31 października 2010

Ever, Alyson Noël

Ever; EvermoreEver (Evermore), Alyson Noël
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2010

Ostatnimi czasy towarzyszyli mi autorzy raczej cięższego kalibru - Marquez, Pratchett, Eco - toteż postanowiłam sobotnie popołudnie poświęcić na lekturę mniej wymagającą i bardziej odprężającą. Padło na Ever - powieść ostatnio bardzo zachwalaną w blogowym świecie.

Książka swoje zadanie wykonała w stu procentach - na kilka godzin dałam się porwać i odstresować, nie angażując w lekturę szarych komórek. Nie ma co kryć - jest to literatura raczej niższych lotów, ale i tak odbieram ją w miarę pozytywnie, a to już jest spore wyróżnienie.

Historię mamy raczej banalną - ona - dziwadło, wytykane palcami. On - superprzystojny, superszybki, wszechwiedzący. Jej przyjaciółka - typowa słodka idiotka. Jego prześladowczyni - rudowłosa piękność o podłym charakterze. Brzmi znajomo? Niestety. A skojarzeń ze Zmierzchową sagą można dostrzec tu jeszcze sporo... Nie zmienia to jednak faktu, że Ever wnosi jakąś świeżość (bohaterka czyta w myślach, łał!) i choć całość jest raczej miałka i tendencyjna, to uważam, że zapoznanie się z nią nie jest stratą czasu. Czasem i takich lektur nam trzeba...

EvermoreNajwiększym grzechem tej książki są nijacy bohaterowie - mało wyraziści, irytujący, nie mający nic ciekawego do powiedzenie. Sama fabuła nie jest zła, zamysł uznaję nawet za interesujący, ale w połączeniu z mocno średnimi dialogami, otrzymujemy całość raczej lichą. Mimo tego, żywię jakąś sympatię do Ever - nie wiem, być może potrzebowałam na chwilę przenieść się do innego świata, być świadkiem szczenięcego, gorącego romansu. Cokolwiek to było, będę trochę sentymentalna i na bardzo niską ocenę się nie pokuszę. Ba! Nawet z chęcią sięgnę po części kolejne, mając nadzieję, że to wybranek głównej bohaterki zostanie w nich wyeksponowany. To nic, że to takie połączenie Edwarda Cullena i Stefano Salvatore - przynajmniej ma w sobie coś więcej niż jego głupiutka, zakompleksiona, pozamykana w sobie towarzyszka. O! Ona też mogłaby się trochę zmienić w kolejnych tomach, bo to zgrywanie Maryi dziewicy (po uprzednim zrzuceniu bluzki), wieczne odwracanie głowy i ciągła nieufność i zniechęcenie doprowadzały mnie już do szału...

Moja ocena: 6,5/10

PS. Wielki plus za piękną okładkę! To nic, że nie do końca koresponduje z treścią - i tak urzeka kolorami.

30 października 2010

Historia piękna, red. Umberto Eco, Girolamo de Michele

Historia piękna (Storia della bellezza), red. Umberto Eco, Girolamo de Michele
Wyd. Rebis, Poznań 2005

Nie jest mi łatwo pisać o tej książce, gdyż mam wielki problem z zakwalifikowaniem jej do jakiejkolwiek kategorii. Stanowi ona bowiem połączenie chrestomatii z albumem i encyklopedią. Mamy tu setki fotografii, reprodukcji, rzeźb i rycin; fragmenty rozpraw naukowych, powieści i poematów; teksty z zakresu historii kultury i sztuki. Historia piękna jest po prostu znakomicie wydanym kompendium wiedzy na temat postrzegania piękna na przestrzeni tysiącleci. Myślę, że nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że po tę pozycję każdy powinien sięgnąć obowiązkowo, nawet jeśli cena bywa nieco zniechęcająca - taką perełkę naprawdę warto zainwestować.

Eco i de Michele zabierają czytelnika w fascynującą podróż sięgającą wieków najdawniejszych, a finiszującą w latach nam współczesnych. Piękno dostrzegają oni jednak nie tylko w ludzkim ciele, ale i w naturze, gwiazdach, świetle, matematyce i Bogu. Ich dzieło uwrażliwia na sztukę, wzbogaca wiedzę i pozwala nabrać dystansu do współcześnie kreowanego kanonu piękna.

Wydawca zapewnia, że czytelnik Historii... "przeżyje pasjonującą przygodę estetyczną i intelektualną" z czym absolutnie się zgadzam. Do tego wielką przyjemnością jest sięganie po tak pięknie wydane książki - na dobrym jakościowo papierze, w solidnej oprawie, z cieszącą oko zawartością. Nie trzeba Historii piękna "pochłaniać za jednym zamachem" (sama zgłębiałam ją kilka miesięcy) - można cieszyć się każdym jej fragmentem i powoli zagłębiać w historię nakreślaną przez tysiąclecia. Warto dać się wciągnąć w tę pasjonującą wędrówkę, bowiem nic tak nie wzbogaca duszy, jak obcowanie z prawdziwą sztuką, z prawdziwym pięknem.

Moja ocena: brak
książka naturalnie zasługuje na najwyższą notę, ale czy tego typu pozycje powinny w ogóle podlegać wartościowaniu?

29 października 2010

Ciekawe czasy, Terry Pratchett

Ciekawe czasy (Interesting Times), Terry Pratchett
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa

Próbowałam, naprawdę. Starałam się i wysilałam. Ale nie dało rady - fantastyki nie lubię i chyba już nie polubię. Spotkałam się z teorią, że kiedy po stu stronach książka nas nie przekonuje, powinniśmy ją odłożyć. Więc poddałam się i odłożyłam, chociaż początek, kiedy bogowie przystępują do gry, w której pionkami są ludzie - wydał mi się bardzo ciekawy. Poza tym, muszę przyznać, że książka jest zabawna (urzekł mnie zwłaszcza bibliotekarz i komputer napędzany przez mrówki, udzielający ciekawych odpowiedzi na najdziwniejsze pytania), dialogi są sprawnie poprowadzone, a i całość czyta się lekko i przyjemnie, ale... No właśnie, istnieje jakieś "ale", które od książek tego typu mnie odpycha - nie żebym nie lubiła magii i czarów, ale jak już pojawiają się jacyś podejrzani, wymyślni bohaterowie, których mój umysł nie jest w stanie pojąć - poddaję się i zniechęcam. Nie jest to bynajmniej wina pisarza (który zachwyca swoim warsztatem), tylko czytelnika ze zbyt małą wyobraźnią. Ja chyba stworzona jestem do czytania czegoś zupełnie innego, niestety (:

O! Ale jest jeszcze jeden plus wart odnotowania - bajecznie pięknie wydanie! Dawniej okładki książek Pratchetta mnie odrzucały, ale teraz, kiedy mogłam przyjrzeć im się z bliska - jestem oczarowana. Mam nadzieję, że bratanek będzie lubił fantastykę - chciałabym go obdarowywać tak kolorowymi książkami.

Za Ciekawe czasy dziękuję Izabeli mej, która próbuje przekonać mnie do fantastyki. Cóż bejb, może innym razem :)

28 października 2010

Sto lat samotności, Gabriel García Márquez

Sto lat samotności (Cien años de soledad), Gabriel García Márquez
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Kolejny raz zacznę od zachwytów nad nowymi wydaniami Márqueza w Muzie (chociaż stare, salsowe, też mam w posiadaniu i również jestem nim oczarowana) - cała kolekcja musi prezentować się znakomicie na półce. Ja - póki co - mam w posiadaniu dopiero jeden jej element, ale mam nadzieję, że z czasem zdobędę je wszystkie - bo nie dość, że książki wyglądają pięknie, to jeszcze wychodzą spod pióra znakomitego pisarza i znakomitego kreatora świata, o czym miałam okazję właśnie się przekonać.

Na kartach Stu lat samotności przenosimy się do fikcyjnego miasteczka Macondo, gdzie poznajemy dzieje pewnej niezwykłej rodziny. Życie jej członków obserwujemy od najstarszych pokoleń, na przestrzeni niemal stu lat. Stu lat wypełnionych intrygami, uniesieniami, magią i samotnością. Mamy tu niemal wszystko - wynalazki, miłość, politykę, seks, skandal, tajemnicę. Mamy tu dwa światy, które ścierają się ze sobą i tworzą niesamowitą całość. Mamy tu niezwykły obraz miasta i kształtowania się społeczeństwa. Mamy tu naprawdę "wszystko", chciałoby się powiedzieć.

Dzieło Márqueza zalicza się do największych osiągnięć światowej literatury, klasyfikując je we wszelkich możliwych rankingach traktujących o tym, jakie pozycje powinno się obowiązkowo przeczytać przed śmiercią. Literacko powieść faktycznie stoi na najwyższym poziomie, ale co do treści... Co do treści, pojawiają się pewne wątpliwości.

Nie zgadzam się z opiniami, że ten tekst traktuje o niczym. Sprzeciwiam się również głosom, że to jedynie zapis poplątanych dziejów rodu Buendiów. Nie mogę jednak pominąć tego, że ciągłe przywoływanie bohaterów z przeszłości, latające dywany i inne cuda - średnio do mnie przemawiają. Jakbym chciała czytać o tego typu "tworach", sięgnęłabym po którąś z unikanych przeze mnie powieści fantasy. Ale ja przecież sięgnęłam po klasyka...

Trochę się tu jednak przekomarzam i zgrywam - bo przecież doskonale wiem czym jest realizm magiczny i wiedza ta jasno tłumaczy pewne elementy powieści. Prawda jest też taka, że właśnie te baśniowe fragmenty czynią Sto lat samotności powieścią absolutnie wyjątkową. Márquez przenosi nas do tak niezwykle plastycznego świata, do tak fantastycznych bohaterów, że aż z czasem przestałam na siłę rozgraniczać czy to duch, czy człowiek, czy to fikcja, czy rzeczywistość. Uruchomiłam wyobraźnię i całkowicie dałam się porwać Márquezowi. Było warto, zapewniam.

Nie chciałabym tu streszczać fabuły, charakteryzować każdego z licznych bohaterów czy prowadzić analizy wydarzeń. Sto lat samotności jest bowiem jedną z tych powieści, do których powinno się podchodzić z całkowitą niewiedzą, by móc odebrać ją w pełni "po swojemu". Poza tym, tak naprawdę bardzo ciężko jest ubrać w słowa wszystko to, co o dziele Márqueza chciałoby się powiedzieć. Jedno jest pewne - po taką książkę trzeba sięgnąć obowiązkowo!

Moja ocena: 9/10

Swoją drogą... Ostatnio mam szalony głód czytania - w dzień, w nocy, gotując zupę, w kąpieli, w tramwaju i przed telewizorem. Bardzo ten głód przyjemny, tylko obawiam się, że jak teraz pochłaniam książki jedna za drugą, tak niebawem nadejdzie jakieś 'zmęczenie materiału', jakaś niechęć i będzie kiepsko. Ktoś powinien mnie powstrzymać :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Muza.

27 października 2010

Koniec wszystkiego, Megan Abbott

Koniec wszystkiego; The End of EverythingKoniec wszystkiego (The End of Everything), Megan Abbott
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

Znika trzynastolatka. Policja, chcąc ustalić okoliczności zaginięcia, przesłuchuje jej najlepszą przyjaciółkę - Lizzie. Dziewczynki rozstały się na boisku szkolnym, Evie miała wracać do domu pieszo, ale nigdy do niego nie dotarła. Z każdym dniem Lizzie przypomina sobie więcej szczegółów, które mogą się okazać kluczowe dla śledztwa. Podobno co noc pod oknem Evie czekał obcy mężczyzna, przyjaciółki miały też wrażenie, że śledzi je samochód... Czy te informacje mogą mieć coś wspólnego z zaginięciem nastolatki i czy dzięki wskazówkom Lizzie uda się ją odnaleźć?

Muszę przyznać, że kiedy zorientowałam się, iż narratorem nowej powieści Megan Abbott jest trzynastoletnia Amerykanka, nieco się przeraziłam. Mimo poważnej tematyki, spodziewałam się raczej lekkiej narracji, poprowadzonej z perspektywy głupiutkiego dziewczątka. Jakże się pomyliłam! Dawno nie czytałam tekstu tak dojrzałego, emocjonalnego i poruszającego. Dawno nie czytałam nic tak dobrego!

Mamy więc tajemnicze zaginięcie trzynastoletniej Evie - choć tak naprawdę to nie ono wychyla się w powieści na pierwszy plan. Ważniejsze jest to, co dzieje się w otoczeniu dziewczynki po jej zniknięciu - jak reaguje rodzina, jak przeżywają koleżanki, jak działa policja. I jak to wszystko odczuwa Lizzie - jej najbliższa przyjaciółka.

Psychikę Lizzie poznajemy na wskroś - obserwujemy, jak powoli układa elementy układanki, jak walczy z przerażającymi snami i jak powoli uświadamia sobie, że przyjaciółka, z którą dzieliła się każdym sekretem, radością i smutkiem, z którą spędzała niemal każdą chwilę swojego życia tak naprawdę okazuje się osobą obcą, o zupełnie innej twarzy. Dziewczyna wychowywana jedynie przez matkę powoli zbliża się do ojca Evie - zaginięcie przyjaciółki staje się tylko pretekstem do tego, by każdą wolną chwilę spędzać w jego towarzystwie, w domu, który nastolatka idealizuje i o życiu w którym marzy. Tam tęskniący do zaginionej córki mężczyzna daje się wciągnąć w niebezpieczną grę, pełną kłamstw i przyspieszonych oddechów...

Gdzieś na marginesie wszystkiego poznajmy siostrę zaginionej - sfrustrowaną i gorzkniejącą oraz syna porywacza - żyjącego na uboczu, zagubionego i skrytego. Z ich gardeł chciałoby się wydrzeć to, co skrywają gdzieś głęboko w sobie, ale czy to wszystko ma w ogóle sens? Czy domysły, jakie snuje małoletnia Lizzie mają jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości? Co stanie się, kiedy dziewczyna zbłądzi i przestanie rozróżniać prawdę od kłamstwa? Co, jeśli zabrnie za daleko? Czy nadejdzie jeszcze szansa odwrotu?

Megan Abbott stworzyła pasjonującą historię o końcu niewinności, o momencie, w którym każda zabawa może stać się niebezpieczną, erotyczną grą, o zacieraniu się granic między tym, co przyzwoite, a co nie. Autorka znakomicie nakreśliła obraz typowej amerykańskiej szkoły, pełnej plotek i sekretów, potajemnych pocałunków i ostrej rywalizacji. Obraz niezwykle sugestywny i prawdziwy. Obraz brutalny i pasjonujący. Obraz, który musicie koniecznie zobaczyć na własne oczy...
Zachęcam!

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka :)

Kolacja z zabójcą, Aleksandra Marinina

Kolacja z zabójcą (Stieczenije obstojatielstw), Aleksandra Marinina
Wyd. W.A.B., Warszawa 2007

Większość z Was już pewnie wie, że ilekroć widzę na jakimś blogu recenzję kryminału, od razu kręcę nosem, że to nie jest mój gatunek. Tymczasem przed paroma dniami dopadło mnie nagłe olśnienie - przecież jeszcze dziesięć lat temu to właśnie kryminał był moim ulubionym gatunkiem! Zabawne - nie dość, że całkowicie wyparłam to z pamięci, to jeszcze nabrałam jakichś chorych, niezrozumiałych i bezpodstawnych uprzedzeń do tak ciekawych książek, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że jak już oglądam w telewizji coś oprócz sportu, to są to właśnie seriale kryminalne.

Na szczęście moja podświadomość swoje wie i kiedy ostatnio odwiedzałam osiedlową bibliotekę zupełnie spontanicznie sięgnęłam po książkę, która znajdowała się zaraz przy wejściu. Nie czytałam tytułu, nie zapoznałam się z autorem - pod wpływem impulsu wzięłam po prostu pierwszą z brzegu książkę i teraz pozostaje mi tylko się z tego zaśmiewać. I dziękować - a jakże.

Aleksandra Marinina - była milicjantka - ma w swym dorobku kilkunastotomowy cykl powieści o piekielnie inteligentnej major Anastazji Kamieńskiej, który otwiera właśnie Kolacja z zabójcą.

W skrócie sprawa wygląda następująco: zostaje zabita kryminolog z MSW - kobieta o bogatym życiu seksualnym, niezwykle uzdolniona i dociekliwa. Zabójca, który upozorować miał "nieszczęśliwy wypadek", popełnia szereg błędów, nakazujących milicji bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Od tego momentu czeka nas kroczenie labiryntem zagadek i powiązań, równań matematycznych i politycznych skandali. Wszystko to okraszone odpowiednią dawką napięcia i niedomówień - tak, aby czytelnik nie miał ani czasu, ani chęci odrywać się od lektury. Znakomicie poprowadzona akcja wciąga i nie pozwala się od siebie uwolnić...

Od razu polubiłam główną bohaterkę powieści - jej rytuały, tok rozumowania, podejście do życia i świata. Fakt, trochę irytuje swoim zakompleksieniem i zamknięciem w sobie, ale przynajmniej udowadnia, że kobietą piękną może być, jak tylko się do tego przyłoży. Ale nie robi tego bez przyczyny - i to mi się podoba! Zwłaszcza, że ten, kto jej piękno dostrzega i tak nie potrzebuje do tego tony makijażu i ekstraciuchów. Mam jednak nadzieję, że w kolejnych tomach cyklu Nastia trochę samą siebie polubi - zdecydowanie jest to bardziej zdrowe podejście, niż wieczne biadolenie i doszukiwanie się w sobie wyimaginowanych wad i skaz.

Jedna rzecz mnie w książce doprowadzała do szału - imiona bohaterów. Nie dość, że każdy ma po dwa + nazwisko, to jeszcze każde z nich odmienia i zdrabnia się na sto sposobów. Do tego dodać jeszcze pseudonimy i już mamy jedną Anastazję Kamieńską w dwudziestu różnych wersjach. Wierzcie mi - przy tylu bohaterach można się w tym pogubić. Oczywiście jest to drobnostka, która na niczym nie waży - zwłaszcza na bardzo dobrym wrażeniu, jakie pozostawia po sobie Kolacja z zabójcą.

Jestem przekonana, że jeszcze nie raz sięgnę po książki tej znakomitej pisarki, a i od kryminałów nie będę już stronić.

Moja ocena: 8,5/10

25 października 2010

Remember me, Juno

Ponieważ dopadł mnie jesienno-depresyjny nastrój, postanowiłam spędzić dzień tak, aby nabrać sił i przywołać dobry humor. Nasmażyłam więc pancakesów, otworzyłam puszkę coli, rozłożyłam się na łóżku w towarzystwie kotki mej i oddałam się powtórnemu oglądaniu jednego z mych najulubieńszych filmów - Juno.

Juno (2007)
reż. J. Reitman

Junona - żona Jowisza, postać znana z mitologii - "wyjątkowo piękna i wyjątkowo wredna" (przynajmniej według przypuszczeń tytułowej bohaterki filmu), opiekunka życia seksualnego i macierzyństwa. Juno - nazwana na cześć mitycznej bogini - pyskata, wygadana i zabawna, miłośniczka punka i klasyków horroru, która mając niewiele ponad szesnaście lat zachodzi w ciążę. Poznajemy ją w momencie, w którym któryś raz z kolei podejmuje próbę z testem ciążowym. Kolejną pozytywną ("wyszło szydło z worka - różowy plus, dzieło szatana"). Przed Juno wielkie dylematy - jak powiedzieć o tym rodzicom, co zrobić z dzieckiem, jak stawić czoła komentatorom ze szkolnego korytarza?

Jak widać - dotykamy poważnej tematyki. Na szczęście twórcy filmu nie uraczyli nas kolejnym moralizatorskim wyciskaczem łez czy produkcją "ku pokrzepieniu serc". Juno to historia opowiedziana z dystansem i humorem, inteligentna, a jednocześnie szczera i szalenie prawdziwa. Główna bohaterka miewa humory i typowo ciążowe problemy, może liczyć na pomoc rodziny, w szkole staje się obiektem kpin - nic nadzwyczajnego, bez zbędnego patosu, dramatyzowania i fałszywego moralizowania. Odnajduje małżeństwo, któremu planuje oddać dziecko do adopcji i planuje swe życie na nowo - u boku chłopaka, który "kocha ją taką, jaką jest".
Postawa głównej bohaterki może prowokować do różnych dyskusji - nie każdy musi popierać oddawanie dziecka (sama Juno została porzucona w wieku pięciu lat), ale - w mojej ocenie - wszystko jest lepsze od pozostawiania niemowlęcia na pastwę losu w przydrożnym śmietniku czy beczce za stodołą. Jedna osoba potomstwa mieć nie może, druga nie chce - czyż nie mogą one sobie pomóc? W głębsze wywody moralne nie mam zamiaru się wdawać, chciałabym tylko, aby przed wystawieniem komukolwiek etykietki i oceny, ludzie choć na chwilę potrafili wczuć się w sytuację innych...
Tym, co w Juno należy wyróżnić jest na pewno świetna muzyka (nagroda Grammy), znakomity scenariusz (Oscar) i rewelacyjnie wykreowane postaci. Ellen Page w roli zbuntowanej i wygadanej ciężarnej nastolatki spisała się znakomicie i nie dziwi, iż dostrzegła ją nawet Amerykańska Akademia Filmowa. Jednak nie tylko ta brawurowa rola zasługuje na oklaski - obok Juno mamy bowiem szereg interesujących postaci - ojciec - człowiek prosty i poczciwy, a jednocześnie szalenie inteligentny i kochający, macocha - surowa i zasadnicza, a przy tym zadziorna i zabawna, Leah - śliczna przyjaciółka, typowo amerykańska bohaterka, stanowiąca znakomity kontrast dla nieco mrocznej Juno oraz Bleeker - pełen uroku, zagubiony chłopak. Oprócz nich równie interesujące małżeństwo, poszukujące kobiety, gotowej oddać im swe dziecko - Vanessa i Mark. On jest niespełnionym muzykiem, ona niespełnioną kobietą. On wciąż marzy o byciu gwiazdą rocka, ona pragnie idealnej rodziny. Gdy w ich życie wkracza pełna energii i humoru Juno, odkrywają co tak naprawdę ich (nie)łączy. Tak właściwie to ich dylematy i ich problemy stają się najważniejszymi w tej produkcji - ciąża głównej bohaterki zwraca w tym momencie tak naprawdę mniejszą uwagę...

Warto obejrzeć ten film choćby dlatego, jak znakomicie jest on zrealizowany - niby dotyka tematów poważnych i mocno dyskusyjnych, ale jest przy tym cholernie optymistyczny, zadziwiająco kolorowy i poruszający.

Moja ocena: 9/10


W miniony weekend miałam również okazję ponownie obejrzeć film Remember me, z Robertem Pattinsonem w roli głównej. Co prawda pierwszy kontakt z tym obrazem zrobił na mnie dużo większe wrażenie, ale czasem bywa tak, że jak już wiemy, co wydarzy się w następnej minucie, trudno nam wykrzesać w sobie zachwyt (choć akurat to zależy od filmu i tego, jak dobrze go pamiętamy).

Remember me/Twój na zawsze (2010)
reż. A. Coulter

Tym, co już na wstępie najbardziej kuje mnie w oczy jest absolutnie źle dopasowany tytuł. Zarówno wersja oryginalna, jak i - tym bardziej - polska kompletnie mi nie pasują. Można je co prawda - nieco naciąganie - potraktować symbolicznie, ale ja bym się aż tak daleko nie posuwała. Myślę, że można było trafniej ten obraz zatytułować...

Historia przedstawiona w Remember me nie jest jakoś wybitnie innowacyjna czy świeża, a do tego postaci - choć szalenie barwne i interesujące - nie kryją w sobie żadnych tajemnic, a zrozumienie ich postępowania nie stanowi wybitnej zagadki. Niemniej, czasem pole do interpretacji pozostaje zachowane, co akurat przemawia na plus dla produkcji.

Remember me to przede wszystkim film o życiu, a nie o miłości, jak to się niektórym wydaje. Związek dwójki głównych bohaterów stanowi co prawda tło historii, ale ich relacje przedstawione są w sposób nienachalny i dyskretny - żadne miziania, cmokania i przytulanki nie są wystawione na plan pierwszy, co stanowi znakomitą odmianę po stercie filmów, z których lukier wylewa się strumieniami.

Remember me to opowieść o przemijaniu, o chwytaniu chwili i czerpaniu z życia. To również opowieść o cierpieniu - matka małoletniej Ally zostaje zabita na jej oczach, Tyler odnajduje zwłoki brata po jego samobójczej śmierci, mała Carolinie jest niszczona przez koleżanki i ojca, nie potrafi znaleźć zrozumienia, nie ma okazji do chwili radości - obok każdego z sukcesów staje ból i rozczarowanie.

Na pewno jest to też opowieść o miłości i różnych jej obliczach. Nadopiekuńczy ojciec, który nie radzi sobie ze stratą żony. Nieszczęśliwy chłopak, który nie potrafi kochać po śmierci brata. Mężczyzna, który po stracie syna ucieka w pracę, by uniknąć kolejnych nieszczęść. Wszyscy oni czegoś się obawiają, przed czymś uciekają, zamykają w sobie. Wszyscy oni cierpią i nie potrafią sobie pomóc.

Obok nich postawiony zostaje lekkoduch Aiden - stanowiący kontrast dla swego przyjaciela z depresją. Chłopak korzysta z życia, nie martwi się niczym, nie zastanawia nad przyszłością, jednak w pewnym momencie i on sprowadzony zostaje na ziemię, i on musi podźwignąć na swych barkach to, co przyszykował mu los. Szczęście przecież nigdy nie trwa wiecznie...

Tym, co w Remember me urzekło mnie najbardziej jest surowość scenografii, znakomicie dobrana muzyka i ciekawie przedstawione relacje rodzinne. Faktem jest, że nie są one wybitnie zadziwiające, a wręcz trącą nieco schematycznością, ale dobrze, że to na nich skupiony jest film, który - w oczach wielu - niesłusznie traktowany jest jako obraz miłosny...

Moja ocena: 8/10

Zdjęcia pochodzą ze stron: filmweb.pl i socialitelife.com.

22 października 2010

Moje życie z Mozartem, Eric-Emmanuel Schmitt

Moje życie z Mozartem (Ma vie avec Mozart), Eric-Emmanuel Schmitt
Wyd. Znak, Kraków 2008

Uważam, że ta książka nie powinna była ujrzeć światła dziennego.

Na okładce czytam, że przedstawione w niej listy do Mozarta układają się w rodzaj autobiografii pisarza. Czy mam prawo oceniać jego życie i wartościować uczucia, myśli i anegdoty tam przedstawione? Czy mam prawo powiedzieć: "peplanie bez sensu"? Jak w ogóle ugryźć tego typu historię, pytam się?

Lubię Schmitta. Oczarował mnie i Oskarem, i Zapasami z życiem, i Odette. Ale Moje życie z Mozartem ani mnie nie poruszyło, ani nie zachwyciło. Nie ukrywam - niektóre myśli Schmitta warte są zapamiętania i wiem, że zachowam je w sercu i pamięci na długo. Ale znaczna część listów to takie - proszę wybaczyć kolokwializm - ględzenie o niczym. Oczywiście - to, co ja nazywam "niczym" jest dla Schmitta czymś istotnym, niezapomnianym, potrzebnym. Ta książka jest rodzajem wyznania wiary, rozliczenia z życiem i samym sobą. Przebaczyłem sobie, że jestem człowiekiem - pisze autor w jednym z listów - to wszystko jest tak cholernie intymne i prywatne... I jakże niestosowne wydają się być tu moje słowa o ględzeniu, o bezsensie, o niczym. Dlatego uważam, że Moje życie z Mozartem w ogóle nie powinno trafić na rynek wydawniczy. Nie chcę mieć więcej takich problemów i moralnych dylematów!

Uwielbiam dzieła Schmitta za to, jak pięknie są one u nas wydawane (ślę kolejny ukłon w kierunku Znaku), a Moje życie z Mozartem zasługuje tutaj na największe oklaski - do książki dołączona jest bowiem płyta z muzyką Mozarta. Jest to o tyle istotne, że w różnych momentach natrafimy w tekście na wspomnienia związane z poszczególnymi dziełami kompozytora. Wsłuchanie się w opisywany utwór znacznie wzbogaca lekturę, to muszę przyznać.

Dzięki Mojemu życiu mogłam przyjrzeć się bliżej zarówno życiu autora, jak i biografii wielkiego kompozytora. Przybliżyłam się dzięki temu zarówno do dwu znakomitych twórców, jak i do prawdziwie pięknej muzyki. Za to - i za kilka naprawdę wartościowych złotych myśli - mogę Schmittowi podziękować...

Moja ocena: 7/10

Zdjęcie pochodzi ze strony 1902encyclopedia.com

20 października 2010

Pismo Leonarda, Dina Rubina

Pismo Leonarda, Dina Rubina
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Czy słyszeliście kiedyś o piśmie Leonarda? Tym, które odczytać można dopiero za pomocą lustra? Mówi się, że stworzył i rozpropagował je Leonardo da Vinci, czego dowodem jest np. jego Codex Atlanticus. Przez stulecia uważano, że teksty zapisane pismem lustrzanym skrywają wielką, zaszyfrowaną tajemnicę, tymczasem okazało się, że wśród osób leworęcznych nie jest to zjawisko wybitne zaskakujące. Rzadkie, to i owszem. Ale nie zaskakujące.

Anna, bohaterka nowej powieści Diny Rubiny nie tylko posługuje się tym niezwykłym rodzajem pisma, ale i przewiduje przyszłość, potrafi odczytać cudze myśli, zachwyca sprawnością fizyczną i wzbudza niemałe zainteresowanie wszędzie, gdzie się pojawi. Niestety, nie zawsze pozytywne, o czym informuje czytelnika już sam opis na okładce:

Zawsze i wszędzie pozostaje tą inną, obcą - dziwaczką i wiedźmą - niezrozumianą i wzbudzającą obawę. Dla krewnych z prowincji, którzy nie chcą się nią zaopiekować po śmierci matki, jest "dziwnym dzieckiem"; "dziwną dziewczynką" - dla przybranych rodziców z Kijowa; "dziwną uczennicą" - w radzieckiej szkole, gdzie niezwykłość jest uznawana za nienormalność i bezwzględnie tępiona; "dziwną studentką" szkoły cyrkowej - chociaż w środowisku cyrkowym dziwaków akurat nie brakuje; "dziwną Ruską" - w słynnym kanadyjskim cyrku, w którym przygotowuje lustrzane pokazy.

Mimo całej swej odmienności, Anna potrafi rozkochiwać w sobie mężczyzn i przyciągać przyjaciół. Nie brak jej towarzystwa i rozrywek, nie brak zachwyconych oczu wpatrzonych w nią jak w obrazek. Mimo tego, dziewczyna swój dar uważa za przekleństwo, obarcza się winą za wszystkie napotkane nieszczęścia i postanawia przenieść się tam, gdzie nie będzie dziwadłem. Tam, gdzie jest jej świat. I znika.

Narracja Pisma Leonarda poprowadzona jest w niezwykle interesujący sposób - bohaterkę i jej życie poznajemy dzięki strzępkom rozmów, wspomnieniom i listom. Do głosu dochodzi również neutralny obserwator, który - jako podmiot wrzystkowiedzący - opowiada o wydarzeniach z zewnątrz. Dzięki temu poznajemy Annę na wielu płaszczyznach, z różnych punktów widzenia. Mimo tego, wokół jej osoby wciąż unosi się aura tejemniczości - niewidoczna dla oczu, magnetyzująca poświata. Wszystko dzięki jej urokowi, niezwykłości i mocom, które wzbudzają i trwogę, i zachwyt...

Po lekturze Pisma Leonarda w moim umyśle pozostał wielki znak zapytania, którego nie rozmyły nawet długie rozmyślania. Wciąż nie mam pewności, co tak naprawdę przytrafiło się tej niezwykłej dziewczynie, uważającej się za zwierciadło. Wciąż nie mam pojęcia kim była ta kaskaderka, akrobatka, wiedźma. Scio me nihil scire, chciałoby się rzec...

Zachęcam do zapoznania się z kolejną niezwykłą powieścią Diny Rubiny. Nie jest to lektura łatwa (ba! momentami szła mi naprawdę opornie), wymaga zaangażowania ze strony naszych szarych komórek i nie przyswaja się tak łatwo, jak zwykłe czytadło. Ale to właśnie sprawia, że jest ona tak magiczna i przyciągająca.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Muza za udostępnienie mi kolejnej interesującej pozycji.

17 października 2010

Kieszonkowy atlas kobiet, Sylwia Chutnik

Kieszonkowy atlas kobiet, Sylwia Chutnik
Wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2009

Jestem w kropce i nie bardzo wiem, co chciałabym o tej książce opowiedzieć. Zacznę więc brutalnie prawdziwym cytatem, który najbardziej przykuł mą uwagę w trakcie lektury:

Baby odbijają słowa od siebie nawzajem i zapominają włączyć słuch.

Takie to jest smutne i takie życiowe, że aż mnie przytłoczyło - jak cały atlas zresztą. Wiele fragmentów śmieszy i obnaża ludzką głupotę, ale tak naprawdę powinien być to śmiech przez łzy, bo to książka smutna, dobijająca i brutalnie szczera. Nic odkrywczego jednak w niej nie znajdziemy - ot, całą prawdę o staruszkach z autobusów, poczekalni i bazarów, przygłupich gimnazjalistkach, skrzywionych psychicznie menelkach i zaniedbanych dzieciach. Ich portrety ktoś uznałby za odpowiednio przerysowane i znakomicie wykreowane, ale prawda jest taka, że autorka po prostu przedstawiła rzeczywistość taką, jaką ona jest, nie siląc się nawet na żadne objaśnienie reguł rządzących tym szaro-burym światem. Co więcej - również w warstwie językowej nie prezentuje nic unikalnego - w tym zakresie Masłowska wyprzedziła ją o parę lat.

Mimo tego wszystkiego muszę przyznać, że Kieszonkowy atlas kobiet nie zrobił na mnie złego wrażenia. Lektura nie idzie co prawda gładko i przyjemnie, ale z zaciekawieniem przemierza się następne strony, aby poznać dalsze losy każdej z bohaterek. Pomimo całej swej pospolitości i banalności są one w jakiś sposób interesujące i wywołują najróżniejsze emocje w czytelniku - od obrzydzenia, przez niechęć i zrozumienie, po współczucie. Dobrze, kiedy bohater/sytuacja/kreacja świata oddziałuje na odbiorcę - jest to jakiś sukces autora, jeśli obok jego tekstu czytelnik nie chce i nie może przejść obojętnie. Inna sprawa, to czy wywołane emocje są pozytywne, czy negatywne. W tym przypadku obojętnie nie przechodzę, ale i trochę neutralna się staję, bo nie potrafię jednoznacznie określić, czy dla tego typu dzieł jestem na 'tak', czy raczej na 'nie'. Niewątpliwie w Sylwii Chutnik drzemie spory potencjał, ale chciałabym w jej prozie odkryć coś nowego, fascynującego, zamiast ziewać i walczyć z uporczywym głosikiem w głowie, stękającym 'ale to już byyyyło', 'przecież to nic nowego', 'niech no ona przestanie ględzić w kółko to samo'.

Sylwia Chutnik jest znakomitą obserwatorką, potrafi wykreować wyraziste postaci i zdarzenia, a jej debiutancką książkę czyta się z zainteresowaniem i całym szeregiem emocji w sercu. Należy mieć nadzieję, że ta - bądź co bądź - młoda autorka pokaże jeszcze na co ją stać, bo niewątpliwie ma wiele do powiedzenia. Zwrócenie uwagi na problemy kobiet i dopuszczenie ich do głosu, obalenie pewnych schematów i stereotypów było w Kieszonkowym atlasie kobiet zabiegiem znakomitym i jakże potrzebnym. Jeszcze żeby tylko autorka znalazła swą własną drogę, a nie siliła się na pseudouliczną mowę i ultraironię przetrawioną już przez Masłowską - byłoby idealnie. Z zaciekawieniem sięgnę po inne jej dzieła, w nadziei, że rozwinęła się i wykorzystała swój potencjał.

Moja ocena: 5/10

16 października 2010

Pachnidło, Patrick Süskind

Pachnidło (Das Parfum: Die Geschichte eines Mörders), Patrick Süskind
Świat Książki, Warszawa 2008

Na nasze otoczenie składają się miliony różnorakich zapachów. Często nie zwracamy na nie uwagi, nie poświęcamy zbyt wiele czasu. Traktujemy je jak coś na tyle naturalnego i oczywistego, że nie zauważamy, jak istotną rolę odgrywają one w naszym życiu. Bo czyż nie krzywimy się, kiedy towarzyszy nam nieprzyjemny, nachalny swąd? Czyż nie rozkoszujemy się, kiedy wokół unosi się woń ulubionych kwiatów? Dlaczego więc kwestię węchu i zapachu spychamy tak daleko i tak głęboko, że niemalże całkowicie ją ignorujemy? Nierzadko oceniamy drugiego człowieka na podstawie tzw. pierwszego wrażenia, nie zdając sobie zupełnie sprawy, jak bardzo w wystawieniu oceny pomógł nam jego zapach. A jak ocenić kogoś, kto... w ogóle nie wydziela zapachu? Kogoś, kto dla najwrażliwszego nosa pozostanie bezbarwny, neutralny, niegodzien uwagi...? Kimś takim jest główny bohater Pachnidła Patricka Süskinda – Jan Baptysta Grenouille. To właśnie jego dramatyczne losy poznajemy na kartach tej niezwykłej i pełnej zmysłowości powieści.

Osiemnastowieczny Paryż – ten osławiony, „romantyczny” Paryż - pełen smrodu, brudu i niesprawiedliwości. Pośrodku Paryża człowiek od urodzenia skazany na cierpienie - porzucany, odtrącany, bezustannie spychany na margines społeczeństwa – Grenouille. Brzydki i odrażający Jan Baptysta Grenouille...

Francuską stolicę na kartach powieści Süskinda poznajemy bardzo dokładnie, dzięki niezwykłemu węchowi głównego bohatera. Podążając jego śladem, niemalże czujemy smród męskiego potu na ulicach i zapach chusteczek, nasączonych perfumami. Poznajemy świat takim, jakim jeszcze nigdy go nie smakowaliśmy, sprawdzając przy tym prawidłowość powiedzenia, iż „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

Grenouille to człowiek, zamknięty w swym własnym, samotnym świecie. Żyje dla siebie, licząc na to, iż - niczym kleszcz - któregoś dnia natrafi na cudowną okazję, która odmieni jego losy. Marzy o tym, aby stać się najpotężniejszym perfumiarzem na świecie. Marzy także o tym, aby wydestylować najbardziej niezwykły zapach, pośród zapachów najniezwyklejszych - nie wahając się przed niczym, decyduje się posiąść woń z ciał najpiękniejszych dziewic...
Tym, co w tej powieści przyciąga mnie najbardziej jest rewelacyjna narracja. Wykreowany świat tak silnie oddziałuje na zmysły, że aż wciąga czytelnika do środka. Przemierzając kolejne strony powieści, ma się wrażenie, że opisane z pełną wirtuozerią zapachy roztaczają się wszędzie wokół. Narrator posługuje się takim językiem, że powieść pochłania się jednym tchem, jednocześnie delektując się każdym opisem. Nie ma tu wartkiej akcji, czy specjalnie porywających dialogów, ale to właśnie wyróżnia tę pozycję spośród innych. Czytając, nie odczuwa się potrzeby pędzenia za kolejną sytuacją, akcja płynie spokojnie, pozwalając czytelnikowi zagłębić się w wykreowany świat i na chwilę się w nim zatrzymać. To sprawia, że ta książka jest tak urzekająca i magiczna.

W Pachnidle
zachwyca mnie również kreacja głównego bohatera - jednej z najbardziej złożonych postaci literackich. Narrator sugeruje nam, aby już od pierwszych stron uznawać go za najgorszego, podkreślając, jakim to on jest odrażającym potworem, jednakże ja doszukuję się w nim czegoś fascynującego i przyciągającego. Oprócz tego, że jest on niezwykły przez swój dar i odrażający przez swoje czyny, wywołuje uczucie współczucia i - w jakimś stopniu - zrozumienia. W jego przypadku potrzeba bycia "kimś", potrzeba bycia zaakceptowanym wyjaśnia wszystkie jego zachowania. Jego samotność i wyobcowanie wprawiają mnie w smutek, autentycznie. To jest kolejna rzecz, która przyciąga mnie w Pachnidle, bo najlepsze książki to takie, które potrafią wywoływać w czytelniku ogrom emocji. A ta wywołuje, bo w pewnym momencie mam ochotę głównego bohatera przytulić, a w innym zakopać w rowie.

Nie wiem, może ja jestem jakaś dziwna/śmieszna/nienormalna, że tak przeżywam książki (ale miałam tak, odkąd skończyłam 3 lata i zaczęłam czytać). Często identyfikuję się bohaterami, uwielbiam zagłębiać się w ich psychikę i dlatego nawet tych najgorszych staram się zrozumieć i wytłumaczyć. I co z tego, że taki Jan Baptysta brutalnie wykorzystuje piękne dziewice, tylko po to, żeby wydobyć ich zapach? Właśnie wydobycie tego zapachu jest jego największym pragnieniem, które - w jego mniemaniu - ma mu pomóc w osiągnięciu akceptacji otoczenia. Ja go rozumiem i jest mi go tak bardzo szkoda, że płaczę, kiedy czytam, jak bardzo jest odrzucony i samotny. Ale to tylko książka. Jakby w normalnym świecie jakiś typ w ten sposób traktował kobiety, nie dość, że bym się go bała i brzydziła, to jeszcze postulowałabym za ukamienowaniem.
Pamiętać jednak należy, że Pachnidło to nie tylko jeden samotny człowiek. To także cały świat i ludzie, obracający się wokół niego. Süskind w swej powieści nakreśla nam szczery i niezwykle naturalistyczny obraz społeczeństwa osiemnastowiecznej Francji - ze wszystkimi jego wadami i niesprawiedliwościami. Niezwykłe ujęcie tematu, tj. postrzeganie świata nie przez wzrok, nie przez dotyk, a właśnie przez węch, pozwala czytelnikowi przenieść się do zupełnie innego, zmysłowego świata, wypełnionego aromatem parzonej kawy i świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. I choć przesłanie książki nie jest niczym zaskakującym, czy nowym i tak warto oddać się jej bez reszty, by choć na kilka godzin dać się porwać tak wspaniałym doznaniom estetycznym...

Moja ocena: 9,5/10

Uważam, że Pachnidło jest idealną pozycją na długie, jesienno-zimowe wieczory, kiedy za oknem szaro i zimno. Wtedy najłatwiej odczuć to, jak bardzo ta powieść oddziałuje na ludzkie zmysły. Dlatego właśnie prezentuję recenzję książki, którą przeczytałam już dawno temu. Tak, żeby wykorzystać chwilowy zastój lekturowy :)

Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

12 października 2010

Tomek w krainie kangurów, Alfred Szklarski

Tomek w krainie kangurów, Alfred Szklarski
Wyd. Śląsk, Katowice 1987

Ostatnimi czasy dosięgła mnie jakaś nostalgia, związania z latami dziecięcymi. Efektem tego jest sięganie po książki, które wywarły na mnie największy wpływ w czasach, w których ledwo ponad stół sięgałam. Tomek w krainie kangurów jest jeszcze wcześniejszym wspomnieniem, niż przywoływany w dniu wczorajszym Harry Potter - sięga on bowiem roku 1994-95. Miałam jakieś sześć, może siedem lat, kiedy postanowiłam, że przeczytam całą serię przygód Tomka Wilmowskiego, którymi tak bardzo zachwycali się moi rodzice. Słyszałam nawet jakieś legendy, że jak jeszcze byłam w brzuchu, książki Szklarskiego były czytane na głos w mojej "obecności" - podobno tego typu zabiegi bardzo pozytywnie wpływają na rozwój dziecka, co zresztą widać na mym przykładzie ;)

W lipcu tego roku, w notce pod tytułem "przepytywanie", przyznałam się do dziecięcego marzenia, by zostać żoną Tomka Wilmowskiego. Oczywiście nie jestem już tym naiwnym dziewczęciem, które marzyło o podbijaniu świata wraz z dużo starszym chłopcem (przecież on miał 14 lat! dwa razy więcej niż ja ;)), w związku z czym i na samą książkę patrzę inaczej, ale wciąż dostrzegam w niej tę samą magię, która urzekła mnie przed piętnastoma laty.

Akcja serii książek Szklarskiego osadzona została na początku XX wieku, kiedy Polakom przyszło tęsknić do wolnej ojczyzny. Nawiązań patriotycznych na kartach powieści Szklarskiego znajdziemy całe mnóstwo - bohaterowie uciekają przed represjami w kraju, zmagają się z życiem na obczyźnie i nieustannie wspominają miejsca, które kojarzą im się z ukochaną Polską. Jednocześnie podróżują po świecie, odkrywają egzotyczne lądy i obcują z nieznanymi dotąd kulturami. W pierwszym tomie los niesie ich ku najmniejszemu i najpóźniej odkrytemu kontynentowi kuli ziemskiej - Australii. Australii, którą powoli , z wypiekami na twarzy odkrywa zarówno tytułowy bohater, jak i czytelnicy. Australii, która okazuje się być dzika, niezmierzona, tajemnicza i fascynująca. Taka jest właśnie cała ta książka - jej lektura stanowi znakomitą, pełną odkryć przygodę...

W tym miejscu pojawia się jednak pewien problem, który na pewno może zniechęcać - młodzieżowe przygodówki mają bowiem to do siebie, że najlepiej smakują, gdy jest się młodym odkrywcą, chłonnym wiedzy o świecie. Na chwilę obecną bohaterowie, którzy są chodzącymi encyklopediami i niemal na zawołanie przywołują fachowe regułki, żywcem wycięte z atlasu/podręcznika do historii/wszelakich książek podróżniczych, wywołują we mnie raczej uśmieszek, zamiast zaciekawienia. To, co fascynowało siedmioletnie dziewczę, dziś już zdaje się być nieco naiwne i naciągane. Bo choć wierzę w istnienie ludzi o tak bogatej wiedzy, nie wyobrażam sobie, aby dialogi z nimi wyglądały tak sztywno, sztucznie i schematycznie.

Żadna jednak wada nie będzie w stanie przyćmić tego, jak niezwykle potrzebna i mądra jest ta książka. Czytelnik poszerzy dzięki niej wiedzę z zakresu geografii, historii, biologii czy nawet techniki, a do tego uwrażliwi się na wiele istotnych spraw - patriotyzm, poszanowanie drugiego człowieka i odrębnej kultury czy pokorę. Do tego wszystkiego przeżyje tak niesamowitą i fascynującą przygodę, że aż zazdroszczę tym, którzy lekturę Tomka mają dopiero przed sobą, bo pierwszy kontakt z książką jest - co by nie mówić - najlepszy.

Moja ocena: 8/10

Doskonale zdaję sobie sprawę, że moja ocena opiera się głównie na sentymencie do ukochanej serii sprzed lat, toteż prawdziwie obiektywny czytelnik oceniłby ją nieco bardziej surowo, ale ja i tak wciąż będę do czytania przygód Tomka namawiać. Jeśli nie zainteresują one Was, zachęcać będę do polecania ich Waszemu rodzeństwu i dzieciom. Warto zapoznawać najmłodszych z tak wzbogacającą literaturą - a nuż któreś z nich będzie kiedyś drugim Strzeleckim (lub chociaż Cejrowskim)? ;)

PS. W klimat książki idealnie wpasowuje się jedna z moich postcrossingowych zdobyczy - pocztówka prosto z Australii:

11 października 2010

Harry Potter i Kamień Filozoficzny, J. K. Rowling

Harry Potter i Kamień Filozoficzny (Harry Potter and the Philosopher's Stone), J. K. Rowling
Wyd. Media Rodzina, Poznań 2000

Doskonale pamiętam mój pierwszy kontakt z tą książką - zupełnie, jakby to było wczoraj. Był rok 2000, moja przyjaciółka zaczęła przeżywać fascynację przygodami pewnego młodego czarodzieja, podczas gdy ja głośno zaklinałam się, że bajek czytać nie mam zamiaru [nieźle, jak na dwunastolatkę, co? ;)]. O Harrym Potterze było już wówczas dosyć głośno, w związku z czym, tematem zainteresował się mój tato i poprosił bym wypożyczyła mu tę książkę. Nie wzbudziło to wówczas żadnych podejrzeń w mej bystrej główce, toteż ową książkę pewnego dnia przyniosłam, położyłam na stole i czekałam. Cały czas mam ten obraz przed oczami - tata grający w Tetris, ja wynudzona w fotelu wreszcie z ciekawości wyciągam łapki w kierunku książki i... przepadam. Lektura pochłonęła mnie bez reszty, pokochałam Harry'ego całym sercem i zapragnęłam od razu poznać dalsze jego losy. Tata ostatecznie po książkę nie sięgnął, więc uważam całą tę akcję za fortel, mający skłonić mnie do zapoznania się z jedną z najbardziej znanych książek na świecie. I bardzo dobrze, że tak się stało!

Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat wracałam do lektury Kamienia Filozoficznego - fakt jest jednak taki, że doskonale książkę znam, z czego zdałam sobie sprawę dopiero teraz - przy ponownej lekturze. Cały czas miałam w głowie świadomość, że doskonale wiem, co wydarzy się na następnej stronie, a mimo to dałam się porwać na nowo. Znów zapragnęłam żyć w tym niezwykłym świecie, znów zamarzyłam o tym, aby poznać tych fascynujących bohaterów i razem z nimi przeżyć szereg niesamowitych przygód. Ach, gdyby to tylko było możliwe! :)

Powrót do ukochanej książki sprzed wielu lat sprawił, że znów spoglądam na świat oczami dziecka. Problemy zaczynają wydawać się błahe i bledną. Dalekosiężne plany gdzieś znikają, a na ich miejsce pojawiają się chwile obecne, które warto docenić i którymi należy się cieszyć. Dobrze jest tak czasem odrzucić wielkie księgi, ambitne lektury, literaturę dla dorosłych i sięgnąć tam, gdzie znajdzie się nieposkromione pokłady radości i odrobinę magii. To straszliwie budujące - polecam każdemu.

Moja ocena: 9/10

9 października 2010

9 października

Gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby swoje siedemdziesiąte urodziny. Niezwykły muzyk, człowiek-legenda, aktywista społeczny lub po prostu... jeden z Beatlesów. John Lennon - postać wyrazista, kontrowersyjna, kochana i nienawidzona. Dla mnie muzyczny idol, dla kogoś hipokryta. Jednak z jego poglądami nie trzeba się wcale zgadzać, aby z czystym sumieniem móc przyznać, że był osobowością utalentowaną i niezwykłą. Wielka szkoda, że dziś już takiej muzyki się nie tworzy... Wielka szkoda, że w dniu dzisiejszym John nie będzie mógł zdmuchnąć świeczek na torcie.

Tym, co zwróciło moją uwagę w ostatnim dniu, była zmiana loga Google. Okazuje się, że nawet informatycy nie zapominają o urodzinach legendy:



Na całym świecie (w tym również i w Polsce) odbył/odbywa/odbędzie się szereg imprez, poświęconych pamięci Lennona, co dowodzi temu, jak wielką postacią on był. Ideą, która zainteresowała mnie najbardziej, było stworzenie kapsuł czasu (zawierających muzykę Johna, listy i życzenia od fanów), które otworzone zostaną za 30 lat - dokładnie w setną rocznicę urodzin legendy muzyki. To dopiero będzie wydarzenie!

Macie jakieś ulubione utwory Beatlesów i Lennona? Dla mnie jednym z najpiękniejszych jest:


Zdjęcie pochodzi ze strony nutsie.com

7 października 2010

Nobel dla Mario Vargasa Llosy!

Pędziłam do domu na złamanie karku, byle zdążyć na ogłoszenie laureata tegorocznej nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Udało się i już wiem, że w roku 2010 tego zaszczytu dostąpił Mario Vargas Llosa - pisarz, którego książki lubię i kolekcjonuję. W głębi serca liczyłam co prawda na Murakamiego, pojawiały się nawet głosy, że spore szanse ma Zagajewski, a tu proszę - takie zaskoczenie. Pozytywne, dodam.

Myślę, że tego znakomitego pisarza peruwiańskiego nikomu przedstawiać nie trzeba. Fakt, u mnie na polonistyce mało kto o nim słyszał, ale raczej niewielu jest tu miłośników literatury, więc tę grupę społeczną pominę, a co! ;) W społeczności blogowej Llosa jest jedną z najbardziej poczytnych osób i to się liczy.

Książki Mario Vargasa Llosy są w Polsce wydawane wyjątkowo pięknie. Naprawdę, obok Muzowych okładek powieści Murakamiego, najbardziej podobają mi się te proponowane przez Znak, właśnie w przypadku książek Peruwiańczyka:



Jak Wasze wrażenia? Zasłużył? :)

Zdjęcie autora pochodzi ze strony wikipedia.pl

5 października 2010

Proroctwo Sądnego Dnia, Scott Mariani

Proroctwo Sądnego Dnia (The Doomsday Prophecy), Scott Mariani
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Książką tą zainteresowałam się spontanicznie, zaraz po przeczytaniu krótkiej notki od wydawcy, umieszczonej na okładce. Przyciągnął mnie zapowiadany wątek porwania, badania Biblii oraz rozwiązywania starożytnych tajemnic. Nie mam za sobą co prawda wielu lektur o tej tematyce, jednakże wszystkie te, z którymi miałam do czynienia, wywierały na mnie naprawdę spore wrażenie. Nie inaczej było z Proroctwem Sądnego Dnia.

Na fali sukcesu książek Dana Browna, Scott Mariani zdecydował się na wykorzystanie sprawdzonego sposobu na napisanie bardzo poczytnej książki (nie pierwszej, zresztą i - mam nadzieję - nie ostatniej). Fakt, że schematyczność takich powieści nieco mnie przytłacza, ale jednego Marianiemu odebrać nie można - jego sposób narracji, kreacji bohaterów i przedstawiania świata znacznie przewyższa te Dana Browna. Fakt, autora słynnego Kodu Leonarda da Vinci czyta się dużo lżej, dużo przyjemniej i dużo szybciej, ale to Scott Mariani sprawia, że kolejna opowieść, ocierająca się o sprawy polityki, sztuki i religii nie jest tylko zwykłym czytadłem, ale kawałkiem naprawdę dobrej literatury, z którą warto się zapoznać.

Nie lubię strzelanin i nie lubię mięśniaków, potrafiących jedną ręką zgładzić kilkunastu wrogów. Nie lubię zapoznawać się z brudną, denerwującą polityką. Nie lubię też scen w których nieustannie leje się krew. A ta książka zawiera właśnie wszystkie te elementy. Musicie więc wiedzieć, że wcale nie było mi łatwo przedzierać się przez kolejne ociekające strumieniami krwi strony. Powieść ta jednak tak mnie wciągnęła i zauroczyła, że nie miałam ochoty tracić ani minuty - najchętniej na dobę zamknęłabym się w pokoju, zaszyła w łóżku i wczytała w Proroctwo, nie zważając na wszystko inne. Tak się jednak nie stało i lekturę byłam zmuszona rozłożyć w czasie. Myślę, że wcale nie było to takie złe - przynajmniej mogłam powoli trawić tę powieść i analizować kolejne jej wątki. Bo tych jest tu bez liku!

Książka nieustannie trzyma w napięciu - muszę przyznać, że kilka zwrotów akcji naprawdę mnie zaskoczyło. Było co prawda parę miejsc, w których rozwiązałam zagadkę na długo przed tym, jak rozgryzł ją doświadczony major SAS, czy jeden z głównodowodzących w CIA, ale i tak jestem pozytywnie zaskoczona atmosferą niepewności i tajemnicy oraz powolnym i skutecznym narastaniem napięcia. Pozwoliło ono na ciągłą chęć zapoznawania się z każdą kolejną stroną powieści. A to jest - moim zdaniem - jeden z wyznaczników interesującej lektury.

Główny bohater książki nazywa się Benedykt Hope. Warto o tym wspomnieć, gdyż Benedykt oznacza "błogosławiony", natomiast hope tłumaczymy, jako "nadzieja". Jestem pewna, że autor nieprzypadkowo losy całego świata oddał w jego ręce. Oprócz nieustraszonego Bena, w powieści pojawiają się m.in. irytująca piękność Zoe - powód wszystkich nieszczęść, tajemnicza agentka Alex, fanatyk religijny - Clayton Cleaver, a oprócz nich masa agentów, polityków i miłośników Biblii. Zagwarantują oni hektolitry tryskającej krwi, nieustający huk wystrzałów i ogromną dawkę emocji. Dawkę emocji, po którą z całą pewnością warto sięgnąć.

Gwarantuję Wam, że z wielkim dystansem podchodzę do tego typu lektur - jestem wobec nich bardziej krytyczna i wymagająca, niż w przypadku innych. Proroctwo Sądnego Dnia nie jest co prawda dziełem wybitnym, ale - z całą pewnością - warto bliżej poznać zarówno tę konkretną powieść, jak i jej autora. Planuję rozejrzeć się za innymi jego dziełami - spodziewam się kolejnej dawki sekretów, emocji i niespodziewanych zwrotów akcji. A Wy? Macie ochotę zgłębić Proroctwo Sądnego Dnia? Czy może boicie się, że biblijna tajemnica Was przytłoczy i zasieje w Waszych sercach niepokój? Zapewniam - ten sekret naprawdę ma wielką moc...

Moja ocena: 7/10

2 października 2010

44 Scotland Street, Alexander McCall Smith

44 Scotland Street, Alexander McCall Smith
Oryginał: Love over Scotland
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2010
Stron: 301
Gatunek: powieść środowiskowa
Alexander McCall Smith był mi dotąd autorem zupełnie nieznanym, chociaż 44 Scotland Street nie jest bynajmniej jego literackim debiutem. Zainteresowałam się tą powieścią na fali entuzjazmu po lekturze Dziewczyny z sąsiedztwa i moje ówczesne skojarzenia były uzasadnione - obie te powieści osadzone są w podobnej rzeczywistości, choć porównywanie Edynburga do Nowego Jorku byłoby jednak pewną niestosownością. Niemniej, w obu przypadkach mamy osadzenie akcji w kamienicy, pełnej interesujących osobowości.

Najpierw poznajemy Pat - dwudziestolatkę, która planuje kolejny rok przerwy między ogólniakiem, a studiami. Nie bardzo wie, co zrobić ze swoim życiem - najpierw wprowadza się pod numer 44, potem znajduje pracę w podrzędnej galerii sztuki i uparcie szuka miłości wśród otaczających ją mężczyzn. Jednym z nich jest jej współlokator - Bruce - postać tak irytująca, że aż zgrzytałam zębami z każdą kolejną wzmianką na jego temat. Gapi się toto wiecznie w swe odbicie, pręży mięśnie, szczerzy zęby, a do tego pakuje we włosy goździkowe mazidło, mające mu zapewnić wiecznie sterczącego jeża na głowie. Doprawdy, fantastycznie! Najgorsze, że poznałam w swym życiu paru jemu podobnych i wcale nie napawa mnie to optymizmem, bo choć jego postać zdaje się być przejaskrawiona i przerysowana, jest też brutalnie prawdziwa. A to już nie jest, niestety, pocieszające.

Pod 44tym numerem mieszka też para skrzywionych psychicznie rodziców, lubujących się w przelewaniu wybujałych i chorych ambicji na swego jedynego potomka. Pięciolatek przebija więc umiejętnościami przeciętnego dorosłego - znakomicie gra na saksofonie, biegle posługuje się językiem włoskim, a do tego jest niezwykle obeznany w sprawach politycznych kraju. Cudowna mamunia rozplanowuje dla niego również lekcje jogi (dacie wiarę?), basen i jeszcze parę innych cudów, byle tylko nie być jak inni rodzice, którzy - o, zgrozo! - namawiają swe pociechy do grania w piłkę nożną. Toż to zbrodnia niesłychana!
Na szczęście dzieciak w pewnym momencie się buntuje i uciera nosa przemądrzałej mamuśce, która za cudowne rozwiązanie uznaje posłanie go... na psychoterapię. Good idea, mom!

Ostatnią mieszkanką 44 Scotland Street, jaką poznajemy, jest urocza staruszka, imieniem Domenica, która nachalnie kojarzy mi się z niejaką Violet z - wspomnianej wcześniej - Dziewczyny.... Łączy je tak wiele, że w pewnym momencie złapałam się na tym, iż utożsamiam je ze sobą, pomimo znaczących różnic z biografii obu pań. Niemniej, schemat staruszki-powierniczki wciąż jest w cenie. Szkoda, że ja nie znam takich fajnych babć, czasem dobrze by było pomówić z kimś doświadczonym, kto zwiedził świat i wciąż zachowuje pogodę ducha, a ludzi młodych nie traktuje z góry, jak to najczęściej się dziś spotyka... Niestety - takie rzeczy to tylko w książkach.

Oprócz mieszkańców tytułowego numeru 44, poznajemy jeszcze paru innych ciekawych bohaterów. Jest małżeństwo, które na siłę chce posłać 23letnią córkę za mąż, jest owa córka, która warczy na wszystkich, ma wiecznego PMSa i właściwie uśmiecha się tylko wtedy, kiedy rzuci komuś jakąś kąśliwą uwagę. Jest też nieporadny Matthew - syn bogatego ojca, mający wszystko, co można zdobyć za pieniądze. Niestety, pewności siebie, charakteru, przebojowości, czy choćby odrobiny energii kupić się nie da, toteż Matty jest typową ciepłą kluchą, która daje się robić w konia wszystkim wokół. Sam nie podejmie żadnej decyzji, jest bierny i nudny, chociaż akurat we mnie wzbudza jakieś rozczulające instynkty. Na pewno wolałabym takiego smętnego Matthew, niż gogusia Bruce'a, który skłonny jest nawet ukraść majtki swego szefa, byle tylko wyglądać dobrze.

Oczywiście barwnych osobowości w powieści McCall Smitha jest jeszcze sporo, ale cóż by to była za zabawa, gdybym tu rozrysowała wszystkich od góry do dołu? Sięgnijcie po książkę i sami się przekonajcie, jak ten autor ciekawie konstruuje postaci i wydarzenia. Pochłonęłam 44 SS w kilka godzin, właściwie nie dowierzając, że tak lekko, szybko i przyjemnie idzie lektura. Myślę, że jest to idealna pozycja na długie, leniwe wieczory z kubkiem kakao i kocykiem. Teraz właśnie nadeszła taka pora, więc radzę nie zwlekać i czym prędzej sięgnąć po tę powieść. Nie jest to może arcydzieło, czy literatura wyższych lotów. Do tego nie każdy musi lubić tak pociachaną (czy polonistyce wypada używać takich sformułowań?) narrację - bo musicie wiedzieć, iż powieść ta powstawała w odcinkach na łamach jednego z czasopism. Z mojego punktu widzenia jest to zabieg całkiem udany - kojarzycie chyba, jak we wszelkich telenowelach każdy odcinek kończy się w kulminacyjnym momencie, co ma zachęcić do obejrzenia kolejnego? Tak też jest w tym przypadku - po każdym rozdziale chce się poznać kolejny, by dowiedzieć się, cóż to autor przyszykował dla swych bohaterów. A jest tego sporo, wierzcie mi!

Moja ocena: 7,5/10

PS. Bardzo jest mi miło pochwalić się, iż w konkursie serwisu nakanapie.pl zdobyłam kupon do Selkara, upoważniający do stuzłotowej zniżki :) Jest co świętować, ha!
A za książkę dziękuję wydawnictwu Muza.


literatura szkocka | recenzja | Alexander McCall Smith | literatura | recenzje książek

Urodzony w Zimbabwe szkocki pisarz i profesor prawa medycznego. Autor ponad 50 książek. Podstawy wykształcenia zdobywał w Bulawayo a następnie przeprowadził się do Szkocji, gdzie studiował prawo. Po powrocie do Afryki podjął pracę na uniwersytecie w Botswanie, gdzie wykładał prawo. Później osiadł na stałe w Szkocji, w Edynburgu z żoną Elizabeth (lekarka), dwoma córkami Lucy i Emily oraz kotem Gordonem. Jego hobby to gra na instrumentach dętych, jest współzałożycielem amatorskiej orkiestry "Naprawdę Straszna Orkiestra", gdzie Smith gra na fagocie a jego żona na flecie. Jest także wiceprzewodniczącym the Human Genetics Commission of the UK, przewodniczącym British Medical Journal Ethics Committee, oraz członkiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej przy UNESCO.
Źródła: foto | opis








~Klaudyna~