28 września 2010

Perswazje, Jane Austen

Perswazje (Persuasion), Jane Austen
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008

Nie podlega żadnej dyskusji, że uwielbiam niemal wszystkie bohaterki Jane Austen - są zabawne, romantyczne, mądre i subtelne. Nie inaczej ma się sprawa z Anne Elliot - główną bohaterką Perswazji - powieści, którą uznaje się za autobiografię autorki.


Anne nie miała nigdy łatwego życia - jej matka zmarła, gdy ta była jeszcze młodziutka, ojciec odnosił się do niej z wyraźną niechęcią, a siostry tylko dokładały problemów. Do tego przed paroma laty dziewczyna została zmuszona do odrzucenia oświadczyn ukochanego mężczyzny, tym samym skazując się na wieloletnie cierpienia i wizję staropanieństwa. Nadchodzi jednak moment, w którym dawna miłość znów puka do drzwi Anne. Tylko czy wtedy nie jest na to już za późno? Na horyzoncie pojawia się bowiem dobrze sytuowany, bogaty kuzyn, wyraźnie zainteresowany naszą bohaterką. Jakiego wyboru dokona Anne? Tego nie zdradzę - musicie sami sięgnąć po Perswazje.

Zdecydowanie jest to jedna z najbardziej nostalgicznych, dojrzałych i poważnych powieści Austen. Anne jest doświadczona przez życie i nie przeżywa takich wzlotów, jak inne bohaterki - te z bardziej "lekkich" powieści autorki. Ale niczego jej to nie ujmuje - co więcej, ma się wrażenie, że dopiero przy Perswazjach Jane Austen pokazuje pełnię swoich możliwości. Znakomicie nakreślony zostaje portret społeczeństwa XIX wiecznej Angii i doświadczonych przez życie bohaterów. Również znakomicie poprowadzona zostaje narracja - do ostatnich stron Austen trzyma nas w napięciu. Do tego dochodzi jeszcze niezwykle plastyczny i piękny język, jakim posługuje się autorka - wszystko to składa się na niezwykły urok tej powieści, do przeczytania której z całego serca będę zachęcać - naprawdę warto!

Moja ocena: 9/10

27 września 2010

Wrogowie publiczni

Wrogowie publiczni (2009)
reż. M. Mann

Obiektywna ocena filmów z udziałem Johnny'ego Deppa nie jest najłatwiejszym zdaniem. Raz, że jego powalający urok przyćmiewa wszystko inne, a dwa - że to samo czyni jego ogromny talent. I choćbym chciała skupić się na czymkolwiek innym - przychodzi mi to z wielkim trudem. Bo w Johnnym wszystko jest zachwycające - mimika, głos, chód, spojrzenie. Wszystko! Dlatego nie istnieje żaden film z jego udziałem, który by mi się nie podobał. Co nie znaczy jednak, że produkcje te pozbawione są wad - i Wrogowie publiczni nie są tu wyjątkiem.


Historia o najsłynniejszych amerykańskich gangsterach lat 30tych - Johna Dillingera, Baby'ego Face'a Nelsona i Pretty Boya Floyda. Kierowana wówczas przez J. Edgara Hoovera FBI z małej agencji stała się potężną organizacją o światowej sławie miedzy innym przez swoje wysiłki zmierzające do schwytania przestępców.


Mamy więc film gangsterski pełen napadów, pościgów, karabinów i testosteronu. Czego było w nim za dużo? Napadów, pościgów i karabinów. Jedynie duża dawka testosteronu w niczym mi nie przeszkadza - zwłaszcza, kiedy dodana do niej zostaje bomba kobiecości pod postacią obłędnej Marion Cotillard (widzieliście film Niczego nie żałuję - Edith Piaf? Jeśli nie - natychmiast nadrabiać!). A jak już duet Depp-Cotillard połączy się na ekranie, nie ma się co dziwić, że serce zaczyna bić szybciej:

Z bólem jednak muszę przyznać, że nawet największa i najlepsza dawka piękna, talentu i testosteronu nie przyćmi nudy i wszelakich złych wrażeń, jakie może pozostawić po sobie film. Wrogów publicznych co prawda nie oceniam najgorzej, ale prawda jest taka, że wiele scen było tak ociekających nudą, że aż zdarzyło mi się kilkanaście razy spojrzeć z utęsknieniem na zegarek. Fakt: byłam zasapana i zmęczona, nie lubię kina akcji, a do tego ostatnie dziesięć minut filmu znałam na pamięć, ale nie wydaje mi się, aby miało to aż tak wielki wpływ na odbiór filmu. Po prostu trochę pan reżyser przesadził, ot co. Zwłaszcza, że biografia Dillingera przedstawiona została szczątkowo i najeżona była błędami. A to już grzechy niewybaczalne i nie da się przejść obok nich obojętnie - niezależnie od tego, czy się dany gatunek lubi, czy nie.

Michael Mann ma w dorobku wiele znakomitych filmów, ale tego do czołówki jego obrazów bym nie zaliczyła. Względnie podobał mi się - a i owszem, ale bardziej wytrawnego widza mógłby nawet odrzucić. Miłośnicy rasowego kina gangsterskiego zachwyceni nie będą - ja, jako 'laik' w tej dziedzinie szukałam we Wrogach publicznych czegoś zupełnie innego. Dostałam to - to prawda, ale czy to czyni ów film lepszym? Obiektywnie - absolutnie nie. Subiektywnie? Oczywiście! :)

Moja ocena: 7/10

Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

24 września 2010

Między nami dobrze jest, Dorota Masłowska

Między nami dobrze jest, Dorota Masłowska
Wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2008

Warszawa. „Wielokondygacyjny budynek ludzki”, a w nim dwa światy, dwie odmienne rzeczywistości. W jednym miejscu, które mogłoby być ulokowane w jakimkolwiek innym zakątku Polski, przeplatają się losy dwu grup ludzi. Ludzi, mających odmienne spojrzenie na świat, żyjących w odmiennej rzeczywistości, żyjących zupełnie inaczej...

Pierwszy ze światów reprezentują przedstawicielki trzech pokoleń kobiet, mieszkające w szarym, jednopokojowym mieszkaniu, gdzieś w odrapanej kamienicy: Mała Metalowa Dziewczynka, jej mama – Halina oraz babcia, nazwana Osowiałą Staruszką Na Wózku Inwalidzkim. Ich życie usiane jest ciągłymi kłótniami i niesnaskami. Staruszka nieustannie wspomina czasy wojny, jej córka chodzi na „zakupy” do śmietnika, a arogancka wnuczka kpi ze wszystkiego i wszystkich. Można by pomyśleć, że ich świat jest całkowicie oderwany od rzeczywistości, jednakże lektura dramatu udowadnia nam, iż każda z przedstawionych bohaterek nosi w sobie cechy typowe dla większości Polaków.

Jest też drugi świat, ukazany na kartach Między nami dobrze jest. Poznajemy w nim aktora, scenarzystę i prezenterkę telewizyjną – postaci, dla których priorytety stanowią: sława, splendor i kariera. Gardzą oni przeciętnością i biedotą, bywają na salonach i za wszelką cenę pragną „być kimś”, aby wyróżnić się spośród tzw. „szarej masy”.

Masłowska zderza i konfrontuje ze sobą te dwa światy – jeden szary, przygnębiający, zmarginalizowany, drugi piękny, kolorowy i bogaty. Sytuacja w jakiej znajdują się przedstawicielki pierwszego, sprowadza się do zepchnięcia ich do niby-rzeczywistości, opierającej się na nie byciu, nie istnieniu, nie zauważaniu. Z kolei istnienie przedstawicieli drugiego świata wiąże się z medialnością, konsumpcją i „bywaniem”. Kontrast ten uzmysławia czytelnikowi, jakie podziały funkcjonują w naszym społeczeństwie i jak bezwartościowi potrafią być ci, których uznaje się za wzory do naśladowania. Jednocześnie uwydatnia się przy tym głupota tych, którzy z takich postaci czerpią przykład...

To, co czyni dramat Masłowskiej wyjątkowym, to ujawniające się w nim: kpina, groteskowość i przerysowanie. To właśnie zestawianie i wykpiwanie obu światów napędza całą akcję i pozwala jej się rozwijać. Warto jednak zaznaczyć, że w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, „akcja” w Między nami dobrze jest nie istnieje – zostaje ona zastąpiona przez nieskładny dialog – „motor napędowy” dramatu. Postaci stają się tu pewnego rodzaju symbolami, a dialogi obnażają kunszt pisarski młodziutkiej autorki. Autorki, która jawi się nam jako czujna obserwatorka i znakomita innowatorka. I choć zarzucić jej można odejście od klasycznego modelu dramatu, nie przeszkadza to w uznaniu Między nami dobrze jest za dzieło naprawdę wyjątkowe. I wyjątkowo dobre.

Dorota Masłowska, pisząc swój drugi dramat, wykazała się niezwykłą dojrzałością. Nie można już mówić o niej, jako o „hańbie polskiej literatury” czy „krzyczącej, wulgarnej nastolatce”. Z pełną odpowiedzialnością uznać ją można za niezwykle ukształtowaną, świadomą kobietę, która w znakomity sposób potrafi przedstawić rzeczywistość za pomocą słów. Dzięki temu tekstowi młoda pisarka kolejny raz udowadnia, jak niezwykle zręcznie posługuje się słowem. Potrafi wymieszać ze sobą języki różnych pokoleń, grup społecznych i środowisk, tworząc innowacyjne sformułowania i zwroty. Mowa każdego z jej bohaterów jest inna i stanowi połączenie różnych języków i dyskursów. Pojawia się tu zatem mowa internetowa, język wywiadów, teksty sloganów reklamowych, fragmenty horoskopów i ulotek, język celebrytów, biedoty i polityków oraz mowa przedwojenna. Kalki i klisze z mowy ulicznej, sklepowej i „salonowej” kumulują się i stają się groteskowe, prześmiewcze, przerysowane.

Dorota Masłowska to „głos pokolenia”, niezwykle utalentowana, młoda pisarka, o której warto mówić. Należy mieć także nadzieję, że jej kolejna powieść – a takową zapowiadała wielokrotnie w wywiadach – okaże się kolejnym dziełem, prowokującym do dyskusji i wprowadzającym „nową jakość” do polskiej literatury.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Przyznaję, długo oswajałam się z tym tekstem - pierwsze wrażenie wcale nie było najlepsze. Ale w miarę coraz częstszego obcowania z nim - nabrałam wielkiej sympatii do autorki i ogromnego szacunku wobec jej twórczości. Bez tego, chyba bym już dawno temu przerwała pisanie pracy licencjackiej :)

17 września 2010

Spotkanie z Wojciechem Kuczokiem

Ostatni raz TO niezwykłe uczucie towarzyszyło mi na początku maja tego roku, kiedy miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w wykładzie pana Ryszarda Nycza. Wciąż uważam, że to jedno z najlepszych wydarzeń, w jakim mogłam brać udział w całej mej studenckiej karierze i zazdroszczę wszystkim tym, którzy regularnie biorą udział w zajęciach, prowadzonych przez tego wybitnego historyka i teoretyka literatury.
Tamto uczucie powróciło do mnie w dniu dzisiejszym, kiedy to mogłam na własne uszy usłyszeć i na własne oczy zobaczyć pana Wojtka Kuczoka - człowieka przezabawnego, inteligentnego i pełnego uroku. Jakie to uczucie? Ekscytacja. Bardzo silna ekscytacja.

Zacznę jednak od negatywów, bo chyba by mnie 'coś trafiło' [jak mawiają moi bliscy], jakbym najpierw trochę nie 'poujadała'. Gość zacny i interesujący [nazwany nawet 'gwiazdą' tegorocznych Dni Książki], a widzów ilu? Dwudziestu kilku! Z czego część to i tak pracownicy Miejskiej Galerii Sztuki, w której owo spotkanie miało miejsce. Wstyd i żenada! Oczywiście, liczyłam się z tym, że tłoku nie będzie, ale żeby aż tak niewielu częstochowian interesowało się literaturą? Gdzie byli ci, którzy nieustannie narzekają, że w tym mieście nie ma miejsca na kulturę? Że nic się tu nie dzieje? Że to wieś i dziura, wypchana kościołami? Zapewne wygrzewali się przed monitorami i ekranami, bo cóż oni by mieli robić?

Spotkanie zaczęło się punktualnie o 17:30. Przy niewielkim stoliku zasiedli razem - Wojciech Kuczok oraz - prowadzący spotkanie - Tomasz Jamroziński. Po krótkim zarysowaniu sylwetki pisarza, nielicznie zgromadzeni mogli usłyszeć kilka fragmentów powieści, która już za dwa miesiące trafi do księgarń. Najnowsza powieść Wojtka Kuczoka - Spiski - opowiada o losach Ślązaka, którego życie raz po raz niesie w Tatry. To właśnie tam główny bohater pozna smak erotyki i miłości, szczęścia i tragedii. Autor zapowiada powieść pełną humoru, ironii i... góralskiej gwary. Nie obędzie się też bez kontrowersji, ale o tym przekonacie się już w trakcie lektury. Radzę przygotować się na kolejną walkę z obrońcami krzyża ;)

Bardzo zaskoczył mnie sam autor, jako człowiek. Nie spodziewałam się, że ktoś, kto potrafi stworzyć coś tak gorzkiego, jak Gnój będzie tak ciepły i zabawny. Słuchanie opowieści pana Wojtka było dla mnie wielką przyjemnością. Zwłaszcza, że optymizmem napawa mnie wizja tego, iż w Polsce można żyć z pisania, czego Wojciech Kuczok jest najlepszym przykładem. Domyślam się, że nie jest to tak proste i lekkie, jak można było zrozumieć ze słów pisarza, ale już samo to, że jednak DA SIĘ - powoduje, że znacznie radośniej patrzę w przyszłość.

Bardzo żałuję, że całe spotkanie przebiegało w nieco niefajnej atmosferze, co zagwarantowała... znaczna część publiczności. Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy pierwsze rzędy 'okupują' panie pod 70kę, zajmujące się nieustannymi ploteczkami. Kiedy przychodzi do zadawania pytań pisarzowi panie postanawiają zamilknąć, aby... zlustrować wzorkiem, wyśmiać pod nosem i skomentować teatralnym szeptem każdego, kto tylko odezwie się do autora. Jako że dziewczę ze mnie nieśmiałe musiałam więc wstrzymać się ze swymi pytaniami, bo jakby mnie te wszystkie wymuskane starsze panie wzrokiem obrzuciły, pewnie przybrałabym kolor mego bordowego sweterka. A naprawdę tego nie lubię, wierzcie mi.

Na szczęście bez większych obaw udało mi się podejść do pana Wojtka i nawet bez zająknięcia wymówić własne imię [obawiałam się tego, a co!]. Dzięki temu - o - proszę bardzo:

Bardzo pozytywna energia naładowała mnie po tym spotkaniu. Cieszę się, że miałam możliwość uczestniczyć w czymś, co daje tyle natchnienia i radości. No i niecierpliwie czekam na Spiski - oj, będzie się działo!

PS. Przepraszam za jakość zdjęć - o aparacie przypomniałam sobie już w drodze na przystanek. Dobrze, że chociaż narzeczony cyknął co nieco telefonem :)
PS2. Tak, znowu zmieniłam wygląd bloga. Muszę!