkurentki tylko zacierają ręce...

Natalie Portman należy do grona moich ulubionych aktorek. Od wielu lat zdobywa mój podziw i uznanie - nie tylko ze względu na znakomitą grę i nadzwyczajną zdolność przekazywania emocji - również za rozsądny wybór ról i to, jaką osobą jest poza ekranem - unika skandali, udziela się charytatywnie i całkowicie oddała się studiom na Harvardzie. Dobrze jest wiedzieć, iż są jeszcze wśród sławnych i bogatych tacy, którzy inwestują w siebie i swój intelekt...

Rola w Czarnym łabędziu całkowicie odbiega od tych, w jakich dotąd mogliśmy widzieć utalentowaną Natalie. Jest to jej najbardziej mroczny i najbardziej odważny film - nie brak tu scen bolesnych, przesyconych erotyzmem i przytłaczająco smutnych. Postać Niny zrobiła na mnie ogromne wrażenie i z wielkim entuzjazmem podchodzę do zbliżającego się rozdania Oscarów - Akademia popełniłaby wielki błąd, nie doceniając talentu Portman, który wręcz eksplodował w tym filmie. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, iż jej kreacja jest doskonała.
D o s k o n a ł a.

W zachwytach nie można jednak pominąć mrocznego alter-ego Niny - Lily. W tej roli możemy zobaczyć urzekająco piękną Milę Kunis, którą kojarzyłam dotąd z raczej mało poważnymi produkcjami - Różowymi latami 70-tymi i Sztuką rozstania. Rola intrygującej i niebezpiecznie niepokojącej Lily okazała się dla młodej aktorki strzałem w dziesiątkę - w pełni mogła ona zaprezentować swe umiejętności, czym wzbudziła mój naprawdę ogromny zachwyt. Ma ona w sobie coś magnetycznego, coś fascynującego - coś, co sprawia, że z wielką przyjemnością ogląda się ją na ekranie. Do tego wypada naprawdę przekonująco i ręce same składają się do oklasków. Mam wielką nadzieję, że dzięki roli w Black Swan Mila zaskarbi sobie przychylność krytyków i reżyserów, co zagwarantuje jej kolejne interesujące propozycje filmowe. Będę czekać na to z niecierpliwością...

Czarny łabędź jest filmem mrocznym i przytłaczającym - wzbudza niepokój i wywołuje ogromne emocje. Wielka w tym zasługa perfekcyjnej ścieżki dźwiękowej, za którą mogę tylko uchylić czoła przed twórcami. Odpowiednio dobrane nuty idealnie wpasowują się w poszczególne sceny i tworzą niepowtarzalny i niesamowity klimat. Miejscami pozostawało tylko zamknąć oczy i dać porwać się dźwiękom, roztaczającym się wokół. Z tego też powodu zachęcam do obejrzenia Black Swan w kinie - bowiem nawet najlepszy sprzęt domowy nie zastąpi akustyki sali kinowej...

Czarny łabędź to opowieść penetrująca najgłębsze zakamarki ludzkiej psychiki i wiernie odzwierciedlająca mechanizmy, jakie kierują człowiekiem chorym, zniewolonym psychicznie, całkowicie zagubionym we własnym świecie... Zajrzenie wgłąb czyjejś duszy wywołuje natłok myśli i refleksji, a po seansie w głowie rodzą się setki niewypowiedzianych pytań, setki niepokojących myśli... I można by nazwać ten film idealnym, perfekcyjnym, doskonałym - gdyby nie fakt, iż miejscami reżyser - najzwyczajniej w świecie - przesadził. Zaserwował widzowi taką dawkę patosu, smutku i negatywnych emocji, że aż miał on prawo poczuć się przytłoczony. Co innego zostać wgniecionym w fotel z zachwycającego szoku, a co innego bić się z uporczywymi myślami "kiedy ten ból wreszcie zniknie?", "ileż można?", "znowu to samo". W pewnym momencie zlękłam się, że bohaterka już nigdy nie zrzuci sztywnej maski, wgniatającej się w jej twarz. Ale zrzuciła... I film - koniec końców - okazał się naprawdę fenomenalny.

Moja ocena: 9/10

Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl.

PS. Bardzo dziękuję za życzenia urodzinowe - oby się spełniły :)