3 maja 2010

Portret mężczyzny idealnego?

Pytanie o to, co było pierwsze – jajko czy kura – spędza sen z powiek niejednemu, ale mnie już niestety ani nie ziębi, ani nie grzeje. Swoje teorie na ten temat przedstawiłam już jako rezolutna pięciolatka, toteż czas najwyższy zająć się innym problemem... Na tę chwilę dręczy i męczy mnie kwestia (w jakimś stopniu) podobna – czy najpierw pojawił się szał na szanownego Edwarda z kart powieści Meyer, czy może na nowe bożyszcze nastolatek – Pattinsona?

Bo o ile z fascynacją ideałem, nakreślonym przez panią Stephenie jestem skłonna się jeszcze po trosze zgodzić, o tyle podniecenia pobladłym, sepleniącym Robertem chyba nigdy nie pojmę (nawet po paru głębszych).

My-baby (w większości – nie chcę tu generalizować, ani do szuflad nikogo wsadzać, jak sobie ewidentnie nie życzy) od piaskownicy marzymy o księciuniu na białym rumaku, lubimy ckliwe historie i podniecamy się piętnastym romansem Esmeraldy, czy innej Luz Marianny. Bo podobno z tym naszym życiem jest tak, że powinno się ono opierać na miłości i do miłości dążyć. Nic więc dziwnego, że matki i córki tak chętnie sięgają po „Zmierzch” Stephenie Meyer, skoro autorka sprytnie ulokowała tam ideał zakochanego mężczyzny, o którym pewnie marzy niejedna.

Osławionej już sagi, do literatury wybitnej zaliczyć nie da rady (i niech mi się tu żaden miłośnik nie boczy i nie obrusza, bo fakty są takie, a nie inne). Zdiagnozowałabym tu istnienie typowego czytadła, stworzonego dla mas, mającego zapewnić jak największy sukces finansowy. I to samo tyczy się filmu, który spłycił wszystko, co spłycić można było – od postaci, przez dialogi, po poszczególne wątki. Że nie wspomnę o ogromie błędów natury technicznej, które przy setnym obejrzeniu (tak, tak – tyle razy było mi dane oglądać) przestają już nawet śmieszyć.

Przeciętnemu widzowi płci pięknej, jednak wystarczy to, że w głównej roli obsadzi się przystojniaka z umięśnioną klatą i seksownym głosem i od razu pogna do kina, jak ta słynna pszczoła do miodu. W kinie ulokuje się między koleżankami i innymi sobie podobnymi, po czym cała sala usłyszy kilkadziesiąt razy: „Oooch Edward”, „Aaach Edward” , „Ty s**o, łapy precz od Edwarda”, „Edward, ściągnij koszulkę!” (osobiście moje ulubione).

Oprócz krzyków i westchnień, przeciętny widz płci pięknej zaserwuje nam również całą serię pisków i jęków, po czym, kiedy wróci do domu i uruchomi internet, napisze wszędzie, gdzie popadnie: „Kristen nie nadaje się do tej roli, bo to ja powinnam zagrać Bellę”. Po paru dniach będzie jeszcze gorzej. Tu i ówdzie przeczytamy wypowiedzi na kształt kolejnej perełki: „Rozstaję się z moim narzeczonym, bo nie jest taki, jak Edward”.

Śmieszne? Żałosne? Tragiczne? Cholera! Czemu ta Meyer to zrobiła? Czemu stworzyła faceta idealnego, którego żadna z nas mieć nie może? Czemu Edward nie żłopie piwska, nie wysiaduje godzinami przed telewizorem, nie spotyka się z durnymi kumplami? Zamiast tego wrzuca ukochaną na plecy i przemierza z nią pola, łąki i lasy, broni przed całym światem, a na dodatek nocą wchodzi oknem, aby tulić do snu i śpiewać kołysanki. Oj, biedni ci panowie, którzy nie dorównują cudownemu Edkowi...

Otóż właśnie! Bo Edward jest cudowny, wspaniały, idealny. Nie to co ci nasi przeciętniacy, którzy chodzą po ulicach. Pełni wad i złych nawyków. Nawet marmurowych ust nie mają, ani nie zioną słodkim oddechem. Oprócz swojej przeciętności, serwują nam równie przeciętną miłość. I właśnie tu tkwi sekret młodego Cullena i jego fenomenu. On daje Belli to, czego pragnie każda z nas, toteż chcemy znaleźć się na jej miejscu...

Ale przecież to ich uczucie niczym nie różni się od uczuć, jakimi można obdarowywać się w „naszym” świecie! Więc chrzańmy tego marmurowego ideała i kochajmy swoich Edwardów ze wszystkich sił, bo może i oni kiedyś zaprzeczą temu, że: „Kiedy jesteście razem na obiedzie w restauracji, zwykły facet gapi się na seksowną kelnerkę. Kiedy jesteście razem na obiedzie w restauracji, Edward Cullen nawet nie zauważałby, że kelnerka jest kobietą.”

To pisałam ja – wbrew wszelkim pozorom – miłośniczka sagi (uściślając: miłośniczka /a raczej mająca sentyment do pewnych fragmentów/ wersji oryginalnej, do której polskie tłumaczenie się nie umywa).

12 komentarzy:

  1. To ja tylko napiszę, że nie wytrzymałabym ani godziny z takim Edwardem, mając tu na myśli jego pięknie opisany charakter. No nie i basta. A co się tyczy samego Pattisona to już w ogóle nie rozumiem tych zachwytów, bo dla mnie to on ani przystojny nie jest, ani seksowny, ani nawet dobrze nie gra. Tysiąckroć bardziej wolę mieć u boku mojego "zwyczajnego" ukochanego, któremu daleko do ideału, ale chyba na tym polega cały urok miłości, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam sagi Meyer, nie oglądałam też filmu, więc tak naprawdę nie wiem, czym miałabym się zachwycać...
    Jednakże słyszałam już liczne głosy, zwykle wśród nastolatek, że Edward to heros, bóg, cudo świata.

    Roberta Pattisona widziałam, owszem, w zwiastunie "Zmierzchu" i w kilku migawkach telewizyjnych. I jak dla mnie ma on prezencję nastolatka, który dopiero co otrzymał dar od natury, w postaci męskiego zarostu okalającego jego lalusiowatą twarz. Nie wiem, dlaczego Pattison nie jest dla mnie symbolem seksu, nie kojarzy mi się z męskością tylko z delikatnym urokiem chłopca po mutacji.
    Kurczę, a może ja jestem za stara??

    Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Obawiam się, że dla mnie patison to zawsze będzie taka odmiana dyni. I żeby facet był najpiękniejszy, to przy takim nazwisku nie ma szans. :D
    A poza tym wolę starszych... ;)

    Co nie zmienia faktu, że w sprawie ostatniego akapitu zgadzam się w stu procentach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Meyer stworzyła postacie odwołujące się do najprostszych uczuć i schematów. Nie ma tam wielkiej psychologii i analiz. Dlatego tak łatwo było jej dotrzeć do czytelniczek, w szczególności młodych nastolatek amerykańskich, które ( nie urażając nikogo) za wiele w głowach nie mają.Jak coś jest modne w stanach automatycznie przelewa się na cały świat.
    Przeczytałam całą sagę i darze ją wielką sympatią z wielu osobistych powodów. Nie przeszkadza mi to jednak twierdzić, że daleko pisarce do złotego pióra a fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa.
    Filmy również oglądałam. Pierwsza część jakość ujdzie, druga była tragiczna. Jak można nakręcić film o wampirach w sumie bez krwi, która jest wynikiem ich działania i jedynie kilkoma uderzeniami o ścianę ? To woła o pomstę. Strasznie śmieszą mnie zwolnienia kamery i specjalne oświetlenie w momencie gdy Edward idzie, mające na celu pokazanie jego boskość. Jeśli chodzi o jego odtwórce to uważam, że nieźle się spisał. Ma fantastyczną mimike w tym filmie i cudowny akcent, co można zobaczyć szczególnie w "Zmierzchu". Nie jest klasycznym przykładem przystojniaka uroku jednak odmówić mu nie można. Urok właśnie posiada jako Robert a nie Edward. Czy jest dobrym aktorem ? Musi jeszcze wiele wody w rzece upłynąć, żeby móc to stwierdzić. Kristen nie powala, dla mnie to dziewszyna o jednej twarzy, ciągle z tą samą utrapioną miną.
    A w każdym mężczyźnie jest Edward,czasem tylko trzeba pozwolić mu się pokazać i chcieć to zobaczyć. Nie wychodzić z zasady " Cudze chwalicie, swego nie znacie".
    Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ideał? Bożyszcze tłumów? Pozwól, że sama uściślę... Pewnej grupy rozwydrzonych panienek. Dojrzała kobieta - nie mam tu na myśli trzydziestki czy czterdziestki - emocjonalnie i nie tylko, raczej nie ślini się na punkcie tego... jak mu tam? W każdym razie, ideałem to to nie jest. Nie sądzę też, aby większość pań marzyła o królewicu na bieluskim koniku, na takie schorzenie cierpią jedynie sfrustrowane seksualnie stare panny, które 24/7 muszą wysłuchiwać od matek, babć i nie tylko, że "czemu to sobie wreszcie chłopa nie znajdą?", prawda że można wpaść w paranoję?

    Swoje pełniejsze zdanie na temat poruszanego przez ciebie, moja droga, tematu, zamieściłam kiedyś u siebie, jak chcesz to zajrzyj:

    http://anhelli-anhelli.blogspot.com/2010/03/gdzie-sie-podziali-prawdziwi-wojownicy.html

    Na koniec powiem tylko tyle, jeśli to coś jest "przystojne", to równie dobrze jutro dziewczęta zaczną się ślinić na punkcie psa pekińczyka, gdyż z profilu te dwa osobniki są jak wypisz wymaluj. Bleee... Ale to tylko moje, skromne zdanie...

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Po przeczytaniu zastanawiam się, co jest ze mną nie tak i dochodzę do wniosku, że albo nie jestem przeciętna, albo nie jestem widzem płci pięknej. :D Co prawda 'Zmierzchu' nie czytałam i nie zamierzam, ale co do samego Pattisona - dużo bardziej zapadła mi w pamięć jego rola w filmie 'Harry Potter i Czara Ognia' - niektórzy trochę wzdychali, a później Cedrik umarł i problem jego sławy skończył się, zanim w ogóle zdążył się rozpocząć.
    I zgadzam się, kochajmy swoich 'idealnych', bo to właśnie oni są naprawdę nasi :)

    A co do książkowego ideału faceta, u mnie niezmiennie od kilku lat czołowe miejsce na podium zajmuje Geralt z Rivii i żaden romantyczny wampir nie przyćmi jego fenomenu w moich oczach.

    Całkiem ciekawie napisane, na pewno będę zaglądać ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Sagę lubię i to nawet bardzo, nie przeszkadza mi wcale, że nie jest ambitnym utworem, jest po prostu świetną rozrywką, a i takiej człowiek potrzebuje :)
    Co do filmu, pierwsza część, myślałam, że w kinie nie wysiedzę, co oni z tym zrobili?! I te miny Kristen...szlag trafiał :) Pattinson sam w sobie ok, nic do niego nie mam, jakoś mi też pasuje do tej roli, już mniej pasowały mi w kinie dziewczyny, kobiety, bo przekrój wieku chyba od 6 do 50 :), które na jego widok piszczały, i to nie jakimś cichym westchnieniem pod nosem, ale piskiem super głośnym :D Ale jak im ulżyło,pomogło, czy cokolwiek, to proszę bardzo.
    Jeszcze co do ideału, to przecież żadna z nas nie chce ideału, znudziłby się może po 2 dniach i pewnie jeszcze zbluzgany by został, bo nie facet tylko ciota :P

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja jeszcze dodam, że my kobiety zawsze znajdziemy wadę nawet w ideale :).
    Ciężko nas zadowolić i niejeden dowcip o tym powstał.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgadzam się, że życie z 'ideałem' byłoby nudne, a i pewnie niemożliwe. Mnie by takowy na pewno we wszelakie kompleksy wpędzał, no bo jak inaczej?

    Co do gry aktorskiej, to istotnie wolę Roberta, który ma zadatki na niezłego aktora, natomiast Kristen widziałam już w kilku filmach i w każdym gra podobnie - jedna mina, jedna tonacja głosu, ciągłe powielanie. Jednakże teraz nie wyobrażam sobie w tej roli nikogo innego.

    Anhelli, musisz wiedzieć, że w US w fanklubach Edwarda pojawiają się matki, córki i babcie. Na forach internetowych nawet 50-latki podniecają się Meyerowym wytworem, tak więc to nie jest 'problem' wyłącznie nastolatek ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. A czyż ja nie pisałam o innego rodzaju dojrzałości?? Tak samo nie trzeba być blondynką, aby być "blondynką" ;]-

    Pozdrawionka :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Albo jeszcze lepiej "blądynką" ;) Prawda, prawda!

    OdpowiedzUsuń
  12. Może ja również powinnam sięgnąć do oryginalnej wersji książki, skoro oryginał broni sagę...

    OdpowiedzUsuń