30 lipca 2010

Zapasy z życiem, Eric-Emmanuel Schmitt

Zapasy z życiem (Le sumo qui ne pouvait pas grossir), Eric-Emmanuel Schmitt
Wyd. Znak, Kraków 2010

Przyznaję, miałam pewne obawy przed lekturą tej mikropowieści. Spotkałam się wcześniej z kilkoma niepochlebnymi jej recenzjami i nie byłam pewna, czego się spodziewać. I może to oznaka naiwności - ale naprawdę zostałam pochłonięta i oczarowana.

Jakiś czas temu pokochałam Oskara i Panią Różę, a więc możecie mieć pewność, że poprzeczka temu autorowi postawiona została przeze mnie naprawdę wysoko, a mimo to nie zawiodłam się, co oznacza tylko jedno - na Zapasy z życiem warto zwrócić uwagę.

Jun jest zbuntowanym nastolatkiem żyjącym na ulicach Tokio, z dala od rodziny, o której nie chce rozmawiać. Jego życie zmienia się, gdy spotyka mistrza sumo, który zdaje się nie zauważać jego drobnej postury i ciągle powtarza, że „widzi w nim grubego gościa”. Upór mistrza sprawia, że Jun odwiedza szkołę sumitów, w której zapoznaje się z tajemniczymi praktykami sztuk walki. Dzięki nim odkryje w sobie siłę oraz zyska wiarę we własne możliwości. I może nawet sam zostanie mistrzem.... Poznając prawdę o sobie, chłopiec odnajdzie również harmonię oraz dostrzeże miłość życia.

Zadziwiające, jak wiele mądrości kryje w sobie taka niepozorna książeczka. Faktem jest, że jej wymowa, sens i morał są brutalnie oczywiste (stąd moje wspomnienie o naiwności), ale czasem można pozwolić sobie na mniejszy wysiłek umysłowy i dać autorowi możliwość podania nam wszystkiego niczym na tacy... Zwłaszcza, jeśli przedstawiona przez niego historia jest tak oczarowująca.

Jako osoba lubiąca sumo, miałam sporo uciechy w trakcie lektury, kiedy z ust głównego bohatera padały słowa na kształt: "dwieście kilo sadła, prawie gołego, z kokiem na głowie i jedwabnymi stringami w tyłku, biegające po okrągłym ringu", czy "gdy spasieni zawodnicy, gołe kolosy przewiązanie mieniącymi się haftowanymi fartuszkami (...) zebrali się na arenie, przed rytualnym rozpoczęciem turnieju, miałem wrażenie, że wylądowałem u czubków". Podobnie buńczucznych wypowiedzi młodego Japończyka w Zapasach z życiem jest ogrom, ale w pewnym momencie bohater sam przed sobą przyznaje skąd w nim tyle buntu i gniewu: "swoim zwyczajem udawałem zucha; próbowałem zamaskować cierpienie opowieściami, gniewem, przesadą, sarkazmem", co spowodowało, że natychmiast go polubiłam. Akurat w tej kwestii moglibyśmy podać sobie dłonie - takie słowa równie dobrze mogłyby paść z moich ust...

W tej mikropowieści Schmitt przedstawia kilka prawd i mądrości, które warto odnotować i zapamiętać:
- "po drugiej stronie chmur zawsze jest czyste niebo"
- "celem nie jest koniec drogi, tylko posuwanie się naprzód"
Nie są to prawda wielkie odkrycia, ale czasem warto sobie przypomnieć tak oczywiste oczywistości. Bo akurat one mogą w życiu bardzo pomóc...

Moja ocena: 9,5/10

PS. Po przeczytaniu ostatniego zdania Zapasów z życiem szczerze się zaśmiałam i wciąż na to wspomnienie uśmiecham się sama do siebie :) To naprawdę piękna historia...

29 lipca 2010

Pochwała macochy, Mario Vargas Llosa

Pochwała macochy, Mario Vargas Llosa
Oryginał: Elogio de la madrastra
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2010
Stron: 196
Gatunek: literatura społeczno-obyczajowa, literatura piękna

Od dawna chciałam zapoznać się z twórczością tego autora i nareszcie mi się to udało. Z pewnością również nie było to nasze ostatnie spotkanie...

Okładka przyciąga intrygującym hasłem: "tę powieść powinno się spalić. Nie czytaj jej. Odłóż z powrotem na półkę. Jest zbyt rozpasana, perwersyjna i wyuzdana", ale prawdę mówiąc uważam, że reklamowanie tej książki tymi słowy jest grubą przesadą. Nie miałam co prawda nigdy do czynienia z tego typu tematyką, ale przesadnej perwersji to ja tu nie odnajduję. Fakt, wiele stron tej powieści ocieka erotyką, ale tak naprawdę nie ona wysuwa się tu na pierwszy plan. Wbrew pozorom pod kurtyną zabawnej, erotycznej historyjki kryje się coś więcej - ironia, groteska, drwina i odrobina rubasznego humoru. Trzeba mieć sporo dystansu do spraw cielesności i seksualności, aby nie dać się zniesmaczyć i odrzucić fantazjami snutymi na kartach Pochwały macochy. Doskonale zdaję sobie jednak sprawę, że znajdzie się gros osób, dla których powieść ta będzie kontrowersyjna i oburzająca.

Lektura dzieła Llosy jest niewątpliwą gratką dla miłośników sztuki - główny bohater jest bowiem koneserem malarstwa erotycznego i opisy jego ulubionych obrazów zajmują sporo miejsca w tej krótkiej historii. Wielką przyjemność z czytania będą mieli także miłośnicy gier językowych i językoznawstwa w ogóle - przyznać trzeba, iż Llosa niezwykle zręcznie posługuje się słowem - potrafi dobrze pisać, to niezaprzeczalny fakt.

Na pochwałę zasługuje także wydanie książki - znakomita okładka oraz ilustracje przedstawiające opisywane obrazy są ogromnymi jej atutami. Warto się również zastanowić nad literą "a" wyróżnioną graficznie na okładce... Niezwykle trafny zabieg, idealnie wpasowujący się do klimatu powieści. Chylę czoła przed wydawcą!

Swoje pierwsze spotkanie z Llosą zaliczam do udanych, choć przyznać muszę, iż na kolana nie zostałam powalona. Bardzo jestem ciekawa pozostałych jego powieści - tych nieco obszerniejszych - mam bowiem nadzieję, że kolejne historie spełnią moje oczekiwania względem tak zdolnego pisarza. Na razie miłośniczką jego nie zostaję, choć żywię spore nadzieje na przyszłość...

Moja ocena: 7/10


Na koniec zdjęcie po dodaniu kolejnych dwóch regałów. Wkrótce półki zapełnią się do końca, a wtedy już zostaje mi tylko nadzieja na poszerzenie pokoju :)



literatura peruwiańska | recenzja | Mario Vargas Llosa | literatura | recenzje książek


Jorge Mario Pedro Vargas Llosa, peruwiański pisarz, dziennikarz, myśliciel, polityk.

Laureat Literackiej Nagrody Nobla w 2010 roku. Jak uzasadnia werdykt Szwedzka Akademia został nagrodzony za "kartografię struktur władzy oraz wyraziste obrazy oporu, buntu i porażek jednostki".

W 1994 r. otrzymał Nagrodę Cervantesa - najwyższe możliwe trofeum w świecie literatury hiszpańskojęzycznej.
Źródła: foto | opis





~Klaudyna~

24 lipca 2010

Spokojne czasy, Lizzie Doron

Spokojne czasy (Jamim schel scheket), Lizzie Doron
Wyd. Muza, Warszawa 2010

Lea nie miała dzieciństwa. Drugą wojnę światową przeżyła ukryta w dole wykopanym w ziemi. Nie wie skąd pochodzi, jak się nazywa, kim byli jej rodzice. Wraz z innymi żydowskimi sierotami została przewieziona do Izraela i zamieszkała w kibucu. Tam poznała krawca Srulika, z którym wzięła ślub i przeniosła się do Tel Awiwu. Po jego śmierci młodą wdową oraz ich synem Eitanem zaopiekował się Zajczyk, przyjaciel rodziny, prowadzący salon fryzjerski. To on dał Lei pracę manikiurzystki. Jej oczami czytelnik poznaje pokolenie Żydów, którzy przeżyli Holokaust. Po wojnie osiedlili się w Izraelu, gdzie każdy na swój sposób próbuje zbudować nowe życie na ruinach starego.

Ponieważ nie gustuję w tego typu literaturze, nie było mi łatwo zabrać się za tę powieść. Uznałam jednak, że skoro już otrzymałam ją od Muzy warto poszerzyć nieco swoje horyzonty literackie i zaraz po odłożeniu Gry w klasy zabrałam się za lekturę. Możecie mi wierzyć lub nie, ale pochłonęła mnie ona bez reszty! Ta historia jest tak przejmująca i tak pełna magii, że aż ma się ochotę pochłonąć ją w całości. "Magia" co prawda może się wydać określeniem nieco nie pasującym do klimatu książki, ale zapewniam, że sposób w jaki narratorka przedstawia świat jest naprawdę przejmujący i przyciągający. Niezwykle umiejętnie splata ona ze sobą historie ludzi naznaczonych wydarzeniami czasów wojny. Opowiada o swych mężczyznach, sąsiadach i przyjaciołach, a losy każdego z nich są tak poruszające, że nadają się na osobną powieść - pełną smutku, cierpienia i poszukiwania nadziei. Taka właśnie jest lektura Spokojnych czasów - przygnębiająca i pełna wzruszeń. Każda niemal historia opowiedziana przez Leę wywoływała u mnie łzy i brak tchu - niezwykle ciężko jest mi pogodzić się z faktem, że choć może i jest to fikcja literacka, to takie historie miały miejsce naprawdę. Wokół ludzie przeżywali swoje dramaty, tracili rodziny, gubili samych siebie... Tak jak Lea, która nie wie nic o swym dzieciństwie, nie zna rodziny, nie wie nawet kiedy i gdzie się urodziła. Do późnej starości żyje jednak nadzieją, że - zgodnie z obietnicą - ktoś ją odnajdzie i zagadka jej pochodzenia zostanie rozwiązana. A wtedy pozostanie już tylko "piękne życie"...

Po lekturze Spokojnych czasów w mej głowie kłębi się wiele pytań i myśli. Z jednej strony pragnę docenić fakt, że wszyscy ludzie ocaleni z zagłady w jakiś sposób próbują poradzić sobie z przeszłością i starają się żyć najlepiej jak tylko potrafią. Z innej zaś zastanawiam się skąd w głównej bohaterce tyle naiwności, że odnalezienie rodziny jest gwarancją szczęśliwego życia. Tłumaczę to sobie jednak tym, że przy całym tym paskudnym losie, jaki spotkał Leę życie nawet najmniej realną i mocno naiwną nadzieją daje jej siły by walczyć i trwać. Nadzieja. Nadzieja staje się teraz dla mnie najważniejszą z trzech teologicznych cnót - a myśl ta rozwiązuje właśnie jeden z moich dylematów i jej ważność w niedługim czasie Wam udowodnię ;)

Moja ocena: 8,5/10

20 lipca 2010

Gra w klasy, Julio Cortázar

Gra w klasy (Rayuela), Julio Cortázar
Wyd. Muza, Warszawa 2010

"Gra w klasy" to książka szczególna: można ją czytać w nieskończoność, odkrywając coraz to inne konteksty, układając za każdym razem nowe warianty zakończenia poszczególnych wątków, zmieniając kolejność rozdziałów i stron. Ta książka przypomina zabawę w klocki, kiedy z małych sześcianów powstaje pałac albo most - możliwości są nieograniczone, zwłaszcza gdy klocki dostaną się w ręce dziecka, które ożywi je swoją wyobraźnią. "Gra w klasy", najsłynniejsza pozycja w dorobku Julio Cortázara, to "zabawka dla dzieci starszych" - autor daje klocki, a sam staje z boku i patrzy, co czytelnik z nich ułoży, zmuszając go tym samym do współdziałania.

Gra w klasy to jedna z tych powieści, których lekturę chce się celebrować jak najdłużej, a jednocześnie jak najszybciej zgłębić ją do końca, bo odkrywanie świata wykreowanego przez genialnego Cortázara staje się wielką przyjemnością i niesamowitą przygodą. Tak... Przygoda to najlepsze określenie.

Tym co niezwykłe w tej powieści jest nie tylko jej budowa, ale przede wszystkim jej wymowa, jej zawartość, ta niezwykła mądrość, która zalewa czytelnika na każdej kolejnej stronie. Tu nie ma znaczenia akcja, wydarzenia, obrazy - tu najważniejsze są słowa, myśli, mądrości. Autor urywa wątki, wycina elementy rzeczywistości i zlepia je ze sobą tak, aby wycisnąć z nich jak najwięcej po to, by czytelnik mógł chłonąć wiedzę, zaglądać wgłąb własnej duszy i odkrywać to co ważne, zamiast marnować czas na ślepe podążanie za wydarzeniami, które mogłyby nie wnieść nic do jego życia i do jego światopoglądu.

Gry w klasy nie czyta się łatwo. Lekturę tej powieści nazwałabym wręcz wyzwaniem. I to takim, któremu nie każdy jest w stanie podołać. Sama mam wrażenie, że to wszystko, co wyniosłam po jej przeczytaniu jest zaledwie maleńkim odłamkiem tego, co Cortázar chciał przekazać. Dlatego też za jakiś czas zdecyduję się na ponowną lekturę, aby poznać bliżej bohaterów, aby przyjrzeć się przedstawionym wydarzeniom. Pierwszą lekturę uważam za nieco zbyt gorączkową, zachłanną, niedokładną. Podyktowaną chęcią natychmiastowego dowiedzenia się co jeszcze wymyślił autor, aby powalić czytelnika na łopatki i całkowicie zachwiać jego spojrzenie na literaturę i na życie. Na życie przede wszystkim.

Po lekturze Gry w klasy aż chce się zrobić rachunek sumienia, zastanowić się nad swoim postępowaniem i nad drogą, jaką obrało się w życiu. Autor brutalnie wytyka błędy, obnaża ludzkie niedoskonałości i ukazuje lęki, jakie człowieka blokują. Ta powieść ma wymiar ponadczasowy i uniwersalny, a sytuacje i problemy w niej przedstawione znajdują odzwierciedlenie we współczesności. Książka ta dobra jest dla każdego i warto poświęcić jej parę godzin nawet jeśli odstrasza gabarytami czy niekiedy powiewa nudą. Ma ona bowiem w sobie tylko uroku i tyle magii, że można ją nazwać niesamowitą i genialną. To jedna z tych książek, które całkowicie zmieniającą życie tego, kto po nie sięgnie.

Moja ocena: 9/10

Jeszcze raz bardzo dziękuję wydawnictwu Muza za podarowanie mi tej książki. Jest ona dla mnie niezwykle ważna.

16 lipca 2010

Klaudyna w szkole, Colette

Klaudyna w szkole (Claudine à l'école), Sidonie-Gabrielle Colette
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985

Colette to znana francuska pisarka, autorka obyczajowo – psychologicznych powieści. Zdobyła ogromną popularność dzięki kontrowersyjnych, jak na owe czasy książkach o Klaudynie, opartych częściowo na motywach autobiograficznych. Opowieści o Klaudynie cieszyły się ogromną poczytnością, przygody szkolne młodej dziewczyny, następnie jej wchodzenie w dorosłość ze względu na wątki erotyczne uznawane były po wydaniu książki (1900 rok) za niemoralne i obejmowała je cenzura.

Wielką przygodą było dla mnie zapoznanie się z tą książką. Dowiedziałam się bowiem kiedyś, że to właśnie dzięki filmowi, nakręconemu na jej podstawie, tacie przyszło do głowy nazwanie mnie tak, a nie inaczej. Zapytany kilka lat temu o to, kim była owa Klaudyna, odpowiedział, że "dowiem się za 20 lat, bo za młoda jestem". Ciekawość w tym momencie wzięła górę, toteż w parę dni później książka zagościła na mej półce. Przed paroma dniami postanowiłam sobie ją przypomnieć...

Mamy więc koniec XIX wieku, francuską wieś, typową szkołę dla dziewcząt i pełną uroku bohaterkę - piętnastoletnią Klaudynę. Dziewczątko to rezolutne jest jak mało kto i jak mało kto przyciąga do siebie wszystkich wokół - jako buntowniczka i "postrzeleniec" wzbudza podziw koleżanek. Jako piękność o długich lokach i nienagannej cerze rozbudza miłość w nauczycielach (i nauczycielkach!), lekarzach i w niemal każdym, kto stanie na jej drodze. Otoczenie Klaudyny odbiera ją jako osobę nieprzeciętną, "stukniętą", inteligentną, nieco czupurną i nieobliczalną. Sama mówi o sobie "perła", "szaleniec", "chłopczyca", a kiedy wpada w szał, potrafi bić, gryźć i drapać. Jakby tego było mało - nie unika sytuacji trudnych i lubi wpadać w kłopoty tylko po to, by z wdziękiem się z nich wykaraskać. Nieokrzesana, zabawna i niebanalna bohaterka wzbudza w czytelniku tak wielką sympatię, że aż chciałoby się z nią zaprzyjaźnić!

Klaudynę poznajemy na kilka miesięcy przed zakończeniem szkoły i planowanym wyjazdem do Paryża. Z perspektywy bohaterki powoli poznajemy jej świat - poczciwego tatę, nieco ignorującego swą córkę, przepiękną wiejską scenerię, naiwną przyjaciółkę szukającą "księcia", grono koleżanek (z których każda wzbudza ogromną sympatię) oraz - najważniejszą - szkołę. Szkołę, bez której Klaudyna nie wyobraża sobie życia. Szkołę, w której jesteśmy świadkami przedziwnych wydarzeń (np. ciągłych wizyt doktora, pozwalającego sobie na zbyt śmiałe kontakty z uczennicami czy intymnej zażyłości nauczycielek), które tłumaczą, dlaczego książka Colette wywołała tak wielkie kontrowersje i znajdowała się na ustach całej Francji, pomimo tego, że wspomniane wydarzenia opisane są w sposób delikatny, nienachalny i - jak na mój gust - mało oburzający.

Nie da się ukryć, że zbyt dużym wymaganiem byłoby oczekiwanie, bym w ocenie książki Colette była obiektywna. Powieść ta ma dla mnie wymiar sentymentalny, a moje zagłębianie się w każdą kolejną stronę było jak misja poszukiwawcza, w celu odnalezienia cech wspólnych z bohaterką. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to naprawdę wartościowa, zabawna książka. Nie jest zbyt wymagająca, a czyta się ją niezwykle lekko i przyjemnie - ot, lektura idealna na miłe, letnie popołudnie.

Za jakiś czas zamierzam zagłębić się w kolejne tomy serii o Klaudynie. Z opisu domyślam się, że o ile pierwsza część to lekka historyjka, dobra dla nastoletniego odbiorcy, o tyle kolejne mogą być już "smaczniejsze", przeznaczone wyłącznie dla dorosłego czytelnika. Jestem pewna, że znakomite pióro Colette nie zawiedzie...

Moja ocena: 9/10

13 lipca 2010

Smutny to oręż, co nie broni się słowem, Marina Mayoral

Smutny to oręż, co nie broni się słowem (Tristes armas), Marina Mayoral
Wyd. Muza, Warszawa 2006

W Hiszpanii trwa wojna domowa między obrońcami republiki a zwolennikami generała Franco. Dwunastoletnia Harmonía i sześcioletnia Rosa trafiają do sierocińca, ponieważ ich rodzice, walczący w szeregach republikanów, nie chcą, aby wychowaniem dziewczynek zajęła się profrankistowsko nastawiona rodzina. Pewnego dnia dzieci zostają wysłane statkiem do Związku Radzieckiego. Tam mają tylko przetrwać wojnę...

Seria Salsa jest jedną z moich ulubionych - konsekwentnie uzupełniam moją kolekcję i mam nadzieję, że któregoś dnia uda mi się zebrać na półce wszystkie jej egzemplarze. Nie tylko dlatego, że te książki prezentują się tak pięknie - przede wszystkim dlatego, że należą do naprawdę dobrej literatury.

W Smutnym orężu... fascynujący jest każdy szczegół - od tytułu, przez dedykację, po samą treść książki. Czytelnik nieśmiało zapoznaje się z pierwszymi jej stronami, by za chwilę całkowicie dać się pochłonąć i po kilku godzinach zorientować się, że ma za sobą kolejną wspaniałą lekturę. Lekturę wywołującą i śmiech, i łzy. Współczucie i trwogę. Lekturę, która na długo zapadnie w pamięć...

Losy bohaterów dotkniętych wojną bywają straszliwie przygnębiające, jednakże nadchodzą momenty, w których tętnią oni radością i zapominają o koszmarze, jaki zgotował im los. Urzekają tutaj zwłaszcza historie małych bohaterów, którym przyszło żyć z dala od ojczyzny, od rodzin, od miejsc bliskich ich sercom. Na swój sposób radzą sobie oni z wojną, wspierają się wzajemnie i szukają dróg, które pozwolą im cieszyć się życiem.

Smutny to oręż... jest powieścią wzruszającą i - wbrew pozorom - przepełnioną optymizmem. Optymizmem, który odkrywa się stopniowo, małymi kroczkami. Optymizmem, który trąci nieco naiwnością, ale czyż pozytywne zakończenie nie jest tym, czego tak bardzo chcemy, kiedy wokół tyle zła? Wojna odbija trwałe piętno na psychice każdego z bohaterów - niech chociaż kres ich życia okaże się dla nich pomyślny...

Moja ocena: 8,5/10

Na południe od granicy..., Haruki Murakami

Na południe od granicy, na zachód od słońca (Kokkyō-no minami, taiyō-no nishi), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2009

Kocham Murakamiego i jego twórczość. Na południe... stanowi mój czwarty kontakt z tym wybitnym japońskim pisarzem i naturalnym jest, że "na tym się nie skończy", gdyż twórczość Harukiego na stałe zagościła w moim sercu, a Na południe... dołączyło do listy mych ulubionych powieści.

Kiedy zakończyłam lekturę Po zmierzchu [a był to mój pierwszy kontakt z Murakamim], targały mną niezwykłe emocje - mieszanina lęku, ekscytacji i podniecenia. Tych uczuć zabrakło mi przy Norwegian Wood i Wszystkie boże dzieci tańczą. Dopiero lektura Na południe od granicy, na zachód od słońca przywołała we mnie te uczucia na nowo. Znów miałam ochotę wyjść z domu, zatopić się w muzyce i kierować się tam, gdzie ponoszą mnie nogi. Z przyczyn technicznych - tj. poparzenia słonecznego i okrutnego żaru za oknem - porzuciłam ten pomysł. Nie omieszkałam jednak sięgnąć po muzykę, której słuchali bohaterowie powieści, licząc na to, że pozwoli mi ona zniszczyć wielki znak zapytania, jaki zaczął mnie prześladować po odłożeniu książki na bok. Niestety, nie pozbyłam się ani tegoż znaku, ani uczucia niepokoju, ale znaczy to jedynie tyle, że Murakami znów powalił mnie na łopatki.

Hajime od lat pielęgnuje w sobie wspomnienie Shimamoto, pierwszej ukochanej z okresu dzieciństwa, i porównuje do niej każdą poznaną dziewczynę. Kiedy już jako dorosły mężczyzna spełniony w życiu osobistym i zawodowym przypadkowo spotyka Shimamoto, okazuje się, że dawna fascynacja przetrwała. Hajime decyduje się rzucić swą rodzinę i wykorzystać szansę daną mu przez los. Czy jednak możliwy jest powrót do przeszłości? To piękna opowieść o niespełnionej miłości i pogoni za nieosiągalnym ideałem. Co leży na zachód od słońca i czy na południe od granicy znajdziemy raj, czy też zwykłą szarą rzeczywistość?

Opis znajdujący się na okładce książki ani trochę nie mija się z prawdą - istotnie, opowieść ta jest piękna, nieco smutna i tajemnicza. Już sam tytuł jest niezwykle fascynujący, a co dopiero sama treść, która zaskakuje i przyciąga czytelnika. Historię życia głównego bohatera śledzi się z zapartym tchem i choć - jak to u Murakamiego - narracja nie powala dynamizmem, ma się ochotę chłonąć tę historię natychmiast - goniąc jedno słowo za drugim, rozwiązując zagadki i niedomówienia, jakie pozostawia autor. To naprawdę niesamowite uczucie móc wsiąknąć w rzeczywistość, w jakiej żyje Hajime. Zwłaszcza, że powieść ta ma charakter uniwersalny - przedstawione sytuacje mogą zdarzyć się każdemu z nas. Bo czyż istnieje ktoś, kto nie napotkał w swym życiu dylematu - czy egzystować w swym dotychczasowym, poukładanym świecie, czy zaryzykować i porzucić go dla wielkiego szczęścia, choćby chwilowego? Życie pisze różne scenariusze i czasem to, co wydaje nam się pewne i stałe szybko może się rozsypać. A my mu w tym z ochotą pomożemy...

Po lekturze Na południe... nie jestem co prawda w pełni ukontentowana [za dużo niedomówień, niedokończonych wątków i nierozwiązanych zagadek], ale i tak zaliczam tę powieść do jednej z lepszych, jakie było mi dane w życiu czytać. Mało które dzieło wywołało we mnie aż takie emocje...

Moja ocena: 9/10

Przepytywanie

Właścicielka absolutnie najlepszego literackiego bloga - Basia - zaprosiła mnie do łańcuszkowej zabawy, polegającej na udzieleniu odpowiedzi na pewne pytania... Oczywiście, związane z literaturą :) Z chęcią opowiem co nieco o sobie i swoich literackich preferencjach.

Do dzieła!

Zacznę od pytania, wymyślonego przez samą Barbarę, chociaż nie należy ono wcale do najprostszych: czy czytając jakąś książkę, dowolnego gatunku, zwracacie uwagę na ukryte przesłanie, nie tylko to widoczne gołym okiem, ale czy staracie się kopać jak najgłębiej, aby rozgryźć psychikę autora, niejako naświetlić jego dagerotyp, czy może liczy się dla was sama opowiedziana przezeń historia?

Na studiach uparcie powtarzano mi, abym nigdy nie szukała autora w żadnym tekście. Mówiono, że jest on osobnym bytem i na próżno szukać odniesień do jego osoby w tekstach. I choć niektórzy badacze literatury teorię tę obalali, nam uparcie wbijano ją do głowy. Czy słusznie? Moim zdaniem - nie. Uważam, że nie da się traktować tekstu i autora jako odrębne byty. Już samo to, że dany utwór jest strumieniem słów, wydobywających się z nadawcy, wiąże z nim jego osobę. Przekazuje on tekstowi cząstkę siebie, swoich poglądów, doświadczeń, uczuć. W utworze więc musi znaleźć się 'coś z niego' - u niektórych owo 'coś' będzie obecne w małym stopniu, u innego w większym. Ważne jest, aby umieć to dostrzec. Bo ja właśnie lubię szukać, lubię drążyć, lubię badać. Chcę odnaleźć autora w jego dziele, by lepiej poznać jego osobę, by zajrzeć wgłąb jego duszy. Sama przecież piszę i z pisaniem wiążę przyszłość, rys osobowości pisarza jest mi więc niezwykle potrzebny, aby móc odnaleźć siebie...

W łańcuszku funkcjonują też 'pytania podstawowe', wymyślone przez Manię czytania:

1. Do jakiego kraju, miasta, miejsca chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą? Jaka to była książka? A może już w takim miejscu byłaś? W takim razie jak wypadła konfrontacja?

Świadomie wybieram książki związane z Barceloną. Uważam to miasto za wybitnie przyciągające i fascynujące. Naukę hiszpańskiego podjęłam właśnie dlatego, żeby móc wyjechać tam i bezproblemowo porozumieć się z rodowitymi Hiszpanami, których uważam za ludzi niezwykle przyjaznych i otwartych. Fascynacja Barceloną zrodziła się we mnie 8 lat temu, kiedy miałam okazję przebywać w tamtych stronach. Przez tych kilka pięknych tygodni nasiąknęłam tamtejszym klimatem i zakochałam się. Zakochałam się i chcę tam wrócić. Na razie jednak szukam Barcelony w literaturze...

W ostatnich tygodniach towarzyszy mi również pragnienie poznania Japonii. Fascynacja tym pełnym magii krajem nie jest mi obca - już dawno przyciągnął mnie on pod wpływem Narzeczonego. Jednak to dopiero Murakami sprawił, że mogłabym porzucić moje dotychczasowe życie tu i teraz, byle tylko móc znaleźć się w dalekiej, zupełnie innej rzeczywistości. Ilekroć poznaję ten świat za pośrednictwem literatury, doznaję niezwykłych uczuć, które tylko potęgują moje pragnienie poznania Japonii.

W tym miejscu muszę się też przyznać do mojej małej słabości z czasów, kiedy byłam dzieckiem. Otóż kiedy zaczynałam szkołę podstawową, dostałam od rodziców stos książek, które zrodziły we mnie miłość do pewnego człowieka... Zapragnęłam wówczas zostać żoną Tomka Wilmowskiego i przemierzać z nim świat! Do tej pory pamiętam wypieki na mych policzkach, kiedy czytałam o nowych odkryciach i przygodach mojego ulubionego bohatera literackiego. Wtedy nic innego się nie liczyło - w głowie małe dziewczę miało tylko Tomka :)

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem?


Kiedy byłam dzieckiem bardzo zazdrościłam koleżankom, że mogą wyjeżdżać na wieś do babć i cioć. Sama chciałam rozłożyć się na łące, chodzić boso nad staw i zbierać owoce w ogródku. Marzenie to spełniło się dopiero kiedy osiągnęłam dorosłość i rodzice kupili sobie dom na wsi - z sadem, lasem i ogromem zieleni. Uwielbiam to miejsce - jest ciche, spokojne, a powietrze jest tak czyste, że aż chce się oddychać pełną piersią. To właśnie tam lubię czytać - czy to na materacu w basenie, czy to na hamaku, czy też po prostu na krześle. Nie ma lepszego miejsca na obcowanie z literaturą.

Cotygodniowe wycieczki do domu rodziców to oczywiście mało, więc również w mieszkaniu muszę mieć jakieś ulubione miejsce do czytania. Nie jest nim balkon, bo nie znoszę gorąca. Nie jest nim wanna, bo jakoś nie potrafię odnaleźć w niej wygody. Zazwyczaj po prostu rozkładam się na swym ukochanym, najwygodniejszym na świecie łóżku. Wszędzie dobrze, ale na własnym najlepiej :)

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania w wakacje.

Wakacje to dobry czas na nowe odkrycia literackie, dlatego każdemu polecam aby sięgnął po przynajmniej jedną książkę, która wydaje mu się być zupełnie nie dla niego. W moim przypadku będzie to fantastyka, dla kogoś innego osławiony Zmierzch, a dla jeszcze innego 'coś' z prozy feministycznej. Cokolwiek by to nie było - zachęcam do poszerzania swoich horyzontów literackich i sięgania nawet tam, gdzie wcale nie mamy ochoty. A nuż odkryjemy nowe fascynacje?

Do dalszej zabawy zachęcam każdego, kto jeszcze nie został do niej wciągnięty :)

7 lipca 2010

Wszystkie boże dzieci tańczą, Haruki Murakami

Wszystkie boże dzieci tańczą (Kami-no kodomotachi-wa mina odoru), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2008

Murakami czuje się świetnie również w zwartej oszczędnej i precyzyjnej formie krótkiego opowiadania. Kilkoma słowami zarysowuje wyraziste, sugestywne światy, a każda z historii jest przekonująca, pełna i satysfakcjonująca. Każdy z bohaterów odbywa jakąś podróż - czy to w rzeczywistym, geograficznym, czy jedynie wewnętrznym, duchowym wymiarze - do której bodźcem staje się tytułowe trzęsienie ziemi; każdy z nich odkrywa w sobie jakąś tajemnicę, którą próbuje przeniknąć albo po prostu pogodzić się z jej istnieniem; każdy ma jakąś obsesję, która zatruwa mu życie; każdy jest uwikłany bądź dopiero się wikła w skomplikowane relacje z innymi ludźmi, poprzez które następuje niejako wzajemna wymiana sekretnych duchowych labiryntów. Nieposkromiona wyobraźnia Murakamiego raz po raz rozsadza ramy realności, przenosząc czytelnika to w świat snów, to marzeń, to czystej surrealnej fantazji.

Pierwszy kontakt z opowiadaniami mojego najnowszego odkrycia literackiego mam już za sobą. Lektura zajęła mi sporo czasu, ale ma to związek jedynie z trwającym Mundialem oraz męczącą sesją (na szczęście do września mam spokój). Sama książka nie należy do najgrubszych, a i wydana jest - jak to z Murakamim bywa - mało oszczędnie (duże czcionka, spora interlinia i ogromne marginesy), więc tak naprawdę można ją "pochłonąć" w jedno, leniwe popołudnie.

Na Wszystkie boże dzieci tańczą składa się sześć opowiadań, z których każde w jakiś sposób nawiązuje do pewnego trzęsienia Ziemi... W każdym poznajemy niezwykłych bohaterów, przenosimy się do innego, fascynującego świata. Raz jest to świat snów, innym razem świat wyobraźni, a jeszcze innym tzw. "szara rzeczywistość". Jednakże do którego z tych miejsc by nas autor nie przeniósł - owiewa nas ta sama aura tajemniczości i niepokoju.

Bohaterowie opowiadań Murakamiego pragną zmienić swoje życie, poszukują jego sensu, doznają uczuć, które wcześniej ignorowali lub były im zupełnie obce. Każdy z nich odbywa jakąś wędrówkę i każdy z nich daje czytelnikowi jakąś pouczającą lekcję. To niezwykłe, z jaką łatwością przychodzi Murakamiemu wniknięcie w ludzką psychikę, zbadanie jej i wyciągnięcie odpowiednich wniosków. Wniosków, które pomagają nie tylko bohaterom, ale i czytelnikom. "Znakomita robota, panie Haruki" - chciałoby się rzec.

Ale nie rzeknę tak, bo opowiadania - choć fascynujące - plasują się daleko w tyle za utworami prozatorskimi tego autora. W krótkiej formie nie da się tak doskonale nakreślić świata, przedstawić bohaterów i ich otoczenia. A właśnie tym, co urzeka mnie w Murakamim najbardziej jest sposób, w jaki przedstawia on najdrobniejsze detale świata przedstawionego. Lubię tę jego powolną narrację i stopniowe odkrywanie tego, co ukrywa się za każdą kolejną literą. W opowiadaniach taki "system" nie ma prawa bytu, a więc Wszystkie boże dzieci tańczą nie ma w sobie tego, co u Murakamiego cenię najwyżej...

Mimo wszystko, oczywiście zachęcam do sięgnięcia po te opowiadania. Bo fakt, że wypadają nieco gorzej, niż powieści, nie odbierze im tego, co w nich ważne i potrzebne...

Moja ocena: 7/10

3 lipca 2010

John Lennon o sobie

John Lennon o sobie (John Lennon in His Own Words), John Lennon
Wyd. Britannica, Poznań-Koszalin 1991

Oto, po raz pierwszy w Polsce, zebrane wypowiedzi Johna Lennona. Dla wielu Lennon był po prostu Beatlesem. Był ich siłą napędową, bystrym chłopakiem, który wierzył, że zna odpowiedź na każde pytanie. Autobiografia "John Lennon o sobie" ukazuje wybitnie utalentowanego artystę, kompozytora, pisarza, aktora, dramaturga, malarza i działacza społecznego. John Lennon był właśnie takim człowiekiem. Był nawet kimś więcej.

Jako ogromna fanka Beatlesów i Johna Lennona, z wielką przyjemnością i sporym przejęciem sięgnęłam po tę książkę. Nie byłam pewna, co zastanę na poszczególnych stronach, ale jedno było pewne - zapoznanie się z autobiografią idola miało być dla mnie niezwykłą przygodą. I tak też się stało.

Uśmiecham się teraz do swych myśli, bo odkryłam pewne fakty, które wcześniej nie przeszły mi nawet przez głowę. Zaskakujące, ale zauważam teraz ogromne podobieństwo między Johnem, a innym moim "bogiem" - Salvadorem Dalim! Obaj w podobnym tonie wypowiadają się o sobie - już od małości byli pewni, że będą "kimś", czuli się lepsi od innych i uparcie dążyli do tego, by racje swe udowodnić. Ledwo przyszedł mi na myśl hiszpański malarz, a już sam John potwierdził moje skojarzenia, słowami: Duży wpływ na mnie miał surrealizm, ponieważ zdałem sobie sprawę, że moja wyobraźnia i umysł nie są szalone. A nawet gdyby tak było, to było szaleństwo przynależne wyjątkowej grupie ludzi, którzy widzieli świat inaczej niż inni.

Autobiografia Lennona dała mi świeże spojrzenie na moich ukochanych Beatlesów. Pokazała, jak wyglądały relacje pomiędzy poszczególnymi muzykami, jak wyglądało ich życie i dążenie ku upadkowi. Oczywiście, spojrzenie to jest jak najbardziej subiektywne i domyślam się, że Paul, Ringo i George zupełnie inaczej widzieli pewne sprawy...

Na pewno nie można odmówić Johnowi brutalnej szczerości - bez patyczkowania się, często w wulgarny sposób opowiada o swoim życiu, o Beatlesach, o polityce i miłości. To, co zabolało mnie u niego najbardziej to kilka wypowiedzi w stylu: Wtedy umarła muzyka Beatlesów, tak samo jak i muzycy. Dlatego nigdy nie staliśmy się lepsi jako muzycy. Zabiliśmy samych siebie po to, by nam się udało. I to był koniec. Słowa te dotyczą roku 1961, a więc samych początków zespołu - na długo przed wydaniem pierwszego albumu i na długo przed Beatlemanią. Zawsze miałam świadomość, że Beatlesi w jakimś stopniu byli tylko "produktem", który miał zarobić jak najwięcej pieniędzy, ale łudziłam się, że byli choć trochę prawdziwi i naturalni. Niestety, cały ich wizerunek okazał się tylko wymysłem jakiegoś człowieka... Jedyne, co pozostało ze "starych Beatlesów" to teksty. Tym obłudy zarzucić nie można...

Czytając zbiór wypowiedzi Lennona, z niecierpliwością czekałam na opis lat, w których zrodziła się legenda Paul is dead. Miałam nadzieję, że John w jakiś sposób napomknie o tamtych wydarzeniach, ale - niestety - ani słówka o domniemanej śmierci McCartneya. Zawsze podejrzewałam, że pomysłodawcą tej akcji był sam John i chciałam w lekturze znaleźć potwierdzenie mych podejrzeń. Niestety, na próżno.

John Lennon był człowiekiem cholernie mądrym, a jego mądrość można dostrzec na każdej kolejnej karcie O sobie. Na zawsze zamierzam wyryć w swej pamięci jego słowa: 'Każdemu może się udać'. Jeśli powtarzasz to sobie wystarczająco często, to tak się stanie. Nie jesteśmy lepsi od innych. Czym jest talent? Nie wiem. Rodzisz się z tym? Odkrywasz go później? Podstawowy talent to wiara, że umiesz coś zrobić.

Chylę czoła i biorę sobie do serca.

Nie trzeba być fanem Beatlesów i Lennona, aby dać się pochłonąć lekturze autobiografii muzyka. Polecam każdemu zapoznanie się z tym zbiorem niezwykłych prawd życiowych, opowieści o Liverpoolu i Nowym Jorku, o miłości i walce o pokój... John Lennon to postać niesamowita - niech i Wam opowie o sobie.
A na deser - kilkadziesiąt archiwalnych zdjęć na ostatnich stronach książki.

Moja ocena: 7,5/10

Zdjęcie pochodzi ze strony sharemyguitar.com

Drugie życie Bree Tanner, Stephenie Meyer

Drugie życie Bree Tanner; The Short Second Life Of Bree TannerDrugie życie Bree Tanner (The Short Second Life Of Bree Tanner), Stephenie Meyer
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010

Drugie życie Bree Tanner to porywająca opowieść na motywach trzeciej części sagi „Zmierzch”. Doskonale łączy tajemnicę, suspens i romantyczną intrygę. Wielbicieli Stephenie Meyer z pewnością zafascynują niezwykłe losy tytułowej bohaterki. Bree stawia pierwsze kroki w złowrogim świecie nowo narodzonych wampirów. Jej zmysły są wyostrzone, ma nadludzkie zdolności, nieograniczoną siłę fizyczną i dręczy ją nieustające pragnienie ludzkiej krwi. Wcielona do przerażającej armii nowo narodzonych przygotowuje się do decydującej walki. Wynik starcia może być tylko jeden…

Muszę szczerze przyznać, że nie spodziewałam się wiele po tej niepozornej książeczce i właściwie wcale się nie pomyliłam, bo wiele od niej nie otrzymałam... Ot, naiwna historyjka, którą pani Meyer chce nakarmić fanów sagi, którzy dorzucą kolejne miliony do jej kieszeni.

Sam pomysł na historię uważam za niezwykle trafiony - to materiał na naprawdę dobrą powieść. Jednakże jej potencjał zmarnowało zarówno mierne pióro autorki, jak i pośpiech. Bo chyba on spowodował, że opowieść ta jest króciutka i słabo rozwinięta, a przy tym do bólu naciągana.

The Short Second Life Of Bree TannerTo co razi najbardziej, to przede wszystkim język. Oczywiście, mam świadomość, że narratorem uczyniono nieokiełznaną nastolatkę i górnolotne frazy w jej ustach brzmiałyby co najmniej głupio, jednakże z - bądź co bądź - inteligentnej istoty, zrobiono tu miałką i pustą dziewuchę. Dodatkowo jej opowieść jest tak chaotyczna i bezsensowna, że w kilku momentach musiałam siłą powstrzymywać się, aby nie cisnąć książką o ścianę i nie rzucić na pożarcie psom.


Jasper Hale - Jackson RathboneMimo wszystko, Drugie życie... wciąga i z każdą kolejną stroną robi się coraz ciekawsze. Zakończenie więc uznaję za przyzwoite, a w pewnych momentach nawet elektryzujące. Ale to głównie za sprawą bezwzględności Jaspera, która niezwykle przypadła mi do gustu [aż by się zamruczeć chciało]... :) Poza tym, to jak zakończy się żywot młodej bohaterki od początku było mi wiadome, co uznaję kolejną z przyczyn, dla której historia Bree nie pochłonęła mnie należycie. Miałam też co do niej pewne oczekiwania, związane z lekturą Midnight Sun - historią znaną z powieści Zmierzch, opowiedzianą z perspektywy Edwarda. Ta krótka opowieść urzekła mnie i pochłonęła całkowicie, czego z całą pewnością nie można powiedzieć o Zaćmieniu z perspektywy Bree.

Nie mam nic przeciwko temu, aby pani Meyer zarobiła na sadze 'ile się da'. Mogłabym nawet poznawać te wszystkie historie z perspektywy każdego bohatera po kolei, byle tylko stało to na jakimś przyzwoitym poziomie. Niestety, widać, że Drugie życie... powstało w pośpiechu i nie zostało odpowiednio dopracowane. Żałuję bardzo i podkreślę jeszcze raz - to naprawdę wyborny materiał na powieść. Niestety, potencjał tego pomysłu nie został należycie wykorzystany i fani mają prawo czuć się rozczarowani...

Moja ocena: 6/10

PS. Wielkie brawa dla twórców okładki - jak zwykle absolutnie genialna!

Zdjęcia pochodzą ze strony twifans.com

1 lipca 2010

Saga "Zmierzch": Zaćmienie

Saga "Zmierzch": Zaćmienie (2010)
reż. D. Slade

Nieczęsto bywa tak, abym niecierpliwie wyczekiwała jakiegoś filmu. Jednak w tym przypadku zdarzało mi się odliczać miesiące i tygodnie dzielące mnie od premiery. Wszystko za sprawą powieści, do której żywię ogromny sentyment i po którą stale lubię sięgać. Jest w tej sadze coś takiego, że - pomimo wielu niedoskonałości - odpręża czytelnika i po wielokroć przyciąga go do siebie. Dlatego właśnie tak bardzo ciekawiło mnie, jak z trzecią częścią Zmierzchu poradzą sobie zarówno twórcy, jak i autorzy. Miałam pewne obawy, że może mnie spotkać równie mocne rozczarowanie co przy Księżycu w nowiu, ale lęki moje okazały się nieuzasadnione. Zaćmienie jest bowiem najlepszą częścią ze wszystkich dotychczas nakręconych...

Oczywiście, Kristen wciąż denerwuje ciągłym wystawianiem górnych jedynek, a Rob wiecznie zbolałą miną, ale można się do tego przyzwyczaić i w pewnym momencie już nie rzuca się to w oczy... Oczywiście, jak to z ekranizacjami bywa - pominięto sporo wątków, niektóre skrócono, inne 'przerobiono' - generalnie jednak nie czuję się rozczarowana. Żałuję tylko, że pominięto sytuacje, w których Jake dręczy Edwarda swymi myślami - lubię negatywne emocje u wampira. Lubię, jak dostaje furii, jak cierpi, jak się zadręcza - nie wiem skąd to uwielbienie do kwestii nieprzyjemnych, ale naprawdę na nie czekałam.

Bałam się, że w scenariuszu zabraknie miejsca na wątki przepełnione wspomnieniami drugoplanowych postaci, ale i te obawy okazały się - na całe szczęście! - niesłuszne. Widz ma więc możliwość poznania przejmujących historii Rosalie i Jaspera - może nie są to superrozbudowane wątki, ale film musiałby chyba z 10 godzin trwać, żeby poświęcono w nim szczegółową uwagę wszystkim interesującym fragmentom. Jak nic, trzeba zrobić z tego serial - przynajmniej nic nie zostanie pominięte :)

To, co mnie zaciekawiło to spore wyeksponowanie postaci Bree Tanner. Niedawno poświęcono jej całą książkę - czyżby więc w planach był również film na podstawie jej życia? Nie uważam tego za zły pomysł, bo im więcej (oglądania), tym lepiej (może nawet wyszedłby z tego dobry horror), jednak troszkę męczy mnie fakt, że autorka wyciska ze Zmierzchu ile się da, aż do przesady. Zwłaszcza, że książkowa historia Bree jest tak naprawdę króciutka i tylko za sprawą zdolnych redaktorów mamy do czynienia z wcale niechudą książką. To takie trochę naciąganie fanów - którzy z pewnością - liczyli na nieco więcej...
Nie pamiętam już, jakie było moje pierwsze wrażenie po obejrzeniu pierwszej części sagi, jednakże odnoszę wrażenie, że 'trójka' wypada dużo lepiej. A może to tylko wrażenie po fatalnej części drugiej? Pojęcia nie mam, jednak pierwszy raz od dawna mam ochotę wydać pieniądze kolejny raz i zobaczyć jakiś film ponownie, a to już o czymś świadczy... :)

Obejrzyjcie, naprawdę warto.

Moja ocena: 7/10