25 października 2010

Remember me, Juno

Ponieważ dopadł mnie jesienno-depresyjny nastrój, postanowiłam spędzić dzień tak, aby nabrać sił i przywołać dobry humor. Nasmażyłam więc pancakesów, otworzyłam puszkę coli, rozłożyłam się na łóżku w towarzystwie kotki mej i oddałam się powtórnemu oglądaniu jednego z mych najulubieńszych filmów - Juno.

Juno (2007)
reż. J. Reitman

Junona - żona Jowisza, postać znana z mitologii - "wyjątkowo piękna i wyjątkowo wredna" (przynajmniej według przypuszczeń tytułowej bohaterki filmu), opiekunka życia seksualnego i macierzyństwa. Juno - nazwana na cześć mitycznej bogini - pyskata, wygadana i zabawna, miłośniczka punka i klasyków horroru, która mając niewiele ponad szesnaście lat zachodzi w ciążę. Poznajemy ją w momencie, w którym któryś raz z kolei podejmuje próbę z testem ciążowym. Kolejną pozytywną ("wyszło szydło z worka - różowy plus, dzieło szatana"). Przed Juno wielkie dylematy - jak powiedzieć o tym rodzicom, co zrobić z dzieckiem, jak stawić czoła komentatorom ze szkolnego korytarza?

Jak widać - dotykamy poważnej tematyki. Na szczęście twórcy filmu nie uraczyli nas kolejnym moralizatorskim wyciskaczem łez czy produkcją "ku pokrzepieniu serc". Juno to historia opowiedziana z dystansem i humorem, inteligentna, a jednocześnie szczera i szalenie prawdziwa. Główna bohaterka miewa humory i typowo ciążowe problemy, może liczyć na pomoc rodziny, w szkole staje się obiektem kpin - nic nadzwyczajnego, bez zbędnego patosu, dramatyzowania i fałszywego moralizowania. Odnajduje małżeństwo, któremu planuje oddać dziecko do adopcji i planuje swe życie na nowo - u boku chłopaka, który "kocha ją taką, jaką jest".
Postawa głównej bohaterki może prowokować do różnych dyskusji - nie każdy musi popierać oddawanie dziecka (sama Juno została porzucona w wieku pięciu lat), ale - w mojej ocenie - wszystko jest lepsze od pozostawiania niemowlęcia na pastwę losu w przydrożnym śmietniku czy beczce za stodołą. Jedna osoba potomstwa mieć nie może, druga nie chce - czyż nie mogą one sobie pomóc? W głębsze wywody moralne nie mam zamiaru się wdawać, chciałabym tylko, aby przed wystawieniem komukolwiek etykietki i oceny, ludzie choć na chwilę potrafili wczuć się w sytuację innych...
Tym, co w Juno należy wyróżnić jest na pewno świetna muzyka (nagroda Grammy), znakomity scenariusz (Oscar) i rewelacyjnie wykreowane postaci. Ellen Page w roli zbuntowanej i wygadanej ciężarnej nastolatki spisała się znakomicie i nie dziwi, iż dostrzegła ją nawet Amerykańska Akademia Filmowa. Jednak nie tylko ta brawurowa rola zasługuje na oklaski - obok Juno mamy bowiem szereg interesujących postaci - ojciec - człowiek prosty i poczciwy, a jednocześnie szalenie inteligentny i kochający, macocha - surowa i zasadnicza, a przy tym zadziorna i zabawna, Leah - śliczna przyjaciółka, typowo amerykańska bohaterka, stanowiąca znakomity kontrast dla nieco mrocznej Juno oraz Bleeker - pełen uroku, zagubiony chłopak. Oprócz nich równie interesujące małżeństwo, poszukujące kobiety, gotowej oddać im swe dziecko - Vanessa i Mark. On jest niespełnionym muzykiem, ona niespełnioną kobietą. On wciąż marzy o byciu gwiazdą rocka, ona pragnie idealnej rodziny. Gdy w ich życie wkracza pełna energii i humoru Juno, odkrywają co tak naprawdę ich (nie)łączy. Tak właściwie to ich dylematy i ich problemy stają się najważniejszymi w tej produkcji - ciąża głównej bohaterki zwraca w tym momencie tak naprawdę mniejszą uwagę...

Warto obejrzeć ten film choćby dlatego, jak znakomicie jest on zrealizowany - niby dotyka tematów poważnych i mocno dyskusyjnych, ale jest przy tym cholernie optymistyczny, zadziwiająco kolorowy i poruszający.

Moja ocena: 9/10


W miniony weekend miałam również okazję ponownie obejrzeć film Remember me, z Robertem Pattinsonem w roli głównej. Co prawda pierwszy kontakt z tym obrazem zrobił na mnie dużo większe wrażenie, ale czasem bywa tak, że jak już wiemy, co wydarzy się w następnej minucie, trudno nam wykrzesać w sobie zachwyt (choć akurat to zależy od filmu i tego, jak dobrze go pamiętamy).

Remember me/Twój na zawsze (2010)
reż. A. Coulter

Tym, co już na wstępie najbardziej kuje mnie w oczy jest absolutnie źle dopasowany tytuł. Zarówno wersja oryginalna, jak i - tym bardziej - polska kompletnie mi nie pasują. Można je co prawda - nieco naciąganie - potraktować symbolicznie, ale ja bym się aż tak daleko nie posuwała. Myślę, że można było trafniej ten obraz zatytułować...

Historia przedstawiona w Remember me nie jest jakoś wybitnie innowacyjna czy świeża, a do tego postaci - choć szalenie barwne i interesujące - nie kryją w sobie żadnych tajemnic, a zrozumienie ich postępowania nie stanowi wybitnej zagadki. Niemniej, czasem pole do interpretacji pozostaje zachowane, co akurat przemawia na plus dla produkcji.

Remember me to przede wszystkim film o życiu, a nie o miłości, jak to się niektórym wydaje. Związek dwójki głównych bohaterów stanowi co prawda tło historii, ale ich relacje przedstawione są w sposób nienachalny i dyskretny - żadne miziania, cmokania i przytulanki nie są wystawione na plan pierwszy, co stanowi znakomitą odmianę po stercie filmów, z których lukier wylewa się strumieniami.

Remember me to opowieść o przemijaniu, o chwytaniu chwili i czerpaniu z życia. To również opowieść o cierpieniu - matka małoletniej Ally zostaje zabita na jej oczach, Tyler odnajduje zwłoki brata po jego samobójczej śmierci, mała Carolinie jest niszczona przez koleżanki i ojca, nie potrafi znaleźć zrozumienia, nie ma okazji do chwili radości - obok każdego z sukcesów staje ból i rozczarowanie.

Na pewno jest to też opowieść o miłości i różnych jej obliczach. Nadopiekuńczy ojciec, który nie radzi sobie ze stratą żony. Nieszczęśliwy chłopak, który nie potrafi kochać po śmierci brata. Mężczyzna, który po stracie syna ucieka w pracę, by uniknąć kolejnych nieszczęść. Wszyscy oni czegoś się obawiają, przed czymś uciekają, zamykają w sobie. Wszyscy oni cierpią i nie potrafią sobie pomóc.

Obok nich postawiony zostaje lekkoduch Aiden - stanowiący kontrast dla swego przyjaciela z depresją. Chłopak korzysta z życia, nie martwi się niczym, nie zastanawia nad przyszłością, jednak w pewnym momencie i on sprowadzony zostaje na ziemię, i on musi podźwignąć na swych barkach to, co przyszykował mu los. Szczęście przecież nigdy nie trwa wiecznie...

Tym, co w Remember me urzekło mnie najbardziej jest surowość scenografii, znakomicie dobrana muzyka i ciekawie przedstawione relacje rodzinne. Faktem jest, że nie są one wybitnie zadziwiające, a wręcz trącą nieco schematycznością, ale dobrze, że to na nich skupiony jest film, który - w oczach wielu - niesłusznie traktowany jest jako obraz miłosny...

Moja ocena: 8/10

Zdjęcia pochodzą ze stron: filmweb.pl i socialitelife.com.

13 komentarzy:

  1. Oba filmy oglądałam i oba lubię, jednak końcówka Remember me sprawia, że to ten film zapadł mi bardziej w pamięć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja akurat nie miałam elementu zaskoczenia, bo jeszcze przed obejrzeniem słyszałam, że zakończenie jest bardzo poruszające, po czym finału domyśliłam się już w scenie, w której Tyler rozmawia z sekretarką i wspomina ile lat minęło od śmierci brata...

    OdpowiedzUsuń
  3. chyba zrobię sobie filmowy poniedziałek ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Remember me chcę obejrzeć, chociaż Pattinson mnie niestety od tego zamiaru odciąga... Juno oglądałam i mam podobne wrażenia do Twoich. Jeśli chodzi o koniec filmu i sytuację w rodzinie starającej się o dziecko - nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.
    I teraz mam znowu ochotę puścić sobie "Juno" ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Juno ubóstwiam i szczerze mówiąc mogłabym oglądać ten film codziennie. Natomiast obejrzenie drugiej pozycji zniechęca mi trochę osoba Roberta Pattinsona. Jednak widzę, że już co nieco napisała na ten temat Nyx

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale narobiłaś mi apetytu! Nie wiem, jak to się stało, ale oba tytuły są mi kompletnie obce, za to Twoje recenzje kuszą skutecznie, więc nie ma zmiłuj, będzie trzeba uwzględnić i te pozycje w planowanych szaleństwach zakupowych (a 10 listopada aż 3 premiery książkowe w Empiku, ach!).
    Pattinsona zaszufladkowano (pewnie niesprawiedliwie) jako zmierzchowego amanta i przyznam, że ta powszechna niechęć do sagi i aktora (której nie podzielam) sprawia, że nawet nie pokusiłam się o sprawdzenie jego dorobku. Najwyższa pora to zmienić!
    Świetne recenzje i pewnie po seansie już nie będę miała co napisać, bo lepiej na pewno już się nie da :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm to mnie zaskoczyłaś tym drugim filmem. Ja zawsze omijałam go szerokim łukiem ze względu na aktora, który kojarzy mi się ....wiadomo jak i z czym:) Jestem na tyle zainteresowana, że dziś obejrzę z narzeczonym.
    A "Juno" uwielbiam. Oglądałam kilka razy. Jak dla mnie rewelacyjna rola głównej bohaterki i świetna muzyka.

    OdpowiedzUsuń
  8. Pattinson podobał mi się najbardziej w filmie 'Little Ashes', ale i w tej produkcji wypada nieźle :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam wielką ochotę na "Juno" :)

    OdpowiedzUsuń
  10. "Juno" oglądałam z kuzynką zaraz po premierze w wersji hiszpańskiej ;) I bardzo mi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
  11. "Juno" bardzo lubię i przyjemnie mi się oglądało... a do drugiego boję się podejść... ze względu na Pattinsona.

    OdpowiedzUsuń
  12. Oglądałam film "Juno" i również bardzo mi się podobał :).
    Co do drugiego filmu - jakoś mnie nie ciągnie do niego bo nie jestem wielką fanką Pattinsona - gwiazdy jednego filmu 'Zmierzch'... A niestety dla mnie filmy z takimi 'gwiazdkami' zazwyczaj okazują się porażką.

    OdpowiedzUsuń
  13. Wróciłam, żeby napisać, że oglądałam Juno i że ogromnie mi się podobał ten film :) To taki typ humoru, który uwielbiam...

    OdpowiedzUsuń