30 grudnia 2010

Kreatywowe podsumowanie roku 2010

Ostatnie dni roku sprzyjają wszelakim podsumowaniom i planom. To pora na małą analizę minionych dwunastu miesięcy i przedstawienie wizji dwunastu najbliższych. Blog ruszył co prawda na początku maja, więc wciąż jest młodzieniaszkiem, ale myślę, że jest już co podsumowywać... :)

MUZYKA
Muzyczne podsumowanie roku jest sprawą najprostszą - pomaga mi w tym mój profil muzyczny w serwisie last.fm, zgodnie z którym /wg. liczby odsłuchań/:

Ulubieni wykonawcy 2010:
  • The Beatles
  • Elvis Presley
  • Green Day
  • Placebo
  • Myslovitz
  • Alicia Keys
  • James Blunt
  • Piotr Lisiecki
  • Coldplay
  • Within Temptation
Na uwagę zasługuje zwłaszcza pozycja ósma, gdyż Piotr Lisiecki jest moim świeżym odkryciem, a ilością odsłuchań przebił gwiazdy, w które zasłuchiwałam się już na początku roku :)

Lastowy profil pozwolił mi też odkryć, jaką tendencję spadkową zaliczam w kwestii chodzenia na koncerty. W tym roku brałam udział w jedynie dwóch imprezach, podczas gdy jeszcze w 2007 roku tych wydarzeń było kilkakrotnie więcej... Pierwsze postanowienie na rok 2011 - częściej bawić się na koncertach :)

FILM
Na blogu nie poświęcałam filmowi zbyt wiele uwagi - na 69 obejrzeń, traficie tu raptem na 14 recenzji, co uważam za wynik mocno średni, chociaż wiele z tych obrazów obejrzałam jeszcze przed założeniem bloga, za czasów pracy w kinie, a wspomnienia ulatują tak bardzo, że recenzja po czasie by się nie sprawdziła. Jednego jestem pewna - w 2011 będzie lepiej!

Trzy filmy, które zrobiły na mnie największe wrażenie w minionym roku (co potwierdzone zostało recenzjami):
Oraz trzy, o których nie pisałam, ale naprawdę warto je obejrzeć:
  • Bardzo długie zaręczyny, reż. J.-P. Jeunet
  • Zaklęci w czasie, reż. R. Schwentke
  • Znak miłości, reż. R. Attenborough

LITERATURA

To zdecydowanie najobszerniejszy dział mojego bloga - na 88 przeczytanych książek, znalazły się 62 recenzje (+3, książek przeczytanych wcześniej).

Największym mym odkryciem był niewątpliwie Haruki Murakami. Jego Po zmierzchu jest jedyną książką, która zachwyciła mnie w tym roku na tyle, że oceniłam ją najwyżej w całej skali (10/10 mają również Harry Potter i więzień Azkabanu oraz Pamiętnik, ale to są pozycje, do których od lat żywię wielki sentyment). Jedyną przeczytaną w minionym roku książką, która zasłużyła na ocenę 9,5/10 były Zapasy z życiem, Schmitta. Reszta oceniana była już niżej, z czego (wysoką również) ocenę 9/10 dostało aż 14 pozycji, więc wymieniać ich nie będę, zajrzyjcie tutaj :)

Jeżeli chodzi o podróże literackie, niewątpliwie królują u mnie Stany Zjednoczone (16 zrecenzowanych pozycji), dalej: Polska (12 - cieszy mnie wysoki wynik rodzimej literatury, obawiałam się, że będzie z tym gorzej), Japonia (7) oraz Francja (6).

Gdybym na zakończenie roku miała polecić Wam jakąś książkę, to niewątpliwie warto sięgać po te, które zrobiły na mnie największe wrażenie - w tej kwestii króluje Murakami, który zdominował najwyższe pozycje w mych ocenach :)

POZA TYM
Prywatnie muszę przyznać się do tego, iż pierwsze miesiące 2010 roku uważam za najgorszy okres mojego życia i cieszę się, że to wszystko mam już za sobą. Wszystkie te wydarzenia są już tylko bolesnym wspomnieniem, które dalsza część roku mi wynagrodziła - oby ta tendencja wciąż zwyżkowała. Zwłaszcza, że powoli wracam do zdrowia i ze wszystkich sił wierzę w to, że będzie dobrze :)

Życzę Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku, moi drodzy. Niech to będzie naprawdę dobry czas!


PS. Spodobała mi się idea miniblogów, toteż zapraszam pod dwa adresy:
http://missclaudine.tumblr.com/ - miejsce na pierdółki wszelakie, m.in. filmy, zdjęcia, pocztówki
http://dungadaia.tumblr.com/ - mój pies i jego świat - fotogaleria, filmy, relacje z wystaw


Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.life123.com/

27 grudnia 2010

Light Me Up, The Pretty Reckless

The Pretty Reckless to post-grunge'owy zespół, którego założycielką i wokalistką jest charyzmatyczna Taylor Momsen, znana przede wszystkim z roli Little J w popularnym serialu Gossip Girl. Nie każdy musi lubić styl ulicznicy u siedemnastolatki, nie każdy musi tolerować skandalizujące wypowiedzi i poglądy tej dziewczyny i nie każdy musi lubić postać, jaką odgrywa ona w GG, ale zdecydowanie każdy powinien zauważyć wielki talent, jakim Taylor jest obdarzona. Ma znakomity, nieco chropowaty głos, który w połączeniu z ostrymi tekstami i mocnym, gitarowym brzmieniem tworzy ciekawą miksturę. Efektem tejże mikstury jest znakomita płyta, Light Me Up.

Jak twierdzi Taylor, zespół czerpie inspirację z Beatlesów, Nirvany i Soundgarden, a sama wzoruje się na Cortney Love, Debbie Harry oraz wokalistkach The Runaways - Cherrie Currie i Joan Jett (o ich historii wspominałam tutaj). To - plus ciekawa osobowość sceniczna i ciągła atmosfera skandalu wokół wokalistki - powoduje, że zainteresowanie albumem Light Me Up nie słabnie, a promujący ją singiel Make Me Wanna Die nie znika z list przebojów.




Album Light Me Up obfituje w ostre brzmienia, przeplatane refleksyjnymi balladami. W tle mocnego głosu nastoletniej gwiazdy, usłyszymy solidne uderzenie perkusji i dobre, gitarowe brzmienie. Do tego dochodzą brutalnie szczere teksty (autorstwa Momsen), traktujące o bólu, miłości, seksie, problemach i - po prostu - o życiu. Wszystko to nadaje Taylor i jej zespołowi pewnej autentyczności, która sprawia, że tak wielu młodych ludzi pokochało The Pretty Reckless. Ich koncerty przyciągają tłumy, płyty sprzedają się znakomicie, a teledyski oglądają miliony.

Na Light Me Up składa się dziesięć kawałków, z których - póki co - najpopularniejszym jest ten, wspomniany wcześniej - Make Me Wanna Die, pojawiający się m.in. na ścieżce dźwiękowej do filmu Kick-Ass. Mnie osobiście najbardziej urzekła romantyczna ballada You zamykająca album, równie nastrojowe Nothing Left To Lose oraz prowokacyjne, niegrzeczne Goin' Down. Pozostałe utwory to trzymające poziom, naprawdę dobre kawałki, w które warto się wsłuchać.

Taylor Momsen to ciekawa osobowość, która charyzmie i kontrowersyjnym poglądom zawdzięcza niegasnący szum wokół swej osoby. Porywa za sobą tłumy nastolatków, nie może opędzić się od nachalnych paparazzi i stale zaznacza swą obecność w mediach. Kiedy rzadziej pojawia się w telewizji, częściej słyszymy o nowych skandalach z jej udziałem, co tylko napędza całą machinę - płyty The Pretty Reckless sprzedają się jeszcze lepiej, a młodą gwiazdą interesuje się cały świat. Jednak to, co przyciąga jednych, innych może zniechęcać, dlatego chciałabym zachęcić Was do przesłuchania tej płyty pomimo wszelkich uprzedzeń, jakie mogą rodzić się na widok kontrowersyjnej wokalistki The Pretty Reckless. Album Light Me Up to kawał naprawdę dobrej roboty - warto poświęcić mu odrobinę uwagi.

Moja ocena: 8,5/10

Zdjęcia pochodzą ze strony Last.FM.

22 grudnia 2010

Pamiętnik, Nicholas Sparks

Pamiętnik; The NotebookPamiętnik (The Notebook), Nicholas Sparks
Wyd. Albatros, Warszawa 2007

Pamiętnik to jedna z tych książek, do których uwielbiam wracać. To historia, w którą zagłębiam się ze ściśniętym gardłem. To opowieść, która przy każdej lekturze wzrusza mnie tak samo. Najbardziej na świecie!

Nicholasa Sparksa chyba nikomu przedstawiać nie trzeba - to jeden z najbardziej płodnych i najbardziej poczytnych pisarzy ostatniego dziesięciolecia. Jego powieści podbijają listy bestsellerów, a twórcy filmowi stale przenoszą je na ekran, racząc nas znakomitymi adaptacjami. W tym wypadku nie wiem, który element układanki kocham bardziej - książkę czy ekranizację, bo do obu mam ogromny sentyment i ogromną sympatię...

W starym wytartym notatniku kryje się kronika pewnej miłości, która rozkwitła po zakończeniu II wojny światowej gdzieś w Karolinie Północnej. Noah Calhoun odczytuje ją wieczorami w domu opieki starej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzheimera. Dzięki sile uczucia przeżywa na nowo cudowne chwile swojej wielkiej miłości. Przypomina sobie, kiedy w 1932 roku po raz pierwszy zobaczył Allie Nelson - ich potajemne spotkania, wspólne wakacje i trudny okres rozstania, gdy zniknęła z jego życia na czternaście lat... [cyt. z okładki]

Pamiętnik to opowieść o potędze miłości. Miłości, o jakiej marzy wielu. Miłości niezwykłej i trudnej. Miłości pięknej i niezapomnianej... Nie należę do przesadnych romantyczek, ale ta historia wywołuje we mnie falę tak silnych uczuć i tak mocnych wzruszeń, że uważam ją za najpiękniejszą powieść o miłości wszech czasów!

Nie będę zagłębiać się w fabułę, gdyż powinnam przystanąć nad każdą magiczną stroną tej powieści i opowiedzieć Wam, jak bardzo mnie ona poruszyła. Poradzę po prostu, abyście czytali Sparksa - to nic, że jego powieści są mocno przesłodzone, a lukier wylewa się ze wszystkich zakamarków - mają one w sobie tyle uroku i magii, że nie można obok nich przejść obojętnie...

A więc: przygotowujcie termos z aromatyczną herbatą, wielkie pudło chusteczek i dajcie się wciągnąć do niezwykłego świata miłości, ciepła i bliskości...

Moja ocena: 10/10

Na dokładkę - wpasowujący się niemal idealnie - James Blunt, którego głos hipnotyzuje i czaruje:



No i nie dość, że przepłakałam cały poranek przy książce, to teraz jeszcze przy piosence muszę sobie pochlipać...

20 grudnia 2010

20 odsłon zachłannej młodości, Xiaolu Guo

20 odsłon zachłannej młodości (Twenty Fragments of a Ravenous Youth), Xiaolu Guo
Wyd. Albatros, Warszawa 2010

Chinka Xiaolu Guo jest nie tylko pisarką, ale i poetką, scenarzystką, reżyserką filmową, a także eseistką. W Polsce zasłynęła przede wszystkim Małym słownikiem chińsko-angielskim dla kochanków (muszę koniecznie zdobyć!), a od niedawna w księgarniach dostępna jest również ta niezwykła powieść, o której z przyjemnością dzisiaj opowiem - 20 odsłon zachłannej młodości.

Na 235. stronach tekstu Xiaolu Guo zawarła dziesięć lat z życia Fenfang - młodej Chinki, która skończywszy 17 lat, postanawia opuścić rodzinną wieś (o wdzięcznej nazwie Wzgórze Słodkiego Imbiru) i rozpocząć nowe życie w zatłoczonym, tętniącym życiem, bezwzględnym Pekinie. Dla prostej dziewczyny odnalezienie się w brutalnej metropolii nie jest sprawą łatwą - nie ma przyjaciół, pakuje się w skomplikowane związki i nie potrafi utrzymać ani pracy, ani mieszkania. Z tego względu ima się różnorakich zajęć - od zamiatania w kinie, po statystowanie w podrzędnych filmach. Nigdzie jednak nie potrafi zagrzać dłużej miejsca, wciąż poszukując własnej drogi...

Na 20 odsłon zachłannej młodości składa się 20 scenek z życia bohaterki - wszystkie opatrzone odpowiednimi zdjęciami i tytułami. Ta niezwykła powieść staje się intymnym pamiętnikiem - zapisem z życia młodej kobiety, która - choć żyjąca w zupełnie innej kulturze - staje się europejskiemu czytelnikowi bardzo bliska. Dlaczego? Dlatego, że jej problemy niczym nie różnią się od naszych - Fenfang pragnie wyrwać się ze wsi i zerwać z wizerunkiem "prostaczki", nie potrafi znaleźć odpowiedniej pracy, czasami trafia na nieodpowiednich ludzi, a przede wszystkim - próbuje "zrobić coś ze swoim życiem". Jedyną przepaść między młodym Europejczykiem, a tą uroczą Chinką może stanowić język. Autorka wspomina o tym nawet w posłowiu, opowiadając o problemach z przełożeniem tekstu i dobraniem odpowiedniego języka dla swej nieprzewidywalnej bohaterki. Ostatecznie parę zgrzytów pozostaje i tekst miejscami irytuje. Ale nie wpływa to w żaden sposób na jego wartość - a ta jest naprawdę imponująca. To jedna z najbardziej intrygujących i zachwycających powieści, jakie ostatnio czytałam...

20 odsłon zachłannej młodości stawia przed czytelnikiem całą masę pytań: dokąd zmierza jego życie, czy ma jakiś cel, do czego dąży, czego pragnie. Pokazuje, że należy walczyć o swoje, pokonywać przeszkody i nie zrażać się przeciwnościami losu.

Nigdy nie rozpamiętuj przeszłości. Nigdy niczego nie żałuj. Nigdy się nie oglądaj, nawet gdybyś przed sobą widział tylko pustkę...

Piękna dewiza. Chciałabym umieć tak żyć. Może pora się nauczyć, hm?

Moja ocena: 9/10

Kasiu, dziękuję za książkę :)

18 grudnia 2010

Trzy kubki, Carol O'Connell

Trzy kubki; Shell GameTrzy kubki (Shell Game), Carol O’Connell
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

Carol O’Connell - niegdyś zdolna malarka i korektorka, aktualnie poczytna powieściopisarka. W tej roli Amerykanka zadebiutowała w roku 1994 powieścią Mallory’s Oracle, która otwiera serię poświęconą losom bezwzględnej policjantki - Katy Mallory. Trzy kubki to piąta część tej serii, a wydawca reklamuje ją jako „świetny thriller o tajemniczym świecie iluzji”.

Ponieważ jest to moje pierwsze zetknięcie się z powieścią tego typu, musiałam zagłębić się w teorie słownikowe, aby zapoznać się definicją thrillera. Oto jak Trzy kubki sprawdzają się w konfrontacji z wyznacznikami gatunkowymi:

- „U czytelnika ma zostać wywołany dreszcz emocji” – jest. Nie raz i nie dwa odczułam jeżenie włosków na karku, gęsią skórkę na ramionach i przyjemny dreszczyk na kręgosłupie. Co, jak co, ale napiętą atmosferę Carol O’Connell potrafi oddać znakomicie.

- „Brak cech nadprzyrodzonych w zdarzeniach tajemniczych i niesamowitych” – zgadza się. I to jest to, co w dreszczowcu cenię najbardziej – nie jest oderwany od rzeczywistości i mieści się w ramach racjonalności. Jako przeciwniczka fantastyki jestem ukontentowana tym, iż w thrillerze jeden fakt wynika z drugiego, a bohaterowie mierzą się z prawdziwymi przeciwnościami – takimi, które mogłyby dotknąć każdego z nas...

- „Jeśli pojawia się zagrożenie to jest ono w stu procentach realne, często zagnieżdża się jednak w psychice bohatera, któremu przychodzi toczyć wewnętrzną walkę” – tak jest! I w tym punkcie powieść O’Connell wypada znakomicie – idealnie oddane zostały portrety psychologiczne postaci i mechanizmy rządzące ich poczynaniami. Robota arcymistrzowska, wierzcie mi!

Trzy kubki to opowieść osadzona w Nowym Jorku końca XX-wieku, gdzie mieszają się ze sobą klaksony limuzyn, brzęk kieliszków i wojenne wspomnienia starszych panów. Młoda policjantka – Katy Mallory – na podstawie snutych przez nich opowieści stara się rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed pół wieku, mającego wyraźny związek ze zbrodnią popełnioną niedawno na oczach całego kraju. Kobieta nie zdaje sobie jednak sprawy, iż wkracza do niebezpiecznej gry, w której grupa siwiejących iluzjonistów postanowi sobie z niej zakpić i wciągnąć do wyniszczającej zabawy. Przebiegłość i bezwzględność pozwalają Mallory zapanować nad sytuacją, jednak w pewnym momencie zagadki stają się nierozwiązywalne, a potknięcia policjantki sprzyjają – stopniowo pomniejszającej się – grupie mężczyzn. Co stanie się, kiedy Katy całkowicie poświęci się niebezpiecznej grze i sama zacznie korzystać ze sztuczek najzdolniejszych iluzjonistów kraju? Czy zdąży uciec z zastawionych na nią sideł? A może sama zasiądzie za sterami tej niebezpiecznej machiny? Możliwości jest wiele – tylko czasu coraz mniej – kolejni iluzjoniści powoli zaczynają tracić zmysły, ginąć, uciekać...

Główna bohaterka – Katy Mallory – to postać niezwykła i pełna skrajności. Wzbudza respekt w przełożonych i podwładnych oraz strach w przesłuchiwanych. Jest bezwzględna, a przy tym wrażliwa i – kiedy sytuacja tego wymaga – subtelna i kobieca. Naznaczona bolesnymi wspomnieniami walczy z koszmarami przeszłości, jednocześnie nie pozwalając na to, aby ktokolwiek skruszył mur, który wokół siebie uparcie wznosi. W jej życiu nie ma nikogo – przyjaciół, rodziny, krewnych. Są tylko znajomi przybranego ojca – grupa policjantów, którzy roztaczają nad nią opiekę, choć wymaga to od nich stalowych nerwów i anielskiej cierpliwości. Bo Mallory to kobieta niezwykła – mająca w sobie coś, co skruszy nawet najbardziej bezwzględnego glinę...

Trzy kubki to thriller znakomity – mnogość zagadek stawia czytelnika przed bardzo trudnym zadaniem - zwłaszcza, kiedy wokół panuje atmosfera iluzji i magii, sprzyjająca tajemniczym cieniom, niewyjaśnionym zjawiskom i niebezpiecznym zabawom. Sekrety sprzed pół wieku, wojenne wspomnienia i długo skrywane wzajemne urazy, splątują się w sieć fascynujących zdarzeń, od których czytelnik nie może oderwać oczu. Historia stworzona przez Carol O’Connell – choć niepokojąca i tajemnicza – pełna jest intrygującego piękna. Nie ma takiej siły, która wyrzuciłaby z czytelniczej głowy obraz poruszających wydarzeń, spisanych na kartach tej powieści. To czyni ją jeszcze bardziej fascynującą i zachwycającą. Jeszcze znakomitszą...

Trzy kubki to thriller, po który trzeba sięgnąć. Porywa od pierwszej do ostatniej strony, zachwyca i pozostawia w sercu ogromną dawkę niepokoju, który świadczy tylko o jednym – takie powieści warto czytać. Takim powieściom warto się oddać...

Moja ocena: 9/10

PS. A oto bardzo interesujący fragment z podziękowań, znalezionych na końcu książki:
"Specjalne podziękowania za natchnienie nieznanemu polskiemu artyście, twórcy plakatu politycznego z hasłem Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani. Zobaczyłam ten plakat wiele lat temu i do dziś nie mogę go zapomnieć. Jeśli kiedykolwiek uda mi się ustalić tożsamość tego artysty, jego nazwisko pojawi się w kolejnych wydaniach książki."

PS2. Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości serwisu nakanapie.pl - bardzo dziękuję!


16 grudnia 2010

Szanuj, StarGuardMuffin

Zanim Kamil Bednarek pobił Lady Gagę na Youtube, a debiutancka płyta StarGuardMuffin osiągnęła szczyty list sprzedaży, mało kto słyszał i o obecnej gwieździe polskiej telewizji, i o jego zespole. W sieci można było jednak posłuchać paru kawałków formacji - przyjemnie bujających, świeżych, bardzo pozytywnych. Pozwalało to mieć nadzieję, że któregoś dnia dla brzeskiego zespołu przyjdą chwile chwały. I tak też się stało - uznawany za ultraprzystojnego i megautalentowanego wokalista SGM - Kamil Bednarek - osiągnął niewyobrażalny medialny sukces, a o formacji StarGuardMuffin wreszcie usłyszał świat.

Dziewiętnastego listopada ukazał się debiutancki album formacji, zatytułowany Szanuj. Wydawca wstrzelił się w moment idealny - na ekranach Bednarek wciąż urzekał swoim luzem, muzyka reggae nagle stała się ukochanym gatunkiem połowy kraju, a serwisy społecznościowe i portale internetowe rejestrowały prawdziwy bednarkowy szał. Chłopak programu Mam Talent co prawda nie wygrał, ale zaraz witał nas w telewizji śniadaniowej i żegnał w wieczornym pogaduszku u Kuby Wojewódzkiego. Krótko mówiąc - TVN postanowił, że nie da publice o nim zapomnieć. Zresztą trudno o to, kiedy po całej Polsce przetoczyła się lawina koncertów StarGuardMuffin, a rozhisteryzowane nastolatki podniosły raban na cały Internet, węsząc skandal w przegranej Kamila. Paradoksalnie jednak charyzmatyczny "rastaboy" może mówić o sobie, jako o zwycięzcy - w końcu to o nim wciąż się mówi, on sprzedaje płyty i on koncertuje. O innych uczestnikach programu - póki co - powiedzieć tego nie można.

Oprawa graficzna Szanuj przykuwa i cieszy oko - jest kolorowa i hipnotyzująca. Sięgając po nią ma się nadzieję, że takiej samej magii dostarczą dźwięki, płynące z głośnika. Niestety - tu czaruje tylko skorupka, z wnętrzem już gorzej...

Płyta zawiera trzynaście kawałków, w tym dwa covery, które w wykonaniu Bednarka już poznaliśmy - I Kurta Nielsena i Tears In Heaven Erica Claptona. Kilka utworów (m.in. Szanuj i Pamiętaj) dostępnych było w sieci znacznie wcześniej (np. do legalnego pobrania na Last.FM), w dużo ciekawszych aranżacjach. To chyba moje największe rozczarowanie - znałam lepsze wersje, na płycie dostałam gorsze (i bynajmniej nie chodzi tu o jakość nagrania).

Wymagania wobec płyty bijącej rekordy sprzedaży miałam spore, tymczasem już pierwszy utwór zwiastował katastrofę. Przyjemnie bujający kawałek Dancehall Queen powala żenującym tekstem. Pewna jestem, że będzie to hymn podjaranych nastolatek marzących o tym, że i one spotkają Kamila w klubie, po czym pozwolą się mu "posmakować", "umówią na dziewiątą" i oddadzą przed piątą ;)

Na szczęście drugi utwór - Sometimes - pozwala zatrzeć złe wrażenie. Niestety wraca ono wraz z pojawieniem się Ganja Trip - co prawda to już nie hymn dla dziewczynek, a bardziej dla "ziomali", ale można je wsadzić do jednego wora - obniżają poziom, niesmaczą i zniechęcają. Całość ratują jeszcze covery (kogoś Tears In Heaven w wersji reggae może razić, dla mnie jest w porządku) i jako-tako prezentujące się pozostałe kawałki. Szanuj to po prostu mieszanina imprezowych hicików i paru niedobujanych rymów. Zdecydowanie brak im pazura, ognia i tego "czegoś", co miały wcześniejsze kawałki.

Chłopaki dopiero debiutują, publika prędko o nich nie zapomni, więc mam wielką nadzieję, że kolejne płyty przekonają mnie do SGM. Potencjał - jest. Utalentowany wokalista - jest. Groupies - są. Wsparcie mediów - jest. Czego chcieć więcej? Może czasu? Bo nagranie płyty w pośpiechu, byle trafić w odpowiednim momencie na rynek nie było chyba najlepszym pomysłem. Sukces komercyjny to dla jednych dużo, ale ilu ludzi kupi kolejną płytę, jeśli pierwsza okazała się nierówna i raczej średnia...?

Moja ocena: 5/10

14 grudnia 2010

Magiczny świat niani McPhee

Niania (2005)
reż. K. Jones

Niania McPhee i wielkie bum (2010)
reż. S. White

Bardzo lubię dorosłych, którzy nie obawiają się filmów skierowanych do młodego widza. Uważam, że zawsze dobrze jest mieć w sobie coś z dziecka i umieć spojrzeć na świat tak, jak patrzyło się lata wcześniej. Przesadna powaga nie jest wskazana, a góra śmiechu przy dobrym kinie familijnym jest wręcz obowiązkowa. Nie twierdzę, że łatwo było przekonać mnie do obejrzenia przygód niani, ale ostatecznie dałam się namówić narzeczonemu i - zdecydowanie - nie żałuję, bo za mną kilka godzin pełnych śmiechu i wzruszeń.

W części pierwszej szkaradna pani McPhee odwiedza rodzinę Brownów, gdzie gorącogłowy pan domu nie radzi sobie z wychowaniem siódemki dzieci. Jednakże kłopotliwa gromadka nie stanowi jedynego problemu pana Browna - musi on uporać się z tęsknotą po stracie żony, długiem wobec ciotki oraz... narzuconym małżeństwem. Kłopotom, które - jak lawina - przygniatają spokojny dom osadzony gdzieś w sercu Anglii, zaradzić może jedynie niania McPhee oraz jej magiczne moce. Co z tego wyniknie? Mnóstwo śmiechu, dużo wzruszeń i happy end, oczywiście. Warto obejrzeć nie tylko dla zabawnych dialogów i przystojnego Colina Firtha, ale również dla uroczych dziecięcych buziek i paru mądrych lekcji, jakie daje nam niania.

Część druga osadzona jest kilkadziesiąt lat później - na cichej angielskiej fermie mieszka młoda kobieta, wychowująca trójkę dzieci. Jej mąż zaginął na wojnie, a uparty szwagier pragnie ubić majątek na sprzedaży fermy. Jakby tego mało - pod swój dach musi przyjąć dwoje dzieci swego brata - naburmuszoną i zarozumiałą parkę w eleganckich pantofelkach. Przyjaźń i zgoda między dwójką "miastowych" i trójką "wieśniaków" okazuje się być nierealna, a nad fermą wisi wizja zagłady. Wtedy właśnie z odsieczą kolejny raz nadciąga niania McPhee. Co wyniknie z jej magicznej interwencji? Znów - kupa śmiechu, dużo wzruszeń i naprawdę piękny morał.

Niania McPhee to osoba o wielkim sercu - cierpliwa i uważna, rozsądna i pomocna. Początkowo sprawia wrażenie szkaradnej, surowej baby, jednakże z czasem okazuje się pełna uroku i ciepła, a dzieci z okrutnych urwisów przemieniają się w jej przyjaciół. Oczywiście, nie jest to nic odkrywczego, ale to w końcu film dla dzieci i pewne zasady musi on spełniać. Ważne jest jednak to, że żadne nachalne moralizatorstwo nie wycieka ze wszelakich zakamarków tego obrazu - mamy tu spory dydaktyzm, naprawdę mądre lekcje życia, ale przedstawione są one w sposób piękny i zabawny. Młody widz zrozumie wszelkie aluzje, a przy tym - razem z mamą, tatą, babcią i starszą siostrą - kilka razy wybuchnie śmiechem i zaleje się łzami wzruszenia. I tak właśnie powinno wyglądać prawidłowe kino familijne :)

W czasach, w których mamy lawinę filmów animowanych na naprawdę wysokim poziomie, produkcja w stylu Niani McPhee ma znacznie utrudnione zadanie, jeśli chodzi o przyciągnięcie wymagającego odbiorcy. Na szczęście udaje jej się to i film cieszy się uznaniem zarówno dzieci, młodzieży, jak i dorosłych. Historie przygód niezwykłej niani mają wymiar uniwersalny i ponadczasowy - bawią i uczą, urzekają i wzruszają. Cieszę się, że produkuje się jeszcze filmy aktorskie, bo jednak te nowoczesne wytwory komputerowe to już nie to samo. Inny klimat, inny wymiar, inna radość dla oka - ot, co.

Za oknem zimno i nieprzyjemnie - dlatego zachęcam do rozgrzania się przy pełnym ciepła i uroku filmie. Startujemy z Nianią McPhee, następnie zabieramy się za Nianię McPhee i wielkie bum, a potem liczymy na kolejne części - bo mam nadzieję, że takowe powstaną. Tak miło się patrzy na tę panią, która najpierw straszy szkaradną twarzą, a potem urzeka miłą buzią... :)

Moja ocena: 7,5/10

11 grudnia 2010

Świat nocy 1. Córki nocy, Lisa Jane Smith

Świat nocy 1. Córki nocy; Night World No.1, Daughter of DarknessŚwiat nocy 1. Córki nocy (Night World No.1, Daughter of Darkness), Lisa Jane Smith
Wyd. Amber, Warszawa 2009

Chcąc zachęcić się do czytania w trakcie choroby, musiałam sięgnąć po jakieś lekkie, mało wymagające czytadło. Wybór padł na drugą opowieść z tomu Świat nocy 1, pióra L. J. Smith. Tym razem poznajemy losy Asha (poznanego już w Dotyku wampira) oraz jego sióstr. One chcą uciec od wampiryzmu i żyć wśród ludzi, on z kolei postanawia je od tego odwieść. Razem muszą stanąć do walki o przetrwanie - wbrew ustalonym regułom i wyznawanym zasadom. Przy okazji lekkoduch i bawidamek wreszcie znajduje bratnią duszę, jedna z sióstr zakochuje się bez pamięci, a dwoje nastolatków ociera się o świat ciemności. I tyle. Historia biegnie intensywnie, nie rozwija się w pełni i nie pozwala nacieszyć się ciekawą fabułą. Zresztą... Trudno mówić o nacieszeniu, kiedy mamy do czynienia ze słabiutkim warsztatowo pisarstwem pani Lisy Jane. Pomyślałam, że autorka mogłaby sprzedawać bardziej uzdolnionym twórcom ciekawe pomysły i na tym zarabiać. Wtedy jej nazwisko będzie mniej osławione, ale przynajmniej historie z potencjałem zostaną należycie wykorzystane.

Zastanawiam się, ile jeszcze razy dopadnie mnie na tyle kiepski nastrój, bym musiała sięgać po tego typu naiwne wytwory. Gdybym w normalnych warunkach została zmuszana do czytania takich historyjek, pewnie bym je odrzuciła po paru stronach i usiłowała zmieść z powierzchni ziemi. A tak - patrzę na nie z przymrużeniem oka, odprężam się i denerwuję na zmianę, a potem nie potrafię obiektywnie wsadzić gniotu na półkę z gniotami, tylko zmuszam się do jakiegoś dystansowania, łagodności i oceniania przez pryzmat tego, że w tej chwili potrzebuję właśnie czegoś takiego, niczego więcej.

Dlatego znów:

Moja ocena: 5,5/10

Zobacz również:
Seria Pamiętniki Wampirów

Bracia

Bracia (2009)
reż. J. Sheridan

Natalie Portman, Tobey Maguire, Jake Gyllenhaal, Carey Mulligan - oto szereg nazwisk, które przyciągnęły mnie do tego filmu. Oprócz tego - interesujący opis fabuły i znakomity trailer. Tylko tyle wystarczyło, bym z wielkim zapałem podeszła do obejrzenia Braci. I nie ma się co dziwić, gdyż jest to jeden z najlepszych filmów, jakie było mi dane w tym roku oglądać.

Sam zawsze był chlubą ojca - w szkolnych latach znakomity sportowiec, w dorosłości mąż wspaniałej kobiety (Grace) ojciec cudownych dziewczynek i oddany ojczyźnie żołnierz. Co innego jego brat Tommy - wieczny lekkoduch, "czarna owca" rodziny, która w wyniku napadu trafia do więzienia. Ich drogi ponownie rozchodzą się, kiedy po wyjściu Tommy'ego na wolność, Sam wyrusza na kolejną misję do Afganistanu. Kiedy helikopter żołnierzy zostaje ostrzelany, rodzina Sama musi pogodzić się z bolesną stratą i zacząć żyć na nowo. Zrozpaczonej Grace pomaga Tommy - zajmuje się domem, opiekuje się dziewczynkami i bierze na siebie odpowiedzialność za rodzinę brata. Kiedy między nim, a Grace zaczyna rodzić się uczucie, niespodziewanie do domu wraca - uznany za zmarłego - Sam. Wyniszczony przez wojnę mężczyzna nie potrafi odnaleźć się w zaistniałej rzeczywistości. Nie rozstaje się z pistoletem, nie przesypia nocy i nieustannie zasypuje bliskich oskarżeniami. To może wróżyć tylko jedno - wielką tragedię, z którą będą musieli zmierzyć się bohaterowie...

Twórcy filmu stanęli na wysokości zadania - zadbali o genialną ścieżkę dźwiękową, rewelacyjne zdjęcia i naprawdę zdolną obsadę. Oscarowo spisał się Tobey Maguire i aż dziw, że za rolę tę - poza różnymi nominacjami - nie otrzymał żadnej nagrody - widziałam go co prawda tylko w kilku filmach, ale ta rola zdecydowanie bije pozostałe na głowę. Fenomenalnie oddał on osobowość człowieka zniszczonego psychicznie, udręczonego i bezradnego. Emocje te - choć wstrząsające - powalają swoją autentycznością i zasługują na największe brawa.

Trochę słabiej niż zwykle wypadła za to moja ulubienica - Natalie Portman - w jej wypadku rolę w Braciach zaliczyłabym do grona najsłabszych. Jake Gyllenhaal trudnego zadania nie miał, ale do roli zblazowanego przystojniaka pasuje idealnie i spisał się bardzo dobrze. Co do reszty - to już tylko epizody.

Film Bracia przytłacza, momentami nawet przeraża - i mimo iż wrażenie moje jest czysto subiektywne, jestem pewna, że nie jestem w nim odosobniona. Wstrząsający obraz wojny, w której biorą udział i nasi żołnierze, naprawdę nie pozwala przejść koło niego obojętnie...

Podkreślę raz jeszcze - nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam tak dobry film. Zachwycająca gra aktorska, genialna muzyka, interesująca fabuła + mój osobisty stosunek do wojny w Afganistanie sprawiają, że z czystym sumieniem będę Braci polecać. Czujcie się oficjalnie zachęceni!

Moja ocena: 9/10

Zdjęcie pochodzi ze strony filmweb.pl.

10 grudnia 2010

Wszystko, co kocham

Wszystko, co kocham (2009)
reż. J. Borcuch

Choroba wpływa na mnie na tyle demotywująco, że brak mi sił na sięganie po książki. Z tego też powodu czeka mnie nadrabianie zaległości filmowych. Wszystko, co kocham chciałam obejrzeć już dawno, ale nie było ku temu dogodnej okazji, nawet kiedy miewałam jeszcze darmowe kino i dużo wolnego czasu. Liczne pochwały ze strony krytyków, nominacje do wielu nagród, interesująca obsada i ciekawy opis obrazu sprawiły, że film ten kusił mnie coraz bardziej. Zastanawiam się teraz, czy nie było to kuszenie dla mej zguby. Bo zachwytów podzielać nie mam zamiaru.

Lista rozczarowań i zarzutów:
1) Schematyczność i opieranie się na oczywistych oczywistościach: Jaruzelski, czołgi, Solidarność, zakazane związki, fascynacja dojrzałymi kobietami, kartki na papierosy, manifestowanie buntu na koncertach itd. itd. Miało być niesztampowo, a wyszło jak zwykle - zaserwowano nam mix tego wszystkiego, o czym słyszymy z PRL-owych anegdotek.
2) Niemal stuprocentowe zerżnięcie sceny koncertu szkolnego ze Skazanego na bluesa - te same białe rękawy, ta sama scena, ta sama dziumdzia kiwająca głową w tłumie, to samo wnerwienie ciała pedagogicznego - żenująca sprawa.
3) Aktorstwo wychwalanej pod niebiosa Olgi Frycz - dawno nie widziałam tak beznamiętnej i sztywnej postaci. Jedna mina na Bellę ze Zmierzchu, nieustające głupawe spojrzenie, ta sama drętwość i zero jakiegokolwiek wkładu w to, aby postać była wyrazista i interesująca.
4) Przesadny patos w scenach dotyczących choroby i śmierci.
5) Nienaturalność wokalisty zespołu punkrockowego - uładzony, piczkowaty, całkowicie przerysowany.
6) Postmodernistyczna wersja romansu Romea i Julii, w tym wypadku: Baśki (córki solidarnościowca) i Janka (syna oficera marynarki wojennej) - już bardziej sztampowo być nie mogło.
7) Brak puenty, solidnego zakończenia - scena urywa się nagle, kiedy mamy nadzieję, że coś się jeszcze wydarzy.

Oczywiście są i plusy:
1) Znakomita gra aktorska, zarówno ze strony debiutantów (Kościukiewicz, Gierszał), jak i weteranów (Chyra, Herman).
2) Świetne zdjęcia, montaż - całokształt obrazu prezentuje się wybornie.
3) Przepiękna scena z Chyrą, cierpiącym po śmierci matki.
4) Znakomite przedstawienie pięknej przyjacielskiej relacji między czterema młodymi chłopakami.
5) Niezakłamane i bardzo naturalne przedstawienie relacji damsko-męskich na linii Janek-starsza sąsiadka oraz Janek-Baśka.
6) Perfekcyjna muzyka, stanowiąca jeden z najważniejszych elementów filmu.

Koniec końców okazuje się, że więcej poczyniłam zarzutów, niźli odnalazłam plusów, ale i tak uważam, że filmem warto się zainteresować. Dla starszych widzów będzie to sentymentalna wycieczka do czasów młodości, dla młodych zaś - możliwość poznania kawałka historii kraju. Oczywiście, wolałabym aby o stanie wojennym dowiadywali się ze szkoły, ale cóż... Nasz system edukacji przewiduje ciągłe wpajanie nam historii Francji i USA, zamiast skupienia się na tym, co ważne dla naszej ojczyzny.

Moja ocena: 7/10

9 grudnia 2010

Pukając do cukierni Pod Amorem... :)

W miniony weekend postanowiliśmy z narzeczonym wczuć się w rozkoszny klimat rodem z Cukierni Pod Amorem. W tymże celu upiekliśmy razem czekoladowe muffiny z wiśniowym nadzieniem. Zabawa była przednia - czego dowodem może być poniższa ilustracja:

Trzeba jednak przyznać, że do fotograficznej mobilizacji przekonały nas wydarzenia na blogu Cukierni Pod Amorem, do odwiedzania którego gorąco zachęcam. Jeśli zajrzycie tam w tym momencie, znajdziecie świeżutki wpis zatytułowany Wywiad Klaudyny Gąsior. Jak nietrudno się domyślić - moją rozmówczynią była pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Zapraszam do odwiedzania tego linku - poznacie bliżej pisarkę i odkryjecie kilka tajemnic, o których zapewne nie mieliście dotąd pojęcia. Mam nadzieję, że nasza rozmowa stanie się dla Was polem do dyskusji - czekam na wszelkie refleksje, odczucia i wnioski.


Z niemałą chrypką, niechętnie pociągając nosem,
pozdrawiam i życzę - sobie i Wam - zdrowia!

Och, życie

Och, życie (2010)
reż. G. Berlanti

Komedie oglądam rzadko - nie przepadam za gatunkiem, który kojarzy mi się z wymuszonym śmiechem, robieniem z siebie głupków na ekranie (w tej roli: aktorzy) i niewielką wartością jako-taką. W ramach Mikołajek chcieliśmy jednak z narzeczonym obejrzeć coś przyjemnego i mało wymagającego, a wybór padł na Och, życie - film, który niedawno zagościł na ekranach polskich kin.

Zaczęło się od podróży sentymentalnej, gdyż już sama wizyta w kinie wywołuje we mnie ciepłe uczucia. Miejsce mojej pierwszej pracy pełne jest wspomnień z ważnych wydarzeń mej przeszłości - przede wszystkim przypomina mi o tym, kim byłam zanim zaczęłam pracę i kim stałam się po jej zakończeniu. Nawet sobie nie potraficie wyobrazić jak wielce zbawienną okazała się dla mnie możliwość otwarcia na ludzi w tego typu miejscu - rzuciłam się na głęboką wodę, ale udało się wyjść z tego zwycięsko...

Rozsiadłam się w dobrze znanym sobie fotelu, na sali, którą zapamiętam z gonienia gościa, który samotnie oglądał Hannę Montanę, palił papierosa i sikał do puszek z piwem. Nerwowo wyczekując na zapowiedzi filmowe, rozglądałam się z ciekawością po miejscu pełnym wspomnień. Z lekkim poślizgiem wreszcie coś wydarzyło się na ekranie i od razu dał się słyszeć głos Johnny'ego Deppa (który rozpoznam nawet przez sen), a zaraz po nim sala ujrzała wydęte usta Angeliny Jolie, o której ostatnio ciągle słyszę za sprawą pańć z rodzimej TV, marzących o romansie z piękną aktorką. Potem szereg reklam, jeszcze jedna zapowiedź, znów stadko reklam i wreszcie - wyczekiwany film.

Zaczyna się banalnie: Alison i Peter postanawiają zeswatać ze sobą swych najlepszych przyjaciół - Holly i Messera. Ona jest twardo stąpającą po ziemi kucharką, on lekkoduchem w bejsbolówce na głowie. Ona marzy o ustatkowaniu się po wielkim rozczarowaniu miłosnym, on każdej nocy ląduje w łóżku z inną. Po nieudanej randce bohaterowie wyrażają wielką nadzieję, iż już nigdy ich drogi się nie zetkną, jednakże okazuje się, że zostają kolejno: świadkami na ślubie przyjaciół, rodzicami chrzestnymi ich córeczki, a potem... Potem jej prawnymi opiekunami.

Przystosowanie się do nowej sytuacji i dla "wiedźmy" (Messer o Holly), i dla "dupka" (Holly o Messerze) staje się niesamowitym wyzwaniem. Nienawidząca się para musi zamieszkać w domu swych zmarłych przyjaciół i zgrywać rodzinkę dla dobra małej Sophie. Nie wiem na ile taka możliwość jest prawnie możliwa, ale w USA mnie nic nie zdziwi, więc przekazania dziecka w testamencie negować nie mam zamiaru. W każdym razie - historia, która zaczęła się banalnie wciąż banalną pozostaje i wieńczy ją - do bólu przewidywalny - finał. Ale bynajmniej nie jest to wadą - tzn. owszem, wolę produkcje bardziej zaskakujące, niebanalne i pozostawiające wielki znak zapytania w głowie, ale - co oczywiste - nie można takich oczekiwań stawiać byle komedii romantycznej. Nastawiałam się na lekką, zabawną i przyjemną opowieść i swoją rolę Och, życie spełniło, więc czegóż mogę chcieć więcej?

Cóż... Twórcy filmu mogliby się nieco bardziej wysilić - odgrzebywanie starych żartów o dziecięcych kupkach i wymiocinach, nieśmiertelny motyw z bieganiem na lotnisko za ukochaną osobą plus jechanie na starych schematach: ona - stateczna romantyczka, on - cham i lekkoduch - naprawdę mogą okazać się zniechęcające. Na szczęście wszystko wynagradza spora dawka humoru, uśmiech uroczej Katherine Heigl, seksowne spojrzenie Josha Duhamela i caluteńki obraz gorącego Josha Lucasa. Choćby dlatego warto tę historię poznać.

Poza tym - pod płaszczykiem banalnej i lekkiej historyjki, kryje się pewna brutalna prawda - problem poświęcania wszystkiego dla rodzicielstwa. Wspólne wychowanie dziecka wymaga kompromisów, wyrzeczeń i przewartościowania priorytetów. Do tego obnaża wszelkie maski, jakie przywdziewamy na co dzień - okazuje się bowiem, że nasz bohater uśmiechem i cynizmem przesłania swoje lęki i obawy związane z byciem ojcem. To samo bohaterka - odgrywa zdystansowaną sztywniarę, a tak naprawdę kryje się w niej łaknąca ciepła krucha istota, która nagle uświadamia sobie, że macierzyństwo może okazać się sposobem na życie.

Koniec końców - w Och, życie mamy i śmiech, i łzy, i dobrą grę aktorską, i morał, i happy end, który tak baaaaardzo wszyscy kochamy, więc nie trzeba żałować pieniędzy na bilet do kina. Czasem warto sięgnąć po lekką, ultrabanalną historię, bo i ona może nas czymś zachwycić i zaskoczyć, albo chociaż pozwoli miło spędzić czas.

Moja ocena: 7/10

7 grudnia 2010

Z głowy, Janusz Głowacki

Z głowy, Janusz Głowacki
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2008

Chciałam rozpocząć tę recenzję słowami: "bardzo nie lubię biografii", po czym przypomniałam sobie, jak bardzo zachwycił mnie John Lennon: o sobie i jak wiele miejsca na mych półkach zajmują biografie Garrinchy, George'a Besta, Maradony czy Beckhama, co daje jasny dowód temu, że jednak jakieś przekonanie do biografii mam. Wysnuwam wniosek więc inny: nie przepadam za biografiami ludzi, których losami się nie interesuję. I nie to, że mam coś przeciwko twórczości czy osobie Głowackiego, ale po prostu nie należę do grona jego miłośników i to tłumaczy dlatego miejscami wynudziłam się podczas lektury jego autobiografii.

Oczywiście: książkę czyta się nieźle - w warstwie językowej jest to najwyższa półka i kawał naprawdę dobrej twórczości. Ale chaotyczność, dygresyjność i wulgarność tekstu znużyły mnie dogłębnie. Mam świadomość, że taka nieco gawędziarska opowieść rządzi się swoimi prawami, ale niekoniecznie owe prawa muszą mi odpowiadać, czyż nie? W każdym razie książkę podzieliłabym na dwie części - interesującą i zbędną. W tej pierwszej umieściłabym wszelkie wspomnienia o czasach dzieciństwa (w tym zwłaszcza te o matce oraz Powstaniu Warszawskim), anegdotki z okresu PRL-u oraz realia życia na emigracji. Reszta - liczne romanse, zaplątane relacje z innymi ludźmi i wszelkie wynurzenia, w których autor postawił na wieczną ironię - wrzuciłabym do worka z etykietką "zbędne", lub przynajmniej "nie dla mnie", bo przecież kimże ja jestem, żeby dyktować znamienitej osobistości o czym ma pisać w książce, w której rozlicza się z sobą i swym życiem?

Mam wielki szacunek do Janusza Głowackiego - pisarza, felietonisty i scenarzysty. Pozę playboya staram się zrozumieć, ale nie mam przekonania co do autentyczności jego osoby. Autoironia, czarny humor i naśmiewanie się ze wszystkiego i wszystkich troszeczkę mi nie leżą - podobnie jak moja koleżanka Sylwia, z którą podejmowałam dziś dyskusję na temat Z głowy - zauważam chęć koniecznego wybielenia się, wytłumaczenia biernej postawy, ucieczki i odcinania się od tego, co było niby-najważniejsze, a jednak nie na tyle ważne, by o to walczyć. Fakt, Głowacki nie wyszedł na tym najgorzej - jako jeden z nielicznych odniósł sukces w Stanach Zjednoczonych - ale czy jest coś, co go tłumaczy? Inni podejmowali rękawice, a nasz pisarz rzucił biały ręcznik i się poddał - niby popierał tych, którzy się buntują, a jednak sam się od tego odciął... Czy słuszne to było działanie czy nie - nie mnie to oceniać.

Z głowy wypełniają realistyczne obrazy polskich i amerykańskich miast, sylwetki ludzi, znanych z telewizji i literatury oraz wielkie wydarzenia, których świadkiem był świat. Do tego cała gama odniesień literackich i liczne wspomnienia z życia. Nazwałabym to wszystko ciężkostrawnym grochem z kapustą - chaotyczność wspominek autora jest bowiem miejscami nie do zniesienia. Całość ratują jednak inteligencja i język autora, zasługujące na wielkie brawa. Ale czyż nie jest to stwierdzenie oczywistej oczywistości? Janusz Głowacki to przecież marka - nazwisko zacne i cenione. Pokłony składam przez wzgląd na wielki szacunek do literackiej osobistości. Własnych gustów i odczuć się jednak nie wyrzeknę.

Moja ocena: 7/10

Lena173, dziękuję bardzo za piękną pocztówkowo-listową niespodziankę! Nie wiem jak się odwdzięczę :)