26 listopada 2010

Dlaczego mężczyźni kochają zołzy, Sherry Argov

Dlaczego mężczyźni kochają zołzy; Why Men Love BitchesDlaczego mężczyźni kochają zołzy (Why Men Love Bitches), Sherry Argov
Wyd. G+J Gruner+Jahr Polska, Warszawa 2004

Zaczynamy! Kim jest tytułowa zołza? Bynajmniej nie wredną suczą - jak to zwykle mamy w zwyczaju definiować. Zdaniem autorki kwestię zołzowatości traktować należy z przymrużeniem oka. Mianem tym określa ona bowiem kobietę pewną siebie, asertywną, skupioną na własnych pragnieniach, planach i marzeniach. Antonimem zołzy jest "kobieta (zbyt) miła", którą Sherry Argov nazywa bluszczem, prześladowczynią, popychadłem i histeryczką, pełną kompleksów. Dlatego ta książka mi się nie spodobała - bo stawia na przerysowane kontrasty i kobietę, która dba o swego mężczyznę uznaje za wymagającą "naprawienia". Bo chyba sobie pani (albo panna - nie zdziwiłoby mnie to) Argov nie potrafi wyobrazić, że można te dwie skrajności pogodzić - być jednocześnie miłą i kochaną, a przy tym samodzielną i pewną siebie.

Zapowiadało się całkiem przyjemnie - autorka przytacza przezabawne historie, sama racząc czytelnika swym poczuciem humoru, ale niestety - to, co najważniejsze w tej książce, zdecydowanie nie zachwyca. Wiele jej rad wcisnęłabym do tandetnych pisemek dla pań - zasługują one (rady, nie panie) wyłącznie na lekceważące machnięcie ręką i potraktowanie śmiechem. Bo jako wzór kobiety idealnej przedstawiają zadufaną w sobie egoistkę, uważającą się za panią świata. Facet ma być dla niej tylko dodatkiem - zabawką, którą może rzucić w kąt, kiedy tylko będzie miała na to ochotę. Tym bardziej dziwi mnie, że wszelkie wnioski autorka wysnuła na podstawie rozmów z mężczyznami. Nasuwa mi się, że albo Amerykanie są wyjątkowo tępi, albo pytania były tak skonstruowane, że właściwie nie mieli wyjścia i wybierali tzw. mniejsze zło. Specjalistką od męskich umysłów nie jestem, ale nie wierzę, że którykolwiek chciałby sprowadzać swoją rolę w związku do bycia męskim odpowiednikiem tej "zbyt miłej", tak wyszydzanej przez autorkę.

O ile zgadzam się z Sherry, że nie wolno być uległą sierotką, która dopasowuje swoje życie do faceta, osaczając go i całkowicie mu się poddając, o tyle uważam, że nie można też być wyrachowaną pańcią, która za jedyne słuszne zdanie uważa swoje własne. Bo i jedna, i druga nie znajdzie w życiu szczęścia - pierwszej nie będą szanować, drugiej będą się bać. I chyba nawet na dłuższą metę lepiej (w roli partnerki) sprawdzi się matkująca "zbyt miła" ciepła kluseczka, niż zauważająca tylko czubek własnego nosa "superbabka" (tfu!). Kolejny raz potwierdza się mądrość Arystotelesa, który wieki temu wysnuł bardzo rozsądną teorię o znajdowaniu złotego środka. Dlatego też popieram przeczytanie tej książki i wyciągnięcie wniosków z lektury, ale przy jednoczesnym zachowaniu umiaru. Znalezienie złotego środka pomiędzy obiema przedstawionymi skrajnościami będzie rozwiązaniem najrozsądniejszym, a przy tym całkiem przydatnym - czasem warto spojrzeć na siebie i swoje wady okiem innych. Sama mam na oku parę kandydatek, którym lektura Dlaczego mężczyźni kochają zołzy bardzo by się przydała.

Moja ocena: 5/10

13 komentarzy:

  1. Uff, to mnie jednak uspokoiłaś, bo sam tytuł mi się już nie podoba...
    Skoro mężczyźni kochają zołzy, to jeśli mnie mój Mężczyzna kocha (no a kocha, bezapelacyjnie) tzn. iż jestem... zołzą.
    A poza jakimiś pojedynczymi, prawie nie zauważalnymi, przypadkami takową nie jestem i się nie czuję. Zatem coś tu musi być nie tak ;)

    Niemniej jednak rzadko czytam tego typu książki i dzięki Twojej recenzji już przypomniałam sobie dlaczego.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po przeczytaniu tego poradnika doszłam do wniosku, że od tej "super babki" szybko uciekną wszyscy faceci :)
    Książek tego typu nie powinno się traktować zbyt serio.. owszem trzeba przemyśleć swoje zachowanie jeśli okazuje się, że taka literatura ma być ratunkiem dla naszego życia, ale nie należy się jej całkowicie podporządkowywać :))
    tak, złoty środek to jest to!

    Olga

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak mi jakoś mały diablik podpowiadał, że mimo popularności ta książka nadaje się raczej do podśmiewania się przy piwku w gronie przyjaciół, niż do czegokolwiek innego. A jako że do poradników (amerykańskich zwłaszcza) i tak zawsze podchodzę z rezerwą, to do tej książki nie podejdę wcale.;) No chyba, że mi ją ktoś wciśnie, to przeczytam w celach humorystycznych.;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem takie poradniki są nic nie warte, więc nie zawracam sobie nimi głowy. Z Twojej recenzji wynika, że słusznie postępuje:).

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach, zawsze chciałam być zołza;))

    OdpowiedzUsuń
  6. Już fakt, że autorka-kobieta autorytatywnie wyrokuje, kogo kochają mężczyźni, wydaje mi się absurdalny.
    Gdyby to wszystko było takie proste! - chciałoby się rzec po lekturze poradników wypełnionych tego typu poradami. W życiu występuje znacznie więcej odcieni niż czerń i biel.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie jakos do niej nie ciągnie, niedawno coś mówili o niej w tvn chyba mało interesująco , bo nawet dobrze nie pamiętam co :O(

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakieś pół roku temu ta książka wywołała szał pośród moich koleżanek. Tych bez stałych mężczyzn oczywiście. Przeczytałam ją z przymrużeniem oka. Wielu "porad" w ogóle bym nie przyjęła do wiadomości bo za bardzo kocham mojego faceta. O tym czynniku autorka zapomniała - o miłości.
    Tak jak napisałaś - według niej kobieta powinna być egoistyczną panią świata a mężczyźni to zabawki mające płaszczyć się u kobiecych stóp.

    Myślę, że autorka musiała być zraniona przez mężczyznę i cały swój żal i jad wylała w słowa. Taka mała psychologiczna dygresja ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jakoś specjalnie nie zależy mi na przeczytaniu tego poradnika. Ale może, jeśli kiedyś trafi się w ręce. :]

    OdpowiedzUsuń
  10. Powiem Ci, że u mnie też z tym spotkaniem było różnie... Momentami była tego prawie pewna, a nie długo już później stwierdzałam, że Murakami potrafi umiejętnie bawić się słowem i tym samym co rusz zaskakuje czytelnika. Szczerze powiedziawszy jeśli nawet - jak mówisz - nigdy się nie spotkają, to tak, jak wspomniałam w recenzji chyba się tym nie zmartwię. Zamiast tego po raz kolejne pochyle mu czoła, że stworzył coś co wybiega poza wszystkim dobrze znane - w literaturze ramy.

    OdpowiedzUsuń
  11. Od razu przyszła mi na myśl "książka" pani Kingi R., równie bełkotliwe generalizowanie :/

    OdpowiedzUsuń
  12. Chciałam przeczytać, ale widzę, że to jednak jedynie zapychacz czasu ( a tego z kolei bardzo nie chcę ;) ) Dzięki za recenzję ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Chyba autorka musiała się wyżyć na mężczyznach swojego życia... ;)

    OdpowiedzUsuń