20 maja 2010

New York, I Love You

Zakochany Nowy Jork (2009)
reż. Y. Attal, A. Hughes i inni

W wielkim mieście, które nigdy nie zasypia, codziennie budzi się miłość. Znakomici reżyserzy wraz z największymi gwiazdami światowego kina wykreowali niezwykłe dzieło, w którym, jak w kalejdoskopie, przeplatają się zaskakujące i elektryzujące opowieści o miłości. Zabawne, porywające, nastrojowe, pełne seksu, przyśpieszające bicie serca historie uczuciowych związków w zachwycającej scenerii romantycznego miasta. Zobacz jak kochają Orlando Bloom, Christina Ricci, Shia LaBeouf, Natalie Portman, Andy Garcia i Hayden Christensen. Fala miłości dosięgnie każdego widza…

Jakiś czas temu w telewizji pojawiła się zapowiedź tej produkcji, gdzie ktoś "mądry" nazwał ją "komedią", a następnie puścił to w świat. Kompletna pomyłka, jak dla mnie, bo zabawnych fragmentów jest tu niezwykle mało, a sam film z czystym sumieniem nazwać można dramatem z elementami romansu i będzie to określenie najwłaściwsze...

Do New York, I Love You przyciągnęła mnie - po pierwsze - wspaniała obsada reżyserska i aktorska (z uwielbianą przeze mnie Natalie Portman na czele) oraz - po drugie - sam pomysł na wspólne dzieło tylu wybitnych postaci kina. Motyw ten jest o tyle ciekawy, że kojarzy mi się z literackim zbiorem opowiadań, w którym natykamy się na zlepek różnych historii, mających ze sobą pewne interesujące powiązania. Muszę przyznać, że nawet jeżeli chodzi o moją własną twórczość, znacznie lepiej pracuje mi się na opowiadaniach, niż formach dłuższych i może ów czynnik również wpłynął na to, że ten film przyciągnął mnie aż tak bardzo.

Jest wiele określeń, które cisną mi się na usta po obejrzeniu Zakochanego Nowego Jorku (swoją drogą nie jestem zachwycona polskim tłumaczeniem, ale zostawmy to...) - pełen uroku, poruszający, melancholijny, wzruszający. Miejscami wywołujący łzy, z rzadka śmiech, przede wszystkim zmuszający do myślenia... Każda historia wnosi coś nowego - kolejnych barwnych bohaterów, kolejną piękną opowieść. Każda historia pokazuje inne oblicze miłości, inne spojrzenie na świat, inną rzeczywistość. Muszę jednak przyznać, że za mało jest tu samego Nowego Jorku... Miasto, które miało być jednym z bohaterów, w rzeczywistości wcale nim nie jest. Ba! Nawet nie rzuca się specjalnie w oczy, jest tylko bezbarwnym tłem - równie dobrze można by pomyśleć, że akcja dzieje się w Barcelonie, Tokyo czy nawet Warszawie... Bardzo żałuję, bo to miasto ma swój specyficzny klimat, który zasługiwał na większe oddanie w tak dobrej produkcji.

Nie jest łatwo wybrać, która z opowiedzianych historii jest najlepsza. Mam kilka swoich ulubionych, ale nie będę się zagłębiać, coby nie psuć nikomu przyjemności z oglądania. A jak już wszyscy będą mieli Nowy Jork za sobą, usiądziemy przy gorącej czekoladzie i po burzliwych dyskusjach wybierzemy tę "naj" historię... :)

Moja ocena: 8/10

12 maja 2010

Polka, Manuela Gretkowska

Polka, Manuela Gretkowska
Wyd. W.A.B., Warszawa 2001

Mówi się, że to najbardziej intymna powieść pani Manueli. Wierzę tym słowom, ponieważ na kartach Polki, ujawnia nam się "cała Gretkowska" - szczera do bólu, otwarta i kontrowersyjna. Bez ogródek opowiadająca o swoich wątpliwościach, dotyczących ciąży. Bez skrępowania wspominająca szczegóły swojego życia intymnego. Bez zająknięcia prezentująca swój świat i swoją rzeczywistość. Na ile jest to dobitna szczerość, a na ile autokreacja - nie wiem i nie chcę się w to zagłębiać, bo nie sięgnęłam po Polkę, jako po biografię pisarki, tylko jak po najzwyklejszy dziennik kobiety takiej samej, jak my wszystkie. Kobiety, mającej swoje słabości, nerwy i wątpliwości. Kobiety, która w jednej chwili wpada w szał z byle powodu, by za chwilę wzruszać się z radości. Kobiety, która żałuje i cieszy się jednocześnie, a przy tym ma swoje lęki i obawy. Bo ciąża tylko w teorii jest pięknym, błogosławionym, naturalnym dla kobiety stanem. Rzeczywistość okazuje się często brutalna... Również dla naszej narratorki.

Ale Polka to - wbrew pozorom - nie tylko zapis z dziewięciu miesięcy kobiecego życia. Gretkowska umiejętnie wplata tu uwagi na temat polityki, literatury czy kościoła. Nie waha się przed wygłaszaniem kontrowersyjnych sądów i zabieraniem głosu w sprawach ważnych i poważnych. To niezwykle istotne, bo Polka okazuje się powieścią wielowymiarową i - dzięki temu - jeszcze bardziej interesującą.

Lubię Gretkowską. Dobrze się ją czyta, pomimo że nie szczędzi czytelnikowi wywodów filozoficznych czy egzystencjalnych. Jej zaletą jest naturalność i otwartość - swą ciążę przedstawia taką, jaką ona jest naprawdę - z najdrobniejszymi (dla niektórych zapewne niesmacznymi) szczegółami. A do tego nie unika autoironii i nierzadko ujawnia swoje porażające poczucie humoru. I za to właśnie tak bardzo Polkę polubiłam...

Moja ocena: 8/10

5 maja 2010

TOP 10: najlepsze filmy zagraniczne

top 10 kreatywa

Nie było mi łatwo stworzyć tej listy. Modyfikowałam ją kilkakrotnie, zastanawiając się, które pozycje rzeczywiście lubię najbardziej. Zabrakło tu na przykład miejsca dla uwielbianych przeze mnie Wielkich nadziei, Śniadania u Tiffany'ego, Obłędu czy Grease. Lista ta, wczoraj czy jutro, mogłaby więc wyglądać zupełnie inaczej. Przyjmijmy jednak stan na "tu i teraz" (w kolejności alfabetycznej):


3 maja 2010

Portret mężczyzny idealnego?

Pytanie o to, co było pierwsze – jajko czy kura – spędza sen z powiek niejednemu, ale mnie już niestety ani nie ziębi, ani nie grzeje. Swoje teorie na ten temat przedstawiłam już jako rezolutna pięciolatka, toteż czas najwyższy zająć się innym problemem... Na tę chwilę dręczy i męczy mnie kwestia (w jakimś stopniu) podobna – czy najpierw pojawił się szał na szanownego Edwarda z kart powieści Meyer, czy może na nowe bożyszcze nastolatek – Pattinsona?

Bo o ile z fascynacją ideałem, nakreślonym przez panią Stephenie jestem skłonna się jeszcze po trosze zgodzić, o tyle podniecenia pobladłym, sepleniącym Robertem chyba nigdy nie pojmę (nawet po paru głębszych).

My-baby (w większości – nie chcę tu generalizować, ani do szuflad nikogo wsadzać, jak sobie ewidentnie nie życzy) od piaskownicy marzymy o księciuniu na białym rumaku, lubimy ckliwe historie i podniecamy się piętnastym romansem Esmeraldy, czy innej Luz Marianny. Bo podobno z tym naszym życiem jest tak, że powinno się ono opierać na miłości i do miłości dążyć. Nic więc dziwnego, że matki i córki tak chętnie sięgają po „Zmierzch” Stephenie Meyer, skoro autorka sprytnie ulokowała tam ideał zakochanego mężczyzny, o którym pewnie marzy niejedna.

Osławionej już sagi, do literatury wybitnej zaliczyć nie da rady (i niech mi się tu żaden miłośnik nie boczy i nie obrusza, bo fakty są takie, a nie inne). Zdiagnozowałabym tu istnienie typowego czytadła, stworzonego dla mas, mającego zapewnić jak największy sukces finansowy. I to samo tyczy się filmu, który spłycił wszystko, co spłycić można było – od postaci, przez dialogi, po poszczególne wątki. Że nie wspomnę o ogromie błędów natury technicznej, które przy setnym obejrzeniu (tak, tak – tyle razy było mi dane oglądać) przestają już nawet śmieszyć.

Przeciętnemu widzowi płci pięknej, jednak wystarczy to, że w głównej roli obsadzi się przystojniaka z umięśnioną klatą i seksownym głosem i od razu pogna do kina, jak ta słynna pszczoła do miodu. W kinie ulokuje się między koleżankami i innymi sobie podobnymi, po czym cała sala usłyszy kilkadziesiąt razy: „Oooch Edward”, „Aaach Edward” , „Ty s**o, łapy precz od Edwarda”, „Edward, ściągnij koszulkę!” (osobiście moje ulubione).

Oprócz krzyków i westchnień, przeciętny widz płci pięknej zaserwuje nam również całą serię pisków i jęków, po czym, kiedy wróci do domu i uruchomi internet, napisze wszędzie, gdzie popadnie: „Kristen nie nadaje się do tej roli, bo to ja powinnam zagrać Bellę”. Po paru dniach będzie jeszcze gorzej. Tu i ówdzie przeczytamy wypowiedzi na kształt kolejnej perełki: „Rozstaję się z moim narzeczonym, bo nie jest taki, jak Edward”.

Śmieszne? Żałosne? Tragiczne? Cholera! Czemu ta Meyer to zrobiła? Czemu stworzyła faceta idealnego, którego żadna z nas mieć nie może? Czemu Edward nie żłopie piwska, nie wysiaduje godzinami przed telewizorem, nie spotyka się z durnymi kumplami? Zamiast tego wrzuca ukochaną na plecy i przemierza z nią pola, łąki i lasy, broni przed całym światem, a na dodatek nocą wchodzi oknem, aby tulić do snu i śpiewać kołysanki. Oj, biedni ci panowie, którzy nie dorównują cudownemu Edkowi...

Otóż właśnie! Bo Edward jest cudowny, wspaniały, idealny. Nie to co ci nasi przeciętniacy, którzy chodzą po ulicach. Pełni wad i złych nawyków. Nawet marmurowych ust nie mają, ani nie zioną słodkim oddechem. Oprócz swojej przeciętności, serwują nam równie przeciętną miłość. I właśnie tu tkwi sekret młodego Cullena i jego fenomenu. On daje Belli to, czego pragnie każda z nas, toteż chcemy znaleźć się na jej miejscu...

Ale przecież to ich uczucie niczym nie różni się od uczuć, jakimi można obdarowywać się w „naszym” świecie! Więc chrzańmy tego marmurowego ideała i kochajmy swoich Edwardów ze wszystkich sił, bo może i oni kiedyś zaprzeczą temu, że: „Kiedy jesteście razem na obiedzie w restauracji, zwykły facet gapi się na seksowną kelnerkę. Kiedy jesteście razem na obiedzie w restauracji, Edward Cullen nawet nie zauważałby, że kelnerka jest kobietą.”

To pisałam ja – wbrew wszelkim pozorom – miłośniczka sagi (uściślając: miłośniczka /a raczej mająca sentyment do pewnych fragmentów/ wersji oryginalnej, do której polskie tłumaczenie się nie umywa).

2 maja 2010

Koniec świata w Breslau, Marek Krajewski

Koniec świata w Breslau, Marek Krajewski
Wyd. W.A.B., Warszawa 2009

Koniec świata w Breslau, to druga część z cyklu kryminałów poświęconych postaci Eberharda Mocka. Nigdy nie przepadałam za powieściami tego gatunku, ale przemogłam się pod wpływem jednego z profesorów mojej uczelni i nie żałuję, ale też nie jestem specjalnie oczarowana. Ot, przeczytałam, pomyślałam i zapewne więcej po tę pozycję nie sięgnę (a powroty do pewnych utworów zdarzają mi się nierzadko).

Na stronie internetowej Marka Krajewskiego – autora powieści – widnieje informacja: „pełen napięcia thriller psychologiczny”, co wywołuje na mych ustach spory uśmieszek, bo poza paroma zbrutalizowanymi opisami miejsc zbrodni, nie znajduję tam nic, co wywoływałoby we mnie jakiekolwiek napięcie, szok, czy przerażenie. Bardziej interesujące od zagadek kryminalnych wydaje się być miasto, w którym osadzono akcję, jak i sam główny bohater – postać naprawdę barwna i warta zapamiętania.

Kim jest Eberhard Mock? To nieugięty i zasadniczy radca kryminalny, znany jako „gwiazda wrocławskiej policji”, „pies gończy o nieomylnym instynkcie” czy „geniusz kryminalistyki”, sam o sobie mówiący „damski bokser”.

Postać Mocka wzbudzać może wiele skrajnych uczuć (co jest ogromną zaletą dla kogoś, kto nie znosi bezbarwnych, prostych postaci) – z jednej strony jawi się on jako nieco zagubiony mężczyzna z problemami, z drugiej - jako nadużywający alkoholu tyran. Zna go niemal całe jego miasto – od bibliotekarzy, przez prostytutki, po handlarzy kokainą. Słynie ze swej przebiegłości, sprytu i bezwzględności. Nigdy nie odpuszcza, a śledztwa zawsze doprowadza do końca. Za maską „złego policjanta” kryje się jednak samotny, wrażliwy człowiek, lubujący się w poezji i dobrym jedzeniu, a wszelkie smutki i niepowodzenia zatapiający w alkoholu...

Marek Krajewski z niezwykłą dokładnością wykreował postać głównego bohatera swej serii kryminałów – dzięki temu możemy z bliska przyjrzeć się utrapionemu policjantowi, jego myślom i problemom. Poznajemy jego przyzwyczajenia i zachowania, a także metody śledcze, dzięki którym tak doskonale udaje mu się rozwiązywać wszelkie zagadki. Poznajemy też jego problemy, brutalnie uwydatniające jego słabe nerwy i egoizm. Egoizm, który prezentuje nam Mocka, jako człowieka, który o swej żonie może powiedzieć niewiele ponad to, że była „blondynką, z wydatnym biustem, o perlistym śmiechu”.

Akcja cyklu powieści kryminalnych Marka Krajewskiego rozgrywa się w przedwojennym Wrocławiu, znanym wówczas, jako Breslau. To właśnie miasto to, staje się tłem dla całej historii – poznajemy wszelkie jego zakamarki – zwłaszcza te mroczne, „nieciekawe”, przyciągające przestępców.

Zbrodnie popełniane na kartach powieści układają się w pewną całość, co pozwala wierzyć, iż zabójca doskonale znał topografię miasta. Nie tylko ówczesną, ale i sprzed wielu stuleci. Podążając śladami Eberharda Mocka, możemy bliżej poznać rzeczywiste elementy Wrocławia – ulice, parki, kościoły, sklepiki i domy publiczne. Dzięki doskonałym opisom okolicy, ktoś, kto nie raz przechadzał się ulicami Breslau, mógłby zamknąć oczy i wyobrazić sobie głównego bohatera wchodzącego do doskonale mu znanej bramy czy kamienicy. To niezwykle trafny zabieg, nadający akcji wiarygodności.

Breslau u Krajewskiego, to miasto ponure, pełne kryminalistów, prostytutek i handlujących narkotykami. Większość mieszkańców żyje w poczuciu beznadziei, a jedynymi ich rozrywkami są wykłady szarlatanów i tajemnicze przestępstwa... Nie brakuje tu donosicieli i ludzi, gotowych za pieniądze zrobić wszystko – nawet sprzedać własne dzieci.

Dzięki Krajewskiemu poznajemy klimat dawnego Wrocławia, który staje nam się bliski i niezwykle rzeczywisty. Nie jest to obcy, daleki świat – to najzwyklejsze, polskie miasto, mające swoją długą i bolesną historię. Miasto, które cierpi tak, jak i jego mieszkańcy. Miasto, w którego dziejach zapisane zostają: strach, niepewność i ślady kryminalnej rzeczywistości... Warto więc sięgnąć po tę powieść choćby dla rewelacyjnych opisów zarówno postaci, jak i otoczenia. Warto samemu „przejść się” ulicami Breslau...

Moja ocena: 7/10

Dzieńdobrywieczór!

Zanim pokuszę się o słowo wstępne - podczas którego zabrzmią werble i podrze się wstęga - ze wstydem na twarzy i pięścią bijącą się po bezbiuściu przyznać się muszę, że nie jest to moja pierwsza tego typu blogowa próba. Już wcześniej w mej głowie funkcjonował pomysł o stworzeniu miejsca, ociekającego mymi ukulturalnionymi wywodami. Owo miejsce błyskawicznie upadło, ujawniając mój słynny słomiany zapał, ale tym razem tak łatwo się nie poddam. Do późnej starości będę tu zamęczać towarzystwo, a jakże!

Czekam na werble, fanfary - i wspomniane wcześniej - przecinanie wstęgi, a przy tym kłaniam się nisko.

Dzieńdobrywieczór!