24 czerwca 2010

Wspólny pokój, Zbigniew Uniłowski

Wspólny pokój, Zbigniew Uniłowski
Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2010

Długo zastanawiałam się czy chcę i powinnam recenzować tę pozycję. Jest to moja szkolna lektura, z której przygotowywałam się do egzaminu z literatury XX-lecia międzywojennego. Uznałam jednak, że nawet tak odległa, nieco szkolna powieść zasługuje na polecenie. A nuż ktoś lubi literaturę tamtych czasów i jeszcze po Wspólny pokój nie sięgnął... Idealna okazja, aby książkę tę polecić.

Wspólny pokój jest powieścią autobiograficzną, która opowiada o życiu Zbigniewa Uniłowskiego oraz członków grupy literackiej Kwadryga. Kwadrygę zaliczono do tzw. Drugiej Awangardy, co czyniło ją przeciwnikiem Skamandra. Dlatego też nie jestem miłośniczką tej grupy - uwielbiam bowiem wczesną twórczość Skamandrytów - pełną radości i optymizmu. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść opowiadająca o działaniach Kwadrygi ujęła mnie i uważam, że warto po nią sięgnąć.

Bohaterowie Wspólnego pokoju są - w większości - biednymi studentami i literatami. Żyją w niewielkim, zagraconym pokoju, gdzie bezustannie dochodzi między nimi do konfliktów. Za pośrednictwem powieści Uniłowskiego na środowisko literatów spada ogromna krytyka. Autor zarzuca zarówno sobie, jak i swym kolegom brak dojrzałości, udawanie mądrzejszych i lepszych, bierność. "Dwudziestoparoletni staruszkowie" - mówi - "jesteśmy ponurzy, zgorzkniali, brak nam humoru". Czyż słowa te nie mają wymiaru ponadczasowego? Czy i dziś nie znamy taki młodych staruszków, którym brak perspektyw, brak marzeń, brak działań?

Życie literatów ze Wspólnego pokoju z zewnątrz wygląda wręcz "bajkowo" - wysypiają się do późnego popołudnia, bywają w ciekawych kawiarniach i bezustannie się upijają. Nie trudnią się pracą, bo ani takowej nie ma, ani ich chęci nie są zbyt duże. Chcą żyć z pisania, chociaż większość z nich wydaje tylko jeden tomik/jedną powieść/jedno tłumaczenie i osiada na laurach, oddając się marzeniom o wielkiej karierze. W tym miejscu pojawiają się również słowa krytyki, skierowane do ówczesnego społeczeństwa, które bogaciło się na sławnych literatach, natomiast tych młodych, nieukształtowanych ignorowało. Jeden z bohaterów musi tłumaczyć powieści na ławce w parku, z braku dogodnych warunków w miejscu, w którym przyszło mu mieszkać...

Tym, co przyciąga we Wspólnym pokoju jest niewątpliwie język. Nie brak w nim wulgaryzmów, a opisy są tak dosadne, że Uniłowskiemu zarzucano... propagowanie pornografii. Otóż właśnie, w powieści nie brak scen seksu oraz masturbacji. Nie brak też opisów chorób i wyniszczenia, brudu i smrodu. Nie każdemu będzie łatwo tę powieść zgłębić, ale niewątpliwie warto choć spróbować. Świat przedstawiony we Wspólnym pokoju urzeka prawdziwością i szczerością. I choć dominuje w nim pesymizm, dialogi są momentami tak zabawne, że można się przy lekturze porządnie uśmiać. Ot, chociażby:

- Mieciek, mówię ci, umyj nogi, bo jak pamiętam, to już dwa tygodnie nie myłeś.
- Co matka tam pamięta, dwa tygodnie, a już! - Matka sobie zapisuje?
- Zapisuje, czy nie zapisuje, ale umyj kulasy chociaż raz przy niedzieli.
- Nie umyję, w dupie mam, będę się chlapał, nie wiadomo po jaką cholerę!
- Skarpetki się przez to niszczą. Mówię ci po dobroci, umyj te brudne giry.
- Gówno, niech się matka odczepi. Ani mi się śni!
- Żebyś wiedział, łajdaku jeden, że śniadania nie dostaniesz.
- Gwiżdżę na matki śniadanie! Szykany zasrane.

Nie mogę się doczekać, aż obejrzę film, nakręcony na podstawie powieści Uniłowskiego. Czytając, wiedziałam już, że w jedną z najbardziej wyrazistych postaci męskich wcielił się Gustaw Holoubek, a kobiecych - Beata Tyszkiewicz i już wtedy aż mnie rwało, aby natychmiast obejrzeć ekranizację. To na pewno jest dobry obraz! :)

Moja ocena: 7,5/10

19 czerwca 2010

Norwegian Wood, Haruki Murakami

Norwegian Wood (Noruwyei-no mori), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2008

Norwegian Wood było moim drugim podejściem do twórczości Haruki Murakamiego. Drugim bardzo udanym, zresztą. Sposób, w jaki pisarz prowadzi narrację przyciąga, a świat przez niego wykreowany hipnotyzuje i wciąga czytelnika ‘do środka’. Spacerując niespiesznie po kolejnych kartach powieści miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, a mój świat przestał mieć znaczenie. Istniało dla mnie tylko to, co zrodziło się w głowie Murakamiego, który dołączył już do grona moich pisarskich ulubieńców.

Norwegian Wood to opowieść o dojrzewaniu, o poznawaniu samego siebie, o miłości, seksie, śmierci i samotności. Zdaję sobie sprawę, że wymienienie tych kilku kwestii jednym tchem jest znacznym uproszczeniem, ale stan zauroczenia tą pozycją powoduje, że nie do końca jestem w stanie porządnie zebrać myśli. Zwłaszcza, że jest to tego typu powieść, w której każdy czytelnik odkrywa coś ważnego tylko dla siebie. I lepiej sięgnąć po nią osobiście i zgłębić po cichu we własnym kącie, niż przyglądać się niezliczonej liczbie recenzji, opisów i wrażeń polekturowych. Przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę ciężko ubrać w słowa wszystkie myśli, które się człowiekowi w głowie kłębią...

Muszę jednak szczerze przyznać, że Po zmierzchu zrobiło na mnie większe wrażenie. Po tamtej lekturze czułam się powalona na ziemię i zmiażdżona. Musiałam aż wyjść nocą z domu, żeby ochłonąć i porządnie tę powieść ‘przetrawić’. Nie wiem czy powodem jest to, iż wówczas był to mój pierwszy kontakt z Murakamim, czy może faktycznie Norwegian Wood jest książką zwyczajnie słabszą. Możliwe też, że spodziewałam się po tej powieści nieco więcej przez wzgląd na sam tytuł, jednoznacznie kojarzący się z moimi Beatlesami. Niemniej uważam, że Norwegian Wood to pozycja obowiązkowa i każdy powinien ją przeczytać. Wypływa z niej ogromna mądrość, w którą grzechem byłoby się nie zagłębić...

Moja ocena: 8/10

10 czerwca 2010

Rozdział 27

Rozdział 27 (2007)
reż. J. Schaeffer

Grudzień 1980, Nowy Jork. Mark Chapman przybywa do NY z zamiarem zabicia Johna Lennona. Niestabilny psychicznie Chapman jest rozdarty pomiędzy miłością do byłego muzyka The Beatles i pragnieniem uśmiercenia swojego idola w celu rozsławienia własnej osoby. Bohater jest także obsesyjnie zafascynowany powieścią J.D. Salingera pt. "Buszujący w zbożu". Właśnie tę książkę Mark trzyma w dłoni w chwili, która na zawsze odbije się w historii muzyki.

Do obejrzenia filmu związanego z najlepszym zespołem wszech czasów nie trzeba było mnie namawiać. John to jeden z ludzi, których podziwiam a The Beatles... The Beatles to moja odwieczna miłość. Trudno mówić, że historię zabójstwa Lennona uważam za fascynującą, ale w pewien sposób tak jest... I dlatego właśnie sięgnęłam po film Rozdział 27.

Nie jest to opowieść o muzyce, o Johnie, o Beatlesach. To opowieść, dzięki której widz zagłębia się w psychikę człowieka-zagadki. Człowieka, którego obsesja jest tak silna, że aż pcha go do zabójstwa. W tym miejscu wyróżnić należy rewelacyjną kreację Jareda Leto, który na potrzeby tego obrazu przytył ponad 20 kilo i zmienił się 'nie do poznania':

Źródło: buzznet.com

Uważam, że to jedna z jego najlepszych ról, za którą spokojnie można by mu 'podarować' Oscara.

Z całkiem dobrej strony zaprezentowała się w tym filmie również Lindsay Lohan, której obecność w obsadzie często zniechęca widzów do obejrzenia Rozdziału... Moim zdaniem w roli przeciętnej dziewczyny z końca lat '70 prezentuje się znakomicie i dodaje filmowi nieco kolorytu.

Nie wiem, czy Mark Chapman zasłużył sobie na to, aby upamiętniać jego osobę półtoragodzinnym filmem. To by oznaczało, że osiągnął swój cel - zyskał wielką sławę i na pewno nie zostanie zapomniany (czy właśnie tego zazdrościł Lennonowi?). Pragnień psychopaty spełniać się nie powinno, ale skoro twórcy filmu uznali, że warto tę historię opowiedzieć jeszcze raz - proszę bardzo. Może o tragicznie zmarłym, wielkim muzyku usłyszy jeszcze więcej ludzi...?

Nie ocenię tego filmu maksymalnie, ponieważ uważam, że nie zrealizowano go najlepiej. O ile do obsady, muzyki czy montażu nie można mieć zarzutów, o tyle do samego scenariusza owszem. Miejscami 'akcja' bywa tak rozwlekła, że aż nuży. Obawiam się, że przeciętny widz, nie zainteresowany Johnem czy Beatlesami wyłączyłby go po kilku minutach... A szkoda, bo historia należy do ciekawych.

Moja ocena: 6,5/10

3 czerwca 2010

Po zmierzchu, Haruki Murakami

Po zmierzchu (Afutā Dāku/After Dark), Haruki Murakami
Wyd. Muza, Warszawa 2007

O Murakamim słyszałam wiele od dawna. W mej głowie został odznaczony, jako jeden z autorów, po których kiedyś "na pewno sięgnę", ale zapoznanie się z nim nie było dla mnie sprawą priorytetową. Traf chciał, że jego nazwisko pojawiło się w spisie uczelnianych lektur i tak oto sięgnęłam po jego dzieła szybciej, niż myślałam.
I bardzo dobrze!

O tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie powieść Po zmierzchu niech świadczy fakt, że przez godzinę nie potrafiłam się odezwać, nie mogłam jeść i zapragnęłam czym prędzej wybrać się na długi spacer, mający dopomóc w zebraniu myśli. Ów spacer nie do końca spełnił swoją rolę, bo wciąż w mej głowie kotłują się miliony myśli, ale przynajmniej nieco się wyciszyłam, co pomogło mi dostrzec wiele nowych rzeczy wokół. Drzewo, na które dotąd nie zwracałam uwagi, kota wyciągającego się w trawie, światła ulicznych lamp, które jakoś nie były przeze mnie zauważalne. Nie wiem, czy to zasługa lektury, czy samotnego spaceru po zmroku, ale na pewno "coś" pomogło mi uważniej przyjrzeć się światu. Piękna rzecz.

Ze spraw bardziej przykrych, uświadomiłam sobie, że tęsknię za swoim dawnym pokojem, którego okna wychodziły na miasto. Niestety, z obecnego oglądać mogę jedynie szary blok naprzeciwko. Boli mnie to, bo dawniej lubiłam siadać na parapecie i oglądać migocące światła mojej Częstochowy, która tylko teoretycznie nocą zamiera...

Po zmierzchu u Murakamiego też nie nastaje cisza, nie gasną neony, nie znikają ludzie. Miasto wciąż tętni życiem, a czytelnik zostaje porwany w sam jego środek. Gwarantuję, że po tym pochłonięciu, już nigdy nie będzie chciał wrócić do rzeczywistości... Bo świat stworzony przez Murakamiego jest magiczny. I bynajmniej nie chodzi tu o czary, latające miotły i różdżki. Raczej o niezwykły klimat, który urzeka i przyciąga...

Rzecz dzieje się w wielkim mieście, pełnym niebezpiecznych ludzi i niezwykłych wydarzeń. Akcja trwa tylko jedną noc, ale obfituje w sporą liczbę wątków, układających się w spójną (pociągającą wręcz) całość... To, co uderza u Murakamiego to niezwykła łatwość w mieszaniu poważnych wywodów bohaterów, z opisywaniem prozaicznych czynności. W jednej chwili widzimy młodą Japonkę, opowiadającą o swych problemach, jednocześnie głaszczącą kota, odgarniającą włosy i niepewnie poprawiającą torbę na ramieniu. Narrator z niezwykłą dokładnością przedstawia zarówno rzeczywistość wokół, jak i samych bohaterów i ich zachowania. Dla niektórych te "zwyczajne" wstawki będą niepotrzebne, dla mnie czynią tę powieść jeszcze bardziej wciągającą i jeszcze silniej oddziałującą na wyobraźnię...

Na kartach Po zmierzchu, stykają się ze sobą dwa światy. Jeden - rzeczywisty, realny, drugi zaś enigmatyczny, oniryczny... Czytelnik zostaje pochłonięty przez ciąg wydarzeń, przez niezwykłych bohaterów i przez rzeczywistość obu mieszających się ze sobą światów. A wszystko po to, by na finiszu pozostać z wielkim znakiem zapytania, milionami myśli i niepokojem w sercu... Ale takim pozytywnym niepokojem, w mym mniemaniu.

Warto sięgnąć po tę książkę, by doznać wszystkich uczuć, jakie targają czytelnikiem w czasie lektury. Warto zapoznać się z pochłaniającą narracją Murakamiego i niezwykłym światem, jaki wychodzi spod jego pióra. Warto też zobaczyć samo wydanie, które oprócz pięknej okładki (cała seria wygląda zachwycająco i niedługo zagości na mej półce) również wewnątrz zaskakuje.

Z czystym sumieniem, ocena maksymalna: 10/10

Dodam jeszcze wyjaśnienie zdjęcia, jakie posłużyło mi do "ozdobienia" tej notki. Oczywiście przedstawia ona opisywaną książkę, ale zachęcam do zwrócenia uwagi również na jej otoczenie. W trakcie lektury bardzo często myślałam o moich pocztówkach. Niektóre z nich wyobrażałam sobie jako te, idealnie pasujące do przedstawionej w książce rzeczywistości. Począwszy od prawej strony (zgodnie z ruchem wskazówek zegara): trzy typowo japońskie kartki (Budda of Nara, kościół w Nagasaki, jezioro Toya) i trzy kartki, przedstawiające wielkie miasta: chińską aglomerację Shenzhen, Nowy Jork nocą, Kuala Lumpur oraz Panamę. Więcej na temat pocztówek na moim blogu: http://where-is-the-postman.blogspot.com/ :)