31 sierpnia 2010

Forrest Gump, Winston Groom

Forrest GumpForrest Gump, Winston Groom
Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2007

Forrest Gump to zabawny idiot, a jego życie jest nieustającym pasmem zaskakujących wydarzeń. Odnosi sukcesy w futbolu, ping-pongu i szachach, próbuje aktorstwa, walczy w armii USA, niańczy orangutanga, zbija miliony na hodowli krewetek i kilka razy ląduje w więzieniu. Ach! I jeszcze wylatuje w kosmos, po czym spędza parę lat wśród kanibali. Dużo? Stanowczo za dużo! A to jeszcze nie wszystko.

Tom Hanks znajduje się w czołówce moich ulubionych aktorów, a jego rola w adaptacji powieści Grooma znacznie się do tego przyczyniła. Jako miłośniczka tego przeuroczego filmu zawiesiłam jego książkowemu odpowiednikowi poprzeczkę niezwykle wysoko. Niestety przesadziłam i przeżyłam rozczarowanie.

Nie jest to książka zła - dialogi są przezabawne, a niektóre sytuacje powalające na łopatki. Do tego główny bohater, będący jednocześnie narratorem powieści, przyciąga swą prostotą i niezwykłością. Cały czas ma się ochotę poznać jego dalsze losy, ale w pewnym momencie następuje przesyt wszystkimi wymyślnymi wydarzeniami i książka zaczyna nużyć i zniechęcać. Mnie zniechęca zwłaszcza dlatego, że nie lubię nierealności - a tej mamy tu zdecydowany nadmiar...

Chciałabym umieć oddzielić wrażenia po obejrzeniu filmu od wrażeń po przeczytaniu książki, ale niestety porównań w tym przypadku nie da się uniknąć. Twórcy filmu wyłuskali z powieści Grooma wszystko co najlepsze, pozbyli się połowy niepotrzebnych wątków, a w głównej roli obsadzili niezwykle utalentowanego aktora, który dodał obrazowi niesamowitego uroku. Wszystko to przemawia na korzyść tego genialnego filmu, słusznie obdarowanego licznymi nagrodami.

Nie można jednak zapominać, że filmowego Gumpa nie byłoby, gdyby jego postać nie zrodziła się w głowie Winstona Grooma. To właśnie jemu zawdzięczam jednego z moich ulubionych książkowych bohaterów - bo wierzcie mi, w tym poczciwym idiocie naprawdę można się zakochać i aż chciałoby się mieć przy sobie takiego niezwykłego przyjaciela!

Co jeszcze jest warte odnotowania - a przemawia za książką - to jej wielka mądrość. Postać wyszydzanego półgłówka, który przebija innych zdolnościami i osiąga sukcesy na każdym polu, nakazuje nam zastanowić się nad odrobiną tolerancji wobec drugiego człowieka. Bo to, że ktoś nie wygląda na normalnego lub zachowuje się nieco nierozważnie, nie oznacza, że należy go od razu skreślać i wyśmiewać. Sam Forrest wspominając w pewnym momencie o swoich ulubionych literatach, mówi: "ci faceci, co piszą, dobrze pokapowali, bo ich idioty zawsze są bystrzejsze, niż się ludziom zdaje". Taki jest też Forrest Gump - niepozorny, bystry, zabawny i ironiczny - znacznie mądrzejszy od innych, pomimo swojego niewysokiego IQ. Dlatego tak bardzo go polubiłam i posadziłam zaraz obok Nemeczka w gronie mych literackich ulubieńców.

Nie jestem pewna, komu powinnam polecić lekturę Forresta Gumpa. Fani filmu mogą przeżyć spore rozczarowanie, zorientowawszy się, że książkowy odpowiednik kultowego obrazu Roberta Zemeckisa nie jest nawet w połowie tak uroczy i interesujący. Z drugiej strony - ci którzy filmu nie znają, raczej zniechęcą się do niego po lekturze tej mocno średniej pozycji. Dlatego wnioski pozostawiam Wam - kto chce, ten przeczyta, kto nie - ten zbyt wiele nie straci. Chociaż - oczywiście - zawsze warto czytać i pokusić się o własną opinię.

Moja ocena: 5,5/10

PS. Przez najbliższy tydzień nie tykam żadnej książki, oprócz Gramatyki historycznej języka polskiego. Niestety - na najbardziej intensywny etap nauki przyszła już najwyższa pora. Trzymajcie kciuki za mą wytrwałość!

28 sierpnia 2010

Intruz, Stephenie Meyer

Intruz; The HostIntruz (The Host), Stephenie Meyer
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2009

Nasz świat został opanowany przez niewidzialnego wroga. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała i wiodą w nich normalne życie. Jedną z ostatnich niezasiedlonych, "dzikich" istot ludzkich jest Melanie. Wpada jednak w ręce wroga, a w jej ciele zostaje umieszczona wyjątkowa dusza o imieniu Wagabunda. Intruz nie spodziewa się, że poprzednia właścicielka ciała będzie stawiać mu tak zażarty opór. Dusza nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce jednak Wagabunda i Melanie stają się sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, którego obie kochają.

Opis tej książki jest dla mnie tak odstraszający, że sama się sobie dziwię, że przed paroma miesiącami poprosiłam Narzeczonego, aby kupił mi ją na urodziny. Oczywiście, ciekawość nad kolejnym dziełem pani Meyer wzięła górę i teraz mogę tylko żałować, że w tej cenie nie wybrałam sobie bardziej przydatnego prezentu. Bo ta książka jest kompletnym nieporozumieniem!

Pierwszy sięgnął po nią Marcin i przeczytawszy połowę zniechęcony odłożył ją na półkę. Ja nie byłam tak dzielna - do połowy nawet nie dotarłam, a i tak czułam się maksymalnie wymęczona lekturą. Zdecydowanie nie jest to pozycja dla mnie - zawsze miałam awersję do sci-fi, fantastyki, superbohaterów i innych tego typu bzdur. To po prostu rozmija się z moim pojmowaniem świata i gustem. Nic na to nie poradzę.

Chciałabym jednak zwrócić uwagę na to, że tłumaczenie Intruza przebija na głowę tłumaczenie sagi i uważam, że gdyby to pan Łukasz Witczak został zaangażowany do przekładania Zmierzchu cała seria byłaby lepiej odebrana w naszym kraju. Oczywiście, wielkiej pisarki z Meyer nikt i nic nie zrobi, ale niewątpliwie łatwiej i przyjemniej byłoby sagę przetrawić, gdyby była przetłumaczona na naprawdę wysokim poziomie.

Oceny nie wystawiam, bo nie byłoby to w porządku. Pokuszę się o takową, jeżeli kiedyś najdą mnie masochistyczne skłonności i jeszcze raz wyciągnę rękę po Intruza, który na razie może jedynie ładnie na półce wyglądać. W innej roli go niestety nie widzę.

Zobacz również:
Seria Zmierzch

27 sierpnia 2010

Nazywam się Czerwień, Orhan Pamuk

Nazywam się Czerwień (Benim Adım Kırmızı), Orhan Pamuk
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007

Miesiąc temu koleżanka spytała mnie o opinię na temat jednej z książek Orhana Pamuka. Odpowiedziałam jej wtedy, że mnie jego proza zupełnie nie podchodzi i zaleciłam ostrożność w wydawaniu pieniędzy na jego dzieła. Jakiś czas później Monika zaproponowała mi pożyczenie Nazywam się Czerwień, co pozwoliło mi całkowicie zmienić zdanie odnośnie tego autora - jestem nim wręcz oczarowana!

Długo zajęło mi zabranie się za lekturę. Obawiałam się tego, że będę musiała tygodniami męczyć tak wielkie tomiszcze. Nie byłam przekonana zwłaszcza do autora, bo sama tematyka wydała mi się bardzo interesująca. Przyznaję, jego proza jest specyficzna. Nieco męczyło mnie ciągłe zmienianie narratora - zwłaszcza, że czasem do głosu dochodziły np. rysunkowe drzewa, psy czy monety - ale w pewnym momencie ten zabieg nie dość, że przestał mi przeszkadzać, to jeszcze sprawił, że ta pozycja spodobała mi się jeszcze bardziej. Lubię niebanalność.

Nazywam się Czerwień zawiera w sobie elementy rasowego kryminału, powieści historycznej i romansu. Nie brak tu odniesień do sztuki i polityki XVI-wiecznej Europy, nie brak też wiernych opisów ulic Stambułu. Akcja toczy się niespiesznie, dzięki czemu bardzo dokładnie poznajemy każdego z bohaterów - jego historię, jego uczucia i jego życie. Dla kogoś będzie to nużące, a ja właśnie w tym upatruję uroku tej książki. Bo pomimo całej powolności narracji stale chce się wiedzieć, co wydarzy się dalej i zagłębia w lekturę z rosnącym zaangażowaniem...

Tym, co zwróciło moją uwagę jest również wydanie tej powieści - oprócz pięknie zdobionych stronic, znajdziemy tu również ogrom interesujących przypisów, które pochłaniałam równie zachłannie, co samą książkę. Cały czas mam w sobie tę dziecięcą ciekawość świata, a do tego naprawdę interesuję się sztuką - oba te czynniki złożyły się na to, że tak bardzo spodobała mi się każda poszczególna linijka Nazywam się Czerwień.

Wciąż uważam, że proza Pamuka jest specyficzna i nie każdemu przypadnie do gustu. Mam też świadomość, że powieść o zawiłych losach XVI-wiecznych mieszkańców Turcji nie zainteresuje wszystkich, ale i tak bardzo serdecznie chciałabym tę pozycję polecić. Warto sięgnąć, warto poznać tę fascynującą opowieść i niezwykle interesującego autora. Polecam!

Moja ocena: 8,5/10

Z mojej pocztówkowej kolekcji wyłania się piękny widok na Turcję:
Nie ma on co prawda zbyt wiele wspólnego z książką, ale wywołuje we mnie bardzo pozytywne odczucia. Nie mam w tym roku wakacji, to chociaż na piękne widoki popatrzę :)

Opętanie, Raymond Radiguet

Opętanie (Le diable au corps), Raymond Radiguet
Książka i Wiedza, Warszawa 1989

„Możność patrzenia na nią, gdy spała, sprawiała mi rozkosz z niczym nieporównywalną. Po paru minutach ta rozkosz wydała mi się nie do zniesienia. Pocałowałem Martę w ramię. Nie obudziła się. Drugi pocałunek, mniej niewinny, podziałał równie gwałtownie jak budzik. Poderwała się i przetarłszy oczy obsypała mnie pocałunkami, jak kogoś, kogo kochamy i odnajdujemy obok siebie, gdy tymczasem śniło nam się, że umarł.”


Przeglądając różnorakie pliki na dysku mego komputera, natrafiłam na zbiór cytatów, którymi wspomagałam się na maturze (swoją drogą - kiedy to było?). Jednym z nich jest ten przytoczony powyżej. Przyszło mi do głowy, że w chwilach, w których jestem pochłonięta lekturą Nazywam się Czerwień, Pamuka, mogłabym polecić Wam mało znaną, ale niesamowicie ujmującą powieść Opętanie:

”Opętanie w momencie swego opublikowania przez wielu zostało uznane za powieść skandalizującą, dla młodych ludzi stało się jednak utworem kultowym. Jest to przede wszystkim powieść o miłości. Piętnastoletni chłopiec nawiązuje romans z dziewiętnastoletnią Martą Grangier. Sprawę komplikuje fakt, że Marta jest zaręczona z Jakubem (żołnierzem przebywającym na froncie), za którego wkrótce wychodzi za mąż. Dojrzewanie chłopca dokonuje się poprzez miłość do kobiety. Związek bohatera z Martą przechodzi przez wszystkie etapy, a miłość graniczy często z opętaniem.”

Nie jest to żadne romansidło, ani typowa historia miłosna. Radiguet pięknym językiem opowiada o dwójce kochanków, którzy nigdy nie powinni byli się spotkać. Nie brak tu erotyzmu i ludzkich dramatów. Nie brak też pięknych miłosnych uniesień. Idealna lektura na koniec lata - zachęcam do poszukiwań!


Na koniec jedna z moich ulubionych piosenek, wykonana w znakomitym duecie:


Myslovitz w ogóle jest moją miłością i cały czas czekam na kolejny koncert w Częstochowie :)

24 sierpnia 2010

Oddział chorych na raka, Aleksander Sołżenicyn

Oddział chorych na raka (Rakowyj korpus), Aleksander Sołżenicyn
Kolekcja Gazety Wyborczej

Jest coś, co zawsze odpycha mnie od wielkich tytułów. Obawiam się po nie sięgać, mając świadomość, że najznamienitsi krytycy uznają je za dzieła wybitne. Zastanawiam się wtedy co zrobię, kiedy okaże się, że danej książki nie pojęłam, bo jest "za dobra". Na szczęście już lektura pierwszych stron Oddziału... utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie mam się czego obawiać. To naprawdę urzekająca powieść.

Nie jest mi łatwo czytać o nowotworach, chorobach, strzykawkach i innych szpitalnych "cudach". Podejrzewam u siebie nosokomefobię i naprawdę sporo nacierpiałam się przy samej lekturze. Na szczęście Sołżenicyn wynagrodził mi to znakomicie poprowadzoną narracją. Gdyby nie ona - zapewne książkę odrzuciłabym na bok, nie bacząc, że biorę udział w stosikowym losowaniu i wyzwaniu rosyjskim.

Znajdujemy się więc na terenie byłego ZSRR w jednym z brutalnie zwyczajnych szpitali. Na oddział trzynasty trafiają tu przedstawiciele różnych klas społecznych, co pozwala nam przyjrzeć się ówczesnemu podziałowi społeczeństwa. Pacjentów dzieli wiele - od poglądów, przez nastroje po doświadczenia i grubość portfela. Łączy ich jednak jedno - w obliczu choroby i w obliczu zasad panujących na oddziale, wszyscy są równi - na tej samej zatłoczonej sali znajdują się więc wysoko postawieni urzędnicy i biedacy. Nikt nie może liczyć na ulgowe traktowanie - zwłaszcza, że personel szpitala zmuszony jest do traktowania ich jak kolejne pozycje w statystyce, a nie jak ludzi, którym należy pomóc. Szpital jest tu jednak czymś więcej - stanowi alegorię państwa totalitarnego - pełnego matactw, manipulacji i oszustw. Państwa niszczącego jednostkę. Państwa, urządzającego zbiorowe pranie mózgów u obywateli... Dlatego przez wiele lat książka ta nie mogła trafić na rosyjski rynek wydawniczy - władza obawiała się jej mocy. I słusznie.

Z jednej strony mamy do czynienia ze znakomicie opowiedzianą historią - nie unikającą filozoficznych rozmyślań nad sensem istnienia i popełnionych czynów. Z drugiej jednak widzimy prostych bohaterów, przystępny język i treść nieskomplikowaną (tj. łatwą w odbiorze), choć jednocześnie głęboką. I właśnie to stanowi największy urok tej książki - trafi ona bowiem do każdego. Nie trzeba być wielkim uczonym, aby pojąć sens i treść tak wybitnej lektury. Nie trzeba obawiać się skomplikowanej fabuły i trudnych to zrozumienia sytuacji. Sołżenicyn stworzył znakomitą powieść - przygniatającą swoją treścią i ujmującą prostotą. I choć może tytuł i tematyka książki nie przyciągają każdego, zapewniam, że nie ma się czego obawiać - to powieść nie tylko o chorobach i cierpieniu, to przede wszystkim powieść o nadziei, o rozliczaniu z własnym życiem, o bliskości z drugim człowiekiem. Naprawdę warto.

Moja ocena: 8,5/10

22 sierpnia 2010

Pływanie w negliżu, Claire Matturro

Pływanie w negliżu; Skinny-DippingPływanie w negliżu (Skinny-Dipping), Claire Matturro
Wyd. Muza, Warszawa 2007

W ostatnim czasie nie bardzo dopisywał mi nastrój, toteż ze stosu nieprzeczytanych książek postanowiłam wyciągnąć taką, która zapowiadała się na tyle zabawnie, że wyciągnęłaby mnie z moich małych smutków. Zapowiedź na okładce brzmiała zachęcająco: "Ja, Lilly Rose Cleary, posiadam wprost nieskończone możliwości doprowadzania samej siebie do szału". Spodziewałam się zabawnej narracji i taką właśnie dostałam. Przy pierwszych stronach nie przestawałam się więc uśmiechać. Dopiero z czasem poczucie humoru panny Lilly zaczęło mnie irytować, by w końcu doprowadzić do frustracji. Na dwa dni odłożyłam więc książkę na półkę, nie mogąc dać sobie z nią rady.

Dokończyłam lekturę w dniu dzisiejszym, ponieważ zawsze ciekawość u mnie wygrywa i chcę poznać zakończenie nawet najgorszej lektury. Niestety, im dalej w las, tym gorzej i po przeczytaniu ostatnich stron mam ochotę powiedzieć krótko: "co za pierdoły". Nie wiem, być może parę lat temu tego typu książka by mnie oczarowała. W obecnym stanie rzeczy - kiedy jestem bardziej zrzędliwa i smętna - takie głupoty przestają mnie bawić.

Pływanie w negliżu mogłabym polecić tym, którzy nie mają co robić w autobusie/pociągu/samolocie - na poważne książki nie są to miejsca odpowiednie, ale na lekką lekturę idealne. Oczywiście, książki nie odradzam, bo nie mam tego w zwyczaju - uważam, że każdy powinien sam przeczytać i wyrobić sobie własną opinię. Jednak ja drugi raz bym po nią nie sięgnęła.

Moja ocena: 3,5/10

19 sierpnia 2010

Invictus. Igrając z wrogiem, John Carlin

Invictus. Igrając z wrogiem (Playing the Enemy: Nelson Mandela and the Game that made a Nation), John Carlin
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Rok 1994. Nelson Mandela został właśnie wybrany na prezydenta nowej RPA. Pomimo upadku apartheidu kraj nadal jest głęboko podzielony, rasowo i ekonomicznie. Aby zjednoczyć swój lud, Nelson Mandela wymyśla odważny, ale ryzykowny plan: chce przekonać ludzi do poparcia narodowej reprezentacji rugby - Springboks - w ich walce o Puchar Świata, którego finał ma się odbyć w RPA za rok. Nie jest to łatwe zadanie, biorąc pod uwagę, że w tamtym okresie większość czarnych obywateli ciągle uważała rugby za rasistowski sport, który kojarzył się z afrykanerami, i zdecydowanie bardziej wolała piłkę nożną.

Czytałam tę książkę ze świadomością, iż oparta jest ona na rzeczywistych wydarzeniach, ale cały czas nie byłam w stanie uwierzyć, że wszystko to, o czym pisze Carlin jest prawdą. O ile jestem w stanie wyobrazić sobie wzajemną ludzką nienawiść, która nie jest mi obca, o tyle wielkie pojednanie wykracza już poza moją wyobraźnię. Jak widać - jestem człowiekiem małej wiary.

Invictus powstał na podstawie licznych wywiadów, przeprowadzonych z ludźmi z bliskiego i dalszego otoczenia Nelsona Mandeli - byłego prezydenta RPA - oraz z samym Mandelą, oczywiście. Dziennikarz - John Carlin - poświęcił temu wyzwaniu wiele lat, co pozwoliło mu stworzyć niezwykle absorbujące i doskonale napisane dzieło. Muszę przyznać, że nie lubię książek traktujących o polityce, dlatego gdyby nie wątek sportowy, który przykuł mą uwagę, pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę. Byłby to wielki błąd, ponieważ sposób w jaki John Carlin przedstawia wielkiego przywódcę - Nelsona Mandelę i wydarzenia, jakie były jego udziałem przyciąga czytelnika i nie można się dziwić, że Invictus pokochały miliony ludzi na całym świecie. To naprawdę wyśmienita lektura.

Dzięki historiom, jakie opowiedziano Carlinowi możemy poznać biografie wielu interesujących postaci, które wywarły ogromny wpływ na kształtowanie się życia politycznego w południowej Afryce. Bardzo dobrze poznajemy także Nelsona Mandelę - od jego codziennych przyzwyczajeń (mających na celu pokazanie jego "normalnej" strony), po kształtowanie się jego politycznych celów i myśli. Możemy poznać działania, jakie podejmowano, aby zjednoczyć "czarnych" z "białymi". Możemy także odkryć jak wielką potęgę ma sport. Sport, który potrafi dzielić i jednoczyć, mobilizować i niszczyć. Sport, który kochają niezliczone rzesze ludzi na całym świecie...

Koło jednego faktu nie można przejść jednak obojętnie, gdyż rzuca on spory cień na całą tę publikację. Chodzi tu o sposób, w jaki autor przedstawia postać Mandeli. Nie ujawnia on niemal żadnej wady, żadnej skazy, żadnego uchybienia wielkiego przywódcy. Naiwnością ze strony kogokolwiek byłoby zawierzenie temu obrazowi. Dlatego tak bardzo irytowały mnie pewne fragmenty reportażu. Nie mam zamiaru niczego Mandeli ujmować, po prostu doskonale zdaję sobie sprawę, że nie ma świętych ludzi, a po świecie nie stąpają ideały. Nie rozumiem więc skąd to przekłamanie i przedstawienie tej niezwykle barwnej postaci tak jednobiegunowo. Skoro świat miał poznać prawdę o wydarzeniach w Republice Południowej Afryki, powinno się ten obraz przekazać jak najpełniej. Ale wtedy to już nie byłoby tak dobrze przyjęte przez niektórych, czyż nie?

Pomimo tej jednej zasadniczej wady, uważam że po reportaż Carlina sięgnąć wręcz należy. To porządny kawał historii RPA, historii apartheidu, historii niezwykłego człowieka, któremu udało się porwać za sobą cały naród, łącznie z dotychczasowymi wrogami i przeciwnikami. Warto poznać tę historię. Warto wiedzieć więcej...

Moja ocena: 7,5/10

17 sierpnia 2010

Coraz dalej od miłości, Bernhard Schlink

Coraz dalej od miłości (Liebesfluchten), Bernhard Schlink
Wyd. Muza, Warszawa 2010

O Bernhardzie Schlinku zrobiło się głośno w naszym kraju dopiero za sprawą filmu Lektor z Kate Winslet w roli głównej (za tę rolę aktorka otrzymała nareszcie upragnionego Oscara). Przyznaję, że mam Lektora od dawna na półce, ale jako pierwszy książkę tę przeczytał Narzeczony i wynudził się przy niej na tyle, że sama jakoś nie miałam ochoty po nią sięgać. Ale nadrobię to, bo po lekturze Coraz dalej od miłości jestem bardzo ciekawa pozostałych dzieł niemieckiego autora.

Prawdą jest, że nie czyta się go wcale lekko - zapoznanie się z jego zbiorem opowiadań szło mi dużo wolniej, niż ma to miejsce w przypadku innych autorów. Ale tłumaczę sobie ten fakt tym, że to po prostu kawał dobrej prozy, którą należy chłonąć powoli, z wielką dokładnością.

Coraz dalej od miłości jest zbiorem siedmiu opowiadań, z których każde w jakiś sposób nawiązuje do tematyki miłosnej. Ale nie ma tu miejsca na lukrowane uczucia, czułe słówka i namiętność. Autor zwraca raczej uwagę na te trudniejsze aspekty relacji międzyludzkich - zdradę, oddalenie, uprzedzenia, granice. Jego bohaterowie nie są romantycznymi kochankami - przeżywają rozczarowania, są zgorzkniali, często nie potrafią odpowiednio zdefiniować swoich uczuć, przez co gubią się w plątaninie wydarzeń. Z tego też powodu są oni do bólu prawdziwi, a wydarzenia, jakie są ich udziałem ociekają autentycznością. Dlatego te opowiadania są tak prawdziwe.

Choć każde z opowiadań osadzone jest w innej rzeczywistości, łączy je fakt, iż w każdym z nich autor umieszcza jakieś nawiązania do Niemiec - niemieckiej polityki, religii i wydarzeń mających miejsce w tym kraju. Jest to kolejny z czynników wpływających na niezwykłą autentyczność książki.

Opowiadaniem, które zwróciło moją największą uwagę jest to, otwierające cały zbiór - Dziewczynka z jaszczurką. Opowiada o zadziwiającej fascynacji pewnym obrazem i nieustającym pragnieniem rozwiania jego tajemnicy. Relacja, jaka "łączy" bohatera z dziewczynką z obrazu w pewnym momencie zaczyna przerażać i budzić zdziwienie. Na szczęście znajduje ona swój kres...

Początkowo zupełnie inne uczucia wywołał we mnie Groszek cukrowy, który opowiada o poplątanych losach mężczyzny, żyjącego w związku z trzema kobietami naraz. Na szczęście w miarę upływu akcji ustają ciągłe wywody na temat relacji bohatera z każdą z nich i przychodzi bardzo ciekawe rozwiązanie, które rekompensuje chwile nudy w trakcie lektury...

Zachęcam do sięgnięcia po ten zbiór zarówno tych, którzy jeszcze Schlinka nie znają, jak i tych, którzy mieli okazję zapoznać się już z jego twórczością. Dla pierwszych będzie to znakomity początek, drudzy na pewno się nie zawiodą.

Moja ocena: 8/10

TOP 10: najlepsze teledyski zagraniczne

top 10 kreatywa

W maju stworzyłam mój pierwszy ranking, który dotyczył dziesięciu ulubionych filmów zagranicznych. Teraz postanowiłam poświęcić chwilę muzyce, która pełni w moim życiu równie ważną rolę, co sport i literatura. Na tę okoliczność pokusiłam się o stworzenie listy dziesięciu ulubionych teledysków zagranicznych. Kolejność nieprzypadkowa :)


16 sierpnia 2010

Dziewczyna z sąsiedztwa, Elizabeth Noble

Dziewczyna z sąsiedztwa; The Girl Next DoorDziewczyna z sąsiedztwa (The Girl Next Door), Elizabeth Noble
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Dziewczyna z sąsiedztwa Elizabeth Noble to niezwykła opowieść zaczynająca się od przedstawienia jednego z najbardziej fascynujących mnie miejsc na świecie. Ilekroć widzę je na zdjęciach czy na ekranie, zapiera mi dech w piersi, a gdzieś z wnętrza mnie wydobywa się ciężkie westchnienie. Central Park, który mam na myśli, fascynuje mnie i zachwyca. Jest dowodem na to, że nawet w wielkich aglomeracjach można zostawić „odrobinę” miejsca dla zieleni. I to nie byle jakiej, bo o miejscu tym nie bez powodu mówi się, iż jest sercem Nowego Jorku.

Czyż nie wygląda ono niesamowicie?


Nowojorska Upper East Side na Manhattanie. W kamienicy z czerwoną markizą przeplatają się losy i problemy uczuciowe jej mieszkańców, którzy z czasem stają się sobie bliscy niczym członkowie rodziny.

Eve i Ed są parą Anglików, szukających w Nowym Jorku lepszego życia. Ona nie radzi sobie z zaistniałą rzeczywistością, on całkowicie poświęca się swej prężnie rozwijającej karierze. Zaniedbuje żonę i oboje w pewnym momencie odkrywają, że lepiej żyje im się, kiedy jedno nie wchodzi drugiemu w drogę. Ale czy taki układ przyniesie im coś dobrego? Jak poradzą sobie z tragedią, którą przyszykował dla nich los?

Violet - zamknięta w sobie staruszka, powoli zaprzyjaźnia się ze swą rodaczką - Eve. Kobiety znajdują wspólny język, dzięki czemu długo skrywane tajemnice staruszki wychodzą na światło dziennie.

Jason i Kim żyją wspomnieniami lat, w których byli szczęśliwi. Kobieta całą uwagę poświęca swej córeczce, nie dopuszczając do niej nawet męża. Ten z kolei szybko zdaje sobie sprawę, że nie łączy już ich właściwie nic i odkrywa fascynację sąsiadką - Rachael.

Rachael i David wraz z trójką uroczych dzieci, tworzą tzw. "idealną rodzinę". Budzą podziw i zazdrość sąsiadów. Co jednak stanie się z tym sielankowym obrazem, kiedy David postanowi wdać się w romans z koleżanką z pracy?

Jackson - wieczny lekkoduch, żyjący z pieniędzy niemożliwie bogatych rodziców zakochuje się i postanawia zmienić coś w swoim życiu. Co stanie się z młodym mężczyzną, kiedy do gry dołączy zazdrosna piękność? Czy uda mu się wyplątać z sieci, zbudowanej z jego niepewności?

Charlotte to kobieta całkowicie oderwana od rzeczywistości - godzinami oddaje się czytaniu romansów i na ich podstawie tworzy obraz idealnego związku, idealnego życia, idealnej siebie. Czy jednak życie szykuje dla niej taką bajkę?

Madison to osoba o niezwykłej pewności siebie, żyjąca w przekonaniu, że wszystko jej się od życia należy. Jak poradzi sobie z przeszkodami, które staną na jej drodze? Czy zrozumie, że tylko udaje szczęśliwą? Czy zmieni swoje życie? A może jeszcze bardziej pogłębi swój żałosny stan?

A oprócz nich - para gejów, zagorzały homofob, nieśmiała piękność, stęsknieni rodzice, zgryźliwi ekscentrycy i grupa Kubańczyków. Czy uda im się znaleźć wspólny język? Jak będzie wyglądało ich życie, kiedy sekrety wyjdą poza ściany poszczególnych mieszkań? Czy kamienica będzie jeszcze w ogóle żyć?

Warto poznać odpowiedzi na te pytania i sięgnąć po pełną ciepła powieść Elizabeth Noble. Losy jej bohaterów nie zawsze są radosne, często towarzyszy im ból i niepewność. Ale to właśnie dodaje tej powieści niezwykłego uroku. Dość już mam manhattańskich opowieści o bogaczach o idealnym życiu w luksusie i bardzo się cieszę, że wreszcie ktoś ukazał tę inną stronę, w której Nowojorczycy są nie tylko kukłami w drogich limuzynach, ale przede wszystkim prawdziwymi ludźmi. Ludźmi, których zasobny portfel nie chroni od szarości życia, bólu i cierpień. Ludźmi, którzy przeżywają swoje wzloty i upadki, a przy tym stać ich na odrobinę empatii, współczucia i czułości wobec innych. Ta powieść wręcz emanuje autentycznością i szczerością. Niektóre wydarzenia i postaci mogłyby się wydawać banalne i typowe, ale nie w tych okolicznościach. Mowa przecież o Upper East Side...

Chciałabym, aby powstały kolejne części tej powieści. Nasze życie ma to do siebie, że stawia kolejne wyzwania i przeszkody, dodaje następnych radości i wzruszeń. Jestem pewna, że pomysłów autorce nie mogłoby zabraknąć... A potem... Potem może serial? Ja tak bardzo lubię patrzeć na Nowy Jork - nieosiągalne miasto z moich najskrytszych marzeń :)

Nie jest to wybitna literatura, raczej przyjemne czytadło, ale polecam każdemu - bo chyba większość z nas ma w sobie coś z ciekawskich podglądaczy. Czyż nie?

Moja ocena: 8,5/10

Na koniec mój ulubiony cytat, dotyczący tego, jak poznali się Eve i Ed:

"Mieli wspólnych znajomych, pili w tych samych pubach i jadali w tych samych restauracjach (...) Eve zachwycił romantyzm całej sytuacji. To, że mogli się mijać na przystanku autobusowym, w alejce supermarketu, w kolejce do kina. Że los czekał, aż będą gotowi, zanim wkroczył do akcji i kazał im się spotkać w tym samym miejscu"

Cytat ten zwrócił moją uwagę przede wszystkim dlatego, że to samo mogłabym powiedzieć o sytuacji między mną a Narzeczonym. Od zawsze mieszkaliśmy 5 minut drogi od siebie - on mijał regularnie mój blok, ja bywałam pod jego domem przynajmniej raz w tygodniu. Mieliśmy wielu wspólnych znajomych, a mimo to... Mimo to musiało minąć parę lat, zanim nasze drogi się ze sobą zetknęły. Ilekroć o tym myślę, mam ochotę zobaczyć film, który pokazywałby ile razy mijaliśmy się na ulicy, staliśmy jedno przed drugim w sklepowej kolejce i wsiadaliśmy do tego samego autobusu. Szkoda, że nie mogę tego zobaczyć :)

Zdjęcie pochodzi ze strony visitingdc.com

14 sierpnia 2010

Sputnik Sweetheart, Haruki Murakami

Sputnik Sweetheart (Supūtoniku-no koibito), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2009

I znowu pan Murakami zapewnił mi to cholerne uczucie niepokoju, które powoduje, że mam ochotę wybiec w ciemność i w samotności udać się na długi spacer przed siebie. Co prawda wrażenie to najsilniejsze było przy Po zmierzchu, ale sądzę, że w tamtym przypadku odczucia były tak mocne, gdyż był to mój pierwszy kontakt z japońskim mistrzem prozy.

Sputnik Sweetheart to niezwykła opowieść o bolesnej samotności. Samotności, która doskwiera każdemu człowiekowi. Ludzkie dusze przyrównane zostają tu do tytułowych sputników:

"Samotne metalowe dusze w niewzruszonym mroku kosmosu spotykają się, mijają i rozstają, by nie zetknąć się już nigdy więcej. Nie pada między nimi ani jedno słowo. Nie muszą dotrzymywać żadnych obietnic."

Sposób, w jaki Murakami przedstawia zasady funkcjonowania dwu równoległych światów - rzeczywistego i onirycznego, magicznego - powoduje, że popadam w głęboką zadumę i zaczynam wątpić w rzeczywiste istnienie wszystkiego, co mnie otacza. Może jestem podobna, do którejś z bohaterek Sputnika? Może któregoś dnia zgubiłam fragment siebie? A może przeszłam na drugą stronę lustra? Co jeśli pewnej nocy wyjdę na spacer i spoglądając w swoje okno dojrzę samą siebie? Czy ja też całkowicie osiwieję? A może "rozwieję się jak dym"? Czy może ja też już zniknęłam i ktoś szuka mnie za tajemniczymi drzwiami? Tęskni, wariuje, kocha? Próbuje przedostać się tam, skąd nie ma już odwrotu? Po lekturze Sputnika nasuwa się tyle pytań, myśli i wątpliwości, że aż zaczyna pękać mi głowa i sama zaczynam się gubić w tym, co prawdziwe, a co nie. Potęga mojej wyobraźni jest tak silna, że jestem w stanie poddać teraz w wątpliwość wszystko, co tylko dzieje się wokół...

To niezwykłe, jak wielką siłę ma proza Murakamiego. To już kolejna jego powieść, która wywiera na mnie tak ogromne wrażenie. Nigdy nie byłam zwolenniczką czytania o tym, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć - nie dla mnie magia, fantastyka i "cudowne" stworzenia. W tym przypadku jest jednak inaczej - to ten "drugi" świat fascynuje mnie najbardziej. To do niego miałabym ochotę się przenieść, żywiąc nadzieję, że ta druga strona zagwarantuje mi upragniony spokój ducha i radość z życia.

Tym, czego nie można przeoczyć w trakcie lektury Sputnika jest niezaprzeczalna potęga przyjaźni, o której chce nam opowiedzieć autor. Bez bliskich człowiek staje się sputnikiem, samotnie krążącym po orbicie rzeczywistości. Jeden z bohaterów mówi: "Na tym świecie żyją miliony ludzi; każdy z nich tęskni, szuka spełnienia u innych, a jednak się izoluje. Dlaczego? Czy Ziemia powstała tylko po to, by pielęgnować ludzką samotność?"

Otóż właśnie, dlaczego sami skazujemy się na to, żeby podróż przez życie odbywać w samotności? Czyż nie lepiej byłoby otworzyć duszę i serce? Prawdziwy przyjaciel powoduje, że życie staje się pełniejsze, a świat bardziej przystępny. Po co więc wciąż oddalać się jak te sputniki? Może warto uwierzyć w przyjaźń?

Koniecznie sięgnijcie po Sputnik Sweetheart, myślę że wtedy zrozumiecie, dlaczego targają mną aż takie emocje. Gorąco zachęcam.

Moja ocena: 9/10

10 sierpnia 2010

Odette i inne historie miłosne, Eric-Emmanuel Schmitt

Odette i inne historie miłosne (Odette Toulemonde et autres histoires), Eric-Emmanuel Schmitt
Wyd. Znak, Kraków 2009

Traf chciał, że następną lekturą po zbiorze opowiadań Siedem kobiet był u mnie... zbiór opowiadań o ośmiu kobietach. Zabieg ten nie był wcale celowy, co postaram się zaraz wyjaśnić, pozwalając sobie na kolejną prywatę.

Jest takie miejsce, w którym pierwszy raz spotkałam się z moim M. Tam również postanowiliśmy, że zostaniemy parą. Znajduje się ono niedaleko nas, więc wędrujemy tam od czasu do czasu. Pokochałam tę okolicę, za niezwykłość i malowniczość. W prężnie rozwijających się „metropoliach” niewiele jest już miejsc, gdzie ćwierkają ptaki, kwitną najróżniejsze kwiaty i krzewy, a sarny i inne zwierzęta przechadzają się bardzo blisko człowieka. Niewiele jest także miejsc, z których podziwiać można panoramę całego miasta i z których oglądać można zapierające dech w piersiach wschody i zachody słońca, a wszechobecna zieleń nakazuje zatrzymać się na chwilę i zaczerpnąć świeżego powietrza.

Tym miejscem jest okoliczny kamieniołom na Złotej Górze:
Przed paroma dniami Narzeczony zaproponował, żebyśmy znów udali się do "naszego" miejsca. W planach było długie wylegiwanie się w trawie i wzajemne czytanie. Po tej propozycji niemal automatycznie sięgnęłam po Odette - książkę zakupioną już dawno temu. Dopasowała się ona doskonale zarówno do miejsca, jak i czasu - okazja w końcu nielicha - cztery lata jak mój biedak ze mną wytrzymuje. I spodobała się nam obojgu, zapewniam.

Odette to zbiór prostych i przyjemnych historyjek, krążących wokół miłości. Każda z nich jest inna - osadzona w różnych okolicznościach, przedstawiająca zupełnie odmiennych bohaterów i różne aspekty miłości. Wszystkie jednak łączy jedno - są równie pięknie i fascynujące.

Schmitt musi wzbudzać skrajne emocje, ponieważ jest to kolejne jego dzieło, o którym czytałam tyle samo złych, co i dobrych opinii. Bałam się rozczarowania, ale w jednym z ulubionych autorów pokładałam też wiele wiary. I było warto! A jego dzieła chyba zacznę uznawać w ciemno za wielkie i znakomite.

Trudno jest mi wybrać ulubioną historię, ponieważ każda ma w sobie owo "coś", co powoduje szybsze bicie serca i długie chwile pełne zadumy. Bo prawdą jest, że choć opowieści te uznać można za nieskomplikowane i lekkie, nasączone są one pięknymi myślami, morałami i wskazówkami, dotyczącymi życia. Trzeba je tylko odkryć i zrozumieć. Naprawdę warto.

Moja ocena: 9/10

Ach! Zapomniałabym! Na koniec mój ulubiony cytat z książki, wynotowany w trakcie lektury:

Wielbimy kobiety, bo pojawiają się owiane tajemnicą, a gdy ona blednie, przestają się nam podobać. Kobiety myślą, że mężczyzn interesuje tylko to, co kryje się pomiędzy ich udami? Pomyłka! Bardziej od seksu mężczyzn pociąga romantyzm. Dowód? Jeśli mężczyzna odchodzi, to zwykle winne są nie noce, ale dni. Dni, pełne kłótni w promieniach słońca, odbierają ukochanej znacznie więcej blasku niż noce, podczas których kochankowie stapiają się w jedno. Pragnął często oświadczyć przedstawicielkom kobiecego rodu: zostawcie nam noce, a sobie weźcie dni – wtedy dłużej zdołacie zachować mężczyzn.(...) Chciałby, by wreszcie pojęły, że najwięksi podrywacze – to po prostu mistycy w pogoni za tajemnicą, i zawsze w kobiecej istocie przedkładać będą wszystko, czego im skąpi, nad to, co im hojnie udostępnia.

PS Czuję się już oficjalnie przekonana do opowiadań.

5 sierpnia 2010

Siedem kobiet, Rebecca Miller

Siedem kobiet; Personal VelocitySiedem kobiet (Personal Velocity), Rebecca Miller
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Nie przepadam za opowiadaniami. Polubiłam je pisać, ale z czytaniem idzie już trochę gorzej, bo rzadko są w stanie mnie zainteresować. Przekazanie maksimum treści za pomocą niewielu słów nie jest wcale łatwe i nie każdemu ta sztuka się udaje. Na szczęście Rebecca Miller poradziła sobie z tym zadaniem.

Siedem kobiet z opowiadań amerykańskiej autorki zmaga się ze swoim życiem – szukają zmian, szukają odpowiednich dróg, pragną zrozumieć siebie, swoje zachowania i to, dlaczego ich losy układają się tak, a nie inaczej.

Grecie wystarcza jedno spojrzenie na buty męża, aby uświadomić sobie, że wkrótce się rozstaną. Delia ucieka od męża tyrana i walczy o lepsze życie. Jest przykładem kobiety, która poczucie własnej wartości i władzy buduje wyłącznie dzięki seksowi. Louisa jest malarką, żyjącą w ciągłym poczuciu winy – najpierw z powodu śmierci brata bliźniaka, potem z powodu bycia lepszą od innych, a tak naprawdę wszystko to jest tylko pretekstem, aby stale się uniżać i swą wartość uzależniać od mężczyzn wokół. Julianne to niespełniona poetka, żyjąca w cieniu swego męża-wielkiego artysty. Bryna stale dowartościowuje się znajomością z „wielkimi” ludźmi, u których jest gosposią. Nieustannie udziela wywiadów w swojej głowie, starając się w ten sposób zawalczyć z prozą życia. Nancy właściwie trudno zaliczyć do grona kobiet – nie skończyła nawet dziesięciu lat. Ale to jej losy wydają się być najbardziej wstrząsające – dziewczynka boryka się z problemami psychicznymi, pada ofiarą pedofila i żyje w ciągłym poczuciu wyobcowania. W sercach rodziców przegrała z ich największą miłością – pieniądzem. Na końcu poznajemy Paulę – moją ulubioną bohaterkę (a może: bohaterkę mojej ulubionej historii?) – cudem unika ona śmierci i nagle jej życie staje się kłębkiem zbiegów okoliczności. Jak ona i pozostałe kobiety poradzą sobie z napotkanymi problemami? Czy zaczną żyć tak, aby być szczęśliwymi?

Każda z nich jest inna, ale wszystkie czegoś poszukują, wszystkie łakną zmian. Historia każdej z nich owiana jest tajemnicą i tak naprawdę żadnej z bohaterek nie poznajemy tak do końca. Bo ich historie zostają przerwane nagle, pozostawiając stos niedopowiedzeń. W pierwszej chwili ma się wrażenie, że opowieści przerwane są za wcześnie, że jeszcze coś mogłoby się wydarzyć. Ale dopiero lektura całości pozwala spojrzeć na sprawę bardziej ogólnie, z odpowiednim dystansem. I wtedy powroty do normalności, jakie autorka serwuje nam na zakończenie każdej opowieści nabierają sensu.

Siedem kobiet to zbiór naprawdę interesujących opowiadań. Jest to lektura odpowiednia na każdą porę – pochłania się ją szybko i lekko, choć parę razy przychodzi chwila na refleksję. Warto wtedy zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad postępowaniem i sposobem myślenia danej bohaterki. To naprawdę ciekawe kobiety, warto je poznać.

Moja ocena: 8,5/10

4 sierpnia 2010

The Runaways

The Runaways (2010)
reż. F. Sigismondi

Za mną kolejny film, którego wyczekiwałam niezwykle niecierpliwie odkąd tylko usłyszałam pierwszą wzmiankę na jego temat. Po pierwsze: przez wzgląd na moje muzyczne zamiłowania i ogólne uwielbienie dla wszelakich filmów muzycznych. Po drugie: ze względu na interesującą obsadę z Dakotą Fanning i Kristen Stewart na czele.

Oczekiwałam ciekawego obrazu, ogromnej dawki wyśmienitej muzyki i dobrej gry aktorskiej. I nie zawiodłam się w żadnym z tych aspektów. Co więcej - gra aktorska, o którą nieco się obawiałam, naprawdę mnie zachwyciła.

Od dawna było głośno o tym filmie, ale jeżeli ktoś jeszcze nie miał okazji słyszeć, przytoczę opis znaleziony na FilmWebie:

Fabuła filmu opowiadać będzie historię słynnego zespołu muzycznego The Runaways, który został założony 5 sierpnia 1975 roku przez perkusistkę Sandy West, gitarzystkę Joan Jett i Kari Krome, która po nieudanych próbach bycia wokalistką pozostała jedynie wspierającą zespół autorką tekstów. Szczęśliwe dziewczyny prawie natychmiast wypatrzył producent, Kim Fowley, który akurat szukał czegoś “nowego”, czegoś, co mogłoby być hitem np. dziewczyny ubrane w skóry i bieliznę wykonujące ciężkie brzmienie. Pomysł wypalił i grupa w 2 lata później stała się niezwykle popularna.

Domyślam się, że przytoczone nazwy i nazwiska nie każdemu muszą coś mówić, ale pewna jestem, że jeśli wspomnę o takich hitach, jak Cherry bomb czy I love rock'n'roll nikomu już nie będzie trzeba wyjaśniać, komu poświęcony jest ten film.

Kristen Stewart można zarzucić wiele - jej 'jedna mina' często bywa irytująca i powoduje u widza zniechęcenie, ale - możecie mi wierzyć, lub nie - w tym filmie spisała się naprawdę znakomicie. I to zarówno pod względem aktorskim (pierwszy raz widziałam u niej tak dobrze zaprezentowane emocje), jak i wokalnym (prawdziwa Joan Jett po przesłuchaniu nagrań pomyliła głos Kristen z własnym). Do tego mam wrażenie, że właśnie takie role stworzone są specjalnie dla niej - role buntowniczek, narkomanek, przygarbionych chłopczyc, z wiecznie zbolałą miną. Tutaj Stewart wpasowuje się idealnie i zastanawiam się teraz, jak wypadnie w drugiej części Przed świtem, w której ma przerodzić się w ideał piękna. Nie mam zamiaru ujmować jej urody, ale kompletnie nie wyobrażam sobie tej przemiany i tej roli. Mam jednak nadzieje, że aktorka mile mnie zaskoczy.


Również młodziutkiej Dakocie należą się słowa uznania. To już nie jest to słodkie dziewczątko z Wojny światów czy Siły strachu. Już w Księżycu w nowiu i Zaćmieniu wykazała się ogromną dojrzałością i sprawiła, że urocze dziewczę z aparatem na zębach zaczęło odchodzić w zapomnienie. Ale po roli w The Runaways wiadomo już, że Dakota od dawna nie jest dzieckiem i na role słodkich aniołków w jej wykonaniu nie można już liczyć. Mam nadzieję, że jej droga aktorska potoczy się w dobrym kierunku, bo to jedna z najzdolniejszych i najbardziej utalentowanych aktorek młodego pokolenia. I jestem pewna, że ma nam jeszcze wiele do zaoferowania.


Oprócz dwóch głównych ról kobiecych warto też zwrócić uwagę na czołową rolę męską The Runaways. Michael Shannon wcielający się w postać odkrywcy talentów Joan i Cherie zasługuje na ogromne brawa. Postać ekscentrycznego producenta z problemami psychicznymi, odegrał bowiem wyśmienicie:
Wyczytałam, że aktor ten otrzymał Satelitę oraz nominację do Oscara za rolę w Drodze do szczęścia i nabrałam wielkiej ochoty na obejrzenie tego filmu, który znam - jak dotąd - tylko z fragmentów. Wiem też, że nakręcono go na podstawie książki Richarda Yatesa, więc to pewnie od niej rozpocznę przygodę z tym tytułem (jak tylko uda mi się gdzieś ją zdobyć).


Tym, co - obok muzyki i gry aktorskiej - przykuwa największą uwagę w The Runaways jest także scenografia. Trzeba przyznać, że twórcy filmu naprawdę wysilili się, aby wiernie oddać klimat Ameryki lat siedemdziesiątych. Mam tu na myśli zarówno wystrój wnętrz, klimat nocnych klubów, jak i ciuchy oraz fryzury i makijaż. Na chwilę naprawdę można zapomnieć o wszystkim wokół i dać się wciągnąć w wir tego niezwykłego świata. A wszystko to w rytm naprawdę dobrej muzyki:



Sami przekonajcie się, jak na scenie wypadają odtwórczynie głównych ról. Zapewniam - jest na co popatrzeć i jest czego posłuchać.

Moja ocena: 9/10

Zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

1 sierpnia 2010

Suma naszych dni, Isabel Allende

Suma naszych dni (La suma de los dias), Isabel Allende
Wyd. Muza, Warszawa 2010

"Ach, cóż to jest za rodzina!" - chciałoby się wykrzyknąć po zakończeniu lektury tej magicznej powieści. Isabel Allende wprowadza czytelnika do tak niezwykłego świata, że rzeczywistość wokół nagle staje się bezbarwna i kipiąca nudą. W przeciwieństwie do rzeczywistości w jakiej żyje pisarka...

Suma naszych dni jest autobiograficzną powieścią Allende, napisaną w formie listu do zmarłej córki. W liście tym pisarka pragnie przedstawić ukochanej Pauli kilkanaście lat z życia swej rodziny. I wiele można by o tej rodzinie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest ona zwyczajna czy typowa. Do normalności jest jej po prostu bardzo daleko... I bardzo mnie to cieszy, bo inaczej nie mogłabym zatopić się w tej poruszającej opowieści. A - musicie mi uwierzyć na słowo - dzieje się w niej tak wiele, że w trakcie lektury brak jest chwili na ziewnięcie.

Miałam pewne obawy co do tej powieści - spodziewałam się raczej pełnej smutku, patetycznej historii, a dostałam niesamowicie ciepłą i tchnącą optymizmem opowieść o niezwykłej kobiecie i jej plemieniu, które - wbrew wszelkim przeciwnościom - nigdy nie przestaje się wspierać. Rodzina staje się tu najwyższą wartością, co autorka podkreśla wielokrotnie i co przyciąga mnie do tej powieści jeszcze bardziej. W tym miejscu mogę jedynie wyrazić nieopisaną zazdrość względem pani, której przyszło Sumę naszych dni przekładać na język polski. Na stronie wydawnictwa Muza znalazłam bowiem informację następującej treści: "w trakcie pracy nad przekładem tłumaczka, Marta Jordan, na zaproszenie autorki spędziła miesiąc w jej domu w okolicach San Francisco, w otoczeniu bohaterów jej wspomnień. Codzienne obcowanie z postaciami opisanymi na kartach tej książki było dla niej niezwykłym i niezapomnianym przeżyciem, w którym przenikały się nawzajem świat realny i rzeczywistość literacka. "

Domyślam się, że dla pani Marty Jordan było to jedno z najciekawszych i najbardziej niezwykłych życiowych doświadczeń. Coś nie do opisania. Coś wspaniałego. Coś, co może w mym sercu wywoływać ukłucie zazdrości, ale i radości, że komuś przyszło przeżyć coś tak niesamowitego...

Nieczęsto zdarza mi się mówić, że coś 'trzeba' czy 'należy'. Ale tak właśnie chciałabym odnieść się do tej książki - po prostu każdy powinien ją poznać. Można nie lubić wspomnień, powieści autobiograficznych czy czegokolwiek innego, co może się z Sumą naszych dni kojarzyć. Ale z pewnością życie i rodzina dla każdego stanowią jakąś wartość. I właśnie dlatego uważam, że po tę powieść sięgnąć należy. Zachęcam.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Zachęcam również do podjęcia czytelniczego wyzwania "Rosja w literaturze".