31 stycznia 2011

Witam się urodzinowo!

Kiedy byłam dzieckiem (patrz: powyższe zdjęcia), sądziłam, że życie kobiety podlega pewnemu schematowi:

- kiedy kończy 18 lat - rodzi pierwsze dziecko,
- kiedy kończy 20 lat - rodzi drugie dziecko,
- kiedy kończy 22 lata - rodzi trzecie dziecko.

W dniu dzisiejszym wypadają moje 23. urodziny i - niestety - nie wypełniłam "programu obowiązkowego" nawet w 1/3. Co więcej - już mi bliżej niż dalej do czterdziestki - wieku, który według mego dziecięcego mniemania powinien być kresem wszystkiego. Tak, tak moi drodzy - będąc dzieckiem uważałam, że w dniu 40. urodzin "stary człowiek" powinien mieć na tyle godności, żeby ze sobą skończyć. Nie chcę się nawet zastanawiać skąd w mej głowie rodziły się takie mądrości - brat zawsze sugerował, że pewnej nocy uprowadzili mnie kosmici i wszczepili do głowy metalową płytkę. Być może to jest przyczyna, hm?

Coby to nie było, myślę jednak, że bezpieczniej będzie odejść od luźnych refleksji, związanych z dojrzewaniem, dorastaniem i starzeniem i gładko przejść do meritum. Oto stos, nazwany urodzinowym:
Na jego szczycie znajdują się dwie pozycje sprezentowane przez Narzeczonego - 500 000 opowieści o miłości, którą przedstawiałam przed paroma dniami oraz W cieniu klątwy - trzecia część cyklu Nieśmiertelni, o którym przeczytacie tutaj i tutaj. Na samym dole znajduje się dziesiąty już tom serii rosyjskiej - Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca, autorstwa I. Erenburga, a dalej: Plan Sary - nowa powieść Pawła Jaszczuka - egzemplarz recenzencki od Prószyńskiego. Dwie następne pozycje to anglojęzyczne prezenty urodzinowe ode mnie dla mnie - Breaking Dawn pani Meyer i Birthday Stories, Murakamiego. Sagę Zmierzch mam w komplecie w języku polskim, ale wersja ta nie umywa się do oryginału, więc i tę angielską kompletuję. Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć wszystkie tomy pięknej, limitowanej serii, która w całości prezentuje się tak smakowicie:
Na stosikowej fotografii uwieczniona została również... laleczka voodoo, którą sprezentowały mi moje drogie dziewczęta - Sylwina i Bella. Bardzo im dziękuję za ubarwianie mego świata!

Na zakończenie zdjęcie urodzinowego tortu, z - akurat - dwudziestoma trzema świeczkami. Pochodzi ono z urodzin Narzeczonego, ale na własny torcik nie mam co liczyć, więc chociaż tamten podkradnę, a co! :)
Życzcie mi zdrowia i nieustającej pogody ducha.
Chyba niczego więcej teraz nie potrzebuję :)

Zdjęcie sagi pochodzi ze strony twilightersanonymous.com.

30 stycznia 2011

Enen

Enen (2009)
reż. F. Falk

Lubię polskie kino. Co prawda znaczną część najnowszych produkcji uważam za jałową i mierną, ale i perełki można tu znaleźć, co niezwykle mnie cieszy. Do jednej z lepszych produkcji zaliczam film Enen, który znany był mi dotąd wyłącznie fragmentarycznie, a który dane było mi obejrzeć dzisiejszego wieczora.

Enen to historia młodego psychiatry i jego podopiecznego - człowieka o nieznanej tożsamości i przeszłości. Człowieka, o którym można powiedzieć tylko tyle, że "od jakiegoś czasu" przebywa na oddziale psychiatrycznym. Skąd się wziął? Kim jest? Jak mu pomóc? Tego próbuje dowiedzieć się jeden z lekarzy - Konstanty. Zanim jednak odkryje bolesną prawdę o swym nowym przyjacielu, będzie musiał zmierzyć się z niechęcią sąsiadów, obawami rodziny i grupą ludzi, która mogłaby pomóc, ale ewidentnie nie kwapi się do współpracy. Co takiego kryje biografia tajemniczego mężczyzny, że cały świat zdaje się ukrywać prawdę? Czy odkrycie to nie okaże się dla niego przekleństwem...?

Enen to film naprawdę wart uwagi - przemawia za nim przede wszystkim interesująca sceneria i niebanalna fabuła. Montaż, zdjęcia, scenariusz, muzyka - za to produkcji należą się ogromne wyróżnienia. Nieco mniej dobrego można powiedzieć o grze aktorskiej. Bo o ile Grzegorz Wolf w roli aspołecznego pacjenta szpitala psychiatrycznego spisał się znakomicie, o tyle Borys Szyc rolą doktora Konstantego zupełnie do siebie nie przekonuje. Lubię i cenię tego aktora, ale kilkakrotnie widziałam go już w lepszym wydaniu - tu na jego miejsce znalazłoby się paru bardziej odpowiednich kandydatów. Podobnie ma się rzecz z Magdaleną Walach - jej kreację żony doktora Konstantego podsumuję krótko - bezbarwna, mało wyrazista i kompletnie pozbawiona charakteru. Postać ta - choć epizodyczna - odgrywa w filmie istotną rolę i można ją było wykreować - zwyczajnie - dużo, dużo lepiej. Dla równowagi warto jednak wyróżnić znakomitą grę Krzysztofa Stroińskiego - to jeden z największych pozytywów w Enen...
Wielokrotnie spotkałam się z negatywną oceną zakończenia filmu. Scenariusz pozostawia bowiem otwartą furtkę i pole do interpretacji oddaje widzowi. Ja rozwiązanie to uznaję za znakomite - tym bardziej podkreśla ono tragizm postaci, która jeden błąd z przeszłości odpokutowywać ma całe życie... Z drugiej strony - pojawiła się dla niego nadzieja, a czy miałby ją, gdyby kilkanaście lat wcześniej ktoś nie zadecydował o jego losie? Czy życie na marginesie społeczeństwa okazało się dla bohatera karą, czy nagrodą? Obejrzyjcie i zastanówcie się sami... Zachęcam!

Moja ocena: 8/10

Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl.

29 stycznia 2011

500 000 opowieści o miłości, Cuca Canals

500 000 opowieści o miłości (500 000 historias de amor), Cuca Canals
Wyd. Muza, Warszawa 2007

Historia miłości Andrei i Maurycego zaczyna się dość - wybaczcie określenie - głupawo. Siedemnastoletnia biedaczka wiesza pranie przy swoim zrujnowanym domu, gdy nagle jeden z jej biustonoszy wzbija się w powietrze i leci - hen - na łąki u stóp okolicznego wulkanu. Dziewczyna postanawia walczyć o zgubę i podąża jej śladem, aż osłupiała wpada na znalazcę - młodego mężczyznę, kontemplującego rozmiar miseczek. Od słowa do słowa, od gestu do gestu - bohaterowie lądują w trawie i oddają się uprawianiu miłości. Zaraz potem ona zakochuje się w nim bez reszty, a on znika w lesie, wymuszając na dziewczęciu obietnicę, że nikomu nie zdradzi tego, co chwilę wcześniej miało miejsce. Oszołomiona Andrea Rolnik zostaje sama, dzierżąc w ręce kamyk, podarowany jej przez "ukochanego". I tak zaczyna się historia, która zrewolucjonizuje świat...

Rzecz dzieje się na wyspie Łososia w kilka lat po zapanowaniu pokoju między mieszkańcami wrogich regionów. Najważniejszym medium jest tu telewizja, dyktująca Łososianom, jak powinni żyć i czym powinni się zajmować. Samotny producent telewizyjny uparcie szuka chwytliwego tematu, by ściągnąć przed ekrany jak najwięcej widzów. Któregoś wieczora słyszy w radiu "najpiękniejszy głos świata", nawołujący do szukania miłości, kochania i miłowania. Właścicielką głosu okazuje się Andrea Rolnik, uparcie poszukująca młodziana, któremu oddała się na łące u stóp Czarnego Wulkanu. Rozpaczliwy apel dziewczyny spotyka się z wielkim odzewem, w czym samotny producent upatruje swej szansy...

Kilka tygodni później Andrea Rolnik jest już miejscową gwiazdą - pokazują ją w telewizji, piszą o niej w prasie, zapraszają na bankiety i proszą o autografy. Przejęci losem dziewczyny Łososianie obdarowują ją prezentami, ofiarowują pomoc i... zastąpienie Maurycego do czasu, gdy ten wreszcie zapuka do jej drzwi. Z zahukanej biedaczki Andrea staje się celebrytką, której historia podbija cały kraj - której historia rewolucjonizuje cały kraj...

Oto bowiem nastaje era miłości!

Ludzie zaczynają łączyć się w pary i kochać, zdradzać i rozwodzić, obdarowywać i zaskakiwać. Historie wielkich miłości obiegają Wyspę Łososia - według danych statystycznych za sprawą Andrei Rolnik zrodziło się już 500 000 nowych romansów. Sprawa nabiera tak szerokiego rozmachu, że kraj zalewa w końcu fala samobójstw zdradzonych żon, niechcianych nastolatek i odrzuconych staruszków. Miłość powoli zaczyna się przejadać, oglądalność cukierkowych programów telewizyjnych spada, aż zaczyna się wielka akcja odnalezienia Maurycego, zakończona - skądinąd - sukcesem. Ale czy nie chwilowym? Co stanie się gdy tych dwoje znów się spotka - tym razem pod czujnym okiem kamer? Czy ta historia miłosna ma jeszcze szanse...? Tego dowiecie się, kiedy sięgniecie po 500 000 opowieści o miłości. Ja o zdradzenie zaskakujących szczegółów pokusić się nie mam zamiaru...

Chcę tylko zaznaczyć, że choć historia ta zdaje się być bajkowo naiwna i przesadzona, wcale taka nie jest. Cuca Canals jest pisarką niezwykle zdolną, a przy tym specyficzną - nie dajcie się zwieść pozorom! 500 000... to nie żadna romantyczna paplanina, ociekająca lukrem - to gorzka opowieść o relacjach międzyludzkich i kruchości tego, co powinno być nierozerwalne i trwałe. Autorka zwraca uwagę na mechanizmy rządzące naszymi sercami i mózgami, na siłę, z jaką oddziałuje na nas telewizja. Na łatwość, z jaką ulegamy wpływom... Wiele mądrych lekcji można wynieść z lektury tej krótkiej opowiastki - polecam, zwróćcie na nią uwagę.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Dziwię się, że można było wypuścić na rynek książkę tak najeżoną błędami. Mam nadzieję, że o późniejsze wydania korektorzy zadbali nieco bardziej :)
PS2. Sesja już prawie za mną, więc powoli wracam do blogosfery!

22 stycznia 2011

Mariola, moje krople..., Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Mariola, moje krople...,
Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wyd. Świat Książki, Warszawa 2011

Zapytano mnie kiedyś, co najbardziej mnie bawi - odpowiedziałam "nic". Po głębszym zastanowieniu dodałam, że zazwyczaj śmieję się tylko z siebie, a na komediowych filmach i przy zabawnych książkach nie śmieję się wcale, bo moje poczucie humoru nigdy nie pokrywa się z poczuciem humoru scenarzystów, kabareciarzy i pisarzy. Długo tkwiłam w tym przekonaniu, aż nagle w moim życiu pojawiła się przewrotna powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - Mariola, moje krople... i "wszystko" się zmieniło. Ta zabawna książka porwała mnie od pierwszej do ostatniej strony, raz po raz generując napady śmiechu - czy to na uczelnianym wykładzie, czy w zatłoczonym autobusie, czy w środku nocy, kiedy wszyscy wokół już smacznie spali. Fakty mówiąc więc same za siebie - pierwszy raz porządnie ubawiłam się przy lekturze. I już samo to wystarczyłoby za rekomendację Marioli... :)

Małgorzata Gutowska-Adamczyk przenosi nas do prowincjonalnego teatru, pełnego dziwacznych postaci - mamy podstarzałego dyrektora-lowelasa, domorosłą wróżbitkę, nadambitne aktoreczki, histerycznego reżysera i miłośniczkę "stania w kolejkach". Niebanalne postaci muszą brać udział w niebanalnych zdarzeniach, w związku z czym czytelnik jest świadkiem hodowania świń, pędzenia bimbru, handlu obnośnego, spotkań w łóżku i pod łóżkiem, czy drukowania rewolucyjnych ulotek. A wszystko to w murach jednego tylko teatru! Gwarantuję - przy lekturze uśmiejecie się, jak nigdy!

Wartka akcja, przezabawne dialogi i niezwykle barwne postaci czynią Mariolę powieścią znakomitą. Jest to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby wrócić pamięcią do czasów, kiedy sklepowe półki świeciły pustkami, a dobre masło dostawało spod lady. To pozycja obowiązkowa również dla tych, którzy czasy PRL-u kojarzą tylko z opowiadań rodziców i średniośmiesznych filmów. Małgorzata Gutowska-Adamczyk może nie odkryje przed Wami niczego nowego (bo w końcu tyle o tamtych latach zostało już powiedziane, że chyba nowe odkrycia już nas nie czekają), ale na pewno zapewni Wam kilka godzin przedniej rozrywki przy naprawdę dobrej lekturze. Zachęcam!

Od jednej myśli nie mogłam się opędzić podczas poznawania przygód bohaterów Marioli - od pierwszej do ostatniej strony stawała mi przed oczami wizja filmu, nakręconego na podstawie tej powieści. O, jakaż byłaby to zabawna i urocza produkcja! Dawno nie miałam tak silnego poczucia, że chciałabym obejrzeć ekranizację czytanej powieści... Mam nadzieję, że kiedyś Mariola zostanie przeniesiona na ekran - wciąż niewielu Polaków czyta, więc niech chociaż dzięki filmowi poznają tych zabawnych bohaterów i absurdalnie śmieszne sytuacje z ich życia. Chciałabym tego i dla nich, i dla siebie - rzadko trafiam na dobre komedie, może wreszcie coś by się zmieniło...?

Moja ocena: 8,5/10

PS. Nie dość, że sesja mnie przytłacza, to jeszcze znów choroba mnie dopadła - ściskajcie kciuki, aby wszystko szybko się unormowało :)
PS2. Za książkę dziękuję pani Małgorzacie oraz wydawnictwu Świat Książki!

18 stycznia 2011

Warszawa Kryminalna, Helena Kowalik

Warszawa Kryminalna, Helena Kowalik
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Najpierw widzimy intrygującą okładkę, z uzbrojoną Syrenką na czele. Jej miecz, ręka oraz tarcza ociekają krwią. Podobnie ma się rzecz z aktami, widocznymi w tle... Z niemałym zainteresowaniem i przyspieszonym biciem serca odwracamy książkę i czytamy opis: Tom reportaży sądowych Heleny Kowalik jest pierwszym od 65 lat pitavalem dotyczącym wyłącznie stołecznej metropolii. Sprawy z wokandy zostały tak dobrane, aby w sumie tworzyły panoramę charakterystycznych przestępstw w Warszawie dziesięć lat po transformacji ustrojowej.

Są więc strzelające do siebie gangi, testamenty sfałszowane, aby zdobyć wartościowe kamienice, lekarze oskarżeni na skutek intrygi - mieli być egzemplifikacją korupcji szerzącej się w tym środowisku. Jest zabójstwo młodej wykształconej singielki, która przeniosła się do Warszawy z małej miejscowości, aby zrobić karierę (i zrobiła ją), ale była samotna i szukała znajomości na portalu internetowym, dramatyczne, głośne na całą Polskę świadome utopienie małego dziecka w Wiśle. Są korupcyjne przestępstwa wysokich urzędników ministerialnych szufladkowanych w sądzie jako tzw. sprawy białych kołnierzyków (...).

Wiem, że wielu z Was bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Reporterskim okiem" - uważam, że Warszawa Kryminalna powinna stać się pozycją obowiązkową na Waszych listach. Zresztą... I nie-wyzwaniowcy powinni się z nią zapoznać - to naprawdę interesująca książka.

Po pierwsze: jest to zbiór kilkudziesięciu naprawdę ciekawych historii, uszeregowanych tematycznie, przedstawionych w sposób rzetelny i kompletny - do głosu dochodzi każda ze stron - poznajemy przestępców i ofiary, ich motywy i uczucia, a także dalsze losy uniewinnionych i skazanych.

Po drugie: jest to spory odcinek historii polskiej kryminalistyki - sprawy te były niegdyś głośne i szeroko dyskutowane, pewnie o wielu z nich słyszeliście, ale może już rozwiązanie spraw gdzieś z pamięci umknęło - warto przypomnieć sobie te sytuacje.

Po trzecie: dzięki książce Heleny Kowalik możemy przekonać się, jak naprawdę działa cała machina sądownicza i policyjna w naszym kraju. Gwarantuję, że nie raz i nie dwa zostaniecie zaskoczeni i zbulwersowani...

Po wszystkim nachodzi mnie jednak smutna refleksja, że bardzo trudno w naszym kraju o zaufanie do władz, bardzo trudno o sprawiedliwość i bardzo trudno o... spokojny żywot. Poznanie z bliska ludzkich tragedii i dramatów przytłacza i zmusza do zastanowienia się nad kruchością życia oraz nad tym, jak łatwo stać się ofiarą. Cios może przyjść z każdej strony - od ojca, od kolegi, od żony i od przyjaciela. Wokół czai się tyle zła, że aż strach w ogóle o tym myśleć...

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po Warszawę Kryminalną - wysoka oglądalność seriali kryminalnych skłania mnie do wysnucia wniosku, iż Polacy lubują się w takich historiach. Warto jednak nie tylko oglądać, ale i czytać, a przy tym zagłębiać się w nie dokładnie, przyglądać bliżej systemowi i pozwolić sobie na własną refleksję nad wartością ludzkiego życia...

Moja ocena: 8,5/10

PS. Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Muza!


PS2. Ale pomyłek w imionach bohaterów to ja nie wybaczę... ;)

13 stycznia 2011

Reality Show, Nicola Kraus & Emma McLaughlin

Reality Show; The Real RealReality Show (The Real Real), Nicola Kraus & Emma McLaughlin
Wyd. Znak, Kraków 2010

Lekturę Reality Show zainicjowałam 22 grudnia - uznałam, że będzie to dobre czytadło na czas przygnębiających świąt, które spędzałam sam na sam ze swoją chorobą. Dziś mamy 13 stycznia, a ja wciąż tkwię w połowie książki. Oficjalnie uznaję więc, że już jej nie przeczytam. Nie dość, że mnie zablokowała, dołożyła cegiełkę do mojej Małej Depresji, to jeszcze wzbudziła we mnie irytację i znużenie. To jedna z najgorszych książek, jakie ostatnio czytałam. Gorsza nawet od Pływania w negliżu, na które - swego czasu - spłynęła tu niemała krytyka. Tamtą pozycję siłą doczytałam chociaż do końca, w tym przypadku nawet ciekawość pod hasłem: "co będzie dalej" nie ma szans - zwyczajnie żal mi czasu i energii na takie bzdury. Tak, tak - bzdury - nie bójmy się użyć tego słowa.

Sam pomysł na fabułę jest całkiem interesujący - pokazać czytelnikowi, jak głupi jest, wierząc w prawdziwość tego, co serwuje nam telewizja. Na tym jednak koniec - płytkie dialogi i jałowe, schematyczne postaci całkowicie zabijają książkę, w której tkwił jakiś potencjał. Do tego te kilometrowe opisy kręcenia scen [mówiąc brzydko - Orzeszkowa się chowa ;)]! Tak, jakby jeden raz nie wystarczył - trzeba w kółko oddawać cierpienie biednych nastolatków, zmuszanych do milionowych powtórek tych samych scen. Przy którymś "cięciu" miałam ochotę wyrzucić książkę z trzeciego piętra w mokry śnieg, ale i takiej lichej lektury trochę żal. Nawet, jeśli nic mnie ona nie kosztowała, nad czym bardzo ubolewam, bo mogłabym sobie chociaż poutyskiwać, że cenny majątek poszedł w błoto...

Pierwszy raz odradzam lekturę - nie wiem po co ktoś miałby tracić czas i pieniądze na książkę tak pozbawioną sensu...

PS. Już prawie wyzdrowiałam :)
PS2. Z racji zaliczeń i egzaminów mój udział w życiu blogowym znacznie będzie teraz ograniczony, ale obiecuję nadrobić tę absencję w okolicach lutego.

8 stycznia 2011

Tajemnica błękitnego zamczyska, Beata Wieczorek

Tajemnica błękitnego zamczyska, Beata Wieczorek
Wyd. Comm, Poznań 2010

Mało która bajka jest w stanie trafić w moje gusta – z reguły ich naiwność mnie przytłacza, a nachalny dydaktyzm przeszkadza w odbiorze. Rzadko potrafię cieszyć się opowieścią tak, jak cieszyłoby się z niej dziecko. Ale w przypadku Tajemnicy błękitnego zamczyska rzecz ma się zupełnie inaczej – dałam się porwać tej magicznej opowieści i wciągnąć do fascynującego świata, wykreowanego przez Beatę Wieczorek. Jestem przy tym pewna, że i młody czytelnik nie będzie potrafił oderwać się od tej historii...

W Tajemnicy błękitnego zamczyska poznajemy typową dwunastolatkę – ciekawską, nieco zakompleksioną, uroczą i dobrą. Tajemnica, jaką owiana jest jej okolica, sprawia, że dziewczynka za wszelką cenę pragnie sprawdzić, co kryje się w głębi lasu, ponad tajemniczą mgłą... Wakacyjna wolność, zamiłowanie do przygód i fascynacja niesamowitymi opowieściami sprawiają, że bohaterka w towarzystwie nielubianej kuzynki i sąsiada, postanawia stanąć oko w oko z wielkim sekretem i zmierzyć się z siłą zła. Wiadomym jest, że z tego pojedynku młodzi bohaterowie wyjdą zwycięsko (w końcu dobro zawsze musi pokonać zło), ale zanim to nastąpi, czytelnik będzie świadkiem ich niesamowitej przygody, pełnej napięcia, wzruszających chwil i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jaką lekcję z tych wydarzeń wyniosą bohaterowie? O tym musicie przekonać się sami, czytając Tajemnicę błękitnego zamczyska.

Opowieść Beaty Wieczorek napisana jest językiem prostym i przyjemnym w odbiorze, choć niektóre kolokwializmy mogą ów odbiór zakłócać. W bajce znalazło się również kilka zwrotów, których młody czytelnik może nie zrozumieć - ma to jednak taki plus, iż wreszcie ich znaczenie pozna – a przecież nauka przez lekturę jest jedną z przyjemniejszych metod poznawania świata...

Tajemnica błękitnego zamczyska choć jest opowieścią magiczną, nie przytłacza naiwnością i nieprawdopodobieństwem. Niezwykle plastyczne opisy rzeczywistości pozwalają na uruchomienie wyobraźni, a fascynujące przygody trójki bohaterów niejednego młodego mola książkowego przyprawią o przyspieszone bicie serca i chęć przeniesienia się do tego tajemniczego świata. Coś dla siebie znajdą tu i chłopcy i dziewczynki, a nawet ich rodzice i starsze rodzeństwo. To naprawdę przyjemna opowieść, którą warto poznać.

Na koniec słówko o pięknym wydaniu książeczki – twarda oprawa, solidny papier i – co najważniejsze – przepiękne ilustracje, przykuwają oko i zachwycają. Okazuje się, że autorką strony graficznej jest sama Beata Wieczorek – chylę czoła dla pomysłów i zdolności, bo całość robi naprawdę znakomite wrażenie.

Jeżeli zastanawiacie się, jaką książkę sprezentować swoim pociechom, małoletnim kuzynom czy innym dzieciakom w swoim otoczeniu – polecam Tajemnicę błękitnego zamczyska – krótką opowieść o sile dobra i mocy przyjaźni, o tajemnicy i przygodzie, o zabawie i powadze. Wiele się z niej nauczą, wiele wyniosą, a przy tym nacieszą oko i na chwilę przeniosą się tam, gdzie niezwykłe moce porwą ich w swoje szpony i zabiorą do świata tajemnic...

Moja ocena: brak

/ciężko byłoby mi umieścić bajkę w tej samej skali ocen, co pozostałe książki, dlatego Tajemnica... dołącza do grona 'poza oceną'/ :)

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości serwisu nakanapie.pl - bardzo dziękuję!


PS. Książkę możecie wylicytować na Allegro: tutaj, pomagając przy tym Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

Fish Tank

Fish Tank (2009)
reż. A. Arnold

To jeden z najbardziej niezwykłych i poruszających filmów, jakie w życiu widziałam. Zachwyca w nim wszystko - muzyka, scenariusz, montaż, aktorstwo i niezwykły klimat, którego nie sposób opisać. Prawda jest taka, że chciałabym o tym filmie opowiedzieć tak wiele, że aż... nie napiszę nic. Dlaczego? Dlatego, że każde słowo mogłoby Wam odebrać niezwykłą przyjemność z oglądania i smakowania tej niesamowitej historii.

Obejrzyjcie zwiastun i zdobądźcie Fish Tank jak najszybciej - gwarantuję, że się nie zawiedziecie.






Moja ocena: 9/10

PS. I ja dołączyłam do nowego wyzwania, o którym zrobiło się głośno na blogach. Zobaczymy ile z tych pozycji przeczytam w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy...
Trzymajcie kciuki!

6 stycznia 2011

Nieoczekiwana szansa / Life Unexpected

Nieoczekiwana szansa / Life Unexpected

Dawno żaden serial nie zaskoczył mnie tak bardzo, jak Life Unexpected - pełna ciepła opowieść o szesnastoletniej Lux, która odnajduje swych biologicznych rodziców i zostaje oddana pod ich opiekę. Tatuś-lekkoduch (Baze) i matka-imprezowiczka (Cate) muszą zapomnieć o dawnych krzywdach i zacząć współpracować dla dobra dziewczyny, która przez szesnaście lat tułała się po szpitalach i domach zastępczych. Sytuacja jest o tyle trudna, że nagle on zakochuje się w niej, ona jest zaręczona z innym, do głosu dochodzą wątpliwości, a dziecko zostaje odsunięte na dalszy plan. Za to kłótniom, wypominaniom i... zdradom nie ma końca.