Och, życie (2010)
reż. G. Berlanti

Komedie oglądam rzadko – nie przepadam za gatunkiem, który kojarzy mi się z wymuszonym śmiechem, robieniem z siebie głupków na ekranie (w tej roli: aktorzy) i niewielką wartością jako-taką. W ramach Mikołajek chcieliśmy jednak z narzeczonym obejrzeć coś przyjemnego i mało wymagającego, a wybór padł na Och, życie – film, który niedawno zagościł na ekranach polskich kin.

Zaczęło się od podróży sentymentalnej, gdyż już sama wizyta w kinie wywołuje we mnie ciepłe uczucia. Miejsce mojej pierwszej pracy pełne jest wspomnień z ważnych wydarzeń mej przeszłości – przede wszystkim przypomina mi o tym, kim byłam zanim zaczęłam pracę i kim stałam się po jej zakończeniu. Nawet sobie nie potraficie wyobrazić jak wielce zbawienną okazała się dla mnie możliwość otwarcia na ludzi w tego typu miejscu – rzuciłam się na głęboką wodę, ale udało się wyjść z tego zwycięsko…

Rozsiadłam się w dobrze znanym sobie fotelu, na sali, którą zapamiętam z gonienia gościa, który samotnie oglądał Hannę Montanę, palił papierosa i sikał do puszek z piwem. Nerwowo wyczekując na zapowiedzi filmowe, rozglądałam się z ciekawością po miejscu pełnym wspomnień. Z lekkim poślizgiem wreszcie coś wydarzyło się na ekranie i od razu dał się słyszeć głos Johnny’ego Deppa (który rozpoznam nawet przez sen), a zaraz po nim sala ujrzała wydęte usta Angeliny Jolie, o której ostatnio ciągle słyszę za sprawą pańć z rodzimej TV, marzących o romansie z piękną aktorką. Potem szereg reklam, jeszcze jedna zapowiedź, znów stadko reklam i wreszcie – wyczekiwany film.

Zaczyna się banalnie: Alison i Peter postanawiają zeswatać ze sobą swych najlepszych przyjaciół – Holly i Messera. Ona jest twardo stąpającą po ziemi kucharką, on lekkoduchem w bejsbolówce na głowie. Ona marzy o ustatkowaniu się po wielkim rozczarowaniu miłosnym, on każdej nocy ląduje w łóżku z inną. Po nieudanej randce bohaterowie wyrażają wielką nadzieję, iż już nigdy ich drogi się nie zetkną, jednakże okazuje się, że zostają kolejno: świadkami na ślubie przyjaciół, rodzicami chrzestnymi ich córeczki, a potem… Potem jej prawnymi opiekunami.

Przystosowanie się do nowej sytuacji i dla „wiedźmy” (Messer o Holly), i dla „dupka” (Holly o Messerze) staje się niesamowitym wyzwaniem. Nienawidząca się para musi zamieszkać w domu swych zmarłych przyjaciół i zgrywać rodzinkę dla dobra małej Sophie. Nie wiem na ile taka możliwość jest prawnie możliwa, ale w USA mnie nic nie zdziwi, więc przekazania dziecka w testamencie negować nie mam zamiaru. W każdym razie – historia, która zaczęła się banalnie wciąż banalną pozostaje i wieńczy ją – do bólu przewidywalny – finał. Ale bynajmniej nie jest to wadą – tzn. owszem, wolę produkcje bardziej zaskakujące, niebanalne i pozostawiające wielki znak zapytania w głowie, ale – co oczywiste – nie można takich oczekiwań stawiać byle komedii romantycznej. Nastawiałam się na lekką, zabawną i przyjemną opowieść i swoją rolę Och, życie spełniło, więc czegóż mogę chcieć więcej?

Cóż… Twórcy filmu mogliby się nieco bardziej wysilić – odgrzebywanie starych żartów o dziecięcych kupkach i wymiocinach, nieśmiertelny motyw z bieganiem na lotnisko za ukochaną osobą plus jechanie na starych schematach: ona – stateczna romantyczka, on – cham i lekkoduch – naprawdę mogą okazać się zniechęcające. Na szczęście wszystko wynagradza spora dawka humoru, uśmiech uroczej Katherine Heigl, seksowne spojrzenie Josha Duhamela i caluteńki obraz gorącego Josha Lucasa. Choćby dlatego warto tę historię poznać.

Poza tym – pod płaszczykiem banalnej i lekkiej historyjki, kryje się pewna brutalna prawda – problem poświęcania wszystkiego dla rodzicielstwa. Wspólne wychowanie dziecka wymaga kompromisów, wyrzeczeń i przewartościowania priorytetów. Do tego obnaża wszelkie maski, jakie przywdziewamy na co dzień – okazuje się bowiem, że nasz bohater uśmiechem i cynizmem przesłania swoje lęki i obawy związane z byciem ojcem. To samo bohaterka – odgrywa zdystansowaną sztywniarę, a tak naprawdę kryje się w niej łaknąca ciepła krucha istota, która nagle uświadamia sobie, że macierzyństwo może okazać się sposobem na życie.

Koniec końców – w Och, życie mamy i śmiech, i łzy, i dobrą grę aktorską, i morał, i happy end, który tak baaaaardzo wszyscy kochamy, więc nie trzeba żałować pieniędzy na bilet do kina. Czasem warto sięgnąć po lekką, ultrabanalną historię, bo i ona może nas czymś zachwycić i zaskoczyć, albo chociaż pozwoli miło spędzić czas.

Moja ocena: 7/10

, , ,
Klaudyna Maciąg

Copywriter, marketingowiec, redaktor i korektor książek, właścicielka Agencji Kreatywnej Espelibro. Prywatnie mama energicznej trzylatki, właścicielka dzikiego psa, żona pewnego poety i wierna fanka Manchesteru United.

5 Comments

  1. Kiedy tylko ten film zagości na DVD, na pewno go kupię. 😉

  2. Lubię oglądać komedie romantyczne, bo uwielbiam się śmiać i mogłabym cieszyć gębę 24 godziny na dobę 😀
    Najlepiej jest oglądać takie filmy ze swoim facetem 😛 Mój najpierw się wzbrania, a potem ryczy ze śmiechu 😉 lubię to.

    Pozdrowionka 🙂

  3. Przyjemnostki,
    śmiać to i ja się uwielbiam, ale głównie z siebie i z życia, a komedie jakoś średnio do mnie przemawiają. Jak jednak widać – bywają wyjątki 🙂

  4. Czekam na ten film dla Josha Duhamela i zachęcił mnie trailer. Nie ma co dziwić się amerykańskiemu ustawodawstwu,kiedy to indyjscy filmowcy wycisnęli ze mnie łzy śmiechu. Facet spowodował wypadek w którym zginęli rodzice czwórki dzieci. I co sąd orzekł? Że ów "bardzo odpowiedzialny" obywatel ma się zająć dzieciakami. Potem to już tylko czad ^^

  5. No tak, bardzo ciekawa wizja, Agna ;D
    Ale wersję indyjską to chyba sobie daruję :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *