27 listopada 2010

Tony Takitani, Haruki Murakami

Tony Takitani, Haruki Murakami
Wyd. Muza

Tony Takitani nigdy nie miał łatwego życia - matka jego zmarła wkrótce po porodzie, ojciec zajmował się głównie karierą i romansowaniem. Do tego wszystkiego nosił imię na cześć Amerykanina, co sprowadzało na niego wyłącznie kłopoty. Sami sobie wyobraźcie, jak niechętnie Japończycy odnosili się w czasach powojennych do cudzoziemców - a za takiego właśnie brano Tony'ego. Chłopak nigdy nie miał przyjaciół, a jego kontakty z ojcem w pewnym momencie ograniczyły się do wzajemnych wizyt raz na kilka lat. Ale lubił i cenił swą samotność, korzystając z życia tak, jak tego zapragnął.

Tony Takitani dobiegał czterdziestki, kiedy pierwszy raz w życiu się zakochał. Tak mocno, że "kiedy budził się rano, od razu chciał na nią spojrzeć. Widząc ją uśpioną obok, oddychał z ulgą. Gdy jej nie było, ogarniał go niepokój i zaczynał jej szukać po całym domu." Po kilku udanych randkach Tony oświadczył się swej wybrance i wkrótce skończył się jego samotny żywot - odtąd dzielił życie z ukochaną.

Wkrótce jednak na jaw wyszły problemy psychiczne pani Takitani i po pewnym czasie stało się to, czego Tony bał się najbardziej - stracił ją z oczu. Jedynym śladem jej dawnej obecności były setki eleganckich ubrań, których widok sprawiał bohaterowi jedynie ból. Sprzedał je. Jakiś czas później z życiem pożegnał się ojciec Tony'ego, po którym zostały tylko sterty starych płyt. Tony sprzedał je. I dopiero wtedy odczuł czym tak naprawdę jest samotność.

Tony Takitani to cholernie smutna opowieść o samotności i cierpieniu. Murakamiemu wystarczy nawet kilkanaście stron tekstu, aby wzruszyć, aby wstrząsnąć, aby poruszyć... W krótkiej formie spisuje się naprawdę znakomicie i potrafi zrobić tyle, ile niektórym pisarzom nie udaje się nawet na setkach stron.

Wkrótce obejrzę również film nakręcony na podstawie tego opowiadania i mam nadzieję, że nie rozczaruję się - nastawiam się bowiem na prawdziwą ucztę. Póki co - polecam poznanie historii Tony'ego, bo wszystko to, o czym wspomniałam, jest jedynie zarysem. Murakamiego trzeba poznawać i zgłębiać samemu, żadna uboga recenzja wrażeń z lektury nie zastąpi.

Moja ocena: 9/10

26 listopada 2010

Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, Sherry Argov

Dlaczego mężczyźni kochają zołzy; Why Men Love BitchesDlaczego mężczyźni kochają zołzy (Why Men Love Bitches), Sherry Argov
Wyd. G+J Gruner+Jahr Polska, Warszawa 2004

Zaczynamy! Kim jest tytułowa zołza? Bynajmniej nie wredną suczą - jak to zwykle mamy w zwyczaju definiować. Zdaniem autorki kwestię zołzowatości traktować należy z przymrużeniem oka. Mianem tym określa ona bowiem kobietę pewną siebie, asertywną, skupioną na własnych pragnieniach, planach i marzeniach. Antonimem zołzy jest "kobieta (zbyt) miła", którą Sherry Argov nazywa bluszczem, prześladowczynią, popychadłem i histeryczką, pełną kompleksów. Dlatego ta książka mi się nie spodobała - bo stawia na przerysowane kontrasty i kobietę, która dba o swego mężczyznę uznaje za wymagającą "naprawienia". Bo chyba sobie pani (albo panna - nie zdziwiłoby mnie to) Argov nie potrafi wyobrazić, że można te dwie skrajności pogodzić - być jednocześnie miłą i kochaną, a przy tym samodzielną i pewną siebie.

Zapowiadało się całkiem przyjemnie - autorka przytacza przezabawne historie, sama racząc czytelnika swym poczuciem humoru, ale niestety - to, co najważniejsze w tej książce, zdecydowanie nie zachwyca. Wiele jej rad wcisnęłabym do tandetnych pisemek dla pań - zasługują one (rady, nie panie) wyłącznie na lekceważące machnięcie ręką i potraktowanie śmiechem. Bo jako wzór kobiety idealnej przedstawiają zadufaną w sobie egoistkę, uważającą się za panią świata. Facet ma być dla niej tylko dodatkiem - zabawką, którą może rzucić w kąt, kiedy tylko będzie miała na to ochotę. Tym bardziej dziwi mnie, że wszelkie wnioski autorka wysnuła na podstawie rozmów z mężczyznami. Nasuwa mi się, że albo Amerykanie są wyjątkowo tępi, albo pytania były tak skonstruowane, że właściwie nie mieli wyjścia i wybierali tzw. mniejsze zło. Specjalistką od męskich umysłów nie jestem, ale nie wierzę, że którykolwiek chciałby sprowadzać swoją rolę w związku do bycia męskim odpowiednikiem tej "zbyt miłej", tak wyszydzanej przez autorkę.

O ile zgadzam się z Sherry, że nie wolno być uległą sierotką, która dopasowuje swoje życie do faceta, osaczając go i całkowicie mu się poddając, o tyle uważam, że nie można też być wyrachowaną pańcią, która za jedyne słuszne zdanie uważa swoje własne. Bo i jedna, i druga nie znajdzie w życiu szczęścia - pierwszej nie będą szanować, drugiej będą się bać. I chyba nawet na dłuższą metę lepiej (w roli partnerki) sprawdzi się matkująca "zbyt miła" ciepła kluseczka, niż zauważająca tylko czubek własnego nosa "superbabka" (tfu!). Kolejny raz potwierdza się mądrość Arystotelesa, który wieki temu wysnuł bardzo rozsądną teorię o znajdowaniu złotego środka. Dlatego też popieram przeczytanie tej książki i wyciągnięcie wniosków z lektury, ale przy jednoczesnym zachowaniu umiaru. Znalezienie złotego środka pomiędzy obiema przedstawionymi skrajnościami będzie rozwiązaniem najrozsądniejszym, a przy tym całkiem przydatnym - czasem warto spojrzeć na siebie i swoje wady okiem innych. Sama mam na oku parę kandydatek, którym lektura Dlaczego mężczyźni kochają zołzy bardzo by się przydała.

Moja ocena: 5/10

25 listopada 2010

Świat nocy 1. Dotyk wampira, Lisa Jane Smith

Świat nocy 1. Dotyk wampira; Night World No.1, Secret VampireŚwiat nocy 1. Dotyk wampira (Night World No.1, Secret Vampire), Lisa Jane Smith
Wyd. Amber, Warszawa 2009

Mając w pamięci miernotę Pamiętników Wampirów, wobec utworów L. J. Smith postawiłam jasne wymagania: mają mnie na chwilę oderwać i być przerywnikiem między literaturą na poziomie. Uważam, że i czytadła są nam czasem potrzebne, toteż - bez zbędnego namysłu - zaopatrzyłam się w całą serię Świat nocy. Teraz już wiem, że był to wybór - co zaskakujące - słuszny.

W pierwszym z opowiadań - Dotyk wampira - autorka sprzedaje nam naiwną historyjkę o młodocianym wampirze, który nie potrafiąc pogodzić się ze zbliżającą się śmiercią swej najlepszej przyjaciółki postanawia przemienić ją w podobną sobie istotę. Rodzi to jednak pewne problemy - bo nie dość, że w "obronie" umierającej Poppy (cóż za wdzięczne imię!) staje jej nadopiekuńczy brat (kochamy troskliwych braciszków!), to jeszcze czyny tego rodzaju uchodzą w świecie nocy za zakazane i karane są śmiercią. Nasz dzielny wampir jednak uświadamia sobie, że kocha biedną Poppy i stawia wszystko na jedną kartę, za wszelką cenę chcąc ją utrzymać przy "życiu"... Co z tego wyniknie? Poczytacie-zobaczycie :)

W czasach, w których wszyscy mamy przesyt wampirów zapewne wielkim zainteresowaniem ta książka cieszyć się nie będzie, ale muszę przyznać, że gdyby porównać ją do osławionych Pamiętników Wampirów, to wypada ona dużo lepiej. Może nie na poziomie literackim (bo ten wciąż osadzony jest raczej bliżej dna, niż szczytu), ale na poziomie konstruowania fabuły, kreowania bohaterów i tworzenia świata przedstawionego - jak najbardziej. Wspomniałam co prawda o naiwności, ale raczej w kontekście samego wątku miłosnego (czyż miłość nie jest trochę naiwna?), bo - poza tym wszystkim - pierwsza historia z cyklu prezentuje się całkiem przyzwoicie. Świat nocy wydaje się przynajmniej ciekawy i solidnie zbudowany, bez zbędnych udziwnień i naciąganych bzdur. Za to plus.

Wysokiej oceny nie ma co wystawiać, bo pisarstwo pani L. J. Smith na to nie zasługuje, ale wierzę w jako-taki potencjał jej utworów, toteż chętnie sięgnę po kolejne opowieści z cyklu Świat nocy. Póki co:

Moja ocena: 5,5/10

Domyślam się, że spadnie teraz lawina komentarzy w stylu: "wampirom już podziękujemy", i "to na pewno nie dla mnie", ale proszę Was o potraktowanie sprawy z przymrużeniem oka i danie szansy małemu przerywnikowi od wielkiej literatury, którą czytujemy na co dzień.

23 listopada 2010

1Q84 (tom 1), Haruki Murakami

1Q84 (tom 1), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Ból i niepokój. Znowu! Kolejny raz Murakami wywołał we mnie ten niezwykły stan, kiedy żołądek zawiązuje się w supeł, umysł pracuje na zwiększonych obrotach, a w sercu kołata nieznośny niepokój. Zaczynam się zastanawiać czy wpływ japońskiego pisarza na mój umysł i ciało nie robi się niebezpieczny - wpadam w otępienie, brakuje mi tchu i zaczynam zastanawiać się kim jestem, gdzie się znajduję i po co istnieję. O ile w ogóle istnieję...

Nie chciałabym streszczać fabuły najnowszej powieści Murakamiego - bowiem jako miłośniczka jego twórczości mam świadomość, że przed lekturą najlepiej jest o danej książce wiedzieć jak najmniej. Przyczyna tego stanu rzeczy jest raczej prosta - dobrze jest dać się zaskoczyć podczas czytania. Niespieszne odkrywanie i smakowanie Murakamiego gwarantuje wrażenia najwyższej klasy.

Ogólny zarys historii jest następujący: dwoje samotnych ludzi mających wspólną przeszłość (i - prawdopodobnie - również przyszłość) powoli zmierza ku sobie. Oczywiście czynią to nieświadomie i nie chodzi tu bynajmniej o żadne miłosne ścierania, zacierania i poszukiwania połówek. Tak się po prostu dzieje, że oboje powoli zatracają się w rzeczywistości i balansują na granicy dwu równoległych światów. Jej walka w tzw. "słusznej sprawie" i jego wymuszone przez innych czyny powodują, że powoli obierają podobny cel. Czy ich drogi ponownie się zejdą? Na to pytanie odpowiedzi musicie poszukać sami...

Zresztą - póki co - to nie zetknięcie się obojga czyni Murakami najważniejszym w powieści 1Q84. Tylko czy tak naprawdę w przypadku tak nieschematycznej literatury można w ogóle określić tematykę utworu, zarysować szkic jej fabuły, scharakteryzować bohaterów i wyłuskać najważniejszy punkt? Wątpliwe. Japoński mistrz prozy nie jest pisarzem, którego można włożyć w jakiekolwiek ramy - czerpie on bowiem ze źródeł i literatury popularnej, i literatury zwanej "wysoką". Historie, które tworzy pełne są aluzji i odniesień, metafizyka miesza się z rzeczywistością, horror z erotykiem, kryminał z romansem. Wokół piętrzą się zło i brutalność, seks i lubieżność, bezwzględność i rozwiązłość. Murakami stworzył niezwykle silne postaci kobiece i szalenie miękkie postaci męskie. W tej powieści dominuje walka o prawa kobiet, kobieca inteligencja i siła. Mężczyźni są tylko pionkami, tylko poddanymi, tylko słabszymi elementami ogniwa...

1Q84 dostarcza ogromnej wiedzy o historii świata oraz - przede wszystkim - historii samej Japonii lat '70 i '80 ubiegłego stulecia. Czytelnik wzbogaca się też o wiedzę w zakresie muzyki, literatury i psychologii. Odwołania tego typu są już domeną Murakamiego, więc nie powinno nikogo dziwić, że w trakcie lektury można usłyszeć znakomitą melodię, poczuć zapach zupy sojowej i odczuć zimno, kiedy na balkonie zawieje wiatr. A potem... Potem zgubić się w labiryncie własnego umysłu, poddać się niepokojowi i walczyć z drżeniem rąk, kołataniem serca i bólem gdzieś w okolicy żołądka. Tak to już jest z twórczością Japończyka - oddziaływanie na czytelnika jest tak silne, że powoli zaczyna on zanurzać się w świecie powieści. Bezpowrotnie.

Językowo powieść - jak zwykle - stoi na najwyższym poziomie. Haruki Murakami jest mistrzem pióra, czego udowadniać już wcale nie musi, a i tak to czyni. Czyta się go znakomicie, z wypiekami na twarzy i przyspieszonym oddechem. Tajemniczy świat 1Q84 wciąga, pochłania i... uzależnia. Po zapoznaniu się z ostatnią stroną powieści czytelnik zostaje potraktowany niezwykle brutalnie - na rozwinięcie pasjonującej akcji musi czekać do pojawienia się kolejnego tomu. A w naszym kraju nie nastąpi to prędko.

Dlatego wcale nie jestem pewna, czy dobrym pomysłem jest sięganie po 1Q84 właśnie teraz - ten stan oczekiwania na ciąg dalszy dobija mnie już teraz, choć trwa dopiero godzinę. Nie chcę nawet myśleć co będzie się działo przez najbliższy rok... :)

Moja ocena: 9/10

PS. Choćbym chciała - w swym krótkim wywodzie nie zawrę tego wszystkiego, co powinnam powiedzieć o tej powieści. Umysł mój wciąż intensywnie przetwarza to, czym uraczył mnie Murakami. Jego dzieł nigdy nie "odczytam" w całej okazałości. Nie przy pierwszej lekturze. Niebawem znowu sięgnę po 1Q84, a wtedy w głowie zrodzi się szereg kolejnych wniosków. Powrócimy jeszcze do tematu. Tak będzie.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.

21 listopada 2010

Wszystkie boże dzieci tańczą | John Lennon in memoriam

Wszystkie boże dzieci tańczą (2007)
reż. R. Logevall

W oczekiwaniu na premierę Norwegian Wood, postanowiłam sięgnąć po inny film nakręcony na podstawie dzieła Haruki Murakamiego - Wszystkie boże dzieci tańczą. Opowiadanie to było jednym z moich ulubionych w zbiorze pod tym samym tytułem, a więc oczekiwałam od ekranizacji naprawdę sporo. I nie zawiodłam się, choć chyba w pozytywnym odbiorze jestem naprawdę jedną z nielicznych osób. Z ciekawości bowiem zapoznałam się z ocenami filmu na polskich i zagranicznych portalach i w większości z nich ocena w skali 1-10 oscylowała w okolicach 4-5, co - w moim odczuciu - jest niezwykle krzywdzące.

Wszystkie boże dzieci tańczą opowiada historię młodego mężczyzny, wychowywanego przez matkę, od maleńkości wpajającą mu, iż zesłał go Bóg. Chłopak nie potrafiący pogodzić się poglądami niezwykle religijnej matki, postanawia dociec prawdy o swym pochodzeniu i któregoś dnia trafia na trop mężczyzny, którego uważa za swego ojca. Podążając w ślad za nim odkryje prawdę o sobie, o swojej duszy i wierze. Zrozumie to, co dotąd było dla niego niejasne...

Twórcy filmu starali się jak najwierniej odzwierciedlić zarówno treść opowiadania, jak i jego niesamowity klimat. Twórczość Murakamiego charakteryzuje się niezwykłą dbałością o szczegóły, urzekającą niespiesznością akcji i bogactwem opisów. Filmowa wersja nie jest co prawda tak doskonała, jak oryginał, ale da się w niej odczuć tę fantastyczną atmosferę, jaka panuje we wszystkich dziełach japońskiego mistrza prozy. Oddają ją zarówno znakomita muzyka, jak i rewelacyjne ujęcia (operator jest dla mnie mistrzem!). Największy zarzut można wystosować chyba jedynie pod adresem scenariusza, który w niektórych miejscach zniekształca rzeczywistość, tak fascynującą w opowiadaniu...

Również odtwórca głównej roli - Jason Lew - nie zachwycił. Swą postać uczynił nieco bezbarwną - na jego twarzy zabrakło emocji, jego oczy nie wyrażały zupełnie nic. Dużo lepsze wrażenie zrobiła na mnie jego filmowa partnerka - Sonja Kinski (oboje na zdjęciu poniżej), która znakomicie wcieliła się w swoją rolę, a do tego naprawdę zachwyca urodą.

Gdybym miała zastanowić się do kogo skierowany jest film Wszystkie boże dzieci tańczą na pewno w pierwszej kolejności wymieniłabym miłośników twórczości Murakamiego. Wydaje mi się, że tylko znając treść opowiadania i ceniąc specyficzny klimat dzieł pisarza można będzie ten obraz i zrozumieć, i polubić. Nie jest to kino, jakie kochają miliony - brak jest tu jakichkolwiek zwrotów akcji czy błyskawicznych, tabloidycznych ujęć. Ten film jest zlepkiem niesamowitych, klimatycznych obrazów, wśród których słowo schodzi na dalszy plan. Liczą się właściwie tylko odczucia wzrokowe, podparte nutą melodyczną... Warto obejrzeć, pomimo paru rażących nieścisłości i pewnych niedogodności.

Moja ocena: 8,5/10

Zdjęcie pochodzi ze strony metropolis.co.jp


Sprawa druga:
wspominałam kiedyś, iż wybieram się na koncert 'John Lennon in memoriam' Collegium Cantorum i Łukasza Zagrobelnego przy wsparciu orkiestry kameralnej Filharmonii Częstochowskiej - wydarzenie to miało miejsce wczoraj. Bardzo żałuję, że nie mam żadnych zdjęć, ale musicie mi uwierzyć na słowo - było znakomicie. A interpretacja Hey Jude w wykonaniu wokalisty, którego kojarzyłam dotąd z jedną tandetną piosenką - powaliło mnie na kolana. Muszę przyjrzeć się bliżej panu Zagrobelnemu, bo naprawdę zasługuje na poświęcenie mu uwagi - wczoraj dał na to niezbyte dowody. Nie mogę też nie wspomnieć o robiącym niesamowite wrażenie chórze Collegium Cantorum Czestochoviensis prowadzonym przez charyzmatycznego Janusza Siadlaka - ich genialna interpretacja i niezwykła twórcza wrażliwość sprawiają, że nie dość, że chciałoby się ich słuchać wciąż i wciąż, to jeszcze oczu oderwać nie można. Przenoszą widownię do innej rzeczywistości i urzekają. Minęła doba, a ja wciąż jestem pod niesamowitym wrażeniem. Chylę czoła!


PS. Frekwencja wyborcza ok. 36% (w moim mieście) napawa mnie wielkim wstydem. Nie rozumiem dlaczego tak niewielu ludzi interesuje się tym, co będzie działo się z ich miastem i regionem. Ujadać i marudzić chciałby każdy, ale głosować nie ma komu.

19 listopada 2010

Uciec przed cieniem, Ewa Kopsik

Uciec przed cieniem, Ewa Kopsik
Wyd. Novae Res, Gdynia 2010

„Znakomity debiut, pani Ewo” – chciałoby się rzec po lekturze powieści Uciec przed cieniem, Ewy Kopsik – absolwentki Uniwersytetu Wrocławskiego, aktualnej mieszkanki Wiednia. Miłośnicy doszukiwania się cech wspólnych autora i wykreowanych przez niego bohaterów, na pewno ucieszą się, gdy zestawią ze sobą biogram autorki i narratorki Uciec przed cieniem – więcej je bowiem łączy, aniżeli dzieli. Przynajmniej w kwestii pochodzenia, wykształcenia, miejsca zamieszkania czy wieku.

Narratorką i główną bohaterką powieści jest młoda kobieta, całkowicie poddana swemu mężczyźnie, panicznie bojąca się samotności i – wiążącej się z nią – wolności. Pochodząca z maleńkiej wsi dziewczyna trafia na studia do wielkiego miasta, gdzie poznaje śpiewaka operowego – Tadeusza. Jako osoba całkowicie nieprzystosowana do życia, pełna kompleksów i uniżająca się – bohaterka w środowisku artystów uznawana jest za przygłupią dziwaczkę. Nie potrafiąca odnaleźć wspólnego języka ani z rodziną, ani znajomymi męża, całkowicie zamyka się w sobie i oddaje jednemu tylko zajęciu – siedzeniu w fotelu i wspominaniu lat dziecięcych. To właśnie dzięki tym urywanym obrazom, ukazującym się w głowie kobiety, odkrywamy prawdę, pozwalającą zrozumieć motywy jej postępowania...

Sfrustrowany biernością małżonki Tadeusz – niejako za jej przyzwoleniem - oddaje się licznym romansom. Po wspólnej przeprowadzce do Wiednia ostatecznie poddaje się i pozostawia żonę samą w zagraconym, odpychającym mieszkaniu. Obcy kraj i brak wiary w siebie powodują zagubienie i stagnację bohaterki. Najpierw zamyka się w czterech ścianach, potem pakuje w kolejny destrukcyjny związek, aby ostatecznie związać się ze swym wyimaginowanym mężczyzną i wrócić w rodzinne strony.

Raz po raz w głowie bohaterki kiełkują wspomnienia tragicznych wydarzeń z dzieciństwa. I choć chciałoby się nią wstrząsnąć i wykrzyczeć w twarz, by przestała uzależniać swe życie od innych, kiedy prawda wypływa na wierzch - wszystkie nerwy znikają. Bohaterka już nie irytuje, a zarzucanie jej żałości i głupoty przestaje mieć sens. Chciałoby się ją przytulić, okazać zrozumienie i dać wsparcie, którego tak bardzo przez całe życie potrzebowała. Zaskakujące zakończenie przynosi jednak oczyszczenie i daje nadzieję, że dalsze losy kobiety odmienią się, że znajdzie w życiu sens, że przestanie uciekać przed Cieniem...

Powieść Ewy Kopsik porusza tematykę ciężką i bolesną, ale czyta się ją lekko. Główna bohaterka, będąca zarazem podmiotem mówiącym, raz po raz raczy czytelnika swym poczuciem humoru. Nieco wisielczym, ale i tak zabawnym. Do tego – choć inni nie mają szans się o tym przekonać – jest osobą naprawdę inteligentną i oczytaną. Jej opowieść pełna jest odniesień filozoficznych i literackich, alegorii i aluzji. Co więcej – gdyby nie to, że i ja odebrałam wykształcenie filologiczne – pewnie większości z tych nawiązań nie byłabym w stanie pojąć.

Choć to losy głównej bohaterki stają się tematem powieści, nie brak w niej również innych problemów – tego, jak wyglądało życie w państwie komunistycznym, jak traktowano Polaków na emigracji i jak lekceważono ludzi z wykształceniem innym, niż techniczne. Obrazy te – jako niezwykle sugestywne – pokazują jak znakomitym obserwatorem jest Ewa Kopsik i jak trafnie potrafi ona przedstawić rzeczywistość, za pomocą słów.

Uciec przed cieniem jest powieścią wartą uwagi i fascynującą. Autorka sięga w głąb duszy czytelnika, wydobywając jego lęki i pragnienia. Wydobywając to, co skrywa i o czym chciałby zapomnieć. Tytułowy cień prześladuje bowiem nie tylko bohaterkę, ale i każdego z nas. Ważne, aby nie popadać w marazm, nie poddawać się i stawić mu czoła. Jak? Szukając oczyszczenia, walcząc ze słabościami, nie oglądając się za siebie i wierząc w swoją wartość.

Zachęcam do lektury debiutanckiej powieści Ewy Kopsik – trochę ku przestrodze, trochę ku nadziei.

Moja ocena: 8/10

16 listopada 2010

Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy,
Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

Twórczość pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk pokochałam już ładnych parę lat temu (o czym niejednokrotnie już wspominałam), ale myślę, że dopiero teraz miłość ta wzniosła się na prawdziwe wyżyny. Oczarowana znakomitymi powieściami dla młodzieży - z nieukrywaną radością sięgnęłam po Cukiernię, nazywaną „pierwszą serią dla dorosłych” w dorobku autorki. Tego, że czeka mnie wyśmienita lektura byłam całkowicie pewna. Nie wiedziałam jednak czego dokładnie powinnam spodziewać się po powieści – w założeniu – tak różnej od tych, jakie czytałam dotąd. Teraz jednego mogę być pewna – kto raz wstąpi do cukierni Pod Amorem, już zawsze będzie chciał do niej wracać...

Historię rodu Zajezierskich poznajemy z dwu perspektyw – współczesnej i oddalonej o sto lat wstecz. Autorka raz przenosi nas do Zajezierzyc w końcowe lata wieku dziewiętnastego, raz do dzisiejszego Gutowa. Na zmianę poznajemy losy dwudziestoparolatki - Igi, pragnącej odkryć tajemnicę przeszłości swej rodziny oraz dzieje jej przodków - borykających się z klątwami, skandalami i decyzjami, ważącymi o przyszłości ich rodu.

Akcja - choć pełna napięcia - biegnie niespiesznie. W historię zagłębiamy się powoli, nieśmiało chłonąc klimat dziewiętnastowiecznych dworków i współczesnego, przeuroczego miasteczka. Wokół roztacza się zapach lasu, świeżo skoszonego siana i apetycznych wypieków. Wykreowany świat pełen jest ciepła i nieodpartego uroku - czytelnikowi pozostaje jedynie zatracić się w tej rzeczywistości... Tak przynajmniej było ze mną - od Cukierni nie chciałam odejść ani po zmroku, ani o świcie. Pozostało więc tylko wypić napój energetyczny, wcisnąć książkę pod pachę i oddawać się lekturze w każdym możliwym miejscu - od przystanku autobusowego, po szkolną ławę.

Powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk wchłania się błyskawicznie - napisana jest bowiem z fantastyczną lekkością, a przy tym z niezwykłą dbałością o nawet najdrobniejsze szczegóły. Oczami wyobraźni widziałam każdy opisany zakątek Gutowa i Zajezierzyc, wszystkie elementy odzienia bohaterów i wszelkie detale wystroju wnętrz. Nie każdy lubi tego rodzaju zabiegi, jednak ja uważam tę staranność za jedną z podstawowych zalet Cukierni - nic nie nadaje dziełu takiej autentyczności, jak wierne i dokładne opisy. Opisy - co ważne - napisane piękną, staranną polszczyzną. Polszczyzną, która zachwyca i cieszy.

Cukiernia pod Amorem jest znakomitą lekturą na każdy czas - na szare, jesienne wieczory, na mroźne, zimowe poranki, na wiosenne pikniki i letnie wylegiwanie w pełnym słońcu. Przekrój kilku pokoleń sprawia, że książkę pokochają i mamy, i babcie, i córki. Ta niezwykła, pełna uroku saga zasługuje na to, by dać się jej porwać. Jeżeli szukacie prezentu dla ważnej osoby - polecam Cukiernię. Jeżeli jest Wam smutno - polecam Cukiernię. Jeżeli chcecie przenieść się w urocze strony - Cukiernia będzie idealna. Znajdźcie wolną chwilę i zabierzcie bliskich w jej progi - powita Was smakowity aromat, otuli niesamowite ciepło i zachwyci barwna historia, od której nie będziecie chcieli odejść...

Moja ocena: 9/10

Dlaczego nie maksimum? Seria składa się z trzech tomów - i kolejnym należy dać szansę :)

Przy okazji,
muszę przyznać, że niezwykłą przyjemnością było dla mnie poznanie pani Małgorzaty osobiście - mogłam się przekonać, że nie tylko jej powieści przyciągają ciepłem i urokiem, również sama autorka jest osobą, do której nie sposób się nie uśmiechnąć :)

15 listopada 2010

Michał Jakiśtam, Ewa Nowak

Michał Jakiśtam, Ewa Nowak
Wyd. Egmont, Warszawa 2006

Michał Jakiśtam jest szóstą częścią niezwykłej serii książek Ewy Nowak - Wszystko, tylko nie mięta. Parę lat temu zakochałam się w jej twórczości i mając za sobą lekturę pięciu poprzednich części cyklu, sięgnęłam wreszcie po kolejną (przed sobą mam ich zresztą jeszcze kilka). Są to co prawda książki młodzieżowe, ale mają w sobie ponadczasowe i uniwersalne przesłanie, które odkryją nie tylko nastolatkowie, ale i dorośli.

Książka opowiada o komplikującym się życiu gimnazjalistki - Edyty, która - w wyniku dramatycznych wydarzeń - trafia do Warszawy, gdzie zamieszkuje z daleką rodziną. Uroczo dziwnych Gwidoszów znamy już z poprzednich tomów cyklu, ale ważne jest to, że nawet nie pamiętając lub nie znając ich - z łatwością zrozumiemy całą książkę, gdyż nawiązania do przeszłości nie są tu znaczące.

Edyta ma problemy z aklimatyzacją w nowym środowisku. Wychowywana przez surowego ojca luźne podejście wujostwa odczytuje, jako brak zainteresowania swą osobą. Nie potrafi odnaleźć się i wśród ekscentrycznych Gwidoszów, i wśród kolegów z nowej szkoły, którzy pod dowództwem jednej z nastolatek prześladują ją. Do tego wszystkiego musi uporać się z dręczącymi wspomnieniami, ciągłym lękiem przed despotycznym ojcem i szeregiem chłopców, którzy chcieliby... skraść jej serce. Edyta oddaje je tylko jednemu - tytułowemu Michałowi - bohaterowi innej książki Ewy Nowak - Krzywe 10. Nie, nie - Michał w jej życiu nie pojawia się naprawdę - jest tylko ukochanym bohaterem książkowym... Ale żeby tę zawiłość zrozumieć - trzeba przeczytać :)

Nieco irytująca, oderwana od rzeczywistości, za wszelką cenę szukająca akceptacji i miłości Edyta powoli zatraca się w "wielkim świecie", jakim staje się dla niej stolica. Nie zauważając pomocnych dłoni, wyciągniętych w jej kierunku powoli nawiązuje więź z tymi, których powinna unikać. Destrukcyjna znajomość pozwoli jej jednak odkryć dobro i prawdziwe oblicze swych oprawców. Czy pozwoli jej to odmienić życie zarówno swoje, jak i kolegów z klasy? Przekonajcie się sami.

Ewa Nowak - jak przystało na pedagoga-terapeutę - nie unika tematów trudnych, istotnych dla młodego czytelnika. Porusza problemy, jakie dręczą młodych ludzi - brak akceptacji, poddawanie się silniejszemu, uleganie presji, szukanie zrozumienia, miłości i pomocy. Nie moralizuje i nie podaje gotowych rozwiązań - po prostu w niezwykły sposób opowiada o życiu przeróżnych ludzi - bardzo podobnych do tych, jacy otaczają nas na co dzień. Jej bohaterów nietrudno polubić i równie nietrudno uwierzyć w ich istnienie. Tym bardziej łatwo pokochać jest te książki, do których wracać się będzie latami...

Moja ocena: 7/10

14 listopada 2010

Biały zamek, Orhan Pamuk

Biały zamek (Beyaz Kale), Orhan Pamuk
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Decyzję o przeczytaniu kolejnej powieści Orhana Pamuka podjęłam spontanicznie - po lekturze Nazywam się Czerwień zapowiadałam co prawda, że jeszcze po tego autora sięgnę, ale nie byłam pewna, czy stanie się to prędko. Któregoś dnia jednak w uczelnianej bibliotece namierzyłam Biały zamek i - bez chwili namysłu - postanowiłam kolejny raz przenieść się do barwnej, tureckiej rzeczywistości. Czy była to decyzja słuszna? Myślę, że nie do końca...

Biały zamek - powieść osadzona w XVII-wiecznym Stambule - opowiada o życiu wszechstronnie wykształconego Wenecjanina, który cudem uniknąwszy śmierci staje się niewolnikiem sułtańskiego doradcy - Hodży. Niezwykłe podobieństwo (zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne) obu bohaterów sprawia, że stają się oni sobie bliscy, dzieląc wszelką wiedzą, wspomnieniami, lękami i marzeniami. W pewnym momencie różnice między mężczyznami zacierają się tak znacznie, że niemal niepostrzeżenie zamieniają się oni położeniami. W tejże chwili zaczyna się niezwykła gra autora z czytelnikiem, rodząca szereg zagadek i niewyjaśnionych pytań. Dochodzi jednak do tego, że nie tylko czytelnik gubi i plącze się w zawiłościach historii - sam autor przyznaje się do tego, iż nie ma pojęcia kto opowiada historię i czy czasem jeden z bohaterów nie wkłada jej w usta drugiego...

Tak naprawdę Biały zamek jest typowym pomieszaniem z poplątaniem - mamy tu i baśń, i wojnę, i astrologię, i fizykę, i filozofię, i to, i tamto... I wszystko! Myślę, że skupienie się na historii niezwykłej więzi dwójki bohaterów uczyniłoby tę powieść naprawdę atrakcyjną. Pamuk jednak mocno przesadził i wrzucając wszystko do jednego kotła stworzył mieszankę nie tyle wybuchową, co mdląca i nużącą. Dobry środek nasenny, który miał szansę być wspaniałym napojem energetycznym...

Oczywiście, to co nie podoba się mnie, być może kogoś innego zafascynuje. Faktem jest, że autor kolejny raz serwuje czytelnikowi prawdziwą lekcję historii, geografii, techniki i astrologii, a do tego wciąż raczy nas swoim specyficznym (specyficznie dobrym, o!) pisarstwem, które da się lubić, ale mnie jednak nie do końca przekonuje. Spodziewałam się jednak dużo więcej, ot co.

Moja ocena: 6/10

13 listopada 2010

Lektor, Bernhard Schlink

Lektor (Der Vorleser), Bernhard Schlink
Wyd. Muza, Warszawa 2009

O Lektorze pierwszy raz usłyszałam - a jakżeby inaczej - za sprawą filmu, który jakieś półtora roku temu pojawił się w polskich kinach. Moje ówczesne miejsce pracy sprawiało, że fragmenty filmu przyszło mi oglądać kilkadziesiąt razy, choć nigdy nie zdecydowałam się na obejrzenie całości. Wszystko to z powodu książki, którą w tamtym czasie zakupiłam i chciałam zgłębić jeszcze przed obejrzeniem. Kolejność właściwa, prawda?


Żałuję, że na lekturę nie skusiłam się od razu, bo książkę tę zgłębia się w kilka godzin, ale - jak to mówią - lepiej późno, niż wcale. Jednym z powodów wiecznego odkładania książki na później była opinia Narzeczonego, który nie podzielał zachwytów krytyków. Za to Hypno do czytania Lektora zachęcała, więc wreszcie się zdecydowałam. I nie żałuję, choć chyba podzielam cząstkowo opinie obu stron.

Z Bernhardem Schlinkiem miałam już styczność za sprawą zbioru opowiadań Coraz dalej od miłości. Tym, co zwracało uwagę i wtedy, i teraz jest wielkie przywiązanie do historii Niemiec i zwracanie uwagi na problemy niemieckiego społeczeństwa. Oba dzieła odbieram dzięki temu jako bardziej autentyczne i prawdziwe. A to z kolei czyni je bardziej wartościowymi...

Narratorem Lektora jest Michael - wiemy czym się zajmuje, jak żyje, co czuje i co rodzi się w jego głowie. Na kartach powieści przedstawia on historię swego życia od chwili, w której - jako piętnastolatek - napotkał na swej drodze dużo starszą Hannę. Dla młodego chłopca kobieta była uosobieniem piękna, ideałem i obiektem niepohamowanej fascynacji. Pierwsza miłość, pierwsze zbliżenia i pierwsze zainteresowanie ze strony kobiety okazały się zgubą dla chłopaka. Zaślepiony oddał się całkowicie, pozwalając na bycie narzędziem w jej rękach. Władcza i stanowcza Hanna dając chłopcu namiastkę bliskości zyskała wiernego "sługę", ulegającego każdemu poleceniu, każdemu skinieniu, każdemu rozkazowi. Nie on pierwszy zresztą wpadł w jej sidła. Ale o tym miał się przekonać dopiero po wielu latach...

Po tajemniczym zniknięciu Hanny Michael wiódł jako-taki żywot. Nazwałabym go "w miarę normalnym", ale byłoby to kłamstwo, bowiem bohater nieustannie wyrzucał sobie błędy młodości ("czy to ja sprawiłem, że odeszła?", "dlaczego jej nie zatrzymałem?"), a do tego niszczył relacje ze wszystkimi kobietami, do jakich się zbliżał. Żadna bowiem nie była Hanną - nie miała jej włosów, głosu i zapachu. Nie była jego ideałem.

Ale pewnego dnia Hanna znów zjawiła się w jego życiu. Tyle że tym razem to ona była jak zwierzę uwięzione w klatce. W klatce, którą sama sobie zbudowała. Ze strachu przed wyśmianiem, ze strachu przed własną ułomnością. Z głupiego strachu! Można by sobie zadawać pytania: dlaczego? Dlaczego kobieta wolała wieść zbrodnicze życie, niż przyznać się przed innymi do tego, że nie jest idealna? Dlaczego wolała wziąć na siebie cudze winy, niż przyznać się? Dlaczego całe życie pozowała na twardą i nieustępliwą, zamiast poddać się i przyznać do słabości? Ostatecznie przecież i tak było kilka osób, które poznało jej sekret...

Lektor jest powieścią niezwykłą, zmuszającą do refleksji i poruszającą. To kawał naprawdę dobrej literatury. I tematyka, i fabuła są naprawdę dobre. Tyle, że wieje nudą. Niestety, ale historia życia Hanny przedstawiona w drugiej części zniechęciła mnie całkowicie. Fakt, to jest serce tej książki, to tu znajduje się większość odpowiedzi na pytania, to tutaj gromadzi się sens Lektora. Ale mnie zniechęca - nie moja tematyka, nie moje gusta, nie moje zainteresowania. Trzecia część jednak wynagradza to, co w drugiej może kogoś nużyć lub niesmaczyć. Wydobywa to, co istotne, rozwiązuje supły, splątane na poprzednich stronach. Wydobywa z piersi czytelnika westchnienie - tak, prawdziwe westchnienie. Trzecia część wynagradza chwile znużenia po ciągnącej się przez wiele stron okrutnej historii. Dlatego właśnie Lektor jest powieścią tak niezwykłą. Przez prozę Schlinka nie przedziera się łatwo, ale warto po nią sięgać. Bo historie przez niego przedstawione nie są tylko - ot - historiami. Kryją w sobie drugie dno, zmuszają do refleksji i zadawania pytań, do rozważań moralnych i etycznych. Do badania historii i ludzkiej psychiki. Zmuszają do myślenia. Są znakomite.

Moja ocena: 7,5/10

Tektonika uczuć, Eric-Emmanuel Schmitt

Tektonika uczuć (La tectonique des sentiments), Eric-Emmanuel Schmitt
Wyd. Znak, Kraków 2008

Mam za sobą już kilka dzieł Schmitta, ale chyba jeszcze żadne nie zaskoczyło mnie tak bardzo, jak Tektonika uczuć - i to zarówno pod względem formy, jak i treści.

Głównych bohaterów jest dwoje - kobieta i mężczyzna, Diane i Richard - szaleńczo w sobie zakochani, nie potrafiący znieść nawet kilkuminutowej rozłąki. Wskutek paru niedomówień, głupich wątpliwości i dziwacznych kłamstw - kochankowie rozstają się. On co prawda wciąż chce się oświadczać, ale ona obiera inną taktykę - w ramiona ukochanego pcha inną - wynajętą specjalnie do tego prostytutkę. Zaczyna się istna burza, pełna napięcia i nieoczekiwanych zwrotów akcji - bohaterowie to zbliżają się do siebie, to oddalają, aby ostatecznie - po wielu zawirowaniach - wyjaśnić sobie wszelkie wątpliwości, jakie targały nimi od samego początku. Tylko czy wtedy nie jest już za późno?

Nie da się ukryć, że manipulacje, sekrety, dramatyczne porywy serca, fochy i intrygi mogą być irytujące. Zachowanie zarówno jej, jak i jego nieraz doprowadzało mnie do szału. Ale tak właśnie wygląda większość związków, jakie dane jest mi obserwować w życiu codziennym - zamiast szczerej rozmowy - duszenie w sobie, zamiast wyrażania czegoś wprost - półsłówka i niedomówienia ze złudną nadzieją w stylu: "a niech się sam(a) domyśli". Do tego ciągłe kłamstwa, wieczna chęć trzymania drugiej osoby w garści i nieustające manipulacje - wszelkie te zachowania znakomicie unaocznia Tektonika uczuć.

Eric-Emmanuel Schmitt jest niezwykle zdolnym obserwatorem - jego bohaterowie nie są wcale przerysowani czy karykaturalni - tacy po prostu są ludzie. Angażują się na ślepo, nie mają do siebie szacunku i nie są zdolni do miłości bezwarunkowej. Do tego sami potrafią zniszczyć fundamenty czegoś, co nieraz budowali latami - raniąc jednocześnie najbliższe sobie osoby i samych siebie. Aż śmiać się chce, kiedy w literaturze - jak na dłoni - pokazane zostają wszelkie niedoskonałości relacji międzyludzkich. Komplikowanie prostych spraw jest bowiem chyba naszą domeną, ot co.


Nie bez przyczyny znajdujemy w dramacie Schmitta porównanie uczuć do ruchów tektonicznych. Uczucia bowiem przemieszczają się podobnie jak płyty, tworzące Ziemię - to oddalają się, to zderzają, wywołując wybuchy i trzęsienia oraz wszelkie niespodziewane reakcje.

Również ludzka psychika skonstruowana jest na tej zasadzie - jeden impuls, jedna mała iskierka, maleńki promień wystarczają, by obudzić uczucia lub wywołać katastrofę, by spowodować kolejne interakcje lub całkowicie odmienić rzeczywistość. Taką moc ma natura, taką moc ma i człowiek. I wcale nie jest to dobre, bo kiedy w grę wchodzą uczucia - to te rozjuszone emocje biorą górę nad rozsądkiem. I choć czasem potrzeba nam porywów i wzlotów - brak opamiętania może spowodować, że pozostaną już tylko słynne "płacz i zgrzytanie zębów". Serce - jak najbardziej, ale niech i głowa ma czasem coś do powiedzenia. O rozczarowania przecież nietrudno...

Lekturę Tektoniki uczuć polecam wszystkim z całego serca. Bohaterowie czasem bywają męczący i drażnią, ale należy dać im szansę - są tylko zwykłymi śmiertelnikami, którzy zapomnieli, że czasem wystarczy szczera rozmowa i odrobina zaufania. Ich przykład powinien niektórym uświadomić, jak niewiele potrzeba, by miłość przerodziła się w "jedyne pewne uczucie" - nienawiść oraz to, jak łatwo można z własnej głupoty stracić coś pięknego i niepowtarzalnego. Schmitt jest pisarzem znakomitym - warto po niego sięgać. Zwłaszcza w przepięknym, polskim wydaniu. Okładki w Znaku zdecydowanie zachwycają - korespondują z treścią, przyciągają, a do tego kryją w sobie zagadki, które warto odkryć. Ale na takie zabawy można sobie pozwolić dopiero po lekturze. Zachęcam!

Moja ocena: 8,5/10

12 listopada 2010

110 ulic, Małgorzata Gutowska-Adamczyk

110 ulic, Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wyd. Akapit Press, Łódź 2002

Minęło już osiem lat, odkąd pierwszy raz zetknęłam się z prozą pani Gutowskiej-Adamczyk. Gdy po raz pierwszy zagłębiłam się w 110 ulic, zakochałam się zarówno w książce, jak i samej autorce bezgranicznie. Zachwyt ten trwa do dziś, ponieważ nawet po tylu latach lektura Stu dziesięciu ulic sprawia mi ogromną przyjemność. Oczywiście, jako nastolatka pewnie byłam zafascynowana nią dużo bardziej, ale i tak uważam, że książka nawet dla starszego czytelnika ma w sobie coś ujmującego i fascynującego.

Głównym bohaterem jest szesnastoletni Michał - klasowy błazen, "zdolny leń", chłopak o powalającym poczuciu humoru, wewnątrz wrażliwy i utalentowany. Z niemałym uśmiechem uświadomiłam sobie, dlaczego zawsze tak bardzo lubiłam tego bohatera - jest bowiem męskim odpowiednikiem... mnie. Te same zainteresowania i gusta, te same zachowania, te same cechy charakteru, a nawet styl ubierania (z którego - na szczęście - niemal całkowicie wyrosłam). Osiem lat temu Michał był dla mnie zapewne ideałem przyjaciela (a pewnie i chłopaka) - tego jestem całkowicie pewna.

Mimo upływu lat wciąż bohatera lubię bardzo - jest zabawny i pełen uroku, taki typ, którego nie da się nie lubić. Poznajemy go w momencie, w którym odkrywa, że coś niepokojącego dzieje się z jego rodziną - po jakimś czasie wychodzi na jaw brutalna prawda - rodzice zostają bezrobotni, powoli bankrutują. Ratunek jest jeden - wyprowadzka do maleńkiej wsi gdzieś na Podlasiu. Z bólem serca chłopak opuszcza ukochane szkolne mury i grono oddanych przyjaciół, by stawić czoła nowym wyzwaniom. Jako że mamy do czynienia z powieścią młodzieżową, problemy chłopaka są raczej tendencyjne - szkoła, miłość, rodzice, akceptacja. Niezwykła dojrzałość i wielki urok Michała sprawiają jednak, że wydarzenia te bawią i przyciągają, a książkę połyka się błyskawicznie. Nawet jeśli licealne lata ma się dawno za sobą.

Jeżeli lubicie prozę pani Małgosi polecam sięgnąć po 110 ulic. To naprawdę pełna ciepła, zabawna powieść, w której coś dla siebie znajdą nie tylko nastolatkowie, ale i dorośli. Po lekturze aż chce się wrócić do szkolnych czasów i na nowo przeżyć młodzieńcze rozterki. Dobrze jest sobie przypomnieć tamte czasy :)

Moja ocena: brak
Oceniać nie będę. Mam do tej książki tak wielki sentyment, że nie mogłabym jej poddać żadnemu ocenianiu, bo wiadomo, że i tak jest ona moim wielkim ulubieńcem.

11 listopada 2010

Błękitna godzina, Alyson Noël

Błękitna godzina, Blue MoonBłękitna godzina (Blue Moon), Alyson Noël
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2010

Główną zasadą, jaką kieruję się w życiu jest nienastawianie się na nic, bo lepiej się pozytywnie zaskoczyć, niż brutalnie rozczarować. Tego typu filozofia znacznie pomaga mi w życiu - sukcesy smakują jeszcze lepiej, a porażki stają się łatwiejsze w zaakceptowaniu. Zasada ta rodzi jednak pewne problemy w przypadku odbioru literatury - bo nie wiem, czy coś podoba mi się, bo rzeczywiście jest znakomite, czy jednak kryje się za tym nisko zawieszona poprzeczka. Pierwsza część cyklu Nieśmiertelni - Ever - podobała mi się średnio i - choć czytałam wiele pochlebnych opinii na temat tomu drugiego - obawiałam się, że czeka mnie kolejna przeprawa przez literaturę niskich lotów, pełną głupawych dialogów, płytkich bohaterów i średnio ciekawej akcji. Myliłam się. Błękitna godzina to naprawdę dobra książka.

Miłość Ever i Damena trwa już od czterech stuleci - on jest Nieśmiertelnym, ona ujawnia mu się w każdym kolejnym wcieleniu. Ilekroć mają skonsumować swój związek, Ever ginie z rąk kobiety obsesyjnie kochającej się w bohaterze. Sprawy mają się nieco inaczej w Błękitnej godzinie - wielkie plany zakochanych zostają zrujnowane, gdy to Damen znika. Dziewczyna próbuje walczyć o niego, o jego życie i ich miłość, ale w pewnym momencie musi dokonać wyboru - czy chce przenieść się w czasie i odzyskać rodzinę, czy wciąż walczyć o ukochanego. Wybór jakiego dokona na zawsze zmieni bieg historii...

Książka może nie powala odkrywczą fabułą czy konstrukcją postaci, ale niewątpliwie warto zwrócić uwagę na odejście od świata wampirów, wilkołaków, czarownic, aniołów i innych cudaków - motyw Nieśmiertelnych nadaje odrobiny świeżości i pozwala uniknąć porównań do innych popularnych lektur. Jedno je jednak łączy - sprowadzenie kobiety do roli zapatrzonej w swego idealnego księcia królewny. Kolejna już bohaterka ignoruje wady wybranka, znosi wszystko w imię miłości i w co trzecim westchnieniu wypowiada znamienne "mój seksowny, przystojny, fantastyczny facet". Nic tylko trzepnąć jedną i drugą w łeb, żeby łaskawie się opamiętały! Nie potrafię zrozumieć czemu amerykańskim pisarkom tak bardzo zależy na tym, żeby ich czytelniczki wzorowały się na takich ślepych idiotkach. Nie można czasem stworzyć bohaterki, która zna swoją wartość i nie poddaje się ukochanemu bez reszty? Nie podnieca się na każdym kroku jego ultraseksownym ciałem? Przecież kobiety nie powinny być tylko dodatkiem do życia mężczyzny, zapatrzonym w niego pustakiem. A te książkowe bohaterki wiecznie zachowują się, jakby pana Boga za nogi złapały, bo byle chłoptaś na nie spojrzał. Załamać ręce można, naprawdę.

Czego by jednak nie mówić, Błękitna godzina jest książką naprawdę interesującą. Niektóre momenty co prawda męczą i nużą, ale przeważają jednak takie, które zaskakują i powodują przyspieszone bicie serca - aż chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej! Zwłaszcza w ostatnich rozdziałach, ostatnich akapitach, ostatnich literach... I po nich. Wielka szkoda, że nie mam pod ręką części kolejnej, bo z chęcią zagłębiłabym się w dalsze losy Ever. Ciekawość wręcz zżera od środka!

Jeżeli szukacie dobrego czytadła na leniwe popołudnie - polecam, nie powinniście żałować.

Moja ocena: 7/10

9 listopada 2010

Dom tysiąca nocy, Maja Wolny

Dom tysiąca nocy, Maja Wolny
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

Rzadko sięgam po polską literaturę, bo jakoś nie mam do niej wielkiego zaufania. Nie wynika to bynajmniej z jakiejś szczególnej niechęci, bo antypolska postawa jest mi obca, ale tak naprawdę niewielu jest rodzimych autorów, których uważam za naprawdę godnych uwagi. Dziś jednak to grono poszerza się, gdyż dołącza do niego Maja Wolny - naprawdę obiecująca, młoda, polska pisarka.

Dom tysiąca nocy przenosi nas do słonecznego świata, pachnącego pomidorami i mozzarellą. Wraz z pięćdziesięcioletnią Malwiną wyruszamy w niezwykłą podróż na południe kontynentu - do bajecznego Sorrento. Kobieta próbująca uporać się z nieznośnymi demonami przeszłości - utratą rodziny i życiem w duszącej rzeczywistości pełnej "dobrych" doradców - odnajduje upragniony spokój w słonecznej Italii, pod dachem ekscentrycznej staruszki, Carli Russo. Carla jest samotniczką, byłą rewolucjonistką i dziennikarką. Pragnąc naprawić błędy młodości całą miłość i uwagę przelewa na Brunona - ukochanego wnuka, którego traktuje jak najbliższego sercu syna. Ten z kolei kreuje własny świat i aspiruje do roli wielkiego pisarza. Za muzę obiera sobie nową "przyjaciółkę" babki - Malwinę.

Na kartach Domu... splatają się losy trójki bohaterów, z których każdy nosi w swym sercu tajemnicę. Z których każdy dźwiga na barkach ciężar przeszłości. Bruno - niedowidzący nastolatek, wychowujący się bez matki - czuje się niewartościowy i niespełniony, w tajemnicy przed całym światem tworzy powieść pełną romantycznych uniesień. Powieść o miłości dojrzałej kobiety i dużo młodszego mężczyzny. Niedoświadczony i pozbawiony matki zbliża się do Malwiny i spija z jej ust każdą historię, każde wspomnienie, każde westchnienie. Fikcja zaczyna mieszać się tu z rzeczywistością. Historia z powieści młodego mężczyzny zaczyna żyć własnym życiem, a między nim i Polką rodzi się niepohamowana namiętność.

Malwina chce sobie coś udowodnić. Że wciąż jest młoda, że nie musi pamiętać o koszmarze przeszłości, że może wyłamać się ze schematu Matki-Polki. W młodym Brunonie widzi swego syna, pragnie otoczyć go miłością i troską, powoli zapomina o granicach, wytyczonych przez poprawność i dobre obyczaje. Powoli staje się kimś więcej niż tylko Maliną z polskiej wsi - jest czyjąś muzą i inspiracją, a jej historia staje się kanwą porywającej powieści. Jej kobiecość zaś wzbudza zainteresowanie młodego, fascynującego chłopca o pięknych oczach. Świat przestaje istnieć.

Bruno i Malwina dają się porwać swej zażyłości, zapominając całkowicie o Carli - staruszce, odpowiedzialnej za chłopca, przypominającego jej o koszmarnych błędach z przeszłości. O porzuconej córce, mężu pozostawionym gdzieś na uboczu, o wyzwolonym życiu wśród przypadkowych mężczyzn. Kobieta żyje tylko dla wnuczka - jest jak matka, która bezgranicznie kocha swego syneczka, któremu nie pozwala uciec, którego chroni przed całym światem, którego pielęgnuje jak wtedy, gdy biegał w pieluchach. Obsesyjna miłość do chłopaka powoduje szaleństwo i doprowadza kobietę do najbardziej nieprawdopodobnych myśli i czynów...

Dom tysiąca nocy charakteryzuje niespieszna narracja - brak tu wartkiej i porywającej akcji - to taka powieść, którą zgłębia się głęboko pod kocem, z kubkiem kakao w ręku. Słońce Italii przyjemnie rozgrzewa, aromat zupy pomidorowej wypełnia powietrze, a w uszach pojawia się szum fal. Dzięki znakomitym opisom rzeczywistości przed oczami staje widok uroczych, włoskich zakątków, pięknych willi i wiecznie zielonych traw. Maja Wolny przenosi czytelnika do tak uroczego świata, że aż chciałoby się od razu wsiąść w samolot i odlecieć hen przed siebie - tam, gdzie zawsze świeci słońce, a czas płynie duuużo wolniej. Tam, gdzie może zakwitnąć miłość. I nienawiść.

Moja ocena: 8/10

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

7 listopada 2010

Kraków 2010

I już po Targach Książki! Za mną wspaniały (acz męczący!) weekend w pięknym Krakowie :) O szczegółach eskapady targowej opowiedziała już Kasia, więc nie będę po niej powtarzać, bo wnioski i odczucia mamy raczej takie same. Dodam tylko wrażenia po poznaniu pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, Marka Krajewskiego i Wojciecha Cejrowskiego - cała trójka jest arcysympatyczna! Można porozmawiać, pożartować i w żadnym wypadku nie da się odczuć, że to osoby znane i cenione - są zwykłymi ludźmi, traktującymi człowieka na równi. Pani Małgosia przyniosła przygotowane przez siebie wypieki, pan Marek ujmował swoim ciepłem i poczuciem humoru ("o, skoro chce pani odpocząć i posiedzieć, to ja będę wolniej podpisywał" (: ), a pan Wojtek musiał zmierzyć się z niezliczonymi tabunami fanów (40 minut staliśmy w kolejce ciągnącej się przez pół hali). Warto było wybrać się w podróż, by poznać tak fantastyczne osoby. Niech zazdroszczą ci, którzy nie byli!

Oto zdjęcia (z Kasią - blogerką - i Marcinem - narzeczonym mym oraz z pisarzami):



Poniżej nowe nabytki. Nie zdecydowałam się na wiele, bo wybór na poszczególnych stoiskach wcale nie był powalający, a i nie wszystkie zniżki kusiły:
Cukiernia pod Amorem - polowałam na nią od dawna, bo bardzo polubiłam prozę Gutowskiej-Adamczyk za sprawą książki 110 ulic, czytanej wiele lat temu. W czerwcu Cukiernię sprezentowałam przyjaciółce, a na własny egzemplarz skusiłam się dopiero teraz.

Kalendarz Kot Simona - bo zakochałam się w tym zwierzaku i od paru tygodni tęsknie spoglądałam na kalendarz, ilekroć zachodziłam do Empiku. Wreszcie - skuszona zniżką - zakupiłam.

Rio Anaconda - znów powodem była zniżka (30zł za wydanie w grubej oprawie to naprawdę przyzwoita cena). Stojąc 40 minut w kolejce z mym egzemplarzem Gringo usłyszałam w telefonie tyle ochów i achów od mamy, że zdobyłam Rio z dedykacją specjalnie dla niej.


Najbardziej ucieszyły mnie gadżety od W.A.B. dołączone do kalendarza - kocie przypinki (już na swym miejscu) i naklejki:
Pozostałe dodatki - broszury, katalogi, zakładki:
Pomimo sporych niedogodności - tłumu ludzi, braku świeżego powietrza, przeciążenia ścięgna achillesa - jestem przeszczęśliwa, że mogłam uczestniczyć w tak znakomitej imprezie. Za rok powtórka!

PS. Kasiu, dziękuję za miłe towarzystwo.
PS2. Marcinie, dziękuję za cierpliwość i dzielne znoszenie książkowego "ciężaru".

3 listopada 2010

Harry Potter i więzień Azkabanu, J. K. Rowling

Harry Potter i więzień Azkabanu, J. K. Rowling
Wyd. Media Rodzina, Poznań 2001

Podobno seria o Harrym Potterze jest największym sukcesem wydawniczym w historii - na jej punkcie oszalał cały świat - od najmłodszych po staruszków. Nie dziwi mnie to zjawisko, bowiem sama pokochałam przygody małego czarodzieja bezgranicznie. A część trzecia - Więzień Azkabanu - jest moją ulubioną, czego najlepiej dowodzi jej sfatygowanie po setkach powrotów do lektury.

Harry Potter i więzień Azkabanu jest książką, którą czytałam najwięcej razy w swoim życiu, co dowodzi temu, jak wielką miłością do niej pałam. Fakt, może nie jestem przy tym obiektywna, może jedzie tu sentymentem na kilometr, ale od razu zapowiadam - ta książka dostanie ode mnie notę 10/10 i nie podlega to żadnej dyskusji.

Wiem, że w moim uwielbieniu do Więźnia nie jestem odosobniona - często spotykam się z opinią, że to najciekawsza i najbardziej pasjonująca część. Oczywiście, zgadzam się z tym zdaniem w stu procentach. A wszystko to za sprawą dwóch niezwykłych postaci, które w tym tomie poznajemy - Remusa Lupina i - przede wszystkim - Syriusza Blacka, który wyrósł na jednego z moich ulubionych bohaterów literackich. Obaj wnoszą wiele do życia Harry'ego i do całej serii. Dzięki nim poznajemy dawne losy rodziny Potterów i całą prawdę o tym, co wydarzyło się, zanim Harry Potter został sierotą. Dzięki nim chłopiec może poczuć, że nie jest sam - ma wsparcie w wielkich czarodziejach, którzy zapewniają mu bliskość i poczucie bezpieczeństwa. Ta część obfituje w tak wzruszające i poruszające momenty, że jeszcze nie raz i nie dwa uronię nad nią łzę - tego wszyscy możemy być pewni.

Bardzo mi było miło kolejny raz wrócić do ukochanej książki, a wszystko to dzięki stosikowemu losowaniu :)

Moja ocena: 10/10

Pamiętniki Wampirów. Szał, Lisa Jane Smith

Pamiętniki wampirów. Szał; Vampire Diaries. The FuryPamiętniki Wampirów. Szał (Vampire Diaries. The Fury), Lisa Jane Smith
Wyd. Amber, Warszawa 2009

Idąc za ciosem (odmóżdżajmy się wciąż!) sięgnęłam po kolejną część Pamiętników, zatytułowaną (bardzo trafnie) Szał. Tym razem Zło zmusi braci Salvatore do współpracy - po pięciuset latach nienawiści dokonają bowiem historycznego odkrycia, że "zgoda buduje, niezgoda rujnuje" i ramię w ramię staną w obronie swej ukochanej i jej marzeń. Czy im się to uda? Chyba pora abyście przekonali się sami, bo chociaż nie jest to lektura powalająca i wnosząca cokolwiek do życia człowieka, to przynajmniej w pewnym momencie staje się naprawdę ciekawa i aż chce się ją poznać do ostatniej strony, a po niej sięgnąć po część kolejną, by dowiedzieć się, jaki finał będzie miała ta - bądź, co bądź - pasjonująca historia.

Na całe szczęście w Szale rzadko do głosu dochodzi naczelny przygłup poprzednich części - Elena. Co prawda jej postać wciąż figuruje na pierwszym planie, ale chociaż zajmuje ją coś innego, niż dobieranie sukienek i gapienie się we własne odbicie. Można wręcz odnieść wrażenie, że przy całej następującej w bohaterce przemianie, jej mózg się nawet rozwinął, co działa oczywiście na jej korzyść.

Wciąż niewiele do powiedzenia ma Stefano, który tylko gdzieś tam przemyka po kątach, ale za to nie brak jest Damona, który wtrąca wszędzie swe trzy grosze, wzbudzając jednocześnie przestrach i zaskoczenie. Czasem nawet wywołując spory uśmiech.

Vampire Diaries. The FuryOdcinając się od obrazu serialowej Bonnie, która bywa mocno irytująca, polubiłam jej książkowy odpowiednik i mogę tylko żałować, że reżyser nie postarał się bardziej przy wyborze odtwórczyni głównej roli. Charakter postaci o wiele bardziej pasuje do żywiołowej rudej dziewczyny o cherubinowej twarzy, niż do topornej czarnowłosej paniusi z wiecznie wydętymi ustami. Brakuje mi też w serialu drugiej książkowej przyjaciółki Eleny - Meredith. To jedna z najbardziej fascynujących postaci książki, a jej życie mogłoby posłużyć do stworzenia naprawdę ciekawych wątków w fabule filmu.

Oczywiście, wciąż nie zmienia się moja opinia nt zależności między książką, a serialem. Uważam, że twórcy tego drugiego poszli w dobrym kierunku, odcinając się od wydarzeń nakreślonych w Pamiętnikach. Przynajmniej taka korzyść wypływa z tego cudacznego tworu pani Lisy Jane Smith.

Moja ocena: 6/10

PS. Chciałam wypomnieć oryginalnej okładce, że jest mierna i tragiczna, ale przypomniałam sobie, że pochodzi sprzed dziewiętnastu lat i się opamiętałam. Czuć klimat wczesnych lat '90.

PS2. Chciałam też nawiązać szerzej do fabuły, ale musiałabym zdradzić zbyt wiele, a nie chcę nikomu odbierać przyjemności z lektury.

Zobacz również:
Seria Świat Nocy

2 listopada 2010

Pamiętniki Wampirów. Walka, Lisa Jane Smith

Pamiętniki wampirów. Walka; Vampire Diaries. The StrugglePamiętniki Wampirów. Walka (Vampire Diaries. The Struggle), Lisa Jane Smith
Wyd. Amber, Warszawa 2008

Odmóżdżania ciąg dalszy - tym razem za sprawą drugiego tomu cyklu Pamiętniki Wampirów, autorstwa L. J. Smith. Kiedy przed rokiem sięgnęłam po tom pierwszy byłam ubawiona mierną jakością prozy pani Smith i sporymi podobieństwami do Zmierzchu (a raczej powinnam była ująć to w kolejności odwrotnej, gdyż to Pamiętniki były wydane jako pierwsze). Zrażona słabizną książki długie tygodnie broniłam się przed serialem nakręconym na jej podstawie. Narzeczony się jednak nie poddawał i do oglądania skutecznie mnie przekonywał. Dziś już z wielką niecierpliwością czekam na każdy kolejny odcinek, wyrażając jednocześnie zdziwienie, że na kanwie tak miernej powieści można było stworzyć coś tak dobrego. Zdziwienie swe podtrzymuję wciąż, choć drugi tom cyklu - Walka - wypada w mych oczach nieco lepiej od pierwszego - Przebudzenia.

Vampire Diaries. The Struggle

Straszliwa walka braci wampirów i dziewczyna związana z jednym z nich na śmierć i życie.
Stefano przepadł bez śladu. Elena postanawia za wszelką cenę odnaleźć ukochanego. Damon twierdzi, że zabił znienawidzonego brata, jednak Elena czuje, że to nieprawda. Tym bardziej że jej przyjaciółka, która ma dar jasnowidzenia, widzi Stefano uwięzionego w jakimś strasznym miejscu...


Najsłabszym punktem książki są niewątpliwie fragmenty z pamiętnika panny Eleny - dziewczyny płytkiej i prostej. Ja rozumiem, że nie ma co wymagać wyszukanego słownictwa i ciekawych wniosków ze strony tego emo-dziewczęcia, ale mogłoby się toto choć trochę wysilić, zamiast sprawiać wrażenie stereotypowej blondynki z sianem w głowie. Tym bardziej zaczyna zastanawiać co w tak przygłupiej dziewusze widzą tacy oczytani światowce, jak Damon i Stefano, a zastanawianie to prowadzi do prostego wniosku - ta książka w ogóle pozbawiona jest logiki i sensu. Z drugiej strony - w całym tym gronie nie widać ani jednej inteligentnej nastolatki (no, może za wyjątkiem Bonnie, ale ona irytuje mnie za to w serialu, więc nie mogę być obiektywna), która warta by była uwagi prawdziwie wartościowego faceta, toteż - z braku laku - trzeba zadowolić się samą urodą, nie bacząc na pustkę w ślicznej główce.

Za mało w tej części jest Stefano - dziewczyna nie wtajemnicza go w swe problemy i odnosi się wrażenie, że ten gdzieś przepadł i nie wyraża nią żadnego zainteresowania, co jest oczywistym absurdem. Sporą aktywnością wykazuje się za to Damon, co cieszy mnie bardzo mocno, gdyż nieustannie zaciskam kciuki za jego romans z Eleną. Wolę ją w objęciach męskiego i nieustępliwego samca, niż na kolanach pipkowatego małowampirzego lolka, jakim jest dla mnie Stefano - postać zdecydowanie zbyt mało charakterna, jak na zabójczego wampira.

Tym, co w Walce spodobało mi się najbardziej było jednak intrygujące zakończenie, które pozwala mieć nadzieję, że kolejny tom serii będzie dużo ciekawszy. Przebudzenie oceniłabym na trójkę, Walce dam nawet piątkę, więc - zauważając pewną progresję - mam nadzieję, że Szałowi - tomowi kolejnemu - wystawię ocenę jeszcze wyższą i wreszcie będę mogła pojąć zachwyty nad serią książek L. J. Smith, bo - póki co - tylko mnie to wszystko mocno bawi.

Moja ocena: 5/10

Zobacz również:
Seria Świat Nocy

1 listopada 2010

Mouth to mouth (Niepokorna)

Niepokorna (2005)
reż. A. Murray

16-letnia Sherry (Ellen Page) mieszka w Londynie wraz z matką. Pewnego dnia postanawia uciec z domu. Trafia do Berlina i napotyka na swej drodze grupę młodych ludzi podróżujących do Portugalii na festiwal techno. Sherry od początku jest zafascynowana grupą i pragnie do niej dołączyć. Członkowie grupy godzą się na to - w czasie drogi Sherry dowiaduje się, że grupa nosi nazwę SPARK, a jej przywódcą jest Harry, który rzekomo pomaga młodym ludziom porzucić nałogi i wrócić do normalnego życia. Członkowie grupy muszą wykonywać polecenia Harry'ego, za nieposłuszeństwo każdemu grozi określona przez grupę kara. Harry tłumaczy swoje zasady chęcią pomocy każdemu z członków tej małej społeczności. Sherry szybko przekonuje się, że grupa funkcjonuje nieco inaczej niż to wygląda z zewnątrz, zasady są brutalne, a wolność jej członków jest bardzo ograniczona... (za filmweb.pl)

Niepokorna to film, który bardzo trudno włożyć w jakieś ramy - to takie połączenie nieco surrealnej obyczajówki z dramatem psychologicznym. Zwróciłam na niego uwagę ze względu na odtwórczynię głównej roli - Ellen Page, która wzbudziła mój zachwyt w filmie Juno. Po tamtej znakomitej roli spodziewałam się kolejnej - i nie zawiodłam się.

Kreacje aktorskie w tym filmie zasługują na najwyższe uznanie - postaci są wyraziste i poruszające. Kiedy przeżywają dramaty, widz przeżywa je razem z nimi - są tak autentyczne i realistyczne. Oprócz znakomitej roli Page (w środku), świetnie spisał się również Maxwell McCabe-Lokos (po prawej):
choć prawda jest taka, że w Niepokornej warto zwrócić uwagę na każdą z licznych postaci - członkowie SPARKA tworzą grupę naprawdę interesujących indywidualności. Każdy z nich czymś przytłacza, każdy z nich czymś porusza, każdy z nich ma do opowiedzenia jakąś historię...

Oprócz znakomitej gry aktorskiej na wyróżnienie zasługuje również zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa, idealnie wpasowująca się w surową scenerię, pozbawioną jakichkolwiek efektów specjalnych. Obraz ten jest niezwykle realistyczny i przytłaczający, a znakomicie dobrana muzyka tylko to podkreśla.
Mimo wszystko, ponad wszelkie zalety wysuwają się wady Niepokornej - oprócz tandetnego tłumaczenia tytułu, które jestem jakoś w stanie znieść, wielkim problemem jest schematyczność (nuda!) i przewidywalność (nuda!). Żadne ze zdarzeń nie jest zaskakujące, wnioski i rozwiązania podawane są na tacy, punkt kulminacyjny nie zwraca wielkiej uwagi, a zakończenie zdaje się być mocno wymuszone. Mimo tego, sądzę że film warto obejrzeć - choćby ze względu na bardzo dobrą grę aktorską i znakomitą muzykę.

Moja ocena: 6,5/10

Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl.